Kupili mnie? Kupili mnie jak krowę na targowisku. Jak oni mogli? Byłam człowiekiem! Byłam? Jestem. Tak sądzę... Ma to dla nich jakiekolwiek znaczenie?

Siedziałam w samochodzie Mordercaia - dużym Pickupie o brązowym lakierze ze śladami krwi. Przedni zderzak owinięty drutem kolczastym, a pod nim kręcący się pręt z kolcami - śmiercionośna zabawka dla tych, co wpadną pod koła. Jechaliśmy w milczeniu, a ciszę przerywał szum załączonego CB-Radia. Okna mieliśmy otwarte, ale gorące powietrze nie chłodziło wystarczająco dobrze. Klimatyzacja nie działała, niestety. Byłam wykończona, więc podróż do bunkra, który miał być moim nowym domem była przeplatana krwawymi koszmarami i rzeczywistymi obrazami pustkowia, które mieszały się z moimi depresyjnymi myślami o tym, co wydarzyło się do tej pory.

Silnik ryczał pod maską, a Mordercai bezlitośnie wciskał pedał gazu gdy wjeżdżaliśmy pod górkę. Prawdę mówiąc, był to jeden z najbardziej zadbanych pojazdów, jakie zauważyłam - nawet jeśli właściciel znęcał się nad jego możliwościami.

Jechaliśmy dość długo. Rytmiczne kołysanie i turkot silnika usypiał mnie przez długi czas, ale w pewnym momencie obudził mnie chłodny podmuch wiatru. Drgnęłam nerwowo, rozglądając się półprzytomnym wzrokiem. Samochód stał a przez zaparowane szyby niczego nie widziałam. Otworzyłam okno, po czym zamarłam w szoku.

Pustynia zniknęła, a przede mną majaczyły białe szczyty pokryte grubą warstwą śniegu. Znajdowaliśmy się u podnóża góry. Temperatura była powyżej zera, więc śnieg się nie utrzymywał, ale zimny wiatr i ogólny chłód przenikał do kości. Strumienie roztopionego śniegu płynęły kamiennymi korytami, a skały stały gęsto.

Wioska w której się zatrzymaliśmy wyglądała na wyludnioną. Prawie każdy budynek znaczyły ślady po nabojach, powybijane szyby przesłonięto szmatami a w niektórych domach dachy były zarwane. Jedynie dym sączący się leniwie z komina sugerował, że ktoś tu mieszka. Niewiele myśląc, otworzyłam drzwi pojazdu i wyszłam, rozprostowując ścierpnięte nogi. Powoli zapadał zmierzch. Odwróciłam się w kierunku z którego, jak sądziłam, przyjechaliśmy i oniemiałam.

Za nami rozpościerała się złota, idealnie równa kraina nieskończonego piasku, której horyzont łączył się z niebem o bursztynowym kolorze. Łuna sąsiadującej bardzo blisko planety, która wyglądała niczym Jowisz tworzyła wrażenie aureoli. Słońce już zniknęło, dając płonącą poświatę piekła. Nad tym wszystkim majaczyło już mroczne, nocne niebo.

- Zabójcze piękno. - Słysząc głos Mordercaia tuż obok siebie, podskoczyłam nerwowo. Nie słyszałam jak się zbliżał, a teraz stał bardzo blisko, nawet nie na wyciągnięcie ręki. Mogłabym to przypłacić życiem. Ale czy by mnie zabił?

- Jesteś romantykiem? - wypaliłam, nim przemyślałam CO mówię i do KOGO mówię. Spojrzenie jego ciemnych oczu było niczym wbity sztylet prosto między żebra. Odruchowo skuliłam się w sobie i zrobiłam krok do tyłu.

- Czasami potrafię docenić to, co piękne - odparł spokojnym, chłodnym głosem. Odwrócił się i ruszył w stronę samochodu. Patrzyłam na niego przez chwilę. Nie potrafiłam rozgryźć tego człowieka. Raz był nieobliczalnym skurwysynem, który sprzedał mi kulkę, a raz śmiejącym się do rozpuku towarzyszem, który chętnie gawędzi i żartuje. Odwróciłam się jeszcze raz spoglądając na piękne niebo, po czym podążyłam za nim. Otworzyłam drzwi od strony pasażera i usiadłam. Odpalił silnik i ruszyliśmy, ponownie milcząc. Chłód wieczornego powietrza przenikał mnie do kości, zwłaszcza, że ubrana byłam w pustynne ciuchy.

Miejscami jechaliśmy pod wielkimi skarpami, innym razem na skaju urwiska. Cały czas parliśmy pod górę, chociaż w wielu miejscach po wilgotnych kamieniach ślizgały się opony. Mordercai wówczas klął i męczył silnik do granic możliwości. Nie spałam w czasie dalszej podróży, ale i tak pamiętam ją jak przez sen. Męczyły mnie wspomnienia martwych towarzyszy, rozbitego promu, walki o przetrwanie. Kiedy skończyły się "łowy", zostałam poddana licytacji. Byłam zbyt osłabiona, by się przeciwstawiać. Dodatkowo zniechęcała mnie myśl, że każdy posiadał pistolet i mógł mnie zastrzelić za każde wypowiedziane słowo.

Licytację wygrał Mordercai z polecenia T.K. Bahy. Razem ze Scooterem, mechanikiem.

Z transu wybiło mnie silne szarpnięcie. Jechaliśmy bardzo krętą, wąską drogą, a nad nami górowały skały i kamienne urwiska. Znajdowaliśmy się w dolinie miejscami pokrytej cienką warstwą śniegu. Widziałam buchającą parę z gejzerów. Przed nami na urwisku stała niewiarygodnie wysoka wieża górująca nad całą doliną.

- To nasz bunkier - poinformował mnie Mordercai.

- To wieża, nie bunkier - powiedziałam coś, co było nadzwyczaj oczywiste.

- Helena nie musi o tym wiedzieć, prawda? - odparł z nutą rozbawienia w głosie. To było zagranie. Cwane.

Dotarliśmy do wieży w niecałą godzinę później. Zaparkowaliśmy u jej podnóża, po czym przeszliśmy pieszo około na sam dół zbocza. Okazało się, że wejście znajduje się w jaskiniach pod urwiskiem i jest trudne do odnalezienia. Ktoś niewtajemniczony z całą pewnością miałby problem z odkryciem go. Mordercai natomiast parł przed siebie bez wahania, przez co miejscami trudno mi było za nim nadążyć, zwłaszcza, że korytarze były nieoświetlone. Wilgotne, ciemne labirynty przepełnione stęchłym powietrzem wiły się i kręciły. Straciłam rachubę już dawno, ale w końcu trafiliśmy na dobrze zamaskowane schody wyciosane w kamieniu. Były śliskie od wody, do tego wąskie.

Szłam po nich powoli, a Mordercai przebiegł po dwa stopnie. Na końcu, w kamieniu, były ciężkie, pancerne drzwi otwierane na szyfr. Były podobne do takich, które można zobaczyć w bankach. Kiedy tylko się otwarły, poczułam gorący podmuch powietrza na twarzy i padł na nas snop światła, przez który musiałam zmrużyć oczy.

Wieża od środka była olbrzymia. Parter był wielkim, półowalnym pomieszczeniem. Z jednej strony stał bar i stoliki do picia, w innej części była kręgielnia i bilard. Panował tu półmrok. Druga część koła była oddzielona grubą, betonową ścianą, za którą mieściła się strzelnica ze zbrojownią. Sufit był jakieś dziesięć metrów nad nami. Schody wykonane z siatki wiły się przy ścianie, wzdłuż całej wysokości.

Wyższe partie wieży pewnie były porozbijane na mniejsze pokoje, połączone ze sobą siatką korytarzy. W pewnym stopniu mówili prawdę, gdy mówili o tym jako o bunkrze. Grube, betonowe ściany bez okien tylko z mnóstwem wirników pompujących powietrze do środka. Nikogo tutaj nie było, a cisza która tu panowała była niemal grobowa.

- Witaj w Bunkrze - głos Mordercaia poniósł się echem po całym budynku. Jednego byłam pewna - rozmowa w tym miejscu z samym sobą nigdy nie była tylko z samym sobą. Czekał cierpliwie, aż nacieszę oczy widokiem migających neonów, zdemolowanych mebli, obdrapanych i poplamionych krwią ścian. Czułam zapach potu i papierosów, ale ani odrobiny stęchlizny.

- Wszystko jest do twojej dyspozycji, pomijając pokoje innych. Poznasz je po tym, że są bardziej zagracone niż pozostałe. Urządź się wedle uznania. Chodź, pokażę ci twój pokój - powiedział, gdy już szłam w jego kierunku. Odwrócił się i poprowadził mnie po schodach na bodajże czwarte piętro. Sufity wraz z każdym piętrem były coraz niższe, a na czwartym były na wysokości, mniej więcej, trzech-czterech metrów. Otrzymałam klitkę z oknem. Łóżko, lampka nocna, szafka i biurko. Miejsca tylko tyle, by się przemieścić. Niegdyś białe ściany stały się szare i brudne, a z wybitego okna wiał nieprzyjemny chłód. Pocieszała mnie myśl, że przynajmniej będę miała dostęp do świeżego powietrza.

- Mam zabić ci dechami to okno? - spytał, pocierając dłonią brodę. Spojrzałam na niego i zauważyłam, że jest wykończony. Podkrążone, czerwone oczy i wyraźnie mętny wzrok. Ja przespałam całą drogę i byłam wyczerpana, a co dopiero on, kiedy cały czas prowadził.

- Nie, spokojnie, nie zamierzam skakać - powiedziałam najbardziej pogodnym tonem, na jaki byłam w stanie się zdobyć. Uśmiech na krótką chwilę wpełzł na jego twarz i musiałam przyznać, że miał go nieziemski.

- Jakbyś jednak zmieniła zdanie, to mnie obudź, chętnie popatrzę - odpowiedział i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Usiadłam na łóżku, które zgrzytnęło agonalnie pod moim ciężarem. W końcu dotarł do mnie ogrom zmian, jakie zaszły w moim życiu. Przez cały czas myślałam, że to sen albo jakiś okrutny żart, chociaż podświadomie wiedziałam, że tak nie jest.

Strach, który cały czas czułam ustąpił miejsca zmęczeniu. Zmęczeniu życiem i samym strachem. Mogłabym uciec - ale gdzie? Mogłabym się zabić - to po co walczyłam? Pozostało mi tylko czekać na dalszy rozwój wydarzeń. Wiedziałam jedno - nie mogę się poddać. Nie po tym wszystkim. I nie zamierzałam być cykorem. Zamierzałam być jedną z nich... tylko jak?

Bolało mnie całe ciało, zwłaszcza kark, który zdrętwiał do tego stopnia, że nie potrafiłam odwrócić głowy w lewo, ale zmusiłam się do przeszukania wieży. Znalazłam ciepłe skóry i futra, z których zrobiłam ciepłe posłanie. Jakimś kawałkiem szmaty pozabijałam dziurawe okno, dzięki czemu nie wiało od niego takim chłodem. Wymieniłam żarówkę, przyniosłam jakiś dywanik.

Na jednym piętrze zajrzałam do pomieszczenia i zauważyłam, że jest to łazienka. Uśmiechnęłam się triumfalnie. Była nieduża a w niej cztery otwarte kabiny prysznicowe niczym w wojsku, do tego osobne pomieszczenie z trzema kabinami na toalety i umywalki. Zielone kafelki i duże, szczelne okno, a światło neonowe oświetlało wszystko niczym w gabinecie chirurgicznym. Było to najczystsze pomieszczenie z wszystkich, które do tej pory zauważyłam.

Podeszłam do okna i wyjrzałam przez nie. Noc spowiła całą dolinę. Zawiedziona zamierzałam się odsunąć, gdy nagle dostrzegłam ruch za oknem, a raczej w odbiciu łazienki. Odwróciłam się i stanęłam na wprost Mordercaia, przepasanego TYLKO ręcznikiem.

- O boże! - pisnęłam, zasłaniając twarz rękoma. Czułam, jak rumieniec wpełza na moje policzki. Patrzył na mnie w równie wielkim w szoku, ale zreflektował się na moje stwierdzenie.

- Jak chcesz być na ty, to nie mów mi boże tylko Mord. I zjeżdżaj stąd. - zażądał, ale żadne z nas się nie poruszyło, tylko wpatrywaliśmy się w siebie. W końcu westchnął.

- Twoja obecność mi nie specjalnie przeszkadza... - na to stwierdzenie zaczął rozwijać ręcznik. Zasłaniając oczy i przyklejając się do ściany by przypadkiem na niego nie wpaść, dotarłam do drzwi. Wiedziałam jedno. Przyzwyczaić się do tego życia będzie cholernie trudno.

Wróciłam do swojego pokoju na drżących nogach i czekałam aż usłyszę, jak Mordercai wyjdzie z łazienki. Leżałam na łóżku masując kark przy całkowicie wyłączonym świetle. Czułam się trochę bezpieczniej z myślą, że wszyscy uważają, iż śpię. Słyszałam charkot silnika a potem śmiech Lilith i jeszcze jakiegoś mężczyzny. Zatrzymali się na krótki moment pod moimi drzwiami i dotarł do mnie szept dziewczyny.

- Pewnie śpi, jutro ją poznasz.

Jej rozmówca ruszył na wyższe partie wieży, ale i tak słyszałam jeszcze jego pełne powątpienia pytanie.

- Serio Mordercai do niej strzelił, trafił, a ona żyje?

- Niesamowite, nie? - zawołała wesoło.

Potem znów zapadła cisza przerywana jedynie szumem wody. Ocknęłam się jakiś czas później na dźwięk kroków. Miałam wrażenie, że zdrzemnęłam się na chwilę. Ktokolwiek szedł po schodach, szedł powoli i niespiesznie. Wstałam niepewnie i podeszłam do drzwi, przystawiając ucho metalu. Nie wierzyłam, że rozpoznam kroki. Ktokolwiek szedł korytarzem, nagle zatrzymał się przy moim pokoju. Wstrzymałam oddech, gdy usłyszałam jak ktoś opiera się o drzwi. Oczami wyobraźni widziałam, jak ten ktoś nasłuchuje podobnie do mnie. Trwało to chwile, a potem odepchnął się od drzwi i ruszył dalej.

Kiedy upewniłam się, że korytarze są puste, wzięłam znaleziony ręcznik i poszłam do łazienki. Rozebrałam się do naga, uważając na bandaż na szyi. Wszystkie ubrania - płaszcz, spodnie, arafatę, koszulkę, sweter i bieliznę - rzuciłam na ziemię prysznica i okręciłam kran. Woda była gorąca, co przyjęłam z zaskoczeniem i ulgą. Najpierw wykąpałam się czerpiąc niesamowitą przyjemność. Nie przejmowałam się, że bandaż przemoknął i boli mnie kark. Upragniona chwila relaksu. Kiedy się wykąpałam, wyprałam rozmoczone ubrania. Do ścieku spływała brudna, zielonkawa woda.

Nie wiem ile czasu spędziłam w łazience, ale kiedy z niej wyszłam, byłam wykończona. Przez ramię miałam przewieszone mokre, ciężkie ubrania, a owinięta byłam grubym, białym ręcznikiem. Na szczęście do pokoju dotarłam bez większych komplikacji. Dopiero w środku dotarło do mnie, że nie mam jak tego rozwiesić i wysuszyć. Jednakże potrzeba matką wynalazków - otworzyłam szafę i rozwiesiłam tam część ubrań, drugą część przewiesiłam przez poręcz łóżka. Pozostał mi jeszcze płaszcz i ręcznik. Spojrzałam niepewnie na drzwi i westchnęłam. Uchyliłam je, a one jak na złość, zgrzytnęły na całą wieżę. Przeklinając w duchu, przewiesiłam przez nie płaszcz i ręcznik, po czym naga owinęłam się w futra.

Leżąc na boku i patrząc w ścianę, rozmyślałam. Czułam się lepiej, gdy tkwiła we mnie dziecięca pewność, że nie będą do mnie strzelać. Że mnie nie zabiją. Że uratują mnie, gdy coś mnie zaatakuje. Myślałam, że najbardziej przerażające są te bestie i stworzenia, które zamieszkiwały pustynię. One jednak były daleko stąd, a ja dalej się bałam. Bałam się ludzi. Ludzi, którzy uratowali mnie tylko po to, by mnie zabić. Westchnęłam, gdy wróciło do mnie uczucie bólu kiedy pocisk Mordercaia przeszedł przez moje gardło. Odruchowo złapałam się za szyję, a moje palce natrafiły na wilgotne bandaże.

Nie było sensu o tym myśleć. Jeśli mam umrzeć, to najlepiej będzie wykorzystać ten czas, który mi pozostał. Uśmiechnęłam się do siebie i swojej myśli Carpe Diem. Otuliłam się futrem i zamknęłam oczy. Drzemałam krótką chwilę, gdy poczułam podmuch powietrza na twarzy.

Podniosłam się i zobaczyłam, że Mordercai siedzi na krześle i spogląda na okno. Czułam zapach alkoholu i papierosów.

- Mord? - zapytałam zaskoczona, unosząc się i przytrzymując futro. Spojrzał na mnie leniwie, po czym uśmiechnął się szeroko.

- Jesteś jedyną osobą, którą trafiłem a która nie zginęła - powiedział trochę bełkotliwym głosem. Był pijany i trzymał broń. Prawdziwą broń. Dopiero teraz zauważyłam piękny, elegancki rewolwer. Kręcił bębenkiem, jakby to była zabawka. Otworzyłam usta, by mu coś odpowiedzieć, ale głos uwiązł mi w gardle w chwili, gdy lufa wbiła mi się w gardło. Chciałam krzyknąć, ale ręką zatkał mi usta.

- Popsułaś mi nienaganną reputację - syknął, a moją twarz owiała woń mocnego bimbru. Nacisnął spust, usłyszałam huk i...

... wyrwałam się ze snu zlana potem.

- Kurwa! Lilith, nie rzucaj tym jak mięsem! - usłyszałam wściekły głos Mordercaia dobiegający się gdzieś z dołu. Odetchnęłam z ulgą, kładąc rękę na piersi i poczułam przez skórę jak serce wali w oszalałym ze strachu rytmie. Kłótnia zlała się w jednolity pomruk, a ja położyłam się z powrotem i przykrywałam futrem. To był sen. To był tylko pieprzony, cholernie realistyczny sen.

Mimo tragicznej pobudki, uśmiechnęłam się szeroko i z wyraźną ulgą. Kiedy ponownie zamykałam oczy, uchylone drzwi otwarły się z impetem i uderzyły w ścianę.

- Wstawaj - warknął wściekły Mordercai. Uniosłam się i spojrzałam na niego. Powinnam się go obawiać w złym humorze, ale z drugiej strony nie był wściekły na mnie. Powinnam być potulna, miła i uśmiechnięta, nie prowokować, ale nadmiar pozytywnej energii, którą dała mi świadomość, że jeszcze żyję sprawiła, że zrobiłam coś niewiarygodnie głupiego.

- Dzień dobry - odpowiedziałam z wyraźnym akcentem niezadowolenia na jego powitanie. Zmroził mnie spojrzeniem, przez co natychmiast pożałowałam swojej bezczelności. Ten jednak westchnął i przetarł twarz dłonią.

- Cześć - powiedział to tak, jakby cała złość wyparowała z niego niczym woda. Następnie wyszedł, pozostawiając mnie samą. Patrzyłam w miejsce, w którym przez chwilę wstał, po zaśmiałam się cicho. To było głupie i niedorzeczne, aż nabrałam ochoty uszczypnąć się w rękę by sprawdzić, czy znów śnię.

Mordercai - człowiek tajemnica.

Rozejrzałam się w poszukiwaniu ubrań i dostrzegłam je - wysuszone i poskładane - na biurku. Patrzyłam na nie przez chwilę jak na jadowitego węża. Postanowiłam nie wnikać KTO i CO zrobił z moimi ubraniami. Zamknęłam drzwi nogą i zaczęłam się ubierać. Kilkakrotnie ktoś przechodził obok mojego pokoju, ale nikt nie zajrzał na szczęście. Cały czas słyszałam dyskusje, rozmowy, kłótnie - wszystko na raz.

Nagle ktoś zapukał w drzwi i otworzył je niepewnie.

- Mogę? - usłyszałam głos Lilith. Nie czekała na odpowiedź, zwyczajnie wparowała do środka.

- Nie przestrasz się jak zejdziesz na dół, zjechali się wszyscy Vault Hunterzy by zobaczyć nieszczęście Mordercaia. - Jej pogodny i beztroski ton wcale nie poprawił mi nastroju. Chyba zauważyła moje lekkie przerażenie i pokręciła głową.

- Słuchaj, wiem że się boisz. Też tak miałam. Chcesz radę weteranki? - spytała, kładąc mi rękę na ramię. - Nie pokazuj że sie boisz i nie daj sobą pomiatać. Stań się nieobliczalna, a będą na ciebie uważać. Nie na odwrót, rozumiesz? - Potaknęłam nerwowo głową. Posłała mi ciepły uśmiech.

- Dasz radę, bo wiem, że masz pazur. Tylko musisz go wyciągnąć. Bądź twarda, a nic cię nie ruszy. Zejdź na śniadanie w miarę szybko, masz misję z Mordercaiem. - Po czym pozostawiła mnie samą w pokoju.

Kiedy już byłam gotowa, zeszłam na dół. Przy stolikach siedziało ponad ośmiu ludzi, którzy jedli śniadanie i dyskutowali o czymś zawzięcie. Zamarłam, gdy wszystkie oczy zatrzymały się na mnie. Lilith uniosła się i pokazała na mnie palcem.

- Panie i panowie, to Lucky urodzona pod szczęśliwą gwiazdą. Mordercai ją zastrzelił, a ona dalej żyje - zawołała. Nie pokazywać, że się boję? Trudne. Bardzo trudne. Uśmiech okazał się mniej wymuszony, niż się spodziewałam i ruszyłam w ich stronę, witając się z nimi grupowo. Kiedy spojrzałam na rudowłosą, ta puściła mi oczko. Poczułam się trochę pewniej z myślą, że mam kogoś po mojej stronie.

Poranek minął bardzo szalenie. Dostałam kawę, nałożyłam sobie trochę jajecznicy z jajek Rakków i usiadłam przy wolnym stoliku obok małomównego, wysokiego typa w hełmie. Kiedy uśmiechnęłam się do niego na powitanie, odpowiedział mi hologramem uśmiechniętej emotki. Wolałam nie wnikać kim on jest z obaw, że powie mi szczerą prawdę. Wypiłam szybko kawę, wmusiłam w siebie trochę czerstwego chleba, a potem Mordercai złapał mnie za ramię, pociągnął do Pickupa i ruszyliśmy z powrotem do New Heaven. Jedyne co zdążyłam zrobić na pożegnanie z ludźmi, których ledwie poznałam, było machnięcie ręką. Zdziwiło mnie, że prawie każdy odpowiedział tym samym.

Po drodze dostałam własny nadajnik ECHO, a w torbie znalazłam pióro i notes z informacją od Lilith. Ofiarowała mi dziennik z poradami. W New Heaven dostałam własny samochód, ale nie zdążyłam nawet dotknąć kierownicy, gdy Mordercai mnie podsiadł. Potem ruszyliśmy na misję.

iWpis: Pierwszy

Jestem na Pandorze już pełen cykl. Poprawka, zarejestrowana jestem jeden pełen cykl. Jeden cykl byłam jako "outsider", więc nie liczy się to do mojej kadencji. Z początku wydawało mi się, że dzień dłuży się niemiłosiernie. Teraz wiem dlaczego. Dzień trwa siedemdziesiąt dwie godziny, a noc dwanaście. W sumie jestem skłonna dopuścić do siebie myśl, że to przez nieustający skwar i panujący dzień ludzie są tacy nerwowi - nie mogą się porządnie wyspać, a co za tym idzie, stają się podirytowani.

Przez ostatni czas sporo się wydarzyło, nie nudziłam się. Nie było to tak emocjonujące jak ucieczka przed robalami, czy strzelanie do skaga, ale... Może zacznę od początku.

Po opuszczeniu kliniki Mordercai złapał mnie i pociągnął do Heleny, by przedstawić nowego człowieka w zespole. Nie była zachwycona. Inni patrzyli na mnie jak na upiora - strzelił do mnie najlepszy snajper, trafił, a ja nadal żyję. Zresztą, w dalszym ciągu spoglądał na mnie nieufnie. Nie wiedzą kim jestem, ani jakich zbrodni dokonałam, że tu trafiłam. Większość nie rozumie, że znalazłam się tutaj przypadkiem. Tutaj nie ma przypadków.

Nie dano mi broni do ręki, jak oczekiwałam - odebrano mi nawet tę, którą otrzymałam od Lilith i tę, którą znalazłam w budce. Ogołocili mnie z wszystkiego, co zostało mi dane. Na szczęście pieniądze, które wcześniej odkryłam okazały się na tyle przydatne, że pozwolono mi pozostawić ubrania. Wykupiłam je, co uznaję za całkowitą abstrakcję. Dlaczego ogołocili mnie z wszystkiego, co wcześniej zostało mi ofiarowane? Jednak nie to było dla mnie najdziwniejsze. Później rozpoczęła się licytacja. Sprzedawano... mnie.

Na Pandorze żądzą dziwne i brutalne zasady. Kiedy lądujesz w tym... piekle, albo zostaniesz zastrzelony na miejscu, albo pozostawią cię na pastwę losu, albo dają ci szansę. Polowanie, zabawa w łowcę. Ma to wiele nazw, ale polega zawsze na tym samym. Pozostawiają cię na odludziu z minimalną ilością naboi i każą ci gdzieś dojść. Jeśli ci się uda - jesteś na półmetku przeżycia.

Przez cały czas sprawuje nad tobą pieczę osoba, która uratowała ci życie na samym początku. Teoretycznie była to Lilith, gdyż otwarła moją komorę, ale wszyscy twierdzą, że był to Mordercai. Nie rozumiem dlaczego.

Kontynuując, jeśli przeżyje się zabawę w łowcę i nadmierną ambicję przywódczyni New Heaven, rozpoczyna się licytacja. W czasie polowania jest się obserwowanym - wówczas określa się wartość, cenę początkową, kwotę minimalną i zbiera zgłoszenia potencjalnych kupców. Później jest się własnością tego, co zaoferował największą kwotę. Chore, ale prawdziwe. Kto wygrał licytację? Jestem w połowie własnością Scootera - tutejszego mechanika oraz Mordercaia - łowcę i psychopatę, któremu zawdzięczam życie. Powinnam być wdzięczna. Powinnam. Staram się. Nie potrafię.../i

- ... Jak zwykle nie słuchasz - usłyszałam niezadowolone stwierdzenie Mordercaia. Oderwałam wzrok od pierwszej strony dziennika.

- Co? - spytałam z roztargnieniem. Dopiero teraz zauważyłam, że jeep, którym jechaliśmy przez ostatni czas stoi w miejscu. Mordecai w dalszym ciągu siedział za kierownicą dudniąc o nią palcami. Widziałam w lusterku jego ciemne oczy, które wpatrywały się we mnie intensywnie. Nie odpowiedział, tylko pokręcił głową i wysiadł. Obserwowałam, jak odchodzi kilkanaście metrów i znika między głazami.

Siedziałam z tyłu, w pojeździe, który dawno temu był dobrym Hummerem H1, ale wpadł najpierw w ręce bandytów , którzy ucięli mu dach i zrobili z niego olbrzymiego cabrioleta i pomalowali krwią - wolę nie wiedzieć czyją. Następnie ten pojazd wpadł ręce siostry Scootera - Ellie - która wmontowała pancerne szyby i wstawiła brakujące drzwi. Na samym końcu Scooter dał nowe opony i pomalował go na moje życzenie. Pomalował go na brązowo w czarno-czerwone pasy tygrysa, a na masce z prawej strony namalował znak Vault Hunterów - V w okręgu. Dla żartu dodał płomienie słoneczne jako symbol, że spadłam im ze słońca. Pojazd był mój. Dopóki Mordercai go sobie nie przywłaszczył.

Mechanik wylicytował mnie, bo wpadł na genialny pomysł - miałam być kierowcą na posyłki i na wezwanie. Wmontował mi wszystkie możliwe nawigacje, mapy i zamknięte obszary. Cóż z tego, że mój drugi "właściciel" uznał, że co moje to i jego. Zostałam okradziona z pojazdu, który i tak był na dosłownie kredyt. Westchnęłam, zamykając dziennik i pióro, po czym zwinnie przeskoczyłam na miejsce kierowcy. Kluczyków nie było w stacyjce.

- Szukasz czegoś? - drgnęłam nerwowo słysząc Mordercaia tuż obok siebie. Stał za drzwiami i wpatrywał się we mnie, mrużąc niebezpiecznie oczy.

- Pomyślałam... - zaczęłam, ale machnął od niechcenia ręką i wskoczył na tył, siadając na oparciu siedzenia. Jedną nogę trzymał z tyłu, a drugą na oparciu obok mojej głowy. Na kolanach położył swoją ukochaną snajperę. Wręczył mi kluczyki z ostrożnością porównywalną do tego, jakby dawał kawałek myszy jadowitemu wężowi. Nie odezwałam się już, tylko odpaliłam silnik.

Puściłam delikatnie sprzęgło, wcisnęłam gaz i silnik zagrzechotał, po czym zgasł. Zobaczyłam drwiący uśmieszek wpełzający na usta Mordercaia. Zacisnęłam wargi i z konsternacją wymalowaną na twarzy po raz drugi odpaliłam pojazd. Zgasł niemal od razu.

- Skagi nigdy nas nie dogonią. - usłyszałam jego stwierdzenie. Silił się na poważny ton, ale nie był w stanie ukryć rozbawienia. Przeklęłam pod nosem i odpaliłam, nerwowo próbując ruszyć. Pojazd szarpnął, po czym zgasł. Demoniczny chichot obok uświadomił mnie, że on wie coś, z czego wyraźnie się śmieje. Skrzywiłam się.

- Skagi nie muszą nas gonić. Mogą pełznąć a i tak nas dorwą. - kpiąca nuta w jego głosie tłumiła strach, który we mnie wzbudzał. Ponownie odpaliłam i ponownie zgasł.

- Pomóc? - spytał. Westchnęłam i kiwnęłam twierdząco głową. - Wciśnij sprzęgło. Nie, nie odpalaj. Patrz...

Przerzucił trzeci bieg na pierwszy i wyprostował się z zadowoleniem. Zagryzłam zęby i odpaliłam pojazd. Nie zgasł tym razem, ale też nie chciał ruszyć mimo gazowania. Silnik wył pod maską, ale samochód ani drgnął. Mordercai westchnął, pochylił się i zrzucił ręczny. Szarpnęło ostro do przodu, przez co prawie wpadliśmy na głaz. Przy czym łowca siedzący na oparciu spadł na tył pojazdu, klnąc przy tym jak szewc. Zaśmiałam się, ale umilkłam gdy tylko zimna lufa dotknęła mojego gardła, wbijając się boleśnie.

- Zabawne? - warknął.

- N-nie - szepnęłam, czując jak gwałtownie zaschło mi w gardle. Widziałam jego twarz nie wyrażającą żadnych emocji, ale za to oczy błyskały gniewnie. Wpatrywał się we mnie, czekając na jakiś znak zezwalający na strzał. Czułam, jak drżą mi nogi wciśnięte w hamulec i sprzęgło. Ręce zrobiły się wilgotne od potu, a po plecach powolutku spływała kropelka. To trwało krótką chwilę, a ja miałam wrażenie, że wieczność. Prychnął, siadając tak jak poprzednio.

- Kłamiesz - mruknął pod nosem.

Trzymałam kurczowo kierownicę podczas jazdy. Jechaliśmy przez pustynię w całkowitym milczeniu. Już po kilkunastu minutach wpatrywania się w złote piaski piekły mnie oczy. Wszyscy nosili okulary przeciwsłoneczne lub gogle, jak w przypadku Mordercaia. Ja nie miałam tego luksusu - nie było mnie na to stać. Każdą znalezioną rzecz mogłam sprzedać, a za pieniądze coś kupić. Niczego nie otrzymałam od nich. Bardziej niż brak okularów doskwierał mi brak broni

Nie skarżyłam się, to nie miało sensu. On i tak by się tym nie przejął a jeszcze miałby pretekst by mi dogryzać. Albo zastrzelić. Obserwował otoczenie, zwłaszcza gdy wjechaliśmy między szczyty, w których rozbił się prom. Wrak został doszczętnie rozebrany przez rabusiów i rzezimieszków, a wszystko co było do pożarcia zostało pochłonięte przez wygłodniałe bestie.

Bałam się. Z całą pewnością wewnątrz mnie siedział strach, że horror nadal trwa. Lęk, że w każdej chwili Mordercai przestrzeli mi czaszkę nie ustępował mnie ani na krok. Bywały jednak chwile, że chciałam, by mnie zastrzelił. Wówczas nie żyłabym w takim strachu. W chwili takiej jak ta, gdy jechaliśmy samochodem w ciszy i całkowitej samotności zastanawiałam się nad tym czy naprawdę zastrzeliłby mnie, gdybym powiedziała prawdę. Zwłaszcza, że wiedział. Wiedział, że kłamię.

Westchnęłam, zmieniając biegi.

- Co wzdychasz? - słysząc to pytanie, byłabym skłonna się uśmiechnąć, gdyby... no właśnie, gdyby.

- Tak sobie - odparłam, siląc się na najbardziej obojętny ton. Powstrzymałam nerwowe drgnięcie, gdy osunął się na siedzenie przez co przez krótką chwilę lufa snajperki wystawała w moim kierunku. Nie wiem czy zauważył moje nerwowe spojrzenie, ale zmienił ułożenie broni. Jechaliśmy w ciszy, a samochód co chwilę wydawał dziwne dźwięki. Nie raz miałam wrażenie, że zgaśnie. Mordercai jednak milczał.

- Potrafisz w ogóle jeździć? Prawko, auto i takie tam? - spytał nagle, a ja poczułam jak włos mi się na karku jeży. Ponownie zbaczaliśmy na niebezpieczny temat jego upadku.

- Nie wiem - odburknęłam cicho, zerkając na niego kątem oka. Nie odpowiedział nic, tylko ziewnął.

Jechałam powoli po niebezpiecznym, kamienistym gruncie i w coraz węższych alejkach. W końcu szczyty zatrzasnęły nas w labiryncie wysokich kanionów, w których panował ujmujący chłód i odór gnijących zwłok oraz roślin. Mijała minuta za minutą, a samochód sunął powoli kołysząc się na nierównym gruncie. Silnik chodził na niskich obrotach, tworząc spokojną symfonię uspokajających dźwięków. Zerknęłam na Mordercaia. Miał odchyloną głowę i zamknięte oczy.

Spoglądając co chwilę na niego zrozumiałam, że zasnął.

W końcu dojechałam do martwego punktu. Mapa urywała się w tym miejscu, gdyż dalszy obszar mógł być nieprzejezdny lub niebezpieczny do przejazdu. Utknęłam w wąskim punkcie, gdzie nie miałam jak zawrócić i pozostała jazda do przodu. Między szczytami było tak mało miejsca, że obawiałam się, że urwę lusterka przy minimalnie złym skręcie. Zatrzymałam pojazd, rozglądając się z lekkim strachem. Szczyty zamykały się wysoko nad moją głową, a promienie słoneczne prześwitywały między szczelinami.

Mordercai nadal spał. Wyłączyłam silnik i wzięłam elektroniczną mapę na kolana. Cel misji łowcy znajdował się w martwej strefie, do której mogłam lecz nie powinnam wjeżdżać. Grunt był nieprzejechany i w każdej chwili mogłam uszkodzić opony, nadwozie, zawieszenie - jednym słowem łatwo o zniszczenie auta i utknięcie tutaj na dobre.

- Jesteśmy na miejscu - mruknęłam do towarzysza. Drgnął nerwowo. Nim się obudził, złapał broń gotów do oddania strzału. Dopiero wówczas rozejrzał się zaspany, próbując zrozumieć gdzie się znajduje i co się dzieje wokół. Z jednej strony wyglądało to komicznie, ale z drugiej mu współczułam - kiedy śpisz, każdy szmer i szelest jest czymś, co odbierze ci życie. Nie możesz się wyspać, a zmęczenie prowadzi do opuszczenia gardy, która jest przyczyną śmierci. Martwy krąg.

Ziewnął, zasłaniając usta dłonią i przeciągnął się. Słyszałam jak strzelają mu kości. Obserwowałam go uważnie. Kiedy nasze oczy się spotkały, natychmiast uciekłam spojrzeniem w bok. Zaśmiał się i poklepał mnie po głowie. Jego śmiech brzmiał trochę psychopatycznie, a jednocześnie miał w sobie ciepłą nutę.

- Uśmiechnij się dziewczyno - powiedział to bardzo beztrosko. Nie wiem czy zapomniał, że niedawno mi groził czy też dzień wcześniej próbował mnie zastrzelić. Potem znów przybrał poważny wyraz twarzy, wziął snajperkę i wstał. Następnie przeszedł po masce i zeskoczył na ziemię.

- Zostań w aucie, wrócę dwie albo trzy godziny - stwierdził. Nie odpowiedziałam, a on też nie czekał na jakąkolwiek reakcję. Nałożył broń na ramię, sprawdził kabury i znikł za zakrętem. Spojrzałam na elektroniczną mapę i dostrzegłam migający punkt zaraz obok mojego symbolu. Mordercai przemieszczał się po czarnym polu mapy, błądząc to w jedną to w drugą stronę. Mijała minuta za minutą a upał zaczynał dawać mi się we znaki. Zdjęłam arafatę, czując jak kropelki potu spływają mi po szyi. Wrażenie chłodu przeszło, zastąpione przez ciężkie powietrze, którym trudno się oddychało. Zamknęłam oczy i odchyliłam głowę do tyłu zapadając w czujną drzemkę. Dużo później usłyszałam szept tuż obok mojej głowy. Podskoczyłam nerwowo, uderzając się kolanami o kierownicę. Przeklęłam szpetnie i odwróciłam się. Przez cały czas słyszałam śmiech Mordercaia.

Podskoczyłam, gdy coś uderzyło w maskę. Odwróciłam się i z ulgą zauważyłam Krwawca, który obserwował mnie uważnie tymi swoimi ślepiami. Nadajnik przy jego łapie emitował głos Mordercaia.

- Cykor - poinformował mnie mężczyzna. Skrzywiłam się, rozsiadając się wygodnie i krzyżując ręce pod biustem. Uzbrojony po zęby facet naśmiewa się z dziewczyny, która nie posiada nawet dobrej pałki, wałka czy patelni. Nie powiedziałam tego jednak. Ptaszysko usiadło na skraju szyby i obserwowało mnie. Kiedy udawałam, że go nie ma, dziobnęło mnie w rękę.

- Idź sobie - warknęłam, ale ptaszysko złapało mnie za rękaw i pociągnęło lekko.

- Czego chcesz? - spytałam, odpychając go, ale wrócił równie natrętny jak mucha. Nagle odezwało się cb-radio.

- Mordercai? - usłyszałam głos Heleny. Skrzywiłam się, ale wzięłam do ręki mikrofon.

- Tu Lucky - odpowiedziałam. Cisza, która zapadła uświadomiła mnie, że kobieta nie jest zadowolona z mojej obecności. Potem usłyszałam westchnienie.

- Gdzie Mord?

- Ruszył na misję jakąś godzinę temu...

- Cholera! Znikaj stamtąd! W kanionie widziano Skagzillę - usłyszałam T.K. Bahę.

Nie wiem co to było, ale sama nazwa wywołała u mnie gęsią skórkę.

- A Mord...

- Da sobie radę! Znikaj cholera jasna!

Niewiele myśląc, odpaliłam silnik, a Krwawiec zaskrzeczał głośno w wyrazie sprzeciwu.

Cisza nie podobała mu się od samego początku. Bywał tutaj nie raz, ale tym razem było coś, co niepokoiło jego instynkt. Nauczył się ufać własnym reakcjom, więc był czujniejszy niż zazwyczaj. Zwalczył chęć zawrócenia kiedy miał taką możliwość, chociaż najchętniej nie opuściłby samochodu. Zażądałby odwrotu i poinformował, że nie potrafił znaleźć tego, czego szukał zleceniodawca. Nie potrafił jednak zrezygnować od tak, zwłaszcza przez kłamstwo. Nie był wiarołomcą, więc kontynuował misję. Wbrew sobie i wbrew instynktowi. Liczył na to, że jak zrobi się gorąco, to dziewczyna okaże na tyle intuicji samozachowawczej, że ucieknie. Oczywiście, tym samym skazałaby go na śmierć i pewnie miałby do niej o to pretensje, ale z drugiej strony nie miała powodu ratować go. Nie po tym wszystkim. Nie dał jej powodu do lubienia go.

Jednakże, teraz było za późno. Siedział w cieniu, w małym wyżłobieniu w skale i obserwował Skagzillę. Dawno jej nie widział, chociaż miał pewne szczęście do częstego spotykania jej na całym globie. Zupełnie jakby go śledziła. Nie dostrzegła go, a jak na złość, nie zamierzała sobie pójść. Wyczuwała jego obecność, więc chodziła i węszyła.

Jej nazwa pochodziła z tego, że rozmiarami dorównywała czołgowi. Gdyby miał odwagę na nią wskoczyć, potrzebowałby pomocy kogoś bardzo wysokiego i silnego, kto by go wybił. Anatomicznie nie różniła się od swoich pobratymców. Twardy pancerz na łbie i ramionach, masywne barki i wąskie biodra. Człapała na czterech, trójpalczastych łapach. Rozwierała pysk w poprzek, a wnętrze niczym u rosiczki pluło jadem. Nie widziała na jedno oko - zawdzięczała to właśnie Mordercaiowi Węszyła potężnymi nozdrzami rozpoznając zapach człowieka. Kolce na jej grzbiecie kołysały się przy każdym kroku.

Nie zabił jej do tej pory żaden człowiek - na jej ciele znaczyło się wiele blizn. Od oparzeń, kwasu, broni palnej, wybuchowej, od tasaków i innych ostrych narzędzi. Ostatnim czasem gdy ją widział chodziła z wbitymi grabiami. Uroku dodawała jej noga farmera wystająca spomiędzy kłów.

Siedział ukryty, jego życie było zagrożone, ale nie czuł strachu. Liczył na farta, na swoje szczęście weterana. Z drugiej strony umrzeć w paszczy Skagzilli byłoby jakimś wyróżnieniem dla niego - zawodowego zabójcy skagów. Z drugiej jednak nie spieszyło mu się do umierania. Westchnąłby, gdyby nie wiązało się to ze zwróceniem na siebie uwagi bestii, która krążyła coraz bliżej jego kryjówki. Lada moment miała odnaleźć go, złapał ozorem za nogę i wyciągnąć, a potem rozerwać na części.

Przytulił do siebie swoją broń i wziął głęboki wdech. Usłyszał, jak stanęła tuż obok jego kryjówki. Namierzyła go. Skończył się czas. Otworzył oczy i zobaczył jej pysk. Zwęszyła jego zapach. Zaraz zacznie macać językiem za ciałem, a jemu pozostanie jeden strzał. Strzał, który jej nie zabije, a jedynie zaznaczy się na jej pysku. Pozostawi ślad po tym, że stał się jej ofiarą. Nagle bestia wstrzymała oddech, by lepiej słyszeć. Gdyby nie zobaczył tego na własne oczy, byłby przekonany, że to czysto ludzka domena. Bestia jednak była mądrzejsza, niż mogłoby się wydawać.

Do jego uszu również dotarł ten dźwięk. Silnik. Wszystko trwało zaledwie ułamki sekund. Trąbienie. Krzyk Skagzilli. Odgłos uderzenia. Wyskoczył ze swojej kryjówki i zobaczył maskę samochodu pozaginaną jak harmonijka, próbującą ustać bestię i Lucky z krwawiącym czołem. Dziewczyna cały czas gazowała, silnik ryczał równie głośnie jak Skagzilla, a ta powoli zaczynała odpychać pojazd. Lada chwilę mogła odrzucić pojazd jak dziecko zabawkę.

Wskoczył na siedzenie obok Lucky, a ta od razu wrzuciła wsteczny i wcisnęła gaz do dechy. Bestia zatraciła oparcie i runęła na pysk, by po chwili już ich gonić. Przeładował broń i strzelał, podczas gdy Lucky w szaleńczej jeździe na wstecznym zgubiła lusterka i zdzierała całkowicie blachę po bokach. Przy złym ruchu mogli się zaklinować.

Nie miał czasu jednak o tym myśleć. Nie tylko oni mieli problem przepchnąć się w wąskich szczelinach. Masywne ciało bestii zdzierało skórę po bokach, ale nawet przez to nie traciła prędkości. Kłapała pyskiem coraz bliżej, a lepki język machał coraz bliżej twarzy. Wyciągnął broń zapalającą i strzelał do niej na oślep siedząc na oparciu fotela. Nawet jeśli trafił, nic to nie dawało.

Auto podskakiwało, kołysało się, karoseria jęczała i trzeszczała, a silnik wył w morderczym wysiłku.

- Mord, siadaj! - przez serię strzałów usłyszał jej głos. Zignorował żądanie Lucky, a ta puściła jedną ręką kierownicę i popchnęła go na tył. Runął, uderzając głową o blaszaną podłogę. Cios był tak silny, że zamroczyło go, a chwilę potem nad nim zapadł mrok, usłyszał ostry dźwięk zdzieranej blachy i uderzenia. Słyszał krzyki, ryki bestii, trzask stali i wycie silnika, ale zlewały się one w jeden rumor. Zamknął oczy, czując pulsujący ból w czaszce.

Czuł, jak ziemia się trzęsie a po głowie toczyła się metalowa kula. Słyszał swoje imię w oddali. Uchylił niepewnie powieki i zobaczył nad sobą cień otoczony światłem.

- Umarłem? - spytał chropowatym głosem, czując jak zaschło mu w gardle.

- Nie sądzę, ale myślałam, że tak - odpowiedział kobiecy głos.

- Umarłem - stwierdził, oddychając z lekką ulgą ale i wewnętrznym niepokojem. - I rozmawiam z aniołem...

Poczuł wymierzony policzek. Zapiekła go skóra, obraz przed oczami zawirował i natychmiast się wyostrzył. Leżał na tyle hummera. Zamrugał trochę energiczniej i dopiero teraz zauważył, że to Lucky się nad nim pochyla. Rozcięty łuk brwiowy krwawił intensywnie, na skórze miała mnóstwo małych zadrapań i patrzyła na niego jednym, niezakrwawionym okiem. Do tego sadza na jednym policzku.

Żył. Prawie zginął. Przez nią. Złapał ją za ramiona i brutalnie położył na plecach, sam usiadł na niej okrakiem i przyłożył jej nóż do gardła, przytrzymując ręce nad głową. Spodziewał się dostrzec w jej oczach strach, ale zobaczył... złość? Gniew? Irytację?

- Podaj mi jeden powód dla którego nie powinienem poderżnąć ci gardła tu i teraz? - syknął jadowicie, przyciskając ostrą brzytwę do gardła. Strużka krwi wyciekła spod ostrza i zaznaczyła swoją drogę na bladej skórze. Nie odpowiedziała mu, nie słowami. W jej oczach dostrzegł coś, przez co zwątpił na krótką chwilę. Zasłużył na śmierć. Mogła go zabić, miała do tego prawo.

Nie bała się. Spokój i pewność siebie bijąca od jej twarzy kruszyła jego opanowanie. Zacisnął mocniej dłoń na ostrzu, ale nie był pewien, czy chce ją zabić. Oczy. Szarobłękitne, pełne chłodu oczy. Pełne... smutku?

Z trudem utrzymywałam samochód na właściwym torze. To był wyścig ze śmiercią, która czekała na nas z każdej strony. Nie musiałam patrzeć przed siebie, by wiedzieć, że Skagzilla jest tuż tuż. Bestia przerażała mnie, a odór jej pyska przy każdym ryku wywoływał mdłości. Każdy zły ruch, większy kamień lub zadrżenie sprawiało, że rozpędzony hummer obijał się od ścian i tracił kolejne elementy. To była kwestia czasu aż samochód stanie lub się zaklinuje. Wiedziałam o tym.

Silnik wył pod pogniecioną maską. Mordercai strzelał, ale nie byłam pewna, czy w ogóle trafiał. Był zafascynowany i zbyt zajęty utrzymywaniem się na siedzeniu. I dostrzegłam za nami jednolitą ścianę klifu, bez możliwości przejazdu. Niemalże. Droga się nie kończyła, tylko wydrążony przez wodę tunel był za niski, by samochód mógł przejechać.

Mieliśmy inne wyjście?

- Mord, siadaj! - zawołałam. Nie słyszał mnie. Ponowiłam krzyk. Byliśmy coraz bliżej ściany. Nie było czasu. Puściłam kierownicę i popchnęłam go do tyłu. Słyszałam jak runął. Spojrzałam ostatni raz do wstecz i zobaczyłam jak jesteśmy metr od kamiennej ściany.

Położyłam się na siedzeniach w ostatniej chwili. Huk był przeogromny. Miałam wrażenie, że rozsadzi mi bębenki. Ciemność rozpierzchła się, a powietrze zrobiło się gorące. Zobaczyłam płomienie liżące sufit tunelu, a chwilę potem dotarł do mnie dźwięk eksplozji i ryk bestii. Trwało to ułamki sekund - lita skała może miała półtorej metra. Samochód przecisnął się, fotele rozerwało na części i mnie zaklinowały, kawałki skał pospadały na samochód.

Pojazd wystrzelił jak pocisk z tunelu, by wbić się w kolejny klif. Poczułam silny cios w głowę, obraz mi zawirował. Nie straciłam przytomności, ale z trudem wygrzebałam się spod tego wszystkiego, co na mnie spadło. Czułam ból w całym ciele, w głowie mi huczało, a z rozcięcia ciekła krew zalewając mi oko. Z trudem przegrzebałam się na tył samochodu, gdzie zobaczyłam nieprzytomnego Mordercaia.

- Mord? - szepnęłam i pochyliłam się nad nim. Oddychał, ale nie reagował na swoje imię. Przeklęłam szpetnie i wróciłam na przód pojazdu. Dorwałam się do CB-Radia.

- Mej dej, rozwaliliśmy pojazd - nadałam komunikat. Odpowiedział mi Scooter.

- Co? Jak to rozwaliliśmy? Przecież Morda pożarła Skagzilla.

- Nie do końca. Wróciłam po niego i podczas ucieczki...

- Wróciłaś? To twój jebany problem, malutka. Mam w dupie co się z tobą stanie, bo zignorowałaś odgórny rozkaz i wjechałaś na teren zakaz...

- Nie ma na to czasu! - wydarłam się do mikrofonu. - Mord jest nieprzytomny a Skagzilla jest równie martwa co dziesięć minut temu!

- Lubię Morda i to nie jest nic osobistego, ale zdychajcie tam sobie do woli - odparł Scooter. Poczułam jak krew we mnie wrze. Bolał mnie każdy mięsień, kark mi zesztywniał całkowicie i do tego w głowie nadal huczało od wybuchu.

- Scooter, przysięgam, jak wyjdę z tego cało, przestrzelę ci to jebane dupsko - warknęłam i rzuciłam mikrofonem, co po drugiej stronie zostało odebrane jako ostry pisk. Byłam wściekła. Jak oni mogli być tak obojętni?! Dygocząc ze złości, podeszłam do Mordercaia. Słyszałam jeszcze głos Scootera.

- Słodziutka, nie rzucaj obietnic, których nie spełnisz.

- Mordercai? Mord? - mówiłam do niego, sprawdzając tył czaski i kark. Był nienaruszony, nie wyczułam krwi ani nic. Nagle poruszył się i otwarł oczy. Patrzył na mnie mętnymi oczami.

- Umarłem? - spytał słabym głosem.

- Nie sądzę, ale myślałam, że tak - odparłam z uśmiechem. Poczułam olbrzymią ulgę na myśl, że żył, ale w dalszym ciągu byłam wściekła.

- Umarłem - mruknął święcie przekonany o prawdziwości własnych słów. Usłyszałam Skagzillę, która ryczała niedaleko. Szukała do nas dojścia. Nie było czasu. Wymierzyłam silny cios z otwartej dłoni w policzek Mordercaia. Otrzeźwiał i patrzył na mnie chwilę, po czym na jego oblicze wpełzła wściekłość. Wykrzywił twarz w grymasie złości, przewalił mnie na plecy i unieruchomił, przyciskając brzytwę do gardła.

- Podaj mi jeden powód dla którego nie powinienem poderżnąć ci gardła tu i teraz? - Miałam ochotę napluć mu w twarz, nawrzeszczeć, kopnąć. Chciałam mu powiedzieć, że przyjaciele odwrócili się od niego i pozostawili na śmierć. Miałoby to sens? Nie. Wpatrywałam się w jego oczy intensywnie. W końcu rozejrzał się, zauważył osmolone przejście, następnie zauważył ogrom zniszczeń. Wszystko, co wystawało ponad dolną linię szyby zostało dosłownie oderwane od pojazdu i zrozumiał co się stało. Westchnął i zszedł ze mnie, rozsiadając się wygodnie.

Otwarł usta, ale nic nie powiedział. Również usiadłam, rozmasowując bolący kark. Milczenie przerwał ryk Skagzilli. Wymieniliśmy z Mordem spojrzenie i uśmiechnęliśmy się do siebie, co było tak irracjonalne w tej sytuacji. Nagle zrobił coś, co mnie zaskoczyło. Rzucił mi swój rewolwer i powiedział bardzo beztroskim tonem.

- Przyda ci się.