Obserwowałam, jak układają ciała moich towarzyszy po to, by pozostawić je na pastwę hyane, jak nazwała je zielonowłosa dziewczyna. Ludzie poubierani w pustynne, wojskowe ubrania wyłamywali wieka kabin, wyciągając połamane, rozerwane przez siłę odśrodkową zwłoki, rzucając je na piasek i nie poświęcając im żadnej uwagi. Ich poświęcenie może napełnić żołądki bestii, a co za tym idzie, uratować życie potencjalnych ofiar, mówili, ale do mnie to nie przemawiało. Bezcześcili zwłoki, traktowali ludzkie ciało jak bezwartościowe worki. Troje z przyjaciół leżało u mych stóp. Raczej dwoje i ta część, która pozostała z Josha. Brakowało tylko Jacka, wojskowego, który opiekował się nami w trudnych sytuacjach i był wsparciem. Jako jedyny był opanowany, potrafił kontrolować swój strach i wpływać na innych do tego stopnia, że nie było żadnych kłótni i sporów. Teraz go nie było. Może przeżył? Trzymałam się tej myśli jak tonący brzytwy, choć wiedziałam, że w każdej chwili nurt - prawda - może mnie porwać i utonę.

Usłyszałam wołania ludzi i zauważyłam nagłe poruszenie między nimi, co też wyrwało mnie z apatii. Zebrali się w jednym punkcie, obserwując coś uważnie, a ja poczułam rosnące napięcie. Zerwałam się na równe nogi, ale zielonowłosa dziewczyna znalazła się przy mnie, łapiąc mnie za ramię i pokręciła przecząco głową.

- Nie chcesz tam iść i nie chcesz tego widzieć - szepnęła chłodno, a jej oczy patrzyły na mnie z nieodgadnioną troską. Chciałam parsknąć śmiechem, wyrwać się, obrazić ją wulgarnymi słowami, ale jej mina sprawiła, że poczułam się małym, krnąbrnym dzieckiem.

- Co się dzieje? - spytałam, cały czas obserwując tłum gapiów.

- Znaleziono jednego z twoich. Poczekaj! - nie czekałam, tylko wyszarpnęłam się i pobiegłam w tamtą stronę. Gorące powietrze boleśnie raniło moje płuca, a do oczu cisnęły się łzy. Nie dostrzegłam, jak ktoś zastąpił mi drogę, więc zderzyłam się z wysokim, bardzo umięśnionym mężczyzną. Otarłam wierzchem dłoni wilgoć z rzęs i dostrzegłam, że podkoszulek opina bardzo dobrze wykształcone mięśnie, a twarz wykrzywia nieprzyjemny wyraz twarzy. Obrzucił mnie gardzącym spojrzeniem nawet się nie zatrzymując. Podniosłam się i nabrałam ochoty, by na niego nawrzeszczeć, odreagować cały ten stres, ale zrezygnowałam, uświadamiając sobie, że tam jest Jack i najprawdopodobniej potrzebuje pomocy. Z trudem przecisnęłam się przez tłum tylko po to, by zobaczyć przyjaciela siedzącego na ziemi. Miał odcięte nogi na wysokości ud, a na jego czoło wystąpiły kropelki potu. Opierał się o jakąś skrzynię, oddychając ciężko.

- Jack? - szepnęłam, padając na kolana i łapiąc go za rękę. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się.

- Słonko, żyjesz - odparł z wyraźną ulgą. Ścisnął mnie delikatnie za rękę. - O mnie się nie martw, nic mi nie będzie.

- Jakoś ci pomogą - złudna nadzieja wstąpiła we mnie. Rozejrzałam się, ale wszyscy ludzie opuścili głowy, a część zwyczajnie oddaliła się, by nie oglądać tego teatru, który rozgrywał się za każdym razem z tym samym schematem. Czułam to. Jack jednak pokręcił głową. Przeraźliwy, kobiecy krzyk zmroził mi krew w żyłach.

- Rozejść się ludzie! Nie będzie to przyjemny widok! - stała tuż za mną. Podniosłam się, stając z nią oko w oko. Prawa część twarzy pokrywała warstwa blizn po oparzeniu, warga opadała a powieka drgała. Otwarłam usta, ale nie wypowiedziałam ani słowa. Patrzyłam na nią, analizując każdy cal blizn na jej ciele. Pod krótkim topem oraz skórzaną kurtką majaczyły kolejne oparzenia, a spodnie moro opadały na biodra. Na głowie wojskowy beret tuszował brak włosów oraz popaloną skórę.

- Napatrzyłaś się już? - warknęła w moją stronę, a ja natychmiast opuściłam wzrok, mrucząc coś na wzór przepraszam. Odepchnęła mnie brutalnie, niemalże rzucając na ziemię i pochyliła się nad Jackiem.

- Zdajesz sobie sprawę, że nie możemy wziąć zbędnego balastu? - spytała bez ogródek, a on kiwnął twierdząco głową. - Nie posiadamy ani możliwości sanitarnych, ani niczego, co byłoby w stanie pomóc ci funkcjonować właściwie. Tutaj nie ma miejsca dla osób, które są nieprzydatne - jej ton był wypruty z emocji, jakby powtarzała te słowa wielokrotnie. Sens wypowiedzi dotarł do mnie w chwili, gdy kobieta wyciągnęła z kabury rewolwer i wycelowała w jego głowę. Rzuciłam się na nią, odtrącając wyciągniętą rękę. Kula wbiła się w ziemię, a piasek odskoczył na boki. Ta nie czekała, tylko uderzyła mnie kaburą prosto w twarz. Zatoczyłam się do tyłu i padłam na ziemię, zwijając z bólu.

Krew zalała mi oko. Drżącymi z przerażenia i bólu dłońmi namacałam płytkie rozcięcie na łuku brwiowym. Rana płytka, niegroźna, ale obficie krwawiła i sprawiała niewiarygodny ból. Nim zdążyłam się podnieść, kobieta kopnęła mnie w brzuch, a ja zwinęłam się, jęcząc. Nikt mi nie pomógł, tylko każdy obserwował mnie, kręcąc głową. Jakbym to ja była ta zła. Miałam ochotę ją przekląć, ale nie potrafiłam wydusić słowa. Nagle złapała mnie za włosy, unosząc okrutnie głowę i przykładając lufę broni wprost do krtani pod takim kątem, że gdyby wystrzeliła, kula przeleciałaby przez szczękę i wyleciała przez czaszkę.

- Słuchaj, lala, stul dziób i czekaj grzecznie na swoją kolej - warknęła, a ja przełknęłam ślinę, przez co lufa wbiła mi się jeszcze głębiej. Zamknęłam oczy, gotując się na śmierć. Ta jednak puściła mnie, brutalnie rzucając na ziemię.

- Leż, psie - warknęła, a ja skuliłam się. Zobaczyłam przez mgłę, jak celuje w Jacka, który patrzył na tę scenę ze spokojem. A może nie widział? Kobieta jednak nie strzeliła, tylko patrzyła chwilę na niego, po czym spojrzała w moją stronę i uśmiechnęła się okrutnie. Kiwnęła głową, a dwóch stojących najbliżej mężczyzn podniosło mnie na nogi. Wręczyła mi pistolet, po czym wycelowała drugi rewolwer we mnie.

- Zastrzelisz go, albo ja zastrzelę ciebie a później jego - warknęła. Poczułam, jak wzdłuż kręgosłupa przebiega nieprzyjemny dreszcz, a na czoło wstępują kropelki potu. Oni byli szaleni! Miałam go zastrzelić?! Przecież wystarczyło zatamować krwawienie - przeżyłby. I jakieś podstawy medyczne... przecież...!

- Nie zastrzelę go - szepnęłam, czując nieprzyjemną suchość w ustach. Kobieta złapała mnie za kark i przyłożyła lufę do skroni.

- Zastrzel go, albo ja zastrzelę ciebie - mówiła powoli, akcentując każde słowo. Patrzyła mi cały czas w oczy. Pokiwałam przecząco głową. Nie dam rady. Nie zastrzelę kogoś, kto nie raz uratował mi życie. Widząc moje wahanie, kobieta spoliczkowała mnie, rzucając mi gardzące spojrzenie.

- Żałosna - warknęła, tym razem łapiąc mnie za kark i zmuszając bolesnym uściskiem do padnięcia na kolana. Zmusiła mnie, bym spojrzała na jego pourywane kończyny i broczące krwią rany.

- Wyobraź sobie, że ma uciekać przed tymi bestiami w TYM stanie! - syknęła mi do ucha, a ciepły oddech owiał mój kark. - Teraz wyobraź sobie, jak pełznie po gorącym piasku, a ta bestia przydeptuje go, po czym zaczyna pożerać... od dołu. One wielbią się w krzykach, jękach i płaczu. To ONE wyrywają kończyny i przeżuwają je leniwie. Umierasz sam, a one jedynie ci w tym pomagają, rozumiesz? To jest akt łaski.

Otwarłam usta, by jej coś odwarknąć, lecz Jack drgnął nerwowo, a to, co znajdowało się za nim, opryskała krew wymieszana z mózgiem. Jego głowa opadła, a ja dostrzegłam dziurę w czole. W oczach wezbrały się łzy bezradności i wściekłości. Kobieta puściła mnie, po czym spojrzała w jakąś stronę i pogroziła dłonią.

- Żeby to było ostatni raz - zawarczała. Miałam wrażenie, że mówiła to do osoby obok, lecz każdy odsunął się, spuszczając wzrok. Ja natomiast objęłam się ramionami, czołem dotykając gorącego piasku. Pozostałam sama. Nikt nie przeżył...

Długo siedziałam na skrzyni, obserwując beznamiętnym wzrokiem krzątaninę uzbrojonych po zęby ludzi. Biegali, podnosili wszystkie kable, w miarę ocalałe szczątki ścian promu. W ciągu kilkudziesięciu minut pozostał tylko szkielet, a wszystko zapakowano do olbrzymich kontenerów ciągniętych przez potężne mini-czołgi. Patrzyłam, lecz nie widziałam. Słuchałam, lecz nie słyszałam. Przede mną w dalszym ciągu roztaczał się obraz martwych przyjaciół. Ludzi, którzy uratowali mnie nie raz, a ja nie byłam wstanie uratować ich. Tylko patrzyłam na ich ból, cierpienie, w końcu śmierć. Wszyscy wsiedli do czołgów, czego nawet nie zauważyłam, a między Lilith i głównodowodzącą toczyła się zażarta kłótnia.

Obserwowałam to, aż w końcu Lilith znalazła się obok mnie. Nie wiem kiedy przeszła ten dystans, ani tym bardziej skąd wzięła te wszystkie rzeczy, ale położyła je na kupce. Spojrzałam na nią półprzytomnym wzrokiem, a ona spoliczkowała mnie, zmuszając umysł do skupienia.

- Patrz uważnie - powiedziała, biorąc do ręki dwa rewolwery. Pokazała mi, jak się przeładowuje oraz dokładną ilość naboi. Spojrzałam na nią pytająco.

- Co się dzieje?

- Uznali, że jesteś bezużyteczna, więc cię zostawiają. Wywalczyłam tak zwaną szansę. Gra nazywa się łowy. Dostajesz minimum broni, ubrania - wskazała na mnie, a ja uświadomiłam sobie, że w dalszym ciągu siedzę w samej bieliźnie. - oraz kompas. Musisz dotrzeć do New Heaven, to ponad dwadzieścia kilometrów górzystych terenów. Jeśli ci się uda, dostajesz możliwość klimatyzacji.

- A jeśli nie? - spytałam, a ona pokręciła głową.

- Wówczas ktoś rozwali ci czachę, ewentualnie uprzedzi nas skag. Wstawaj, mam mało czasu...

W ciągu dziesięciu minut ubrano mnie w materiałowe, obcisłe spodnie moro, których nogawki znikały w wysokich, czarnych butach. W biodrach przepięła mnie szerokim pasem, który jednocześnie mógł pełnić rolę gorsetu i kamizelki kuloodpornej. Pas kończył się poniżej wysokości piersi, trochę je podkreślając, a jednocześnie chronił wszystkie narządy wewnętrzne. Szary, wytarty top z głębokim dekoltem oraz napisem wzdłuż linii brzegu iI'm not your fucking dinner!/i, co uznałabym za dość zabawne, gdyby nie sytuacja, w której się znalazłam. Dostałam również rękawiczki, które bardzo przypominały mi te, które ubierałam, gdy uczyłam się jeździć na wrotkach. Bez palców, z podwójną warstwą materiału na wnętrzu dłoni.

- Trzymaj się cienia - powiedziała, poprawiając i oceniając mój wygląd. - Unikaj również otwartych przestrzeni, bo będziesz zbyt widoczna. Jeśli zobaczysz jamy, jaskinie, uciekaj, prawdopodobne, że to domy skagów. Kiedy będą atakować, otworzą paszczę. Strzelaj tylko wtedy, tak to szkoda naboi. Mają grube pancerze. Idź w kierunku południowego-wschodu, a gdy natrafisz na drogę prowadzącą do...

- Lilith! - usłyszałyśmy wołanie, a chwilę później odpalono silnik potężnej maszyny. Kiwnęła mi głową, dokańczając zdanie. iNew Heaven/i powiedziała, po czym pobiegła w stronę czołgów. Pozostałam sama, na pustkowiu, a za czołgami unosiły się jedynie kłęby kurzu. Sama jak palec, bez wsparcia, bez pomocnej dłoni, bez nikogo ani niczego, kogo mogłabym prosić o pomoc.

Siedział w milczeniu, obserwując zbiegowisko ludzi przez lunetę snajperską. Gdyby omyłkowo pociągnął za spust, komuś mógłby odstrzelić łeb. Z drugiej jednak strony, odblokowywanie jej zajmuje wystarczająco dużo czasu, by rokk mógł spokojnie przebić go którymś ze swych szponów. Nie, wolał nie ryzykować własnym życiem. Niech inni się martwią.

Ubrał słuchawkę z mikrofonem, ustawiając małą antenę na odpowiednią częstotliwość.

- Lilith, słyszysz mnie? - powiedział, namierzając jej rudą czuprynę wśród tłumów. Dostrzegł, jak ta macha wśród tłumu.

- iSłucham cię?/i - usłyszał w słuchawce.

- Zerknij do komory, ktoś może tam być - powiedział, ale Lilith pokręciła przecząco głową.

- iPogrzało cię? /i -jej oburzenie i sprzeciw zaczynał działać mu na nerwy. Ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę, było schodzenie na dół i otwieranie komory osobiście.

- Otwieraj komorę - powiedział opanowanym głosem, ale Lilith ponownie pokręciła przecząco głową.

- iW życiu!/i

- Jak zaraz nie otworzysz tej jebanej komory, to przysięgam, w życiu nie zrobisz już nic więcej - warknął wściekły. Dziewczyna natychmiast straciła na zawziętości, pogroziła mu tylko ręką i ruszyła w stronę skrzyni. Stanęła nad nią i spojrzała w dół.

- iJakaś pinda, zaraz zejdzie na zawał. Nie war.../i

-Otwieraj do kurwy nędzy, bo będą zbierać twój mózg - zasyczał jadowicie, a na potwierdzenie własnych słów, przeładował. Trwało to szybko, ale było wystarczająco głośne, by słyszała. Spanikowana, zaczęła szarpać zamek. Męczyła się chwilę, ale w końcu klapa podniosła się.

Trwało krótką chwilę, nim wyszła ocalała z katastrofy. Dziewczyna okazała się niewysoką brunetką o dość ciekawych proporcjach ciała. Nie należała do tych ślicznych, ale brzydka również nie była, jak na jego gust. Nie dostrzegł twarzy, ale odznaczały ją kruczoczarne włosy, lekko falowane. Upięte były w warkocz, który przewiesiła przez jedno ramię. Sięgał on niemalże piersi, więc w rozpuszczonej formie musiały być do niemalże bioder. Ubrana w sportową, białą bieliznę.

- iGdzie jestem?-/iusłyszał jej chropowaty głos, który ledwie przeciskał się przez ściśniętą krtań.

- iWitaj na Pandorze, w piekle, z którego nie ma ucieczki /i - powiedziała Lilith pogodnie nie zdając sobie jednocześnie sprawy, że straszy dziewczynę. Chociaż z drugiej strony może robiła to celowo? Dziewczyna rozglądała się półprzytomna, jakby nie wierzyła w to, co widzi. Rudowłosa w tym czasie oddaliła się minimalnie, przykładając rękę do słuchawki by lepiej słyszeć snajpera.

- iZadowolony? /i - warknęła, a Mordercai zaśmiał się pod nosem.

- Oczywiście - odparł. Nie patrzył już, co się dzieje z dziewczyną i pozostałymi. Do czasu.

Minęło jakieś piętnaście minut, a dziewczyna nadal siedziała przygnębiona na skrzyni, wszystko obserwując mętnym wzrokiem. Nie miała szans na przeżycie. Była zbyt rozdygotana emocjonalnie - on o tym wiedział. Westchnął, kładąc się na chwilę na plecach, by rozprostować bolące kręgi. Przeciągnął się kilka razy, zrobił parę brzuszków i od razu poczuł się lepiej. Spojrzał jeszcze raz na zbiegowisko.

- Sutek świata, słyszysz mnie? Odbiór? - nadał na odpowiedniej fali i po chwili uzyskał odpowiedź.

- iSłucham? Odbiór/i

- Tu Dupa szatana, idę rozprostować kości. Kwadrans.

- iPrzyjęłam./i

Przewiesił przez ramię snajperkę, wziął do ręki mały rewolwer dwustrzałowy i dla relaksu, ruszył na mały jogging. Teren, na którym się znajdował, oczyścił ze skagów i rokków kilka godzin temu, ale one pojawiały się w najmniej spodziewanym momencie, więc nauczony doświadczeniem, zabrał broń ze sobą. Przebiegł zaledwie sto metrów, gdy usłyszał ciekawą wiadomość w słuchawce.

- iSzefowo! Mamy rannego!/i

Nie przebiegł kolejnych kilkudziesięciu metrów, gdy ponownie usłyszał głos, tym razem należał on do Lilith.

i - Nie chcesz tam iść i nie chcesz tego widzieć/i - wiedział, do kogo ona mówi. W każdej chwili mogła zacząć się jatka. Usłyszał ponownie głos dziewczyny, której ocalił życie. Była zagłuszona, ale słyszał jej pytanie.

- i - Co się dzieje?/i

- i - Znaleziono jednego z twoich. Poczekaj! /i - wołanie Lilith go nie uspokoiło. Zawrócił, pędząc na złamanie karku w kierunku blaszanej budki, obok której przeważnie stacjonował. Stała ona na szczycie urwiska, była najwyżej położonym punktem. W środku mógł się schować przed rokkami. Skagi również nie chętnie wchodziły do środka. Przeważnie wylegiwał w cieniu rozciągniętej płachty. Kiedyś miał jeszcze krzesło, ale ktoś mu je gwizdnął, więc pozostało mu przesiadywanie na ziemi.

- Sutek świata, miej oko na sytuację, zrobi się gorąco! - zawołał do mikrofonu.

- iMordercai, co się dzieje? /i - spytała kobieta, ale nie odpowiedział. Powinna słuchać rozkazów bez zadawania zbędnych pytań! Dobiegł na miejsce, na szybko ustawiając odpowiednią falę. Usłyszał jedynie część wypowiedzi Heleny.

- i... będzie to przyjemny widok!/i - Przyłożył oko do lunety i dostrzegł, jak nowo przybyła mierzy się oko w oko z głównodowodzącą. Szok wymalował się na twarz brunetki, co tylko doprowadziło do furii drugą.

i - Napatrzyłaś się już?/i - Nie słyszał odpowiedzi brunetki, ale musiała zirytować Helenę. Odepchnęła brutalnie dziewczynę na bok. Mordercai obserwował to, marszcząc czoło w wyrazie niezadowolenia. Zaraz mogła rozpętać się jatka i to potężna.

- Nie mów tego, Helena - warknął do mikrofonu, ale ta zignorowała go. Mogła tu rządzić, ale on był samotnym strzelcem. Czasami tylko działał jej na rękę, chociaż w ostatnim czasie musiał ustępować nazbyt często. Tym samym umocniła się jej pozycja i poczuła się zbyt pewnie. Za bardzo pyskowała, co go irytowało.

i - Zdajesz sobie sprawę, że nie możemy wziąć zbędnego balastu? -/i powiedziała to. Obawiał się, że to zrobi. Przeładował broń, czekając na reakcję nowo przybyłej. Dziewczyna mogła zareagować w sposób nieprzewidywalny.

i- Nie posiadamy ani możliwości sanitarnych, ani niczego, co byłoby w stanie pomóc ci funkcjonować właściwie. Tutaj nie ma miejsca dla osób, które są nieprzydatne -/i dostrzegł szarpaninę, a chwilę potem czarnowłosa zwijała się na ziemi, trzymając za obficie krwawiącą twarz. Pandora miała swoje prawa i jeśli chciała przeżyć, musiała się do nich stosować. Mordercai ściągnął brwi w wyrazie dezaprobaty. Helena kopnęła leżącą.

- Nie kopie się leżącego - warknął do słuchawki i dostrzegł, jak głównodowodząca pokazuje mu środkowy, serdeczny palec.

- iJakby ci szależało - /i usłyszał Salisę.

- Są zasady, które powinny być nadrzędne - odwarknął, obserwując, jak Helena łapie czarnowłosą za włosy i unosi do góry jej głowę, po czym przykłada lufę spluwy do krtani.

- iSłuchaj, lala, stul dziób i czekaj grzecznie na swoją kolej /i- przez wściekłość głównodowodzącej przebijała się zazdrość.

- Nie bądź zazdrosna - mruknął, zdając sobie sprawę, że sytuacja coraz bardziej wymyka się spod kontroli. Po chwili rzuciła dziewczynę na ziemię i posłała mordercze spojrzenie w stronę strzelca. Nie lubili się, mało tego, między nimi od zawsze dochodziło do spięć. Dziewczyna była mu obojętna, ale panowały zasady, którymi zawsze kierowali się ludzie na Pandorze. Przynajmniej do czasu, aż oszpecona doszła do władzy.

Pamiętał doskonale dzień, w którym wylądowała na Pandorze. Tak, był już przed nią, więc wpojono mu stare zasady, które może były brutalniejsze, a jednocześnie sprawiedliwe. Pod rządami Heleny zapanowało bezprawie. Bezprawie, w którym wpierw strzelano do kobiet. Bądź je okrutnie okaleczano.

Obserwował, jak Helena przez chwilę wpatrywała się w kalekę celując w niego z broni, po czym odwróciła się do dziewczyny. Kiwnęła na nią, a dwóch przydupasów znalazło się zaraz obok i dźwignęło nowo przybyłą do pionu.

- Helena, nie rób tego - warknął, wiedząc, co zamierza.

- iHelena! Do cholery! /i - usłyszał innego zwiadowcę.

- iMordercai, nie mam czysztej poszycji do sztszału! /i

Głównodowodząca wręczyła rewolwer dziewczynie.

i- Zastrzelisz go, albo ja zastrzelę ciebie a później jego -/i głos Heleny nawet przez zniekształcenia radiowe ociekał okrucieństwem. Czerpała satysfakcję ze znęcania się nad dziewczyną. Prawdę mówiąc, każdy na to patrzył z przyjemnością. Zadawanie bólu i łamanie nowych było ich pasją, hobby, jednak teraz za dużo ryzykowali. Dziewczyna miała w ręce broń, a jej umysł był bardziej niż niestabilny. Mogła zastrzelić kogoś nie odpowiedniego.

i- Nie zastrzelę go/i - drżący głos utrwalił Mordercaia w przekonaniu, że będzie się dużo działo. Prawdę mówiąc, sam zastrzeliłby głównodowodzącą dla samej przyjemności rozwalenia jej łba. Jednak jemu nic za to nie grozi, a tamtej okrutna śmierć. O ile nie dojdzie do wyrzynania się między wszystkimi.

-iMordercai! Strzelaj do cholery, rozwal jej łeb! /i

- Której? - spytał z satysfakcją, po której zapadła chwila milczenia. Jako jedyny miał czystą pozycję do strzału. Nie blokowały go ani skały, ani ludzie, a raczej należał do osób, które nie przywykły pudłować. Jego groźby nie były rzucane na wiatr.

i- Zastrzel go, albo ja zastrzelę ciebie -/i Uśmiechnął się pod nosem. Helena przeginała. W każdej chwili mogła zaliczyć kulkę w łeb, nawet nie do końca zdając sobie z tego sprawy. Nie wiedziała, że dziewczyna przestrzeli jej mózg szybciej, niż ta zdąży o tym pomyśleć? Pewnie nie.

-iMordercai, strzelaj do cholery!/i - zobaczył, jak dowódczyni wymierza policzek. Pokręcił głową z niedowierzaniem. Ta cały czas kopała leżącego.

i- Żałosna -/i usłyszał jej głos. - iWyobraź sobie, że ma uciekać przed tymi bestiami w TYM stanie! Teraz wyobraź sobie, jak pełznie po gorącym piasku, a ta bestia przydeptuje go, po czym zaczyna pożerać... od dołu. One wielbią się w krzykach, jękach i płaczu. To ONE wyrywają kończyny i przeżuwają je leniwie. Umierasz sam, a one jedynie ci w tym pomagają, rozumiesz? To jest akt łaski. /i

- Skończ pierdolić - mruknął, naciskając spust. Dość mocny odrzut broni, specyficzny huk i małe zamieszanie na dole.

-iMordercai, kurwa, spudłowałeś! /i - usłyszał wściekły wrzask. Uśmiechnął się, rozmasowując bark.

- Sęk w tym, że nie - mruknął zadowolony. Dostrzegł przez lunetę, jak Helena grozi mu gestem.

i- Żeby to było ostatni raz /i- zawarczała.

- Możesz mi possać jeśli chcesz - warknął, a w jego duszy demony tańczyły radośnie. Wściekły grymas głównodowodzącej i podkopanie jej autorytetu zawsze poprawiały mu nastrój.

- iJeszcze raz taki numer, to... /i - zaczęła, ale przerwał jej, zanosząc się śmiechem.

- To co? iZapłoniesz/i gniewem? iWybuchniesz/i złością? Zatańczysz iogniste/i flamenco? - zakpił sobie z niej. Usłyszał wyłączane odbiorniki, by nie dotarło do niej, jak się jej podwładni naśmiewają.

-i Przypominam ci, Mordercai, kto tu rządzi /i - jej syk przypominał syczenie jadowitego węża.

- Przypominam, kto współpracuje z tobą z własnej woli, a kto ma tutaj lepsze obeznanie? - odgryzł się, co ponownie zaowocowało zmianą mimiki jakby połknęła stagowe gówna.

- iW dalszym ciągu mogę zablokować twoją możliwość handlu z tutejszymi.../i

- Bez kitu, pohandluję z Dzięwięciopalczastym i Sledgem - po tych słowach zapadła chwila grobowej ciszy. Wszyscy zamarli, zdając sobie sprawę jakim zagrożeniem byłby wówczas. Helena udała, że tego nie słyszała i znikła w tłumie. Stchórzyła. Uciekła, by nie mógł do niej strzelić. Skrzywił się. Przez kolejnych kilka minut było względnie cicho, gdy usłyszał inny głos, który wkradł się na jego falę.

- iMordercai?/i

- T.K. Baha? - był wielce zaskoczony, że słyszy swojego dawnego nauczyciela. Siedział w swojej samotni miesiącami, nie kontaktując się z nikim, nawet z nim.

- iPewna pizda wydała rozkaz eliminacji dziewczynki, o którą zapewne toczy się spór. Na innej, zaszyfrowanej fali dowództwa./i - Mordercai ściągnął brwi w wyrazie zaskoczenia. Przez lunetę broni odnalazł czarnowłosą, siedzącą na skrzyni i obserwującą wszystko z obojętnością wymalowaną na twarzy.

- Co to ma wspólnego ze mną? - spytał, ale podświadomie wiedział, jaki dostanie rozkaz.

- iBrakuje nam jednego gracza, a coś czuję, że nowa technologia nas przerośnie i znów przerobią coś cennego na bezsensowne umocnienia tych blaszanych murów/i - jego głos był pogodny, ale jednocześnie dawał jasno do zrozumienia, że nie ma mowy o porażce.

- Dziewczyna jest słaba - przyznał szczerze Mordercai. Świadomość, że prawdopodobnie nie dotrwa świtu działa zniechęcająco. T.K. Baha jednak zaśmiał się.

- iSzczylu, zapominasz, że my wszyscy byliśmy słabi. Nadal jesteśmy, tylko teraz mamy broń. I wiedzę/i - Mordercai uśmiechnął się. Tak, każdy kto tu zaczynał miał trudno. Westchnął, kręcąc głową.

- Zobaczę, co da się zrobić - mruknął, wzdychając. Sytuacja mocno się komplikowała. Odnalazł w tłumie rudowłosą dziewczynę, która w pewnym stopniu należała do jego szajki. Dokładniej rzecz ujmując, do szajki Bahy. Ten niewidomy człowiek miał największy staż z wszystkich na Pandorze - przeszło trzydzieści pięć lat. Stracił oczy dopiero kilka lat temu, ale zdążył uratować między innymi Mordercaia, jak i Helenę, Lilith oraz wielu innych. W feralnym wypadku stracił wzrok, a pech chciał, że już wtedy oszpecona kobieta była przywódczynią. Chciała go zastrzelić, lecz nie udało jej się. Pokrzyżowali jej plany, zakładając własną mini-bazę.

Udało im się wyłamać drzwi bardzo starego bunkra w górze i osiedlili się tam. Co prawda, ich samodzielność była ograniczona na tyle, na ile byli zależni od handlu z New Heaven, a co za tym idzie, musieli korzyć się przed Heleną. Wszelkie pojazdy należały do Scootera, tak samo jak i inni sprzedawcy z bronią, żywnością, napojami. Najgorzej było z lekarzem, który był uziemiony.

- Lilith, przejmujemy nową - poinformował.

-iKto tak powiedział? /i - odwarknęła, ale skrzywił się.

- Rozkaz z góry.

- iPrzyjęłam/i - mruknęła bez entuzjazmu, ruszając w stronę głównodowodzącej. Oczywistym jest, że Mordercai nie byłby w stanie porozmawiać z Heleną na pokojowych warunkach, więc wysłał Lilith, która w dalszym ciągu działa incognito. Zniknęła na chwilę w naczepie, a strzelec natychmiast odnalazł nowo przybyłą. Obserwował ją chwilę z zastanowieniem. Jak mogłaby im się przydać? Nagle usłyszał kłótnię.

i- Zostawiamy ją tutaj i kropka/i - warknęła oszpecona kobieta, krocząc dumnie przez plac, po którym ludzie uwijali się jak mrówki. W przypływie emocji pewnie zapomniała o osobie, która siedzi na szczycie wzniesienia i celuje w nią z broni snajperskiej.

i- Helena, ona może się przydać, słuchaj...

- Nie! Nie mamy miejsca w czołgach, tak? Tak. Jest ful i nie zamierzam ryzykować dla takiej idiotki.

- Mamy miejsce, przecież... -/i obserwował, jak Lilith usilnie próbuje nadążyć za głównodowodzącą, a ta nie dość, że sobie nic nie robiła z rudowłosej, to jeszcze energicznie machała bronią w nadziei, że może uda się wystrzelić i niby przypadkiem wyeliminować narośl.

i- Nie, nie mamy miejsca!/i - próbowała uciąć dyskusję. Mordercai leniwie przeładował broń i szukał swojej ofiary, która była w zasięgu wzroku. Dostrzegł pyszałkowatego głupca, który działał mu na każdym kroku na nerwy. Był małym, chudym cwaniaczkiem, który naciągał wszystkich na pieniądze. Stał idealnie na linii łączącej go z Heleną... Odczekał ułamki sekund i wystrzelił. Krew wraz z mózgiem ładnie opryskała ubrania głównodowodzącej, włącznie z twarzą, a bezwładne ciało upadło u jej stóp.

- Miejsce właśnie się zwolniło - mruknął zadowolony do mikrofonu. Helena uniosła gniewne spojrzenie w jego kierunku, pokazując palcem. Zapragnął umieścić kolejny pocisk jako trzecie oko kobiety z bliznami, ale wstrzymał się, wzdychając głęboko.

- iW dalszym ciągu nie ma miejsca na darmozjadów /i - warknęła. Mordercai spojrzał w niebo, jakby szukał oparcia w bogu, w którego, o ironio, nie wierzył.

- Nie bądź jeszcze większą pizdą, niż jesteś - powiedział, oczekując reakcji. Lilith natychmiast zasłoniła usta ręką, a Helena spłonęła wściekłym rumieńcem.

- iA ty nie bądź chujem/i - próbowała się odgryźć, a on zaniósł się głośnym śmiechem.

- Sęk w tym, że jestem.

- iI tak jej nie wezmę, a jeśli zaraz nie przestaniesz, właduję jej zaległą kulkę w łeb /i - warknęła, a Mordercai natychmiast spoważniał, przeładowując broń.

- Śmiało, ale przysięgam ci, że wręczę ci twoją, również zaległą. Pamiętasz? - Dostrzegł, że Helena otworzyła usta, by się odgryźć, lecz Lilith przerwała narastający spór.

-i Proponuję zabawę w łowcę /i- Mordercai przeklął cicho pod nosem, co nie umknęło uwadze głównodowodzącej. Uznała to za swą szansę.

- Zgadzam się na łowcę, ale na moich zasadach - powiedziała, uśmiechając się zjadliwie. Musiał się zgodzić, nie miał innego wyjścia. Dość żarliwie kłócili się o ograniczenie możliwości. On i Lilith chcieli trzymać się klasycznej wersji, lecz Helena uparła się na swoje, nowe metody, tym samym mocno komplikując całą zabawę. Dziewczyna nie mogła mieć kontaktu radiowego, co raczej było obowiązkowym elementem tej zabawy. Dodatkowo, dano jej tylko trzy magazynki sześciostrzałowego rewolweru, a nie jak było dotychczas, sześć. Oraz znacznie wydłużyli jej trasę, o ponad dziesięć kilometrów, nie dając ani żywności, ani wody. Skazano ją na katusze, a nie na chrzest bojowy.

Zazwyczaj w ten sposób eliminowali słabe ogniwa i niemalże każdy musiał przejść przez ten test. Jednak każdy, poza tym jednym wyjątkiem, otrzymywał anioła - osobę, która kontrolowała wszystkie posunięcia i ewentualnie naprowadzała na właściwą drogę. Mordercai przeszedł ją w wieku szesnastu lat, a potem drugi raz, by pomóc Helenie. Sama skazana była na śmierć. Pierwszy i ostatni raz zrobiło mu się kogoś żal. Teraz żałował tej decyzji. Obserwował, jak Lilith ubierała dziewczynę i wszystko jej tłumaczyła. Westchnął, przecierając twarz dłonią. Nie ma mowy, by to skończyło się powodzeniem.

Wyłączył swój nadajnik, podnosząc się.

- Krwawiec! - zawołał, dostrzegając swojego jastrzębia zmodyfikowanego genetycznie, który podleciał i wylądował mu na ramieniu. Pogładził go po głowie, wręczając małą przekąskę.

- Podążaj - szepnął, wskazując palcem na czarnowłosą, która pozostała sama na pustkowiu. Ptaszysko zaskrzeczało, porwało zasuszonego szczura i rozwinęło skrzydła. Po kilku minutach unosił się nad dziewczyną niczym sęp, oczekujący na śmierć swojej ofiary. Tylko ten sęp pełnił zupełnie inną funkcję. Następnie strzelec przykląkł przy odbiorniku, ustawiając bezpieczną falę do T.K. Bahy.

- Szefie, potrzebuje jeden czysty nadajnik z radioodbiornikiem - nadał komunikat. - Zaraz się po niego zjawię...