Pierwszą moją myślą po opadnięciu kurzu było iNo i pozostałam sama./i Następna myśl wprawiła mnie w osłupienie, tańczące bardzo blisko histerii. iZostałam sama!/iSama! Absolutnie sama, na całkowitym odludziu, pustyni, bez wody i jedzenia, a jedynie z rewolwerem, którym mogłam zasadzić kulkę we własny mózg. Rozejrzałam się przerażona, zdając sobie sprawę, że zapada zmrok. Przeklęłam szpetnie i niewiele myśląc, rzuciłam się sprintem w kierunku, w którym ruszyły czołgi. Złudna nadzieja, że to tylko żart i czekają za zakrętem minęła równie szybko, jak siły na bieg. Moja umierająca kondycja spowodowała, że potknęłam się o kamień i przeleciałam krótki dystans w powietrzu, po czym przeciorałam się po ziemi jak ofiara egzorcyzmów. Leżałam w bezruchu, a serce ściągnęło się strachem.

- Bez paniki - szepnęłam do siebie, łapiąc się za głowę.

Sama. Całkowicie sama, skazana na tylko siebie. Świadomość, że nikt mi nie pomoże sprawiła, że do oczu napłynęły łzy. Podniosłam się do pozycji siedzącej i zaszlochałam. Moje załamanie trwało krótką chwilę, bo wrócił obraz Jacka - jego rozwalona czaszka, zamknięte oczy. Śmierć. Zginę tak, jak on. Potępiłby mnie, gdyby widział mój strach i moje załamanie. Byłam mu to winna. Wzięłam głęboki wdech, spoglądając w ciemne niebo. Noc zapadła bardzo szybko, a ciemność otuliła mnie, wprawiając w drżenie.

- Dam sobie radę, nie jestem amatorem przygód, prawda? - mówiłam do siebie, próbując dodać otuchy, lecz coraz bardziej uświadamiałam sobie beznadzieję sytuacji, w której się znalazłam.

Ciemność wokół mnie była przerażająca. Po chwili moje oczy przywykły do mroku i zaczynałam dostrzegać kontury otoczenia.

- Dobra, bez paniki - próbowałam wesprzeć sama siebie, ale słysząc drżenie i strach wyraźnie odbijający się w głosie, przełknęłam ślinę.

Cisza była bardziej przerażająca, niż mrok. Kiedy podniosłam się, słyszałam dokładnie każdy szelest materiału. Żadnego wiatru, żadnego poruszenia w otoczeniu. Jedynym źródłem dźwięku byłam ja. Ziemia szurała pod moimi nogami, kamienie toczyły się, gdy przypadkiem je trąciłam. Szłam przed siebie z rękoma w kieszeni i przygarbionymi plecami, wpatrując się uważnie w podłoże. Kamienie, piasek, skała i kości.

- Kurwa! - przeklęłam w końcu, kopiąc najbliżej leżący kamień. Zabolało, ale dzięki temu przekonałam się, że to nie jest sen. Rozcięty łuk brwiowy oraz policzek nadal piekł, ale ten ból stał się tak odległy, że niemal nierealny. Westchnęłam, spoglądając na rozcięcia wewnątrz dłoni, w które powbijały się małe kamyki. Wyciągałam je, cały czas idąc przed siebie. Kiedy kończyłam, wyciągnęłam broń i szłam przed siebie, trzymając ją kurczowo, jakby mogła mnie wybawić. Pustynia, równiny, szczyty i olbrzymie kamienie - wymarzona wycieczka krajoznawcza. Wliczone oczywiście są zwierzątka, przyjaźnie nastawieni tubylcy... No kurwa!

Mój oddech, echo kroków. Milczące głazy, równie małomówny mrok. Szepty wiatru cichły przy mej postaci, by trochę dalej znów plotkować między sobą. Kroczyłam samotnie przez pustkowie, przechodząc między szczytami. Dopiero teraz dostrzegałam ich ogrom, potęgę. Strach nie ustępował, nie opuszczał mnie ani na krok, lecz z czasem ukrył się bardziej w podświadomości.

Tylko ja, cisza i mrok. Człowiek, dźwięk i żywioł. Człowiek? Ofiara. Mięso. Tkanka mięśniowa i skórna. Ile człowiek tutaj znaczył? Tyle co składniki, z których był zbudowany? Czy tyle, ile warty jest kilogram mięsa? A jaka jest cena kilograma? Liczą jak wieprzowinę czy jak drób? A może mają swoje własne, kosmiczne ceny? Pandora. Słyszałam o tym miejscu na kursie, ale nie wspominali, że jest tutaj jakaś forma życia. Co oni wówczas mówili? Szlag! Myśl kobieto!

iPandora. Asteroida-planeta, która wpadła na orbitę słońca kilkadziesiąt lat temu. /iTak? Coś takiego tam było... Co jeszcze mówił wykładowca? iZawierała normalny ekosystem, wodę i atmosferę, była zdatna do zamieszkania, zaraz po tym, jak ustabilizował się jej lot orbitalny./i Niepewnie otwarłam bębenek broni, licząc naboje. Sześć. iJednakże ludzie niechętnie deklarowali się do jej zasiedlania, więc zmuszono do tego degeneratów i kryminalistów. /i Zamarłam, słysząc jakiś szmer. Zatrzymałam się w pół kroku, przełykając ślinę i rozglądając się. Niczego nie widziałam, a cisza, która zapadła, wydała mi się bardzo podejrzana. Wzięłam głęboki wdech najciszej jak potrafiłam i wyciągnęłam przed siebie ręce, celując w mrok. iCi, co mieli dożywocie lub karę śmierci zostali oddelegowani na tę planetę bez możliwości warunkowego zwolnienia. /i Może to jakiś zagubiony frajer wyszedł mnie przywitać? I zasadzę mu kulkę w łeb? Albo on mi? Przed oczy wrócił obraz tej bestii, która pożerała Josha. Zrobiłam kilka kroków do tyłu, dotykając coś plecami. Z piskiem odskoczyłam, strzelając w to miejsce, po czym zaśmiałam się histerycznie, widząc kamień.

Kilkadziesiąt godzin o klimacie Pandory, o warunkach atmosferycznych, o analizie ziemi i składników wody - lecz nic o bakteriach czy... tym czymś. Nigdy, przenigdy nie mówili o tym, że dzikie bestie dokonują selekcji naturalnej i przetrwają tylko ci, co bardziej zdegenerowani być nie mogą. Cholera no! Te bestie sobie tu chodzą jak pierdolone króliki i wpierdalają nas, ludzi, jak jakieś mlecze! Krwawe mlecze! Z okresem kurwa! Chciałam krzyczeć, płakać, biegać bez celu, ale nie miałam odwagi. Wpatrywałam się w mrok, oczekując na jakikolwiek ruch. Jednak nic takiego się nie wydarzyło. Wszystko stało w miejscu, żadnego ruchu, żadnego szmeru.

W końcu zrezygnowałam z wpatrywania się w ciemność i ruszyłam do przodu. Nie wiem jak dużo udało mi się przejść, gdy usłyszałam szelest. Przywarłam plecami do ściany klifu, biorąc głęboki wdech. Poczułam, jak nogi zaczynają drżeć, a serce bije jak oszalałe. Ten dźwięk z pewnością mi się nie wydawał...

Nie potrafiłam zlokalizować z której strony dobiega. Myśli, które dotychczas oplotły strach logicznymi wywodami, opadły, pozwalając przerażeniu galopować po moich organach wewnętrznych. Przełknęłam ślinę, rozglądając się uważnie. Gdziekolwiek byłam, cokolwiek miało się wydarzyć, chciałam przetrwać. Wzięłam głęboki wdech, poprawiając broń. Nie było czasu na przeliczanie naboi. Ile to ja wystrzeliłam? Jeden? Dwa?! Cholera jasna!

Słyszałam, jak zbliżało się powolutku. Nie wiedziałam jednak z której strony się pojawi. Odgłos kroków mieszał się z szumem krwi dudniącym w uszach i płytkim oddechem. Ścisnęłam mocniej broń, czując drżenie palców. Cokolwiek nadchodziło, było blisko. Usłyszałam cienkie, krótkie piski. Włosy zjeżyły się na karku i poczułam jak dostaję gęsiej skórki. Słyszałam TO, ale czy TO słyszało mnie? Czy to była ta bestia, która pożarła moją załogę? Czy coś innego? Może to... lata? Wyjrzałam zza kamienia ale żadnego ruchu nie dostrzegłam. Nic nie szło w moją stronę, a wyraźnie słyszałam chrzęst osuwanego piasku. Z sercem ściśniętym przerażeniem, podniosłam się, by dokładnie sprawdzić otoczenie. Ta część terenu była czysta - żadnych bestii. Na niebie również nic się nie ruszało. Przełknęłam ślinę, czując, jak drżą mi nogi.

Szlag! Wyraźnie słyszałam, ale w dalszym ciągu nic nie widziałam. A co jeśli to coś za mną podążało? Spojrzałam w przeciwną stronę, lecz niczego nie dostrzegłam. Kurwa! Wzięłam głęboki wdech, przytulając broń do piersi. Bez paniki, bez paniki. To tylko wymysł mojej chorej wyobraźni... to tylko moja wyobraźnia... to tylko...

Zdałam sobie sprawę, że to nie drogi mi drżą. To piasek pod moimi stopami się przesypywał, jakby coś się z niego... odkopywało. Przerażona, upuściłam broń i zaczęłam biec, dusząc łzy bezradności. Jednak po kilkunastu metrach uświadomiłam sobie, że upuszczając broń, wydałam na siebie wyrok. Zatrzymałam się, spoglądając do tyłu. Piasek uspokoił się, ale moje serce nie. W dalszym ciągu biło jak oszalałe. Dlaczego mi to zrobili? Dlaczego pozostawili mnie tu całkowicie samą?! Cholera! Cholera! Cholera! Wzięłam głęboki wdech, wpatrując się w miejsce, w którym niedawno stałam. Kilkanaście metrów, krótki dystans na sprint. Rewolwer w dalszym ciągu leżał w piasku. Przeżegnałam się, po czym zerwałam się w tamtą stronę sprintem. Cisza, która teraz panowała była przerażająca, tym bardziej, iż wiedziałam, że coś się w niej kryje.

Dobiegłam do miejsca, schylając się, by złapać za broń, gdy z piasku wychyliły się czułki oraz dwie pary ostrych jak brzytwy nóżek, które wbiły się w rękę. Nie krzyknęłam, nie pisnęłam zbyt zaskoczona, ale w chwili, gdy moje palce zacisnęły się na zimnej stali, wyszarpnęłam dłoń. Krew trysnęła obficie, ale na szczęście odnóża nie złapały na żyłę. Krwawiąc, odwróciłam się i rzuciłam do ucieczki. Cokolwiek było w tym piasku, piszczało. Serce biło jak oszalałe, w uszach szumiała krew. Szlag! Przebiegłam kilkanaście metrów, by odwrócić się i zobaczyć, czy za mną pełznie. Trwało to ułamki sekund.

Ten robal, co wyglądał jak mały pancernik, już leciał w kierunku mojej głowy. Odruchowo odepchnęłam go dłonią, jakbym broniła się przed piłką. W szoku patrzyłam, jak stworzenie ląduje na ziemi, zwija się w kulkę, po czym rozwija i ponownie rusza w moją stronę. Kątem oka dostrzegłam charakterystyczne buły, jakby coś pełzło pod cienką warstwą piasku.

Biegłam na oślep, unikając większych głazów i sytuacji, w których mogłabym się potknąć. One cały czas za mną pełzły - słyszałam ich piski, dźwięk osuwanego piasku. Czasami któryś mignął obok mojej głowy, jakby próbował się złapać czaszki. Cholera! Dostrzegłam większy głaz, ale wskakiwanie na niego nie miało sensu. Z łatwością dosięgłyby czaszki, by potem... Czułam, jak płuca płoną a mięśnie odmawiają posłuszeństwa. Wiedziałam, że jeśli upadnę, to już nie wstanę.

Ich piski świdrowały mózg, wbijały się w podświadomość. Nadawały tylko jeden sygnał: iZaraz zginiesz/i, a ja biegłam na oślep, chcąc ratować własne życie. Nogi zapadały się w piasku, przez co coraz niepewniej je stawiałam. Mijałam kaniony, głazy w nadziei, że za nimi nic się nie kryje. To, czy goniła mnie jedna bestia, czy też pięć nie czyniło mi różnicy. Przerażona, nie słyszałam już nic poza własnym oddechem i szumem krwi. Byłam wykończona... Nie miałam już sił...

Dopiero po kolejnych kilkudziesięciu metrach zatrzymałam się, gotowa na śmierć. Padłam na kolana, kuląc się i obejmując ramionami. Ból w klatce piersiowej, kolka, zdrętwiałe od nadmiaru ruchu nogi... umierałam już, czy dopiero zaczynałam? Dyszałam, a ciało zadrżało spazmatycznie. Zwymiotowałam, wbijając jednocześnie paznokcie w skórę.

Dopiero gdy oddech się uspokoił, dotarło do mnie, że otacza mnie cisza. I mrok. Przede wszystkim jednak cisza. Ani szumu piasku, ani ich pisków. Uniosłam głowę, rozglądając się półprzytomnym wzrokiem. Sceneria nieco się zmieniła. Nie znajdowałam u podnóża szczytów, lecz na pustynnej, otwartej przestrzeni wypełnionej głazami. Teren wznosił się i opadał, miejscami widziałam urwiska, czasami pojedyncze szczyty, ale nie były one tak gęsto zasiane jak wcześniej. Niepewnie odwróciłam głowę, mrugając energicznie, by łzy spłynęły po policzkach. Byłam sama, nic mnie nie goniło, nic nie pełzło ani nic nie latało. Przełknęłam ślinę, która uświadomiła mi, że mam suche niczym wiór gardło. Obserwowałam to, co znajdowało się za mną, lecz w dalszym ciągu nie dostrzegłam oznak pościgu. Odpuściły? Ale... dlaczego?

Usłyszałam szelest. Drgnęłam nerwowo, wyciągając broń przed siebie i szukając stworzenia, do którego miałam strzelić. Opodal, na zwalonym pniu siedział ptak. Zamrugałam energicznie. Moja dociekliwa natura walczyła teraz z przerażeniem. Póki skrzydlaty stwór siedział w bezruchu, obserwując mnie, czułam się bezpieczna na tyle, na ile byłam pewna, że zdążę wystrzelić.

Kreatura przede mną była wielkości dorodnego orła, lecz stosunkowo drobniejsza. Nie była potężna. Smukłe ciało pokryte cienką warstwą piór. Długie łapy niczym u żurawia czy czapli, a skrzydła... Przełknęłam ślinkę, analizując tę część ciała. Nie były pierzaste - bardziej przypominały te od nietoperza. Szkielet kostny identyczny, ale w przestrzeni, którą zazwyczaj pokrywały mięśnie i pióra, rozciągnięta była cienka błona. Szary dziób i upierzenie na plecach, białe piórka na klatce piersiowej i podbrzuszu. Trzymał coś w łapie, obserwując mnie. Co chwilę kręcił głową na wszystkie strony, jakby rozglądając się za ofiarą. Bądź zagrożeniem.

Zafascynowana jego anatomią i wyglądem ignorowałam dźwięki, które dopiero teraz mój umysł zarejestrował jako mowę.i

-... ziemia do nowej, dostałaś udaru czy wylewu?/i - usłyszałam charyzmatyczny, lekko chropowaty głos. Dobiegał od... ptaszyska?! Otwarłam usta, zrywając się na nogi i robiąc krok do tyłu. Zapomniałam o zmęczeniu i wycelowałam palcem w ptaka.

- Ty... Ty gadasz! - mój głos zabrzmiał bardziej piskliwie, niż sobie tego życzyłam. Usłyszałam bardzo przyjemny, acz trochę psychopatyczny śmiech.

i- Tak kurwa, kra kra/i - powiedziało ptaszysko, a ja wydęłam usta, rozglądając się. Śmiech był jeszcze bardziej donośny i pewnie gdyby to stworzenie mogło, turlałoby się ze śmiechu. Otworzyłam usta, by go ochrzanić, lecz zamilkłam. To przez zmęczenie, tak, z pewnością. Westchnęłam, odwracając się bez słowa i ruszając przed siebie.

i- Ej ej ej! A ty gdzie? /i- usłyszałam głos tuż obok siebie. Ptaszysko stało opodal na ziemi, wpatrując się we mnie.

- Do New Heaven - odparłam.

i- Bardzo mądre posunięcie, gdyby nie te krwawiące dłonie. Skagi lada chwila zwietrzą twój zapach./i

Z jednej strony gadałam z ptakiem, co mogło oznaczać, że mocno pieprznęłam się w głowę w komorze podczas awaryjnego lądowania. Z drugiej jednak strony, stworzenie to gadało z sensem. Jak na dziwne, pokraczne ptaszysko. Ogólnie, jak na gadające zwierzę. Pokręciłam głową, siadając na ziemi i rozcierając skronie. Tego było za wiele. Najpierw awaria promu, potem śmierć towarzyszy, ta cała sytuacja przy wraku... te psy, te robaki... a teraz to! Gadający nietoperzo-ptak!

- Idź w cholerę - mruknęłam, a ptak dalej stał, wpatrując się we mnie. Po chwili do moich uszu dotarło rozgoryczone westchnienie.

- iOgarnij się, bo nigdy nie dojdziesz do New Heaven/i - powiedział, a ja wzruszyłam ramionami. Czy to było takie ważne? Wiedziałam, że zginę. Tu czy tam, co za różnica? Śmierć to śmierć. Spojrzałam na dłoń, w której w dalszym ciągu kurczowo trzymałam broń. Ostre elementy powbijały się w skórę, a krew sączyła się z drobnych ran. Uniosłam delikatnie rękę i dostrzegłam, jak czerwone krople spływają i kapią z łokcia.

- Dlaczego mi pomagasz? - spytałam, patrząc przed siebie, a ten zaśmiał się cicho, przestępując z łapy na łapę.

- iNie ważne dlaczego, ważne, że to robię. Ogarnij się, bo słowo daję, zdechniesz tutaj sama, a ja ci nie pomogę/i - jego ton był poważny, rzeczowy i dawał mi jasno do zrozumienia, że tutaj nie ma miejsca na sentymenty. Wzięłam głęboki wdech, ocierając wierzchem dłoni policzki.

- Co mam zrobić? - spytałam, wstając, a on zaśmiał się, rozprostowując skrzydła.

- iWoda i bandaże. Podążaj za mną. No, to hop!/i - Ptaszysko wbiło się w powietrze, a ja dalej słyszałam jego głos. Przetarłam twarz dłonią, ruszając za zwierzęciem. Szliśmy w kierunku szczytów, lecz w zupełnie inny rejon od tego, z którego przybyłam.

Obserwował, jak spanikowana błądzi pomiędzy szczytami, reagując niemalże histerycznie na każdy ruch. Z jednej strony uważał jej zachowanie za bardzo logiczne i właściwe, lecz z drugiej śmiał się z tego. Obawiała się cieni, zwłaszcza własnego. Przerażały ją własne kroki i własny oddech. Była sama, ale zachowywała się, jakby podążała za nią banda napalonych mężczyzn. Chichrał się co chwilę pod nosem, obserwując ją przez lornetkę termowizyjną. Cały czas miał włączony nadajnik ECHO, w którym co chwilę odzywali się jego towarzysze lub T.K. Baha z zapytaniem, jak radzi sobie nowa.

Z początku w planie miał ofiarować jej zwykły radioodbiornik, lecz nie mieli żadnego sprawnego. Nie był do końca pewien, jaką taktykę obrać w komunikacji z nią oraz czy w ogóle próbować się z nią kontaktować. Usłyszał skrzeczenie Krwawca w słuchawce. Dostrzegł go, a później rozejrzał się za dziewczyną. Stała przytulona do ściany klifu. Również usłyszała ptaka. Mordercai uśmiechnął się.

- Mądra dziewczynka - szepnął do siebie, siadając wygodnie na ziemi. Zasłaniał go łazik, którym przemieszczał się po pustyni. Szybki, z szerokim rozstawem osi. Opony szerokie z niewiarygodną przyczepnością pozwalały pokonywać nawet najtrudniejsze tereny. Najwygodniejsze było miejsce, do którego doczepiono małą wyrzutnię rakiet.

Uśmiech spełzł mu z twarzy, gdy dostrzegł to, co wcześniej zauważył jego podopieczny. Pełzacze. Robale, których było pełno na pustyni. Lubowały się w ludzkich wnętrznościach, czasami składając jaja w jelitach. Nie raz, nie dwa, widział ciała, które były puste niczym wydmuszki. Te stworzenia atakowały z ukrycia, gdy się tego nie spodziewałeś. Przemieszczały się stadnie, a co gorsza, potrafiły organizować pułapki. Widział, jak pełzną w jej stronę pod piaskiem.

- Baha, możemy ją skreślić, wpadła w pułapkę pełzaczy - nadał komunikat, chowając zadowolony broń. Koniec jego zmiany, mógł w końcu odpocząć.

i- Poczekaj szczylu. Póki nie zobaczysz trupa, nie schodzisz z posterunku /i- usłyszał głos starca. Skrzywił się, ale dalej się pakował. - iWidzę, że mnie ignorujesz. Założę się z tobą, że nie dasz rady jej pomóc i nie doprowadzisz jej do New Heaven./i

- Jest martwa, tylko o tym jeszcze nie wie - odparł, poprawiając czerwoną chustę, która otulała jego głowę. Śmiech starca zirytował go bardziej, niżby sobie tego życzył.

i- Poczekaj. Jeśli przeżyje, to założę się o porządnie wypieczonego kurczaka, że nie dasz rady doprowadzić jej do New Heaven. /i

- Żaden człowiek o zdrowych zmysłach nie wymieni jej na kurczaka. Nie opłaca się! Kurczaki są przecież... - zaczął Mordercai, ale przerwał swoją wypowiedź, dostrzegając zmagania dziewczyny. Najpierw rzuciła się do ucieczki, upuszczając broń. Uśmiechnął się pod nosem, kręcąc głową.

- Po niej, zostawiła broń.

- iOooo... /i - pełen zawodu jęk kilku osób skomponował się w idealną symfonię porażki. Jednak Mordercai dostrzegł, że prawdopodobnie to nie koniec. Oparł się wygodnie o snajperkę, przyglądając się, jak zatrzymała się w miejscu i wróciła spojrzeniem do miejsca, w którym leżał rewolwer.

- Chyba wróci się po broń - nadał komunikat zadowolony. Z jednej strony kończyło się jego zadanie odprowadzenia jej, ale z drugiej strony trochę mu było żal. Od tak dawna nie jadł kurczaka, że prawdopodobnie wykonałby tę misję bez zająknięcia. Przełknął ślinę, wyobrażając sobie chrupiącą, dobrze przypieczoną skórkę i te pyszne, soczyste mięsiwo... Potrząsnął głową, wybudzając się z transu.

Spojrzał w kierunku nowej akurat w chwili, gdy ta odbiła pełzacza jak piłkę. Zaśmiał się donośnie, unosząc rękę do góry.

- Dobra dziewczynka! - obserwował z uznaniem, jak rzuciła się do ucieczki. Pełzacze to były okropne i podstępne bestie, o różnej wielkości. Spotkał takie o rozmiarach pięści, jak i piłki, ale były również takie, co wzrostem przerastały człowieka. Były podłużne niczym ślimak, lecz pancerz trochę przypominał pchłę. Nóżki krótkie pod ciałem, przez co powolutku pełzały, ale były bardzo szybkie w skoku. Czułki i odnóża ostre, haczykowate, z lubością zatapiały się w skórę. Jedne pluły kwasem, inne wybuchały przy najmniejszym uderzeniu, a jeszcze inne wykształciły małe skrzydełka, dzięki którym latały jak trzmiele.

- Jest szansa - nadał komunikat, po czym wsiadł do pojazdu i przejechał jakiś kilometr, zatrzymując się przy kolejnym punkcie obserwacyjnym. Wysiadł leniwie, wziął swój noktowizor i odszukał biegnącego, jasnego punktu. Nadal uciekała, nieświadoma, że już dawno przekroczyła granicę Pełzaczy. Uciekła im. Wygrała los na loterii w chwili, gdy przeszła z piaszczystych wzniesień na skaliste równiny. Uśmiechnął się pod nosem, kręcąc głową.

- Ładnie, ładnie... nie jesteś taka siksa jak sądziłem... - mruknął z uznaniem.

- Baha? - zawołał do mikrofonu. Słysząc pytające mruknięcie, wziął głęboki wdech. - Szykuj tego kurczaka.

Po tych słowach ściszył nadajnik, ale pozostawił możliwość słuchania i komunikowania. Tutaj nie zawsze trzeba było być w kontakcie - inaczej było się martwym. Musiał wiedzieć co się dzieje i gdzie się dzieje, wiedzieć z kim trzymać a od kogo z daleka. Wziął snajperkę, kilka magazynków i pokręcił ramionami, rozmasowując obolałe kości. Widział, że ta pada na kolana i dyszy.

- Ląduj - wydał polecenie i dostrzegł, że ptak zaczął opadać, aż wylądował na gałęzi zwalonego, zaschniętego drzewa.

- Hej, śliczna, słuchaj. Jestem Mordercai i chcę ci pomóc. Słyszysz mnie? Halo? Kurwa, komunikator się zjebał? Krwawiec, głos. - ptak zaskrzeczał, a dziewczyna jakby drgnęła. Zatem odbiornik się nie zepsuł. Pokręcił z niedowierzaniem. - Te, tu ziemia do nowej, dostałaś udaru czy wylewu?

i- Ty... Ty gadasz! -/i Słysząc jej piskliwy głos, westchnął i przetarł twarz dłonią. Idiotka uznała, że Krwawiec do niej gada.

- Tak kurwa, kra kra - warknął zirytowany. Wtem usłyszał odbiornik.

- iMord! Weź ją wkręć!/i - usłyszał głos Lilith i śmiechy kilku innych osób. Pokręcił głową, spoglądając w niebo. Niech im będzie. Dostrzegł, jak dziewczyna wstaje i rusza przed siebie.

- Ej ej ej! A ty gdzie? - Zawołał zirytowany. Nawet nie chciała z nim za bardzo rozmawiać. Bardziej go jednak wkurzyło to, że krwawiła i nic sobie z tego nie robiła. Krew była bardzo cenna, zwłaszcza na tej pustyni. Idąc i krwawiąc nie tylko przyciągnie uwagę drapieżników, to jeszcze prawdopodobnie padnie z wycieńczenia.

i- Do New Heaven/i - odparła. Uśmiechnął się pod nosem. Wiedziała, czego chciała i co powinna zrobić, jednak w pewnym stopniu jej instynkt samozachowawczy szwankował.

- Bardzo mądre posunięcie, gdyby nie te krwawiące dłonie. Skagi lada chwila zwietrzą twój zapach - powiedział, rozglądając się po pustyni. Jasne punkty, które z całą pewnością były tutejszymi psiakami, wyruszyły już na łowy.

Zaprowadził ją do miejsca, gdzie wcześniej ukrył bukłak z wodą i bandaże. Początkowo również chciał podłożyć nadajnik ECHO, ale uznał, że rozmowa przez Krwawca jest o tyle zabawna, że myślała, iż rozmawia z ptakiem, a nie z właścicielem. U podnóża klifu, z którego wszystko obserwował, mieściła się drewniana budka, a w niej kilka ważnych przedmiotów. Mordercai dla odstraszenia potencjalnych złodziei rozłożył martwe ciała, wcześniej skradzione prosto spod jam skagów. Wszędzie walające się jelita, płuca, serca. Piasek skąpany we krwi, odbite ślady psów.

Tak jak się spodziewał, dziewczyna w pierwszej chwili zrobiła krok do tyłu, przesłaniając dłonią usta i nos. Dławiące opary zgnilizny wyciskały z oczu łzy, a z żołądka soki. Unosił się kilkadziesiąt metrów nad tym, ale i tak czuł smród. Stanął tak, że nowa nie mogła go dostrzec i obserwował, jak Krwawiec przeskakuje z trupa na trupa, po drodze wydziobując jeszcze jakieś świeże białka oczne czy języki.

Mordercai patrzył na to niewzruszony, gorzej z dziewczyną, która zwymiotowała.

i- Gdzie mnie wyprowadziłeś?/i - spytała pełna oburzenia, a strzelec uśmiechnął się pod nosem, kucając i przyglądając się uważnie jej poczynaniom.

- Znajdziesz tutaj wszystko to, czego potrzebujesz. Radzę się pospieszyć, niedługo świt.

i- Ale czego potrzebuję?/i - Nie odpowiedział na jej pytanie. Był ciekaw, co uzna za niezbędne.

Przeklęłam szpetnie, patrząc, jak ptak siada wygodnie na budce i obserwuje co robię. Skrzywiłam się, przechodząc między gnijącymi ciałami. Z trudem walczyłam z mdłościami, drżeniem ciała i narastającą paniką. Co za bestia musiała tutaj polować! Tyle ciał, tyle trupów... Rozszarpani ludzie, wnętrzności... Przełknęłam ślinę kiedy usłyszałam jak pęka jakiś organ pod moimi stopami. Z trudem nie rozjeżdżałam się na jelitach, które wiły się po piasku niczym martwe węże.

W końcu doczłapałam do budki. Wyciągnęłam broń, sprawdzając magazynek. Towarzyszył temu śmiech ptaka.

i- Dobrze robisz /i - stwierdził, a ja przeklęłam go w myślach. Zaprowadził mnie tutaj, pewnie wprost w pułapkę. Jednakże, skoro doszłam aż itutaj/i, powinnam zobaczyć co cennego tutaj znajdę. Domek nie miał drzwi, tylko wisząca szmatę jako kotarę. Przesłaniała widok na wnętrze. Wzięłam głęboki wdech, niepewnie odsłaniając zasłonę. Nie dostrzegłam kolejnych ciał, ani grubej warstwy krwi. Nie było nic, czego mogłabym się obawiać. Kilka szafek jak z liceum, jakaś skrzynia, pudła. Rozejrzałam się jeszcze po trupach, które tutaj zalegały. Robiło się coraz widniej, co przyjęłam z ulgą.

Weszłam do środka i w mrok, który był bardziej ciemny niż na zewnątrz, po czym zaczęłam szukać interesujących mnie rzeczy. W pierwszej kolejności szukałam wody, o której mówił ptak. Odnalazłam beczkę i po upiciu pierwszego łyku, poczułam w dłoniach drgania małych żyjątek.

- W wodzie są robaki... - jęknęłam histerycznie, a ptak zaśmiał się donośnie.

- iSame białko i proteiny, nie zaszkodzą ci/i. Wzięłam głęboki wdech na odwagę, po czymłapczywie zaczęłam pić, nabierając wody w złączone dłonie. Ignorowałam metaliczny posmak i zmuszałam się do jeszcze większej obojętności na pływające w niej żyjątka. Kilkakrotnie zadrżałam spazmatycznie, lecz nie pozwoliłam sobie na wymioty, na kolejne ubytki wody w organizmie. Nawet wtedy, gdy jakaś larwa utknęła między zębami i instynktownie ją rozgryzłam. Kiedy już wypełniłam żołądek do granic możliwości, odetchnęłam z ulgą i poszukałam bukłaka. Napełniłam go wodą w nadziei, że jakiejś kijanki nie wpełzną do środka i nie zatkają ustnika. Kiedy był pełny go po brzegi, przyczepiłam do paska. Odnalazłam kilka magazynków i drugi rewolwer.

W ciągu kilku minut, które spędziłam w środku, zrobiło się jasno jak w popołudnie i równie parno. Powietrze suche natychmiast zadawało ból przy każdym wdechu. Smród gnijących ciał mocno się nasilił.

- i Co wybrałaś? /i - usłyszałam ptaka, który dalej siedział na dachu, czyszcząc pióra.

- Broń i bukłak wody - odparłam. Nic nie powiedział, więc westchnęłam i wyszłam. Zrobiłam kilka kroków, gdy słońce wychyliło się zza szczytu, padając na skórę. Oparło się na ciele na zaledwie kilkadziesiąt sekund, a ja już czułam nieprzyjemnie pieczenie. To wystarczyło, bym wracała sprintem do budki, a przez cały ten czas towarzyszył mi wesoły, psychopatyczny śmiech.

Siedząc bezpiecznie w cieniu, słyszałam jego głos.

- i Czyżbyś przekonała się, że słoneczko nie jest twoim sprzymierzeńcem? -/i Zapytał uradowany, a ja zaśmiałam się wymuszenie.

- Przynajmniej mam ciebie - odparłam w nadziei, że połechtam ego rozmówcy i w przypływie dobroduszności zdradzi mi kilka sekretów, które zna, a które z pewnością mi się przydadzą. Słyszałam, jak ptak zeskakuje na ziemię, po czym wchodzi do środka, zajmując miejsce na jednej ze skrzyń.

- iHo ho, nazywanie mnie sprzymierzeńcem jest mocno przesadzone... Z pewnością nie robię tego z własnej woli i nie pomogę ci, gdy zacznie ci się palić dupsko /i - skrzywiłam się słysząc jego wypowiedź. Więc nie pomagał mi, bo... Och, czego się spodziewałam? Tutaj, gdzie na dzień dobry każdy chciał mi zasadzić kulkę w łeb za to, że oddycham tym samym powietrzem? Mogłam się domyśleć, że to nie jest kaprys dobrodusznej duszyczki.

- Co z tego masz? - spytałam, dotykając skóry, która zaogniła się niebezpiecznie. Najmniejszy dotyk sprawił mi ból, chociaż to nie było jeszcze oparzenie słoneczne. Odnalazłam jakiś skrawek materiału, zanurzyłam w beczce z wodą i przyłożyłam do ręki. Przez krótką chwilę czułam ulgę. Ptaszysko przez ten czas milczało, po chwili odezwało się.

- iSzczerze? /i - spytał, a ja prychnęłam.

- Nie kurwa, okłam mnie - warknęłam, po czym dodałam już łagodniejszym tonem. - Szczerze.

- iHa!/i - zaczął się śmiać, po czym próbując zachować powagę, odpowiedział na moje pytanie. -i Będę mieć kurczaka, złociutka, z rożna. W opiekanej, złocistej skórce. Swoją drogą, zabawne, jak potrafisz być niemiła w stosunku do osoby, która może uratować twoje zgrabne nóżki /i.

- Niby jak? - spytałam, zaczynając grzebać po kartonach. - Masz skrzydła, łapy i dziób. Co możesz zrobić, hm? Zaskrzeczeć? I serio jestem warta tyle co pieczony kurczak, tak?

Cisza, która zapadła po moich złośliwościach źle wróżyła. Czekałam w bezruchu na jakąkolwiek reakcję, uświadamiając sobie, że bez niego jestem jak błądzące dziecko. Trwało chwilkę, nim usłyszałam odpowiedź. Zimny, bezduszny ton zaskoczył mnie, ale jeszcze bardziej to, co powiedział.

i- Serio wierzyłaś, że Krwawiec do ciebie przemawia? Masz ostro nasrane we łbie. Co oni wam robią na tych kursach? Bo z pewnością nie uczą.../i - skrzywiłam się, słysząc jego obelgę. Jednak byłam bardziej ciekawa, niż zła. - iDodatkowo, ktoś przecenia twoją wartość. Kurczak jest cenniejszy niż twoje życie, zapewniam cię. /i

- To z kim rozmawiam?

i- Gdybyś wcześniej nie trwała w takiej apatii, wiedziałabyś, że mam metr osiemdziesiąt, osiemdziesiąt kilo, chodzę na dwóch nogach i w dłoniach trzymam snajperkę. Dodatkowo, czekam tylko na okazję, by zrobić ci trzecią dziurkę w chwili, gdy biedne skagi nie będą mieć już sił cię gonić. /i

Otwarłam usta, lecz nic nie powiedziałam. Wpatrywałam się w niego, po czym podniosłam się, spoglądając w stronę, jak go określił głos, Krwawca. Nie wiedziałam, jak mam się zachować. Jestem na obcej planecie, gdzie słońce po godzinie zmieni moje ciało na wiór, albo mnie zastrzelą, albo nie daj boże coś mnie pożre, a jedyna moja nadzieja w tym szaleńcu ze snajperką. Czy mogłam mu ufać?

- Jaki masz plan? - spytałam, dusząc w sobie dumę i strach. Jeśli przeżyję, porachuję się z nim później, przysięgam. Teraz jednak chciałam przetrwać, a do tego potrzebny mi był ten psychopata. Przez dłuższą chwilę słyszałam głośny śmiech, który irytował mnie, jednak nie dałam po sobie tego poznać.

-iIdziesz przez pustynię, ot co/i - stwierdził, a ja prychnęłam.

- Ta jasne - warknęłam. - Lilith mówiła, że unikać otwartych przestrzeni.

- iPowiedz mi, złociutka, kto z tobą rozmawia? Ja czy Lilith? Kto mierzy snajperką, gdy się tego nie spodziewasz? Ja czy Lilith? Kto próbuje ci pomóc? Ja czy Lilith? Wiesz, kto kazał otworzyć komorę kriogeniczną, w której siedziałaś? Kto... Jak sądzisz? /i

Nie odpowiedziałam, tylko westchnęłam, znajdując puszkę z konserwą. Bez słowa otwarłam ją i powąchałam. W moje nozdrza uderzył nieprzyjemny zapach mięsa oraz jakichś ziół, który był dla mnie jak kopniak w i tak słaby żołądek. Zemdliło mnie, ale byłam głodna, więc zaczęłam jeść zakrwawionymi palcami. Starałam się zwalczać odruch wymiotny, którego częstotliwość narastała. Zjadłam tyle, ile byłam w stanie. Nie chciałam, by mój żołądek pozbył się tego, co w niego wmusiłam. Zaczęłam na spokojnie przegrzebywać resztę kartonów. Odnalazłam lnianą torbę przewieszaną przez ramię, do której zapakowałam jeszcze dwie małe puszki konserwy i zapasowy bukłak z wodą. Odnalazłam latarkę, która niestety, nie działała. Odrzuciłam ją, dalej grzebiąc.

Mój rozmówca siedział cicho, pewnie nasłuchując krzątaniny. Znalazłam jeszcze jakieś pieniądze, trochę przypominające dolary. Z uśmiechem schowałam je pod stanik, dalej przerzucają stare i nadgnite kartony. Westchnęłam, nie dostrzegając niczego przydatnego - żadnego płaszcza, kurtki czy nakrycia głowy. Spojrzałam na ptaka, który usiadł wygodnie i schował głowę pod skrzydło, zapadając w drzemkę.

- Masz tutaj jakieś ciuchy? - spytałam, a odpowiedziało mi milczenie. Westchnęłam, przecierając twarz dłonią. Byłam wykończona.

- Jak długo już jestem na nogach? - spytałam ponownie, lecz i tym razem nic mi nie usłyszałam. Przeklęłam szpetnie, spoglądając w sufit.

- Hej, obraziłeś się? - zawołałam głośniej, a do moich uszu dotarła gwałtowna krzątanina i pomruki przekleństwa. - Co ty robisz? - spytałam szczerze zdezorientowana.

i- Kurwa... /i- usłyszałam cichy pomruk, trochę... zaspany. Zaczęłam się śmiać, obejmując się rękoma za brzuch.

i- Skoro cię to tak bawi, to ja się zbieram, powodzenia niunia /i- usłyszałam zirytowany głos.

- No daj spokój, fochasz się? - spytałam, ale odpowiedziała mi cisza. Uśmiech spełzł z mojej twarzy. - Ej, nie wkręcaj mnie - jednak otrzymałam milczenie. Westchnęłam, przecierając twarz dłońmi.

- Dobra, jak sobie chcesz, miej focha na cały świat - spróbowałam go sprowokować, lecz nic z tego nie wyszło. Przeklęłam szpetnie, uderzając ręką o blaszaną ścianę, czego natychmiast pożałowałam. Rany ponownie zaczęły krwawić. Posłałam ptaszysku gniewne spojrzenie, jakby był czemuś winny i z sykiem zaczęłam przemywać rany wodą. Kiedy skończyłam, zauważyłam, że głęboko rozcięta skóra sama się nie zrośnie, a lada chwila może wdać się zakażenie. Musiałam szyć. Starając się nie ruszać ręką, szukałam apteczki. Wiedziałam, że gdzieś mignęła mi czerwona skrzyneczka z białym krzyżem.

Kiedy ją otworzyłam, dostrzegłam starannie zapakowane przyrządy do szycia, jodynę oraz bandaże. Wzięłam głęboki wdech na odwagę i drżącymi dłońmi zaczynając szyć. Przy pierwszym przeciągnięciu nici wyłam, wijąc się po ziemi jak w agonii. Prawie sobie język odgryzłam zaciskając zęby. Wzięłam mokrą szmatę, którą wcześniej chłodziłam oparzenie i włożyłam do ust. Wróciłam do szycia z sercem ściągniętym przerażeniem. Ból był przeogromny, a z każdym kolejnym wbijaniem igły łzy ciekły coraz bardziej po policzkach. Krzyczałam, lecz szmatka skutecznie blokowała wszystkie dźwięki, tym samym nie zwróciłam na siebie uwagi bestii. Nie wiem ile czasu mi zajęło zszywanie ani ile krwi straciłam. Przemyłam ranę ostatni raz wodą, pozbywając się pozostałości szkarłatu i owinęłam bandażem od łokcia aż do palców. Rana nadal piekła, a ja miałam wrażenie, że zaraz odpadnie mi ręka. Mrowienie, pieczenie, wszystko na raz. Na czoło wystąpiły kropelki potu, z ust ciekła krew a oczy opuchły od łez. Ręce dygotały jak paralitykowi, ale najgorsze było już za mną. Nie wyszło idealnie, ale zatamowałam krwawienie.

Byłam wykończona. Bolało mnie ciało, ale i dusza mocno ucierpiała. Miałam ochotę położyć się i umrzeć, lecz czy tutaj byłam bezpieczna? Westchnęłam, przecierając oczy. Byłam wykończona... pragnęłam się położyć, tylko na chwilkę. Ziewnęłam przeciągle, przesłaniając usta dłonią, chociaż nikt inny tego nie widział.

i- Zdrzemnij się, przed tobą daleka droga. Tam jesteś bezpieczna, nie wiadomo, kiedy natrafisz na przyjazny port - /iusłyszałam głos i uśmiechnęłam się pod nosem.

- Jednak się nie fochasz? - spytałam zaczepnie, lecz już się nie odezwał. Westchnęłam, kładąc się na ziemi i zasłaniając kartonami, by z wejścia nie było mnie widać. Położyłam się na boku i przymknęłam oczy, czując nieprzyjemne pulsowanie w ręce. Nie myślałam, że usnę. A tym bardziej tak twardym snem...

Przysłuchiwał się jej poczynaniom, ignorował jej jęki i krzyki, gdy zapewne zszywała rękę. Udawał, że nie słyszy jej przekleństw i pytań. Mała, irytująca baba, która sądzi, że cały świat padnie do jej stóp, gdy o to ładnie poprosi. Niestety, świat taki nie był. Westchnął, poprawiając się wygodnie w fotelu samochodu. Odjechał jakiś czas temu, szukając cienia, w którym mógłby zaparkować i się zdrzemnąć. Spędził przeszło trzydzieści godzin na nogach, bez nawet krótkiej drzemki i już ledwo na oczy patrzył. Wiedział, że w tym stanie nie potrafiłby jej pomóc. Jeśli zechciałby jej pomóc.

Cały czas jednak słyszał to, co robiła w kanciapie i uśmiechał się, drzemiąc. Nie, nie należał do łaskawych i przyjaźnie nastawionych ludzi, którzy wyciągają pomocną dłoń za każdym razem. On nie jest z tych, co karmi głodnych. On daje wędkę. I tyle, nie instruuje, nic. Pozostawia samych sobie, by nauczyli się radzić. Czy tym razem nowo przybyła okaże się wystarczająco silna, by przetrwać? Nie wiedział. Prawdę mówiąc - nie interesowało go to. Kolejny robak do zdeptania.

Usłyszał, jak ziewnęła przeciągle.

- Zdrzemnij się, przed tobą daleka droga. Tam jesteś bezpieczna, nie wiadomo, kiedy natrafisz na przyjazny port - powiedział. Słysząc jej pytanie, uśmiechnął się pod nosem i przyciszył nadajnik, biorąc głęboki wdech i zasypiając. Dzień dopiero się zaczynał, a droga przed nim była daleka. Przed nią nie tylko daleka, ale trudna i wyboista, pełna trupów.

Kiedy otwarł oczy, nadal było jasno a słońce prażyło. Powietrze stało się nieprzyjemnie suche i gorące, a horyzont kołysał się niczym morze. Westchnął, przecierając twarz i nakładając gogle na oczy. Wziął leniwie mikrofon z CB-radia i nadał komunikat do bazy.

- Która godzina? - spytał, ziewając.

- Dziesiąta godzina od świtu - odpowiedział mu głos. Westchnął, wyłączając nadajnik. Dziewięć godzin snu, może osiem. Za mało, a jednocześnie za dużo. Za mało, by się wyspać ale wystarczająco dużo, bo coś lub ktoś mógł zginąć. Kark mu zdrętwiał, tyłek go bolał i czuł każdą kość w swoim ciele. Każdy ruch wywoływał strzelanie w stawach.

- Starzejesz się - mruknął do siebie, odpalając silnik i ruszył w kierunku budki, w której powinna spać niunia.

Mordercai spędził na Pandorze dziesięć lat, może trochę więcej. Miał teraz dwadzieścia osiem lat. Był wysokim, szczupłym mężczyzną o surowej urodzie. Mało kiedy się uśmiechał, a jeszcze rzadziej się śmiał. Oczy ciemnobrązowe często nie wyrażały emocji - były zimne i wyniosłe, jakby nie patrzyły na człowieka. Czasami błyszczała w nich kpina, którą potęgowały uniesione brwi. Brązowawa skóra, sucha i szorstka w dotyku. Lata spędzone na słońcu i gorącym wietrze pustyni sprawiły, że wyglądał na znacznie starszego, niż był w rzeczywistości. Chronił wzrok pod czarnymi goglami - oczy były jego metodą na zarobek i nie wyobrażał sobie, że mógłby skończyć jak T.K. Baha. Czarne dredy upinał wysoko, a następnie głowę otulał czerwoną chustą, by chronić się przed udarem słonecznym. I zarost. Z początku nosił kozią bródkę, lecz z czasem zapuścił ją razem z baczkami. Zrobił to głównie dlatego, ze nie chciał marnować wody na tak bezsensowny zabieg, jak dbanie o zarost.

Nosił czarny, krótki rękawek, który był jedyną w miarę nową częścią garderoby. Skórzane rękawice oraz ochraniacze na łokcie pomagały mu, gdy się wspinał lub spadał. Chronił się tym samym przez otarciami, które na Pandorze niechętnie się goiły, ale z lubością tworzyły. Na ramieniu miał opaskę ze stalowymi wzmocnieniami - Krawiec siadał w tym miejscu jak papuga u pirata. Kamizelkę kuloodporną nakładał na koszulkę, a następnie owijał, podobnie jak głowę, czerwoną chustą. Nosił ją jak tunikę, kryjąc pod nią dodatkowe magazynki czy też bronie, a których nie powinny dostrzec wścibskie oczy. Spodnie szare, materiałowe były wielokrotnie szyte, zszywane i łatane, ale w dalszym ciągu w nich chodził. W sporej ilości kieszeni nosił różne, przydatne rzeczy. Nogawki wpuszczone w wysokie buty wojskowe. Na udach przypięte dwie kabury i pasek z miejscem na magazynki.

Jechał przez dobrze znaną mu pustynię bez obaw, że coś mu zagrozi. Wiedział, gdzie są tereny łowieckie i wiedział, jak unikać legowisk. Znał to miejsce bardzo dobrze, lecz i tak dał się zaskoczyć. Samotny, odrzucony od stada skag, czy też ciężarny rakk, który nie nadążył za stadem. Przebiegłe pełzacze i samobójcze miny, czy w ostatniej chwili wyskakujące pajęcze mrówki. Ta planeta była pełna niespodzianek - ewoluowała, a on próbował nadążyć za zmianami.

Dojechał do klifu, wysiadł z pojazdu i spojrzał w dół. Ciała dalej leżały porozrzucane, nie widział również śladów skagów. Wziął mikrofon do ręki z uśmiechem.

- Wstawaj, szkoda dnia - powiedział, oczekując jakiejś reakcji. Odpowiedziało mu milczenie. Ściągnął brwi w wyrazie zaskoczenia.

- Krwawiec? - zagadnął, ale ptak nie odpowiedział. Przeklął, rozglądając się. Nie dostrzegł nigdzie swojego towarzysza, ani dziewczyny, której miał pilnować. Przywiązał linę do haku holowniczego i zrzucił ją na dół. Obserwował, jak zawisła kilkanaście centymetrów nad ziemią. Potarł ręce, po czym złapał się liny. Opuszczał się powoli, odbijając się od ściany klifu. Nie podobała mu się ani ta cisza, ani bezruch. Zawisł na kilka metrów nad domkiem i trącił nogą odstający odłamek skalny. Spadł w głuchym łoskotem na dach i potoczył się po nim. Hałas, który przerwał ciszę zadał mu ból, lecz bardziej przejął się brakiem reakcji.

Wisiał jeszcze chwilkę, nasłuchując. Nie podobało mu się to. Jednakże był świadom, że gdyby coś było w środku, powinno wybiec. Zarówno dziewczyna, jak i potencjalna bestia. Chyba, że tej już dawno nie było? Wziął głęboki wdech i zaczął schodzić niżej, aż w końcu dotknął gorącego piasku. Zamarł, nasłuchując. Nawet wiatr przestał hulać, jak miał w zwyczaju i nasłuchiwał razem z nim.

Podniósł się, ostrożnie stawiając kroki, by chrzęszczący piasek nie zdradził jego pozycji. W wilgotnym od krwi podłożu widział odciśnięte stopy skaga. Jednak coś tutaj było. Przeklął szpetnie, przeładowując broń. Jeśli drapieżniki tutaj były, to prawdopodobnie wrócą. Wstrzymał oddech, odsłaniając kotarę i celując bronią w mrok.

Spodziewał się zmasakrowanego ciała i krwi, lecz zastał poukładane kartony. Porządek. Ktoś mu zrobił porządek! Zaśmiał się, zapominając o bezpieczeństwie i pokręcił głową. Wyszedł na zewnątrz, rozglądając się. Na ziemi opodal, we wnętrznościach, dostrzegł odbity ślad buta. Oraz łapy skaga. Uklęknął, przyglądając się okryciu.

Spojrzał w górę, na pojazd, który był doskonale widoczny. Ona wcześniej go nie zauważyła, bo nie spoglądała w niebo. Tak by dostrzegła i samochód, i jego. Lecz nie, ona patrzyła pod nogi, by się nie poślizgnąć. Pokręcił głową z niedowierzaniem. Idiotka, która miała więcej szczęścia niż rozumu. Przez nią uśmiechał się częściej, niż by sobie tego życzył. Nie wiedziała, że skag za nią podążą i udało jej się uciec z tego miejsca, nim ten ją dopadł. Pewnie dalej za nią podąża. Jeśli bestia ją dorwała, musiał się o tym przekonać na własne oczy.

Wyprostował się, poprawiając broń. Ruszył ostrożnie za śladami bestii, której nogi zapadały się głęboko w piasek. Skag, który za nią podążał, był duży jak na te osobniki. Głębokość zanurzenia łapy i odstępy między jednymi a drugimi śladami świadczyła, że prawdopodobnie miała do czynienia ze skagiem alfa - jednym z silniejszych. Zabicie takiego stwora wymagało znajomości taktyki i anatomii tych stworzeń, a ona była nowa. Jeśli ten ją dogonił, a dogonił z całą pewnością, nie miała szans. Mordercai jednak nie zrezygnował, tylko szedł dalej. Minęło dziesięć minut, gdy zauważył plamę krwi na skale. Przeklął, podbiegając do niej i przyklękając, by dotknąć życiodajnej esencji. Była wysuszona na wiór. Westchnął. Było po niej, skag ją dorwał, gdy uciekała. Tego był niemalże pewien. Potarł twarz dłonią. Koniec gry - przegrał.

Ludzka krew wysychała w kilkanaście minut, a tyle wystarczyło, by bestia za nią podążyła. Klęczał przy skale, przeklinając pod nosem swoją głupotę. W końcu podniósł się, rozglądając. Był sam, a pozostanie w bezruchu groziło śmiercią. Kopnął głaz, po czym odwrócił się i wrócił do pojazdu. Kiedy usiadł na niewygodnym fotelu kierowcy, wziął do ręki mikrofon radia i nadał krótki komunikat:

- Game over, pośmialiśmy się, pośpiewaliśmy a teraz trawimy.

Nikt mu nie odpowiedział, ale był pewien, że każdy przyjął jego wiadomość z obojętnością, jak zawsze. Był zły, bo w głupi sposób przegrał kurczaka, którego obiecał mu Baha. Sam mógł go sobie kupić, ale nie szarpnąłby się na taki wydatek, bo chociaż było go stać, to naboje, renowacja broni, opłata za samochód i zwykłą żywność... Tak jak wszyscy tutaj - żył na granicy ubóstwa, zarabiając jednocześnie tysiące.

Odpalił silnik i ruszył przed siebie. Pewna kwestia w dalszym ciągu nie dawała mu spokoju. Gdzie był Krwawiec? Ptak po wykonaniu zadania wracał do niego, nie ważne gdzie ten by się nie znalazł. Długo szkolił to stworzenie, które przygarnął lata temu. Właściwie, uratował mu życie. Był pisklakiem bez matki, skazanym na śmierć. Przeznaczono go do upieczenia na rożnie, bo nikt nie dawał mu szans. On jednak ulitował się nad nim i dał mu szansę. Mimo, że był mały i kruchy. Mordercai wiedział, że nie mógł przeżyć, ale jednak przeżył. Teraz jego kompana nie było, bo wysłał go na misję, by podążał za... no właśnie, pisklakiem, który wypadł z gniazda.

Mały ptak jest bezbronny i skazany na zagładę w paszczy drapieżników. Kiedy zostaje wyrzucony z gniazda, umiera, napełniwszy czyjś żołądek. Nikt nie chce pomóc takiemu pisklakowi - raczej chcą go upiec i pożreć. Nawet ten sam gatunek go odrzuca.

Zwolnił, jadąc przez wyboiste pustkowie pełne ukrytych niebezpieczeństw i drapieżników. On też był niegdyś pisklakiem, który wypadł z rodzicielskiego gniazda i wpadł do tej otchłani. Wiedział, że był żółtodzióbem i Baha okazał mu olbrzymią łaskę, darując mu życie. Skazał go jednocześnie na długie lata w tym czyśćcu, w samotności i z dala od innych, toczonych trucizną egoizmu i zazdrości. Tutaj mordowano się wzajemnie w imię sprawiedliwości, która była bardzo subiektywna. Nie chciał paść jej ofiarą - wolał ją wymierzać.

Nagle zahamował, uświadamiając sobie pewną bardzo ważną kwestię. Krwawiec jeszcze nie wrócił, a przecież nie powinien był mieć problemu z odnalezieniem go na tym pustkowi. To mogło znaczyć tylko jedno - jeszcze za nią podążał. A to znaczyło, że nadal żyje. Zawrócił, zastanawiając się, gdzie będzie mój zjechać. W między czasie wziął mikrofon do ręki.

- Scooter, jesteś tam? Potrzebuję danych o położeniu Krwawca, bo zgubiła mi się ptaszyna - powiedział. Minęła chwila, po czym usłyszał głos faceta od samochodów i nawigacji. Każdy posiadał nadajnik określający jego położenie i kierunek przemieszczania - każdy zarejestrowani. Rozbitkowie dopiero po dotarciu do New Heaven.

- Stary, słuchaj, Helena się wścieknie, że za tą nową puściłeś swojego pupila. Najpierw odstrzeli tobie jaja, a potem jemu łeb - usłyszał głos. Skrzywił się, kręcąc głową.

- Blukasz, durniu. Kazałem mu pilnować jedną soczystą polędwicę na czterech odnóżach, a sam się zdrzemnąłem. Widać musieli się oddalić, bo nigdzie... - Mordercai próbował obrócić sytuację na swoją korzyść, lecz chłopak po drugiej stronie łącza zaśmiał się i przerwał mu.

- Nie kłam, ja nie ksiądz a to nie spowiedź. Mam podgląd z kamer i widzę wyraźnie, że twoje ptaszysko podążą za nową od jakiegoś czasu - mówił pogodnie, wesoło, jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, że jeśli ktoś ich słyszy, wydał wyrok na strzelca. Jednak oboje wiedzieli o jaką stawkę toczy się gra. To była licytacja.

- Czego chcesz? - warknął Mordercai, zatrzymując pojazd i rozglądając się, jakby ktoś na tym pustkowiu go obserwował. Samochody, czołgi, łaziki - olbrzymi obszar Pandory był równie ruchliwy jak autostrada. Pieszo nie poruszał się nikt o zdrowych zmysłach, a kogo byłoby na to stać. Owszem, były kaniony i inne tereny, w których musieli porzucić bezpieczną puszkę na kółkach i zdać się na własne nogi oraz kondycję.

- Przywieziono mi tu bardzo fajny wóz, aż szkoda byłoby go na drobne rozwalać - stwierdził zupełnie nie na temat Scooter. - Wygląda jak przerobiony Hummer, jest duży a w środku potrafi przewozić kilka innych ludzi. Ma mini działko na dachu, co dość tak przypomina czołg. Ale wiesz co jest najśmieszniejsze? Opony mają kolce, więc wespnie się na tereny niedostępne dla naszych łazików. Kurwa, dlaczego ja na to nie wpadłem wcześniej? Przecież to genialne...

- Scooter - warknął Mordercai, zirytowany przeciąganiem sprawy. Chłopak umilkł na chwilę, po czym zaśmiał się.

- Wstyd się przyznać, nie można tego rozłożyć na części, a uruchomić nie wiem jak. Mogę to najwyżej zmiażdżyć i na złom, a szkoda cacka - podsumował. Łowca, gdyż tak wołano na Mordercaia, uśmiechnął się.

- Postaram się ją sprowadzić w jednym kawałku, by zdradziła ci tajniki tej tajemniczej i wszechpotężnej maszyny - powiedział sarkastycznie Mordercai, parodiując jednocześnie jakiegoś Jedi z gwiezdnych wojen. Śmiech Scootera nigdy go nie bawił. Był skrzekliwy, irytujący i wgryzał się w mózg - przynajmniej on tak uważał.

- Południowy wschód, jakieś siedem, osiem kilometrów od ciebie i dalej się przemieszcza. Podać dokładne położenie?

- Nie, bo wtedy sygnał dojdzie do Heleny - rozłączył się bez pożegnania. Spojrzał na kompas, po czym na mapę. Znajdowała się na pustyni, z daleka od jakichkolwiek zabudowań. Z jednej strony to dobrze, żaden patrol jej nie zastrzeli, a jednocześnie nie miała gdzie się schronić. Uśmiechnął się, określając zakres poszukiwań. Ruszył w poszukiwaniu swojego kompana.

Przebudziłam się po godzinie. W śnie miałam objawienie, jeśli mogłam to tak nazwać. Zerwałam się na równe nogi, śmiejąc się z własnej głupoty. Niepewnie uchyliłam kotarę, wyglądając na zewnątrz. Upał był niemiłosierny, a ze zwłok unosiły się opary, które natychmiast podrażniły mój węch. Zatkałam usta dłonią, zatykając nos i zginając się w pół.

Pomysł, który wydał mi się genialny kilka sekund temu, teraz był godny pożałowania i zapragnęłam z niego zrezygnować. Wiedziałam jednak, że nie mogę - od tego zależało moje życie. Zdjęłam kotarę z drzwi, narzucając ją sobie na ramiona i głowę. Słońce przestało być na chwilę zagrożeniem, lecz nie mogłam wiecznie trzymać tego kawałka szmaty, a coś czułam, że na otwartej przestrzeni wiatr nie będzie łaskawy. Wypatrzyłam trupa, a raczej jego górną połowę z ładnym, brązowym płaszczem z kapturem. Płaszcz narzucało się na ramiona i zapinało pod szyją aż do piersi. Bardziej przypominał pelerynę, ale ładnie otulał postać człowieka.

Podeszłam do zwłok, odpinając z nich tę część garderoby. Starałam się ignorować fakt, że jelita wiją się u mych stóp, a odór nieszczęśnika drażnił drogi oddechowe. Nie dałam rady odpiąć guzików. Odskoczyłam, czując, jak soki żołądkowe opuszczają należne im miejsce. Złapałam się za brzuch, próbując zatkać usta, ale było już za późno. Bryzgi wymiocin przemknęły między palcami, dostając się do płytkich ranek na wnętrzu dłoni. Zaczęło mnie to szczypać. Skrzywiłam się, wracając do środka budki. Nabrałam wody do jakiegoś metalowego pojemnika i przemyłam najpierw dłoń, potem usta.

Wzięłam głęboki wdech, oddychając dusznym, lecz bez odoru śmierci powietrzem. Pogładziłam się po brzuchu, który w wyrazie buntu zaczął boleć. Przetarłam twarz dłonią, biorąc głęboki wdech. Musiałam to zrobić, musiałam, inaczej nie uda mi się wyjść przed zmrokiem. Do tego czasu może coś się tu zjawić. Logika wiedziała swoje, ale organizm definitywnie odmawiał. Przemogłam się, wstając. Nogi drżały pode mną a ja miałam wrażenie, że lada chwila runę na ziemię i już nigdy nie wstanę. Nie mogłam się poddać, nie tutaj.

Wyszłam ponownie na słońce, rozglądając się za czymś innym. Kolejne ciało, całkowicie zmasakrowane i zakrwawione twarz miało zasłonięte chustą. To ona było moim celem. Przezwyciężyłam swoją niechęć i odruchy wymiotne, podchodząc do zwłok i odwiązując chustę z głowy. W chwili, gdy odciągnęłam materiał od skóry, odskoczyłam z wrzaskiem, nerwowo wycierając ręce w spodnie. Białe robale kotłowały się pod materiałem, by po chwili zniknąć w otworze gębowym. Ta część ciała, która nie była zasłonięta, zasuszyła i pomarszczyła jak owoc, natomiast ta pod materiałem tętniła życiem robaków i insektów, które w promieniach słońca znikały w ciele.

Drżącą dłonią wzięłam chustę i zaczęłam biec, potrząsnęłam nią by pozbyć się szkodników. Krew uschła, usztywniając materiał. Musiałam ją zmyć, jeśli miałam ją ubrać. Wiedziałam, że wrzucenie jej do beczki z wodą skazi wodę, ale nie miałam pojemnika, do którego mogłam odlać potrzebną część. Przepraszając osobę, która mogłaby zjawić się tu po mnie, zanurzyłam chustę i przemyłam jej ze szkarłatu. W dopiero po chwili zauważyłam, że była to arafata w kratę, brązowo-czarna. Uśmiechnęłam się pod nosem, wykręcając materiał i strzepując, po czym wyszłam na zewnątrz i powiesiłam ją tak, jak wisiała wcześniej kotara. Miałam nadzieję że szybko wyschnie.

Biały piasek i prażące słońce bardzo raniły moje oczy. Zaledwie kilka minut na zewnątrz sprawiło, że musiałam mrugać dwukrotnie szybciej, by nie płakać. Siedziałam w cieniu budki przez kwadrans, bo tyle czasu potrzebował kawałek materiału, by wyschnąć. Zawiązałam arafatę tak, by zasłaniała nos i usta. W dalszym ciągu śmierdziała trupem, ale nie był to już tak intensywny zapach, jak wcześniej.

Walcząc sama z sobą, podeszłam do zwłok, które obrałam jako pierwsze. Tym razem udało mi się zdjąć płaszcz i zanieść go do beczki. Zanurzyłam go w wodzie i pozostawiłam na dłuższy czas. Następnie przeszukiwałam kolejne ciała. Nie znalazłam żadnego magazynku, ale zauważyłam, że niemalże każdy człowiek ma ochraniacze na kolana i łokcie. Po dłuższym debatowaniu, znalazłam takie, które mi pasowały i ubrałam je.

Znalazłam również zwłoki dziewczyny, przynajmniej jej górną część. Miała ubraną czarną, przylegającą bluzkę z długim rękawem. Dekolt był znacznie mniejszy, więc nie zastanawiałam się długo. Dodatkowo uznałam, że lekka kamizelka ze skóry nie będzie jej potrzebna, więc pozwoliłam sobie zapożyczyć ten element ubrania. Opinał on talię, chroniąc narządy wewnętrzne i miał tylko jedno ramiączko.

Kiedy się przebrałam, wylałam całą wodę, która była w beczce. Zapobiegawczo, by ktoś, kto tu trafi po mnie, nie zatruł się bakteriami trupów i białymi robaczkami, które osiadły na dnie. Kiedy skończyłam, powiesiłam kotarę, ubierając pelerynę. Wilgotny materiał natychmiast otulił moje ciało. Właśnie zapinałam ostatnie elementy, gdy usłyszałam ciężki oddech za ścianą. Zamarłam, a serce ściągnęło się przerażeniem.

Krwawiec siedział cicho na pudle, ale obserwował świat za kotarą i stroszył pióra. Przez szpary w ścianie widziałam, jak na tle słonecznych promieni idzie duży dzień. Cokolwiek to było, było duże i dyszało, a oddech śmierdział trupami. Przełknęłam ślinę, zmuszając się do cichego przytulenia broni do piersi. Stał tuż za cienką blachą, wietrząc mój zapach. Wiedziałam, że mnie wyczuł. Dyszał ciężko, stojąc w miejscu.

Ptak milczał i miałam wrażenie, że gdyby mógł, to by uciekł, lecz opuszczona szmata uniemożliwiała mu to. Najpierw musiałby się z niej wyplątać, a w tym czasie bestia zdążyłaby zamknąć swoją paszczę na jego wątłym ciele. On wiedział, jak przetrwać. A ja?

Drżałam na całym ciele, modląc się, by sobie poszło. Ten jednak stał wytrwale, po czym odwrócił się w dokładnie z moją stronę. Zatkałam usta dłonią, nerwowo cofając się na drugi koniec. Nie zauważył mnie, lecz może usłyszał szuranie stóp o piasek. Przywarłam plecami do nagrzanej ściany i miałam wrażenie, że lada chwila zacznie parzyć mi skórę. Nie chciałam się ruszyć, bałam się. Zatkałam usta wolną dłonią, by nie krzyczeć. Gdzie był ten strzelec? Gdzie był ten szaleniec, gdy mógłby się przydać?

Czułam, jak nogi drżą, a serce bije jak oszalałe. Szum krwi dudnił w uszach. Zapragnęłam uciec, byle jak najdalej od tego miejsca. Obserwowałam uważnie, jak stworzenie poruszyło się, po czym zniknęło z pola widzenia. Trwałam, czekając aż powróci. Minuta, dwie, trzy, wieczność. W końcu zmusiłam sparaliżowane kończyny, by ruszyły w stronę ściany. Wyjrzałam przez dziurę po strzale, czy też gwoździu i zaczęłam obserwować okolicę. Nie chciałam wierzyć, że łowca tak szybko zrezygnował ze swej zwierzyny. Musiał być blisko, wiedziałam to. Ja chciałam się znaleźć jak najdalej od niego, ale co powinnam zrobić? Nie wybiegnę przecież z krzykiem.

Nie wiem ile tak trwałam, ale sekundy trwały wieczność, a sama wieczność była nieskończonością. W końcu zmusiłam się by podejść do drzwi, drżąc na całym ciele. Wyjrzałam niepewnie z myślą, że w każdej chwili może na mnie wyskoczyć i zacisnąć wielkie szczęki na głowie, miażdżąc czaszkę i bryzgając mózgiem... Zamknęłam oczy, walcząc z wizją własnej śmierci. Kiedy je otwarłam, przede mną roztaczał się widok zwłok, krwi i nasłonecznionej pustyni. Nic więcej, żadnych bestii czy zagrożeń. Odetchnęłam z ulgą, przytulając broń do piersi. Wiedziałam jednak, że nie mogę tu zostać. Poprawiłam płaszcz, ubranie, uzupełniłam magazynek i wzięłam głęboki wdech. Powinnam iść, spokojnie, miarowo, lecz obawa, że to coś może wrócić z każdym momencie przyćmiła zdrowy rozsądek. Wypuściłam krwawca i zaczęłam biec, ponownie obierając kierunek południowego wschodu.

Po kilku minutach biegu płuca paliły żywym ogniem, a nogi odmawiały posłuszeństwa. Zwolniłam, nie wypuszczając z dłoni rewolweru. Drugi spoczywał bezpiecznie w kaburze na udzie, która nie przeszkadzała mi tak bardzo, jak oczekiwałam. Słońce prażyło niemiłosiernie, a pod tą warstwą ubrań pociłam się coraz bardziej. Z jednej strony pragnęłam zrzucić z siebie te ciuchy, ale z drugiej nie chciałam zmienić się w zwęglony ludzki posąg. Westchnęłam, idąc dalej.

Buty zapadały się w piasku, krople potu spływały po plecach, a oczy piekły coraz bardziej od jaskrawych barw, które mnie otaczały. Suche, nieprzyjemne powietrze drażniło drogi oddechowe, a skóra piekła nieprzyjemnie. Nie przeszłam dużo, gdy usłyszałam basowy ryk jakiegoś wielkiego zwierza. Zamarłam, przełykając głośno ślinkę. Krwawiec zaczął przeraźliwie skrzeczeć, a ja niepewnie odwróciłam się do tyłu. To coś biegło na mnie. Było znacznie większe od tego, którego widziałam na komorze. Był trzykrotnie większy, bardziej masywny i biegł wprost na mnie. Nie miałam szans na ucieczkę. Wycelowałam w niego broń i wystrzeliłam raz, drugi, trzeci.

W pewnej chwili, kiedy bestia była już blisko, trafiłam w łapę. Musiało to zaskoczyć zwierza, który potknął się i przetoczył. Nie liczyłam na to, że umarł, lecz miałam nadzieję, że się zniechęci. Odwróciłam się i zaczęłam uciekać...

Biegłam przed siebie, słysząc za sobą ryki bestii i jej ciężki oddech. Szum krwi, bicie serca, strach. Odległość między mną a zwierzęciem nie zmniejszało się, ale też nie zwiększało. Kulało na jedną łapę, biegnąc po skałach, głazach. Nie chciałam umrzeć, nie teraz, nie w jego paszczy. Łzy cisnęły się do oczu, a oddech stawał się coraz płytszy. Płuca piekły, nogi drżały, a pot spływał strumieniami. Oczy piekły, łzawiły, a katar utrudniał oddech, przez co musiałam brać hausty powietrza bezpośrednio przed usta.

Płaszcz powiewał za mną na wietrze, a ja miałam wrażenie, że do szczęki bestii zamykając się za mną raz po raz, by mnie dorwać. Nie wiem jak długo biegłam, ale wiedziałam, że nie dam rady biec dłużej. Organizm był skrajnie wyczerpany...

Zatrzymałam się, a nogi ugrzęzły w piasku, który pochłaniał moją postać jak bagna. Patrzyłam, jak zwierzę jest coraz bliżej. Biegło, niezdarnie stawiając kroki. Wskoczyło na pobliski głaz. Nie czekałam. Wystrzeliłam pierwszy, drugi nabój i trzeci. Potem ich zabrakło w bębenku. Przeklęłam, odrzucając broń i wyciągając drugi rewolwer. Bestia rozwarła pysk, przygotowując się do skoku. Nie miałam szans uciec, była za blisko. Wystrzeliłam kolejne cztery naboje.

Bestia skoczyła. Ostatni strzał, po czym przyłożyłam lufę do skroni. Jednak zwierzę kwiknęło cicho, po czym upadło prosto na pysk, przetoczyło się i stanęło na łbie na krótką chwilę. Słyszałam pękające kości, skowycie i bryzgającą krew. Patrzyłam, jak pada u mych stóp, drgając spazmatycznie. Otwarłam usta zaskoczona, po czym padłam na kolana i wybuchłam płaczem, śmiejąc się jednocześnie...

Klęczał, dotykając gorącego piasku i przesuwając opuszkami palców, mimo, że już dawno stracił w nich czucie od gorąca, jakim biły ziarenka. Przebiegała tędy dawno temu kiedy spał. Niewiarygodne, że w amoku i przerażeniu dokonała czegoś takiego.

Wstał, przyglądając się odciskom stóp, które z pewnością należały do dziewczyny. Zgodnie z informacjami Scootera, był tutaj tylko on, Krwawiec i ta sierotka Marysia, więc nie było innej opcji, by te ślady należały do kogoś innego. Wątpił, by skagi nauczyły się chodzić w butach rozmiar trzydzieści dziewięć. Westchnął, spoglądając do tyłu.

Tak jak się domyślał wcześniej, podążał za nią skag alfa. Obserwował teraz wypatroszone truchło olbrzymiego zwierza, które zaczynało już delikatnie gnić. Promienie słoneczne znacznie przyspieszało rozkład, ale mógł się domyśleć, że bestia nie żyje od co najmniej kilku godzin. Jelita wiły się po ziemi, a krew spływała po gorącym piasku. Łeb wygięty pod nienaturalnym kątem świadczył, że bestia musiała go skręcić w chwili, gdy się potknęła. Anatomia tych zwierząt uniemożliwiała im kręcenie łbem na boki, a spojrzenie w niebo graniczyło z cudem. Teraz czarne ślepia głęboko osadzone w czaszce obserwowały błękit nieba.

- Coś ty wykombinowała? - mruknął do siebie. Przyglądał się bestii, trzymając ręce na biodrach. Wiedział, że zabicie takiego skaga wymaga nie lada przebiegłości. Skręcenie mu karku graniczyło z cudem. Masywne łapy nigdy, ale to nigdy nie potykały się. Obszedł zwierzę, spoglądając na kończyny. Przyklęknął, sprawdzając każdą po kolei, po czym uśmiechnął się. Przestrzeliła staw, przez co łapa stała się wiotka i nie stanowiła oparcia dla masywnego ciała. Biegnąc na trzech, mogła się potknąć. Lecz dalej nie dawało to spokoju Mordercaiowi.

Obszedł bestię, sprawdzając uważnie cielsko. W końcu stanął przy pysku. Wziął głęboki wdech i rozwarł szczęki, dostrzegając mały, czerwony punkt, który krwawił obficie. Niewiele myśląc, zaczął włożył rękę do paszczy i zaczął grzebać za potwierdzeniem swoich domysłów. Wyciągnął scyzoryk i zaczął rozcinać mięso. Krew ciekła obficie, a odór stawał się coraz bardziej nieznośny. W końcu jednak wyciągnął nabój rewolweru. Uśmiechnął się pod nosem, obracając kawałek metalu w dłoniach.

- Szczęściara - mruknął. Zamarł, słysząc wycie psów. Nadciągały, podążając za swoim przywódcą stada. Przeklął, ruszając biegiem do samochodu. W ostatniej chwili odpalił silnik, odjeżdżając.

Szłam długo przez pustynie, włócząc nogami. Bolały mnie mięśnie, bolała głowa. Czułam nieprzyjemnie pieczenie skóry, oraz szczypanie w miejscach, w których ubrania drażniły moje ciało. Pot lał się strumieniami po plecach, a nogi w dalszym ciągu zapadały się w piasku po kolana. Ledwo patrzyłam na oczy, z których coraz częściej wyciekały krople łez. Czułam nieprzyjemny zapach krwi, własnej krwi.

Drogi oddechowe podrażnione suchym i gorącym powietrzem krwawiły. Czułam szkarłat spływający po nosie, przecinający linię ust. Nie kapał jednak z brody, jak mogłam się spodziewać, lecz zasychał już na dolnej wardze. Usta zaschły i popękały.

Godzina za godziną, w ciszy. Psychopata, który towarzyszył mi na początku pozostawił mnie bez wsparcia. Nie, żeby mi na nim zależało, ale mógł do mnie mówić. Wówczas wiedziałabym, że żyję, że nie oszalałam, że jestem i że dalej egzystuję. Chciałam wierzyć, że nie padłam gdzieś po drodze, nie skonałam i teraz trwam w piekle, idąc dalej przed siebie i prawdopodobnie bez końca.

A może umarłam już wcześniej, a psychopata był tylko głosem rozsądku? Albo jednak katem... Jeśli umarłam, to dlaczego krwawiłam? Przecież nie mogę umrzeć ponownie. A co jak mogę umrzeć jeszcze raz? Wtedy umrę całkowicie, czy ponownie obudzę się w jakimś koszmarnym miejscu, w którym każdym będzie chciał mnie zabić?

Stąpałam, robiąc coraz mniejsze kroki i coraz niżej podnosząc nogi. Torba uwierała w ramię, wrzynając się w skórę. Czy to znaczyło, że żyję? Czy ból określał istnienie? Piasek, wszędzie piasek i skały. Zero życia. Chociaż nie chciałam, by życie znalazło mnie. Wolałam już iść, brnąc przed siebie w nieskończoność. I te słońce. Miałam wrażenie, że idę już kilkanaście godzin, a one dalej unosiło się na niebie, nie zmieniając położenia prawie w ogóle.

Poczułam, jak noga ugrzęzła za bardzo. Chciałam zrobić krok do przodu, lecz runęłam na twarz. Nie miałam sił już by się podnieść. Leżałam, przymykając oczy. Byłam taka zmęczona...

Przyłożył palce do tętnicy szyjnej i wyczuł, że jej serce jeszcze bije. Wykończona, leżała w piasku a jednak przeżyła. Dostrzegł, że z nosa ciekła krew, a z oczu już sączyły się łzy przebarwione szkarłatem żył. Była na skraju wytrzymałości, pozostawiona sama sobie. Nie miała już ani wody, ani żywności. Przebyła siedemnaście kilometrów w niesprzyjających warunkach, w pełnym słońcu. Przeżyła, gdy inni już dawno byliby martwi. Westchnął, rozglądając się.

Horyzont pustkowia falował delikatnie, a słońce prażyło niemiłosiernie. Oczy bolały go, mimo, iż miał gogle przeciwsłoneczne. Ona przebyła tę odległość nie mając żadnej ochrony. Siedemnaście kilometrów w pełnym słońcu. Ponad dwadzieścia dwie godziny pieszej wędrówki przez pustynię. Westchnął, wstając i walcząc z samym sobą. Krwawiec siedział na samochodzie, obserwując uważnie swojego pana i przyjaciela. Ten w końcu przemógł się, wziął dziewczynę na ręce i posadził na fotelu drugiego pasażera, po czym odjechał.

Leżała bezwładnie, a chropowaty oddech świadczył o poparzeniu dróg oddechowych. Jechał trochę ponad dziesięć minut, w końcu trafiając do małego, betonowego domu w cieniu góry. Zagroda, w której rosła specjalna odmiana rośliny, której nie przeszkadzał morderczy klimat planety stała tuż obok szopy na narzędzia, a raczej broń. Grządki rosły równo, zadbane i pełne życia, chociaż liście zaschły. Domek miał dwa piętra, zadaszony taras oraz mały wiatrak na szczycie, przy kominie. Był on źródłem elektryczności w tym miejscu.

Na tarasie, w cieniu zadaszenia siedział łysy mężczyzna o czarnych jak noc goglach. Ubrany w hawajską koszulę oraz krótkie spodnie z przewiewnego materiału. Był pomarszczony jak zaschnięta pomarańcza, a jego twarz oraz całe ciało znaczyły blizny. Trzymał w dłoniach dwururkę, o którą opierał się leniwie. Uśmiechnął się, słysząc silnik samochodu. Przeładował broń, po czym wycelował lufę prosto w Mordercaia. Ten zamarł, po czym westchnął.

- To ja, Baha - powiedział spokojnym tonem, w którym była lekka nutka zniecierpliwienia. Baha miał ponad pięćdziesiąt lat, ale wyglądał jak bardzo brzydki czterdziestolatek. Zaśmiał się, wstając.

- Szczylu, jak tam? Przed chwilą skończyłem jeść kurczaka? Był...

- Dziewczyna żyje, ale nie wiem jak długo - ukrócił jego dyskusję Mordercai. Niósł ją na rękach, mijając swojego towarzysza i wnosząc ją do domu. Wnętrze budynku zawsze przypominało mu dom z bajki "Chojrak tchórzliwy pies", którą oglądał w młodości. Nędzna, drewniana podłoga wyłożona na betonowym fundamencie chroniła przed pełzaczami. Bujany fotel, sofa, jakaś pufa. Stara lampa wisząca z chodzącym wiatrakiem. Pełno pudeł po konserwach, nabojach. Na ścianach różne wisiały różne typy broni - wszystkie sprawne. Okiennice były otwarte, a wiatr przemykał po pokoju, niszcząc spokój papierów, które zalegały na podłodze. Puszysty dywan na środku okazał się tak brudny, że nie w sposób było odgadnąć, jaki ma kolor.

Mordercai położył nowo przybyłą na sofie i dostrzegł, że na czoło wstąpiły kropelki potu.

- Trzeba wezwać Zeda - poinformował Bahę, który wkroczył za nim do salonu.

- Wydawało mi się, czy nadałeś komunikat o jej śmierci - stwierdził mężczyzna, siadając na bujanym fotelu. Łowca zignorował nutę rozbawienia w jego głosie. Wyszedł do kuchni, gdzie starzec miał nadajnik do New Heaven.

Układ domu był dość prosty - na parterze mieściła się kuchnia z jadalnią, oraz salon. Na piętrze z kolei była łazienka oraz dwie sypialnie, ale nikt tam nie wchodził od lat. Nigdy nie pytał dlaczego zamknął drzwi prowadzące na schody - pogodził się już dawno z myślą, że niektóre tajemnice pozostaną tajemnicami.

Zielona tapeta i rozpadające się meble świadczyły o latach, które ten dom stał na tym pustkowiu. Nadajnik radiowy wisiał na ścianie i bardziej przypominał przestarzały telefon. Wykręcił numer do doktora Zeda. Odczekał chwilę, by w końcu lekarz odebrał. W tle dobiegały jęki konających i płacz.

- Bardzo zajęty? - spytał Mordercai obawiając się, że doktor nie znajdzie czasu na wizytę domową. Tamten jednak zaśmiał się.

i- A gdzie tam, eksperymentuję sobie na bandytach. W czym mogę pomóc, Mordi? /i

Mordercai westchnął, zdejmując gogle i chustę z głowy.

- Baha gorączkuje, chyba za dużo czasu spędził na słońcu. Poparzenie dróg oddechowych i prawdopodobnie uszkodzenie oczu. Łzawienie razem z krwią - powiedział objawy machinalnie, jakby mówił o kimś obcym, to nie umknęło uwadze doktora. Zaśmiał się po drugiej stronie.

i- Baha? Toć to obrażenia amatora! Z wiekiem jest coraz bardziej nieostrożny... Zupełnie, jakby trafił tutaj wczoraj... -/i Mordercai uśmiechnął się, słysząc delikatny nacisk na ostatnią część zdania.

- Nie da się ukryć. I mam wrażenie, jakby nie wiedział jak się porządnie zaszywa rozcięcia na ręce...

i- Oo, Parkinson powiadasz? /i

- Tego nie jestem pewien, ale nie wygląda to za dobrze, prawdopodobnie będzie ropieć. Gdybyś tak...

i- Będę za kwadrans, góra dwadzieścia./i

Kiedy się rozłączył, Mordercai wrócił do salonu. Baha uśmiechał się, bujając na swoim krześle, a dziewczyna dalej leżała nieprzytomna. Przyjrzał się jej ubiorowi i uśmiechnął się pod nosem. Wcześniej tego nie zauważył.

- Ogołociła trupy z ciuchów - stwierdził na głos, a ślepiec zaśmiał się.

- Wiem, czuję - odparł. Już nic więcej nie powiedzieli. Łowca wrócił do kuchni i nalał do miski wody z beczki, odnalazł w miarę czystą szmatę i wrócił do salonu. Zdjął z niej zakurzony i brudny płaszcz, po czym podwinął rękawy.

Ropiejące ślady po odnóżach pełzaczy obmył z krwi i ropy, oraz pyłu i piasku. Przyglądał się niedokładnemu szwu, który jednak z pewnością wiele wytrzymał. Następnie obmył twarz z grubej warstwy pyłu, oczyścił rozcięcie brwi i policzka, oraz pozbył się krwawych śladów łez. Kiedy skończył, zdjął jej buty. Piasek mieszał się z krwią odcisków i przetarć. Kiedy skończył oczyszczać rany na stopach, w drzwiach stanął doktor Zed.

Wysoki mężczyzna o czarnych włosach przyprószonych siwizną. Ubrany w szare spodnie i wojskowe buty, a na ciemny podkoszulek narzucony biały fartuch chirurgiczny. Spojrzał na dziewczynę i pokręcił głową.

- Jak daleko dotarła? - spytał, kładąc na najbliżej stojącym stoliku swoją walizkę z medykamentami.

- Zabrakły jej jakieś trzy kilometry - odparł Mordercai, a Zed zaśmiał się.

- Dobra dziewczynka, wie jak przetrwać. Teraz jednak do roboty...

Kiedy otworzyłam oczy, dostrzegłam nad sobą kręcący się wentylator. Huczał cicho, kręcąc się wokół własnej osi, ale nie wzburzał powietrza i nie spełniał swojej chłodzącej funkcji. Uniosłam się niepewnie na łokciach, przy czym poczułam ogromny ból w kręgosłupie, a przed oczami eksplodowały tysiące barw. Z jękiem opadłam na... tapczan?

- Czy ja umarłam? - spytałam na głos, kładąc dłoń na czole. Usłyszałam chichot tuż obok siebie, więc zerwałam się gwałtownie, co niemalże od razu przypłaciłam utratą przytomności. Udało mi się jednak zachować jasność umysłu i dostrzegłam starszego faceta siedzącego na bujanym krześle.

- Nie umarłaś - odpowiedział, drapiąc się po brodzie. - Chociaż byłaś blisko.

Dopiero teraz dostrzegłam świeże, profesjonalne bandaże na nogach i nadgarstku.

- Gdzie ja jestem? - spytałam machinalnie, rozglądając się po pokoju. Stary salon, dość zdewastowany. W głowie mi huczało, więc przyłożyłam rękę do czoła, by sprawdzić temperaturę.

- W domu - odparł mężczyzna, po czym wstał i bez słowa wyszedł na zewnątrz, zamykając za sobą drzwi. Patrzyłam na tę scenę jak na jakiś niesmaczny żart. W końcu zmusiłam się, by wstać i ruszyłam za nim, na podwórze. Na zewnątrz panowała ciemność, a temperatura była znacznie niższa niż za dnia. Obserwowałam oniemiała zielone otoczenie, które skojarzyło mi się z oazą. Nie wiedziałam, co mam mówić ani co mam myśleć. Kilkakrotnie otworzyłam usta, by coś powiedzieć, lecz uznawałam to za zbędne słowa i zagryzałam wargi speszona. Kimkolwiek był ten człowiek, w ogóle na mnie nie patrzył tylko uśmiechał się, patrząc przed siebie.

- Dziecko, podasz mi piwo? Postawiłem je gdzieś, ale nie jestem pewien gdzie.

Ściągnęłam brwi w wyrazie zaskoczenia, co zaowocowało szczypaniem brwi, która była rozcięta. Westchnęłam, sięgając po piwo które stało obok mojej nogi i wyciągnęłam w jego kierunku rękę. Nie wziął ode mnie butelki, tylko patrzył się przed siebie i uśmiechał głupkowato.

- Proszę - pomachałam, a on zaśmiał się.

- Dziecko, nie widzę cię, bądź łaskawa i daj mi do ręki - mówiąc to, wyciągnął rękę w moją stronę. Ja natychmiast spłonęłam rumieńcem wstydu i zażenowania. Dałam mu butelkę, opuszczając wzrok.

- Ja... przepraszam, nie wiedziałam - mruknęłam pod nosem. On zaśmiał się, upijając łyk prosto z butelki.

- Spokojnie, dziecko. Cieszy mnie, że potrafisz się wstydzić i rumienić w tym świecie bezwstydników - kiedy to mówił, na jego twarzy zagościł ciepły uśmiech. Nie potrafiłam przestać na niego patrzeć, zafascynowana jego wolą walki. Odbiła się w jego rysach i bliznach. Człowiek ten wzbudzał podziw, mimo, iż go nie znałam. Blizny po ospie i ogniu znaczyły jego twarz, szyję i ramiona miał podrapane, pogryzione i miejscami brakowało mięśnia, lecz on pił piwo z takim optymizmem. Hawajska koszula i spodnie, w które był ubrany tworzyły groteskowy obraz człowieka pokrzywdzonego przez los.

Kucnęłam, opierając się wygodnie o ścianę i wzięłam głęboki wdech. Płuca już mnie znacznie mniej bolały, a ciało przestało krzyczeć błagalnie o śmierć. Żyłam, a duszę opanował dziwny, błogi spokój.

- Helena powiedziała, że...

- Nie ma miejsca na zbędny balast - dokończył za mnie, rozsiadając się wygodnie. - Jednak ślepiec taki jak ja żyje sobie tutaj i pije piwo. Zastanawiasz się: dlaczego?

- T-tak - zająknęłam się, co przyjęto z chichotem.

- Nie bój się. Nie podzielam poglądu Heleny i tylko dlatego dzięki mnie żyjesz. Lilith oraz Mordercai pracują dla mnie, jeśli można tak powiedzieć - powiedział, a ja domyśliłam się, że gdyby nie on, to byłabym martwa. Uśmiechnęłam się z wdzięcznością zapominając, że nie mógł tego widzieć.

- Kim jest Mordercai? - spytałam, przełykając ślinę. Machnął ręką, pokazując wiaderko z butelkami zanurzonymi w lodowatej wodzie po szyjki. Wstałam, podchodząc do niego i wyciągając jedno. Podałam mu, on otworzył i oddał.

- Pij, dobrze ci zrobi oczyszczenie organizmu z tych toksyn, które są w wodzie - powiedział, a ja pociągnęłam łyk. Nie było to piwo, a raczej woda gazowana o posmaku tego alkoholu, jednak wydała mi się teraz zbawieniem. Na jednym oddechu wypiłam pół butelki, co mężczyzna przyjął ze śmiechem.

- Kim jest Mordercai? - ponowiłam pytanie, a on uśmiechnął się, drapiąc się po szyi i tym samym rozdrapując ropiejące strupy po ukąszeniu małych insektów.

- Aniele Boże stróżu mój... - zaczął mówić modlitwę, po czym urwał. Domyśliłam się o kim mówi.

- Więc on ma na imię Mordercai - słowa były bardziej skierowane do siebie, niż do niego, co doskonale rozumiał. Pociągnął łyk z butelki.

- Jest dość...

- Specyficzny? - wpadłam mu w słowo, a on zarechotał złośliwie.

- Tak, specyficzny. Kazał ci coś dać... - mówiąc to, wskazał głową na balustradę, na której coś leżało. Nie widział tego, ale jednak wiedział, że tam to leżało. Podniosłam się, podchodząc do tego miejsca i wzięłam niepewnie metalowy łańcuszek. Dostrzegłam, że ozdobą łańcuszka jest nabój z rewolweru.

- Co to? - spytałam niemal machinalnie, a mężczyzna zaśmiał się.

- Mnie się pytasz? Na moje oko to podarunek - powiedział sarkastycznie, po czym kontynuował. - Daj rzucić okiem, to ci powiem.

Nic nie odpowiedziałam na prowokację, tylko obracałam podarunek w dłoni. Był mały i lekki, stalowy z posrebrzaną końcówką. Niewiele myśląc, ubrałam go. Pierwszy podarunek, tylko co o znaczył? Człowiek, który był skłonny zasadzić mi kulkę w mózg ofiarował mi prezent. Coś tu śmierdziało, tylko jeszcze nie wiedziałam co. Wróciłam na swoje miejsce, biorąc butelkę i pijąc w ciszy.

Mrok otulał wszystko wokół niczym jedwabny szal i był równie subtelny. Jasna łuna majaczyła przy szczytach gór, wskazując miejsca, w których panował dzień. Nie była to noc jak w bezgwiezdnej, mrocznej toni kosmosu - była jak zmierzch, który otula delikatna poświata, a dostrzec w nim można każdy kamień i każdy dom, każdy wrak samochodu i każde martwe ciało. Nie było to te samo przerażające miejsce, jak ostatniej nocy. Teraz było piękne i niebezpieczne, przy czym pociągało i sprawiało, że dech zapierał w piersi.

- Widzisz, tutaj na Pandorze to w nocy toczy się życie. Bestie śpią, więc można swobodnie podróżować, zarabiać, plewić ogródek, czy też ruszać w kierunku New Heaven by dać sobie szanse - powiedział, posyłając mi szeroki uśmiech. Patrzyłam na niego, odstawiając pustą butelkę, po czym westchnęłam. Subtelny sposób na wyrzucenie mnie z domu.

- Nie wyrzucam cię - powiedział, jakby czytał w moich myślach. W jego głosie czaiła się nutka niepokoju, ale i ojcowskiej troski, co mnie zaskoczyło. - Teraz każdy może cię zabić, bo teoretycznie cię tu nie ma. Gdy dotrzesz do New Heaven, będą musieli cię zarejestrować, sprawdzą twój kod DNA i prawdopodobnie, kiedy w kartotece ukaże się, że jesteś niewinna, nikt nie śmie cię tknąć, nawet Helena. To twoja karta przetargowa, twój joker.

- Dlaczego jest tak, że ludzie na tym odludziu nie są ludzcy? - spytałam smutno, wchodząc do domu i ubierając buty, płaszcz. Zabrałam swoje rzeczy, broń, leżącą na stole amunicję. Dałam mu czas na zebranie odpowiedzi, a siebie przygotowałam na jej otrzymanie.

- To nie tak, że my nie jesteśmy ludźmi. Problem leży po twojej stronie - powiedział, przytulając swoją broń. Pokręciłam głową z niedowierzaniem.

- Jak po mojej? Jestem tylko człowiekiem, który... - zaczęłam, lecz przerwał mi.

- Nie, tutaj jesteś aniołem, który rozpierdolił się o skały i wylądował w piekle.

Nic nie powiedziałam, tylko patrzyłam przed siebie. Góry skąpane w delikatnej poświacie gwiazd nie były już tak straszne i mroczne. Były piękne i urzekające.

- Gdzie jest New Heaven? - spytałam, a mężczyzna zaśmiał się, drapiąc dłonią po łysinie.

- Widzisz szczyty na południowym-wschodzie? To wysypisko śmieci i właśnie tam jest miejsce, do którego zmierzasz. Spiesz się, trochę więcej jak trzy kilometry przed tobą - powiedział, po czym wstał z swojego siedzenia i znikł w domu, zamykając za sobą drzwi. Pozostałam sama na ganku, w ciszy i w mroku. Pokręciłam głową z niedowierzaniem. Aniołem? Ja?

W tym amoku nie słyszałam otwieranych drzwi, zobaczyłam tylko promień światła na ziemi i stojący w progu cień. Odwróciłam się zaskoczona i dostrzegłam zupełnie innego człowieka.

- Kim jesteś? - spytałam, podnosząc się. Nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się i upił łyk wody z butelki. Natomiast w tle usłyszałam głos starca, który jak mantrę powtórzył:

- Aniele Boże stróżu mój... - po czym ucichł za zatrzaskującymi się drzwiami. Gapiłam się oniemiała na Mordercaia. Stał w drzwiach, pijąc spokojnie wodę z butelki i nawet na mnie nie spoglądał. Patrzył ponad mnie, na góry i pustynię, jakby ten widok koił duszę.

Dostrzegłam zwykłego mężczyznę w specyficznym ubraniu, z dredami oraz bronią przewieszoną przez ramię. Inaczej go sobie wyobrażałam. Psychopaci w moim przekonaniu mieli rozbiegane oczka, szaleńczy śmiech i non-stop celowali w ludzi z broni. A on? Stał, oparty leniwie i pił wodę jak gdyby nigdy nic. Nie poruszył głową, tylko jego oczy skierowały się na mnie.

Otworzyłam usta, by coś powiedzieć, ale natychmiast je zamknęłam. Co miałam powiedzieć? iMiło mi cię poznać?/i Wyjdzie, że to ja jestem wariatką. Obserwował mnie uważnie bez emocji na twarzy, a jego oczy wydały się mroczniejsze od nocy. Za nim zgasła lampka, przez co zlał się z cieniem. Złym cieniem.

Nie słyszałam go, jakby nie oddychał. Wiedziałam jednak, że tam stoi.

- Kim jesteś? - jego głos był spokojny, chłodny, ale wywołał we mnie irracjonalny lęk. Obawiałam się człowieka, który nic nie robił, tylko stał w mroku. Kiedy zrozumiałam, że zadał mi pytanie i oczekuje na odpowiedź, zarumieniłam się, opuszczając wzrok.

Właściwie, kim ja byłam?

Spojrzałam na swoje dłonie zaskoczona. Kim ja byłam? Jak miałam na imię? Ja... Należałam do załogi promu kosmicznego badającego obce formy życia we wszechświecie. I... tyle? Jaką ja funkcję pełniłam? Byłam biologiem? Czy mechanikiem? Wiedziałam kim byli inni, ale kim byłam ja?

Ukryłam twarz w dłoniach. Urodziłam się na ziemi czy w kolonii? Kiedy się urodziłam? Ile miałam lat? Jak... jak miałam na imię?

- Kim jestem? - szepnęłam, patrząc na swoje dłonie. - Nie wiem - odpowiedziałam zgodnie z prawdą, co przyjęte zostało z chichotem.

- Jak to nie wiesz? - nie wiem, czy pod pogodnym głosem kryło się zirytowanie, więc niepewnie wstałam, podchodząc do schodów ganku. Starałam się zachowywać naturalnie, nie okazać strachu, więc stałam chwilkę tyłem, zbierając się na tłumaczenia. Kiedy odwróciłam, serce mi zamarło, a ja pisnęłam cicho, robiąc krok do tyłu. Przywarłam plecami do słupa balustrady.

Mordercai stał blisko, bardzo blisko. Nie słyszałam, jak szedł w moim kierunku ani tego, by oddychał mi tuż za uchem. Bałam się go, był nieobliczalny i szalony. Patrzył wyczekująco, a jego oczach czaił się obłęd. Jego skąpana w mroku twarz wydawała się jeszcze bardziej przerażająca. Nagle złapał mnie za ramię i wbił lufę pistoletu prosto w pierś, mierząc w serce.

- Więc? - spytał, a ja czułam, jak nogi zaczynają mi drżeć ze strachu.

- Nie pamiętam - szepnęłam, a w oczach wezbrały się łzy. Prychnął, puszczając mnie i chowając broń do kabury, po czym zszedł z ganku.

- Do zobaczenia w New Heaven - powiedział. Obserwowałam jak zniknął w cieniu. Z drżącym ze strachu sercem osunęłam się na ziemię, obejmując ramionami. Siedziałam chwilę, po czym podniosłam się. Musiałam dotrzeć do New Heaven. i Teraz każdy może cię zabić, bo teoretycznie cię tu nie ma./i Te słowa brzmiały w głowie echem, napędzając mnie do dalszej wędrówki. Mordercai mógł mnie zabić, ten starzec mógł mnie zabić... Dlaczego więc wciąż żyję?

Nocna wędrówka przez pustynię była o tyle łatwiejsza, że temperatura i słońce nie było tak okrutne jak dotychczas. Obolałe nogi w dalszym ciągu zapadały się w piasku, ale po godzinie udało mi się dotrzeć do kamienistych zboczy. Teraz nie zapadałam się, ale chwilami musiałam wspinać się na czworakach, by nie spać albo nie potknąć się o wystające kamienie.

Nie było ze mną Krwawca. Z jednej strony się cieszyłam się, bo to znaczyło, że nie ma Mordercaia i nie strzeli do mnie, gdy nie będę się tego spodziewała. Z drugiej strony wiedziałam, że łatwiej było przebyć te kilkanaście kilometrów ze świadomością, że ktoś jest i że prawdopodobnie mi pomoże. Wysypisko śmieci zaczynało się nagle, a wysokie na kilkadziesiąt metrów stosy odpadków gniły, tworząc nieprzyjemne opary. Przesłoniłam twarz chustą.

Góry śmieci - zużytych sprzętów, broni, jedzenia, papierów. Połamane meble, krzesła. Wszystko zalegało w wysokich pod niebo stosach, a potężne maszyny, głównie spychacze i żurawie, stały w bezruchu w oczekiwaniu na świt. Zapach gnijącego jedzenia, stęchłej wody - ogólnie śmieci był tak intensywny, że czułam go nawet przez chustę. Cienie w tym miejscu były znacznie ciemniejsze i bardziej złowrogie.

Ulice tworzyły kręty labirynt wśród tych toksycznych gór, a ja miałam wrażenie, że lada moment któraś przewróci się na mnie i zmiażdży toną bezużytecznych przedmiotów. Nic takiego się nie stało przez kolejną godzinę, ale strach o własne życie wrócił i był intensywny. Tutaj nie panowała cisza, wręcz przeciwnie. Słyszałam wiatraki elektryczne, które na tle ciemnego nieba przypominały skrzydlate bestie. Widziałam jamy i punkty strażnicze. Rumor, który tutaj panował wzbudzał największy strach.

i Teraz każdy może cię zabić, bo teoretycznie cię tu nie ma. /i Usłyszałam głosy za zakrętem. Zamarłam, rozglądając się i walcząc z histerią. Jedyną moją nadzieją była leżąca na uboczu lodówka, spowita w całkowitym cieniu. Pobiegłam w jej stronę, a śmieci osunęły się spod moich stóp z trzaskiem. Serce zabiło mocno, a ja rzuciłam się, w ostatniej chwili znikając za dużym gabarytowo sprzętem. Nadziałam się na coś o ostrej krawędzi. Zatkałam usta dłonią, by nie krzyczeć z bólu. W nozdrza uderzył zapach krwi - mojej krwi.

Pulsujący, nieprzyjemny ból promieniował na całą rękę i trochę na bok, ale milczałam, chociaż w oczach wezbrały się łzy. Chwilami myślałam, że dać się zastrzelić jest najlepszym rozwiązaniem. Słyszałam ludzkie wołania i nagle troje mężczyzn znalazło się opodal mnie. Byli ubrani bardzo podobnie do ludzi, których widziałam przy wraku. Wyposażeni w karabiny, rozglądali się, poszukując źródła hałasu, a ja ścisnęłam mocno wisiorek, który zalegał na piersi. Wzięłam wdech i zaczęłam się modlić.

Stali chwilę nasłuchując, po czym szli dalej, pozostawiając mnie w mroku. Odetchnęłam z ulgą, podnosząc się i z przerażeniem dostrzegłam szprychy z koła roweru przebijające drugą rękę w przedramieniu. Wyciągałam je pojedynczo, a z oczu ciekły łzy. Każdy ruch powodował nową falę bólu, a ja po wyciągnięciu jednego metalowego pręta dostrzegłam, że rana zaczęła obficie krwawić.

- Kurwa... - szepnęłam. Kiedy w końcu uwolniłam się od tego, zdjęłam płaszcz i zabandażowałam ciasno, próbując zatamować krwawienie. W końcu wstałam starając się jak najmniej ruszać obolałym ramieniem i ruszyłam przed siebie w nadziei, że nie zabiję się o jakieś inne, ostre rzeczy leżące na ziemi. Na moje szczęście, nikogo nie spotkałam po drodze.

New Heaven nie prezentowało się tak pięknie, jak brzmiała jego nazwa. Nie wyglądało ani na miejsce szczęśliwe, ani bezpieczne, ani nawet zdatne do mieszkania. Sporej wielkości wioska schowana między szczytami śmieci, otoczona wysokim, blaszanym murem, który mógł rozpaść się przy mocniejszym kopnięciu. Domy były dwu-trzypiętrowe, jednolite. Szare ściany, białe okna i drzwi, powybijane szyby, ledwie trzymające się okiennice. Wiatraki zasilające akumulatory, jakieś wewnętrzne ulice wypełnione po brzegi śmieciami. Brama była zamknięta, ale nie też nie stanowiła żadnej przeszkody. Praktycznie każdy mógł wejść na olbrzymie podwórze, na którym stały zaparkowane przerobione samochody, mini czołgi czy łaziki słoneczne.

Zdemolowane meble, zużyte opony, papiery, zniszczone sprzęty - wszystko zalegało pod ścianami domów, jakby była to jedyna tarcza przeciw pociskom przeciwnika. Ludzie siedzieli na krzesłach, ziemi, schodach, pijąc piwo bez chęci do życia. Wszyscy ubrani w podobne, znoszone ubrania, wielokrotnie zszywane, przeszywane i cerowane.

Ściany chwilami dziurawe jak ser szwajcarski - gdyby zabrakło amunicji, wystarczyłoby wyskrobać ze murów. Patrzyłam na ten widok oniemiała, stojąc na środku wioski zbudowanej na śmietnisku z rzeczy, które były śmieciami. New Heaven nie było wcale takie nowe, czy takie anielskie.

Dostrzegłam Mordercaia stojącego na dachu jednego z budynków. Leniwie pił piwo, a przez ramię przewieszoną miał broń. Patrzył na mnie nawet się nie uśmiechając. Tylko on mnie dostrzegł, mimo, iż stałam na środku podwórza i byłam na widoku niczym na patelni. Czyżby ludzie byli sobie tutaj tak obcy, że nie zauważyli nowych twarzy? Z przerażeniem zauważyłam, że nie było tutaj osób starszych czy też dzieci.

Uniosłam ponownie spojrzenie na Mordercaia, lecz tego już nie było. Rozejrzałam się za nim, lecz znikł. Przełknęłam ślinkę, czując, jak nogi mi drżą. Każdy posiadał broń...i Teraz każdy może cię zabić, bo teoretycznie cię tu nie ma. /i Wzięłam głęboki wdech. To była moja szansa. Nikt mnie nie rozpoznał, więc przeszłam żwawym krokiem przez dziedziniec. Nie wiem, gdzie miałabym się udać i co zrobić, by poczułam jak ktoś łapie mnie pod ramię i ciągnie w przeciwnym kierunku.

Odwróciłam głowę i dostrzegłam rudą czuprynę.

- Lilith? - szepnęłam, a dziewczyna uśmiechnęła się szeroko i przyspieszyła tempo, wbijając mi boleśnie paznokcie w poranioną rękę.

- Mamy mało czasu - powiedziała. Tym samym zamilkłam i podążyłam za nią. Udało nam się dotrzeć do małego budynku z halogenowym krzyżem. Domyśliłam się, że to tutejsza klinika. Lilith wepchnęła mnie do środka i zatrzasnęła drzwi, pozostając na zewnątrz.

Rozejrzałam się po wnętrzu i z przerażeniem stwierdziłam, że wszędzie była zaschnięta krew. Białe kafelki, ściany i sufit. Podobnie meble, łóżka z kilkoma nieprzytomnymi ludźmi. Miałam nadzieję, że z nieprzytomnymi. Nie byłam pewna, czy oddychają...

Krople, bryzgi, odbite dłonie - wszystko z szkarłatnej krwi. Na samym końcu, przy stole chirurgicznym stał mężczyzna w białym kitlu, rękawiczkach a na twarzy miał maskę chirurgiczną. Właśnie rozcinał jakiegoś faceta i nie był specjalnie delikatny. Człowiek leżał przywiązany do stołu skórzanymi paskami, a doktor rozcinał klatkę piersiową na żywca, bez znieczulenia. Świadczyły o tym krzyki mężczyzny. Zatkałam usta dłonią i zrobiłam krok do tyłu, potrącając leżące, metalowe puszki. Rumor był na tyle głośny, że doktor przerwał wykonywanie zabiegu i spojrzał na mnie. Zapragnęłam uciec, ale nie miałam jak. Drzwi były zaryglowane.

- Cześć - zawołał doktor, zdejmując maskę i posyłając mi szarmancki uśmiech. - Jestem doktor Zed. - mówiąc to, wbił nóż chirurgiczny prosto w bijące serce nieszczęśnika. Krew trysnęła na wszystkie strony, a zwłaszcza na sufit. Otwarłam szeroko oczy i rozejrzałam się za drogą ucieczki. Doktor zrzucił nieszczęśnika na ziemię, jakby ten był workiem kartofli, przetarł stół szmatką do czysta i poklepał go.

- No, siadaj - zawołał uradowany. Spojrzałam niepewnie na okno opodal. Jaka była szansa, ze udałoby mi się przez nie wyskoczyć i nie zabić się jednocześnie? Moja mina musiała bardzo rozbawić doktorka. Śmiech miałby zaraźliwy, gdyby mnie tak teraz nie przerażał. Przeniosłam spojrzenie na martwego człowieka pod stołem, w którego krew wypływała strumieniami i brudziła białą posadzkę.

- Nie przejmuj się nim, bawiłem się tylko - machnął niedbale ręką na zwłoki. Przełknęłam ślinkę. A co jeśli ja też byłam zabawką? Uśmiech znikł z twarzy lekarza, a oczy błyszczały gniewnie.

- Siadaj - warknął. Ten sam człowiek, zupełna inna maska na twarzy. Posłusznie podeszłam do stołu i usiadłam, cały czas rozglądając się za drogą ucieczki. Ten odwrócił się tyłem, grzebiąc po torbie z narzędziami.

- Nie po to ratowałem cię kilka godzin temu, by teraz cię kroić i dobijać, jasne? - jego ton ponownie stał się przyjazny i miły. Popatrzyłam na niego z niedowierzaniem.

- Kilka godzin temu? - spytałam, a on zarechotał, wyciągając jakieś krople, strzykawkę i bandaże.

- No tak złociutka, myślisz, że sama znalazłaś się w domu Bahy? - spytał. Domyśliłam się, że Baha to starzec z domu. - Otóż, Mordercai cię przewiózł, bo praktycznie zmarłaś i wezwali mnie, bym cię podleczył. Cieszy mnie, że te kilka zastrzyków i maści postawiło cię na nogi. Teraz szybko zarejestrujemy cię w bazie, sprawdzimy twoją kartotekę i po sprawie, Helena będzie mogła cmoknąć własną dupę - powiedział to pogodnie, jakby się nie obawiał, że go ktoś podsłucha.

- Nie boisz się jej? - spytałam niepewnie. Machnął ręką, nakazując mi zdjąć pelerynę. Kiedy dostrzegł krwawiące ramię, pokręcił głową.

- Jesteś ofiarą losu. Helena nie będzie musiała cię zabijać, sama to zrobisz - stwierdził, po czym posłał mi szeroki uśmiech. Podwinął rękawy dość brutalnie, a jednocześnie z precyzją godną lekarza. Sprawdził dokładnie dziury, pomacał, sprawdził krwawienie, po czym zaśmiał się. Oczyścił rany, zaszył i zabandażował.

- Mam przeczucie, że będziesz moją częstą klientką - powiedział, a ja przełknęłam ślinkę. Dalej obawiałam się go, ale z drugiej strony, jakie miałby korzyści z zabicia mnie?

- Nie, nie boję się jej - powiedział, kiedy zakropił mi oczy. Nie pytałam dlaczego to robi. Nie chciałam go zirytować i skończyć jak ten facet na wcześniej. - Jestem jedynym lekarzem. Co prawda straciłem licencję na krojenie ludzi, ale nie wszyscy muszą o tym wiedzieć - powiedział, a ja drgnęłam. Zaśmiał się, klepiąc mnie po ramieniu.

- Nabrałaś się, złociutka? - Posłałam mu nerwowy uśmiech. Pragnęłam już stąd zniknąć. Podał mi szklankę z jakimś płynem. Zaczęłam pić, ignorując gorzki smak.

- Wszyscy wiedzą, że nie mam licencji, ale nikt się tym nie przejmuje.

Naplułam mu prosto w twarz. Stał z zamkniętymi oczyma, a ja zastanawiałam się, czy to dobra sytuacja, by uciec. Sięgnął na oślep po kawałek szmaty i wytarł twarz, posyłając mi rozbawione spojrzenie.

- Muszę zapamiętać, by nie stać w zasięgu twojego plucia - stwierdził. Nie był zły, raczej rozbawiony. Obserwowałam, jak zmienił mi opatrunki, sprawdził właściwe reakcje. Jednym słowem sprawdził właściwie reakcje organizmu. Trwało to kilka minut, po czym, odpalił stary komputer stacjonarny stojący za nim na biurku. Dostrzegłam, że odpalił arkusz rejestracyjny, w którym podał wzrost, wagę. Wypytał mnie o grupę krwi, wpisał nawet kolor oczu. Pozostały mu dwie rzeczy: imię oraz kod DNA.

- Może troszeczkę zaboleć- stwierdził, wyciągając strzykawkę. Zamknęłam oczy, zbyt przerażona. Nie chciałam patrzeć na to, co robi. Jak się okazało, pobrał tylko krew, przelał ją do probówki i pozostało nam czekać. Usiadł wygodnie na krześle, wyciągnął papierosa i zapalił końcówkę.

- Nie było tak źle, co? - spytał, a ja posłałam mu nerwowy uśmiech.

- Jesteś nawet... miły - ostatnie słowo z trudem przeszło mi przez gardło. Zaśmiał się, kręcąc głową.

- Miło mi to słyszeć, chociaż wiem, że to nie prawda. Boisz się mnie - stwierdził, zaciągając się i wypuszczając dym przez nos.

- Wyglądasz trochę jak dentysta - mruknęłam pod nosem. Widząc jego pytające spojrzenie, wzruszyłam ramionami. - Jego bałam się w równym stopniu, co ciebie.

- Chyba minąłem się z powołaniem - stwierdził śmiertelnie poważnie. Dalszą rozmowę przerwało walenie do drzwi. Poczułam, jak ogarniają mnie złe przeczucia, a wzdłuż kręgosłupa przebiega nieprzyjemny dreszcz. Zed pokazał mi palcem, że mam milczeć, po czym zawołał.

- Co jest? Operuję!

- Gówno nie operujesz - usłyszałam znajomy głos Heleny. - Otwieraj i dawaj tu tę wywłokę!

- Helenko kochana, jedyna wywłoka, którą znam, właśnie stoi pod drzwiami - odwołał. Krótka chwila ciszy, po czym, zaczęli wyważać drzwi. Doktor odwrócił się i spoglądał na maszynę.

- Jeszcze kwadrans, cholera jasna... - mruknął. Wiedziałam o czym mówił. Potrzebny był kwadrans, by mnie zarejestrować na tej zasranej planecie. Piętnaście minut, bym przestała być niewidoczna.i Teraz każdy może cię zabić, bo teoretycznie cię tu nie ma. /i

Wpadli do środka nagle, celując we mnie bronią. A ja? Przegrałam. Nie strzelali jednak, tylko dumnie wkroczyła Helena. Stanęła na wprost mnie, posłała gardzące spojrzenie i spoliczkowała. Potem uśmiechnęła się ciepło.

- Zaraz będzie świtać, a ty jakby troszku blada jesteś - powiedziała, gładząc mnie po policzku. Cofnęłam się z obrzydzeniem, a ta ponownie mnie spoliczkowała. To co było później było niczym koszmar senny.

Obserwował beznamiętnym wzrokiem, jak taszczą dziewczynę na podwórze, obdzierając z niemalże wszystkich ubrań. Następnie przywiązali ją do samochodu, wystawiając na promienie słoneczne. Jeśli nie usmażyłaby się od nich, z pewnością spali ją blacha samochodu, która bardzo szybko nagrzewa się w tym słońcu. Westchnął, przecierając twarz dłonią.

Byli blisko. Praktycznie końcówka polowania. Dotarła do azylu, więc Helena nie powinna nic jej zrobić. Wywiązała się z gry, przeszła ją. Wziął głęboki wdech, przeładowując broń. Wiedział, co musi zrobić. Wiedział, że musi działać szybko. Obserwował smutnym wzrokiem, jak leży przygotowana na śmierć. Miała w sobie tę godność. Wiedziała, że krzyki, płacz i błaganie o litość nic jej nie dadzą.

Tylko on jeden miał odwagę się nad nią litować. Nagle pojawiła się obok niego Lilith.

- Zrobisz to? - spytała, kładąc ręce na biodrach. Stali na szczycie dachu, niezauważeni przez nikogo i obserwowali przedstawienie, które rozgrywało się na dole.

- Lepsze to, niż gdyby miała smażyć się na słońcu - odparł, obierając wygodną pozycję.

- Jeszcze pięć minut - usłyszeli głos Zeda w nadajniku, ale było za późno. Nie mieli tyle czasu. Odliczali sekundy. W końcu miał czystą pozycję.

- Wybacz, to nic osobistego... - szepnął, naciskając spust. To, co działo się później, było tylko formalnością. On nigdy nie pudłował.

Wokół mnie słyszałam rozmowy, lecz dobiegały z daleka, jakbym siedziała zamknięta w beczce. Bałam się otworzyć oczy, bałam się widoku, który może się przede mną rozpościerać. Co pamiętałam ostatnie? Wschodzące słońce, Helenę, jacyś ludzi, a potem wystrzał. Pamiętam rozrywający ból, krzyki ludzi. Wiem, że straciłam przytomność... a może umarłam? Lecz skoro umarłam, to dlaczego mam wrażenie, że żyję? A może tak wygląda śmierć? Było tylko jedno wyjście, by się przekonać.

- Czy ja umarłam? - spytałam na głos, lecz nie poruszyłam się. Usta miałam zaschnięte, a mój głos był nienaturalny i chrapliwy. Czułam ból przy każdym ruchu żuchwy.

- Nie umarłaś - odpowiedział mi znajomy głos, lecz był teraz tak jakby bardzo odległy. - Chociaż byłaś blisko.

W końcu zmusiłam się do otworzenia oczu. Leżałam na stole, obserwując czerwony... nie, biały, lecz zakrwawiony sufit. Zakrwawiony? Czy ja byłam w klinice?

- Co się stało? - szepnęłam, lecz i to zadało mi ból. Chciałam się podnieść, lecz ktoś położył mi rękę na klatce piersiowej, a nade mną zamajaczyły dwie znane głowy. Pochylali się, Zed i Lilith.

- Widzisz, miałaś być martwa - powiedziała Lilith, posyłając mi ciepły uśmiech. - Chcieli, byś spektakularnie usmażyła się na słońcu, dlatego też Mordercai okazał łaskę i chciał cię zastrzelić.

- Spudłował? - zacharczałam. Mój głos w dalszym ciągu był nienaturalny.

- Nie, on prawie nigdy nie pudłuje, nie z tej odległości.

Ściągnęłam brwi w wyrazie zaskoczenia. W końcu wyjaśnił sprawę Zed.

- Widzisz, kula trafiła w szyję i przeleciała na wylot pod takim kątem, że... cóż, żyjesz, krtań i kręgosłup całe, tylko troszeczkę mięśnie uszkodzone. Tydzień, dwa, może trzy i wszystko wróci do normy - podzielił się ze mną optymistyczną wiadomością. Zamrugałam zaskoczona.

- Przeżyłam? - szok odmalował się na mojej twarzy, a oni zaśmiali się.

- Przeżyłaś pełzacze, skaga alfa, wściekłość Heleny i strzał Mordercaia. Przy czym nasza ikochana/i przywódczyni jeszcze nie wie, że żyjesz - usłyszałam go, mojego oprawcę i wybawiciela w jednym. Stał poza zasięgiem mojego wzroku, ale doskonale słyszałam jego głos. Z jednej strony cieszyłam się, że tu jest, a z drugiej byłam wściekła, że próbował mnie zastrzelić.

- Musimy szybko dokończyć rejestrację. Powiedz mi złotko, jak masz na imię? - spytał Zed, wychodząc poza zasięg mojego wzroku. Przełknęłam ślinę, sprawiając tym samym ból w szyi i ramionach. Jak miałam im wytłumaczyć, że nie pamiętam? Sen kriogeniczny i niewłaściwe wybudzenie sprawiło, że straciłam tę pamięć, która nie była wliczona w program kosmiczny. Straciłam osobowość, lecz nie umiejętności. Kim byłam?

- Nie wiem - powiedziałam zgodnie z prawdą.

- Jednakże, musimy coś wpisać w rubryce - powiedział Zed. Usłyszałam głos Mordercaia.

- Wpisz: Lucky, bo trzeba mieć cholernie dużo szczęścia, by przeżyć, ale trzeba być szczęściem, by sobie poradzić i przeżyć.

- Lucky? - szepnęłam, po czym uśmiechnęłam się szeroko. - Podoba mi się.

- Witaj na Pandorze, Lucky.