Cisza nie podobała mu się od samego początku. Bywał tutaj nie raz, ale tym razem było coś, co niepokoiło jego instynkt. Nauczył się ufać własnym reakcjom, więc był czujniejszy niż zazwyczaj. Zwalczył chęć zawrócenia kiedy miał taką możliwość, chociaż najchętniej nie opuściłby samochodu. Zażądałby odwrotu i poinformował, że nie potrafił znaleźć tego, czego szukał zleceniodawca. Nie potrafił jednak zrezygnować od tak, zwłaszcza przez kłamstwo. Nie był wiarołomcą, więc kontynuował misję. Wbrew sobie i wbrew instynktowi. Liczył na to, że jak zrobi się gorąco, to dziewczyna okaże na tyle intuicji samozachowawczej, że ucieknie. Oczywiście, tym samym skazałaby go na śmierć i pewnie miałby do niej o to pretensje, ale z drugiej strony nie miała powodu ratować go. Nie po tym wszystkim. Nie dał jej powodu do lubienia go.

Jednakże, teraz było za późno. Siedział w cieniu, w małym wyżłobieniu w skale i obserwował Skagzillę. Dawno jej nie widział, chociaż miał pewne szczęście do częstego spotykania jej na całym globie. Zupełnie jakby go śledziła. Nie dostrzegła go, a jak na złość, nie zamierzała sobie pójść. Wyczuwała jego obecność, więc chodziła i węszyła.

Jej nazwa pochodziła z tego, że rozmiarami dorównywała czołgowi. Gdyby miał odwagę na nią wskoczyć, potrzebowałby pomocy kogoś bardzo wysokiego i silnego, kto by go wybił. Anatomicznie nie różniła się od swoich pobratymców. Twardy pancerz na łbie i ramionach, masywne barki i wąskie biodra. Człapała na czterech, trójpalczastych łapach. Rozwierała pysk w poprzek, a wnętrze niczym u rosiczki pluło jadem. Nie widziała na jedno oko - zawdzięczała to właśnie Mordercaiowi Węszyła potężnymi nozdrzami rozpoznając zapach człowieka. Kolce na jej grzbiecie kołysały się przy każdym kroku.

Nie zabił jej do tej pory żaden człowiek - na jej ciele znaczyło się wiele blizn. Od oparzeń, kwasu, broni palnej, wybuchowej, od tasaków i innych ostrych narzędzi. Ostatnim czasem gdy ją widział chodziła z wbitymi grabiami. Uroku dodawała jej noga farmera wystająca spomiędzy kłów.

Siedział ukryty, jego życie było zagrożone, ale nie czuł strachu. Liczył na farta, na swoje szczęście weterana. Z drugiej strony umrzeć w paszczy Skagzilli byłoby jakimś wyróżnieniem dla niego - zawodowego zabójcy skagów. Z drugiej jednak nie spieszyło mu się do umierania. Westchnąłby, gdyby nie wiązało się to ze zwróceniem na siebie uwagi bestii, która krążyła coraz bliżej jego kryjówki. Lada moment miała odnaleźć go, złapał ozorem za nogę i wyciągnąć, a potem rozerwać na części.

Przytulił do siebie swoją broń i wziął głęboki wdech. Usłyszał, jak stanęła tuż obok jego kryjówki. Namierzyła go. Skończył się czas. Otworzył oczy i zobaczył jej pysk. Zwęszyła jego zapach. Zaraz zacznie macać językiem za ciałem, a jemu pozostanie jeden strzał. Strzał, który jej nie zabije, a jedynie zaznaczy się na jej pysku. Pozostawi ślad po tym, że stał się jej ofiarą. Nagle bestia wstrzymała oddech, by lepiej słyszeć. Gdyby nie zobaczył tego na własne oczy, byłby przekonany, że to czysto ludzka domena. Bestia jednak była mądrzejsza, niż mogłoby się wydawać.

Do jego uszu również dotarł ten dźwięk. Silnik. Wszystko trwało zaledwie ułamki sekund. Trąbienie. Krzyk Skagzilli. Odgłos uderzenia. Wyskoczył ze swojej kryjówki i zobaczył maskę samochodu pozaginaną jak harmonijka, próbującą ustać bestię i Lucky z krwawiącym czołem. Dziewczyna cały czas gazowała, silnik ryczał równie głośnie jak Skagzilla, a ta powoli zaczynała odpychać pojazd. Lada chwilę mogła odrzucić pojazd jak dziecko zabawkę.

Wskoczył na siedzenie obok Lucky, a ta od razu wrzuciła wsteczny i wcisnęła gaz do dechy. Bestia zatraciła oparcie i runęła na pysk, by po chwili już ich gonić. Przeładował broń i strzelał, podczas gdy Lucky w szaleńczej jeździe na wstecznym zgubiła lusterka i zdzierała całkowicie blachę po bokach. Przy złym ruchu mogli się zaklinować.

Nie miał czasu jednak o tym myśleć. Nie tylko oni mieli problem przepchnąć się w wąskich szczelinach. Masywne ciało bestii zdzierało skórę po bokach, ale nawet przez to nie traciła prędkości. Kłapała pyskiem coraz bliżej, a lepki język machał coraz bliżej twarzy. Wyciągnął broń zapalającą i strzelał do niej na oślep siedząc na oparciu fotela. Nawet jeśli trafił, nic to nie dawało.

Auto podskakiwało, kołysało się, karoseria jęczała i trzeszczała, a silnik wył w morderczym wysiłku.

- Mord, siadaj! - przez serię strzałów usłyszał jej głos. Zignorował żądanie Lucky, a ta puściła jedną ręką kierownicę i popchnęła go na tył. Runął, uderzając głową o blaszaną podłogę. Cios był tak silny, że zamroczyło go, a chwilę potem nad nim zapadł mrok, usłyszał ostry dźwięk zdzieranej blachy i uderzenia. Słyszał krzyki, ryki bestii, trzask stali i wycie silnika, ale zlewały się one w jeden rumor. Zamknął oczy, czując pulsujący ból w czaszce.

Czuł, jak ziemia się trzęsie a po głowie toczyła się metalowa kula. Słyszał swoje imię w oddali. Uchylił niepewnie powieki i zobaczył nad sobą cień otoczony światłem.

- Umarłem? - spytał chropowatym głosem, czując jak zaschło mu w gardle.

- Nie sądzę, ale myślałam, że tak - odpowiedział kobiecy głos.

- Umarłem - stwierdził, oddychając z lekką ulgą ale i wewnętrznym niepokojem. - I rozmawiam z aniołem...

Poczuł wymierzony policzek. Zapiekła go skóra, obraz przed oczami zawirował i natychmiast się wyostrzył. Leżał na tyle hummera. Zamrugał trochę energiczniej i dopiero teraz zauważył, że to Lucky się nad nim pochyla. Rozcięty łuk brwiowy krwawił intensywnie, na skórze miała mnóstwo małych zadrapań i patrzyła na niego jednym, niezakrwawionym okiem. Do tego sadza na jednym policzku.

Żył. Prawie zginął. Przez nią. Złapał ją za ramiona i brutalnie położył na plecach, sam usiadł na niej okrakiem i przyłożył jej nóż do gardła, przytrzymując ręce nad głową. Spodziewał się dostrzec w jej oczach strach, ale zobaczył... złość? Gniew? Irytację?

- Podaj mi jeden powód dla którego nie powinienem poderżnąć ci gardła tu i teraz? - syknął jadowicie, przyciskając ostrą brzytwę do gardła. Strużka krwi wyciekła spod ostrza i zaznaczyła swoją drogę na bladej skórze. Nie odpowiedziała mu, nie słowami. W jej oczach dostrzegł coś, przez co zwątpił na krótką chwilę. Zasłużył na śmierć. Mogła go zabić, miała do tego prawo.

Nie bała się. Spokój i pewność siebie bijąca od jej twarzy kruszyła jego opanowanie. Zacisnął mocniej dłoń na ostrzu, ale nie był pewien, czy chce ją zabić. Oczy. Szarobłękitne, pełne chłodu oczy. Pełne... smutku?

Z trudem utrzymywałam samochód na właściwym torze. To był wyścig ze śmiercią, która czekała na nas z każdej strony. Nie musiałam patrzeć przed siebie, by wiedzieć, że Skagzilla jest tuż tuż. Bestia przerażała mnie, a odór jej pyska przy każdym ryku wywoływał mdłości. Każdy zły ruch, większy kamień lub zadrżenie sprawiało, że rozpędzony hummer obijał się od ścian i tracił kolejne elementy. To była kwestia czasu aż samochód stanie lub się zaklinuje. Wiedziałam o tym.

Silnik wył pod pogniecioną maską. Mordercai strzelał, ale nie byłam pewna, czy w ogóle trafiał. Był zafascynowany i zbyt zajęty utrzymywaniem się na siedzeniu. I dostrzegłam za nami jednolitą ścianę klifu, bez możliwości przejazdu. Niemalże. Droga się nie kończyła, tylko wydrążony przez wodę tunel był za niski, by samochód mógł przejechać.

Mieliśmy inne wyjście?

- Mord, siadaj! - zawołałam. Nie słyszał mnie. Ponowiłam krzyk. Byliśmy coraz bliżej ściany. Nie było czasu. Puściłam kierownicę i popchnęłam go do tyłu. Słyszałam jak runął. Spojrzałam ostatni raz do wstecz i zobaczyłam jak jesteśmy metr od kamiennej ściany.

Położyłam się na siedzeniach w ostatniej chwili. Huk był przeogromny. Miałam wrażenie, że rozsadzi mi bębenki. Ciemność rozpierzchła się, a powietrze zrobiło się gorące. Zobaczyłam płomienie liżące sufit tunelu, a chwilę potem dotarł do mnie dźwięk eksplozji i ryk bestii. Trwało to ułamki sekund - lita skała może miała półtorej metra. Samochód przecisnął się, fotele rozerwało na części i mnie zaklinowały, kawałki skał pospadały na samochód.

Pojazd wystrzelił jak pocisk z tunelu, by wbić się w kolejny klif. Poczułam silny cios w głowę, obraz mi zawirował. Nie straciłam przytomności, ale z trudem wygrzebałam się spod tego wszystkiego, co na mnie spadło. Czułam ból w całym ciele, w głowie mi huczało, a z rozcięcia ciekła krew zalewając mi oko. Z trudem przegrzebałam się na tył samochodu, gdzie zobaczyłam nieprzytomnego Mordercaia.

- Mord? - szepnęłam i pochyliłam się nad nim. Oddychał, ale nie reagował na swoje imię. Przeklęłam szpetnie i wróciłam na przód pojazdu. Dorwałam się do CB-Radia.

- Mej dej, rozwaliliśmy pojazd - nadałam komunikat. Odpowiedział mi Scooter.

- Co? Jak to rozwaliliśmy? Przecież Morda pożarła Skagzilla.

- Nie do końca. Wróciłam po niego i podczas ucieczki...

- Wróciłaś? To twój jebany problem, malutka. Mam w dupie co się z tobą stanie, bo zignorowałaś odgórny rozkaz i wjechałaś na teren zakaz...

- Nie ma na to czasu! - wydarłam się do mikrofonu. - Mord jest nieprzytomny a Skagzilla jest równie martwa co dziesięć minut temu!

- Lubię Morda i to nie jest nic osobistego, ale zdychajcie tam sobie do woli - odparł Scooter. Poczułam jak krew we mnie wrze. Bolał mnie każdy mięsień, kark mi zesztywniał całkowicie i do tego w głowie nadal huczało od wybuchu.

- Scooter, przysięgam, jak wyjdę z tego cało, przestrzelę ci to jebane dupsko - warknęłam i rzuciłam mikrofonem, co po drugiej stronie zostało odebrane jako ostry pisk. Byłam wściekła. Jak oni mogli być tak obojętni?! Dygocząc ze złości, podeszłam do Mordercaia. Słyszałam jeszcze głos Scootera.

- Słodziutka, nie rzucaj obietnic, których nie spełnisz.

- Mordercai? Mord? - mówiłam do niego, sprawdzając tył czaski i kark. Był nienaruszony, nie wyczułam krwi ani nic. Nagle poruszył się i otwarł oczy. Patrzył na mnie mętnymi oczami.

- Umarłem? - spytał słabym głosem.

- Nie sądzę, ale myślałam, że tak - odparłam z uśmiechem. Poczułam olbrzymią ulgę na myśl, że żył, ale w dalszym ciągu byłam wściekła.

- Umarłem - mruknął święcie przekonany o prawdziwości własnych słów. Usłyszałam Skagzillę, która ryczała niedaleko. Szukała do nas dojścia. Nie było czasu. Wymierzyłam silny cios z otwartej dłoni w policzek Mordercaia. Otrzeźwiał i patrzył na mnie chwilę, po czym na jego oblicze wpełzła wściekłość. Wykrzywił twarz w grymasie złości, przewalił mnie na plecy i unieruchomił, przyciskając brzytwę do gardła.

- Podaj mi jeden powód dla którego nie powinienem poderżnąć ci gardła tu i teraz? - Miałam ochotę napluć mu w twarz, nawrzeszczeć, kopnąć. Chciałam mu powiedzieć, że przyjaciele odwrócili się od niego i pozostawili na śmierć. Miałoby to sens? Nie. Wpatrywałam się w jego oczy intensywnie. W końcu rozejrzał się, zauważył osmolone przejście, następnie zauważył ogrom zniszczeń. Wszystko, co wystawało ponad dolną linię szyby zostało dosłownie oderwane od pojazdu i zrozumiał co się stało. Westchnął i zszedł ze mnie, rozsiadając się wygodnie.

Otwarł usta, ale nic nie powiedział. Również usiadłam, rozmasowując bolący kark. Milczenie przerwał ryk Skagzilli. Wymieniliśmy z Mordem spojrzenie i uśmiechnęliśmy się do siebie, co było tak irracjonalne w tej sytuacji. Nagle zrobił coś, co mnie zaskoczyło. Rzucił mi swój rewolwer i powiedział bardzo beztroskim tonem.

- Przyda ci się.

Kiedy pojął, że tak właściwie dwukrotnie uratowała mu życie, nie potrafił się wściekać. Właściwie, trochę głupio mu się zrobiło, że tak nieufnie i nerwowo ją potraktował. Siedzieli w samochodzie, spoglądając na siebie aż w końcu uśmiechnął się do niej. Przyszło mu to z trudem, zwłaszcza że spodziewał się całkiem innej reakcji z jej strony. Ta jednak odwzajemniła uśmiech.

- Zatem nie ma do mnie urazy - pomyślał i rzucił jej swój rewolwer. Nie do końca przemyślał tą decyzję, był to raczej impuls. Nie wiedział, czy dobrze zrobił. Nie patrzył na jej reakcję, tylko wstał i poprawił ubranie.

- Lepiej ruszajmy, nim nas dorwie. - Oboje wiedzieli o kim mówi. Zabrał broń, poprawił ubrania i ruszyli powoli wąskimi przejściami. Mordercai wybierał wąskie labirynty, w których byli bezpieczni przed większymi okazami skagów. Mniejsze nie stanowiły dla nich problemu. Początkowo szli bardzo intensywnym krokiem, chcąc zwiększyć dystans.

Gorące powietrze w labiryncie wysokich ścian było nie do zniesienia, a z drugiej strony pozbycie sie warstw ochronnych równało się z samobójstwem. Wolał przegrzać organizm, niż dać się posiekać przez kły skaga. Co chwilę spoglądał do tyłu na Lucky, która starała się nadążyć za jego tempem marszu. Nie narzekała, patrzyła pod nogi i uważnie nasłuchiwała przez cały czas.

Widział kropelki potu wstępujące na jej czoło, po ruchach dostrzegał, że odczuwa silny ból ,ale nie poprosiła o zwolnienie kroku, czy chwilę odpoczynku. Po trzech godzinach marszu w końcu znaleźli jaskinię, w której płynęła mała rzeczka. Rzucił broń na ziemię, uwalniając się od wrzynających się w ramię pasków. Następnie zrzucił plecak.

- Odpoczniemy tutaj z godzinę - poinformował. Usiadł na wilgotnych kamieniach i obserwował, jak Lucky pozbywa się plecaka, który wrzucił jej wcześniej na ramiona i dłonią rozmasowuje kark. Położyła broń, nadajnik i komunikator ECHO na ziemi. Następnie podeszła do rzeczki, uklękła przy niej i zanurzyła w dłonie. Najpierw się napiła, potem rozebrała się z arafaty, płaszcza, podwinęła rękawy i chłodziła ciało zimną wodą.

Nie patrzył na to, tylko zamknął oczy i odchylił głowę do tyłu. Oddychał chłodnym powietrzem jaskini i zastanawiał się, czy uda im się wyjść z tego cało. Ich sytuacja wbrew pozorom była fatalna. Znajdowali się na terenie łowieckim skagów, tym samym Skagzilla stała się ich najmniejszym problemem. Mimo swoich rozmiarów. Z drugiej jednak strony, dalej żyli.

- Scooter po nas nie przyjedzie - usłyszał głos Lucky. Otworzył oczy i dostrzegł, że wpatruje się w niego z dziwnym wyrazem twarzy. Była taka naiwna, nie znała zasad tej Pandory.

- Wiem o tym - odparł. W dalszym ciągu było mu gorąco, więc wstał i rozwiązał się z czerwonej chusty, którą był owinięty. Pozbył się również rękawic i zawahał się na krótką chwilę, po czym zdjął kamizelkę i rękawek, który nosił pod nią. Nie patrzył na Lucky, tylko minął ją i podszedł do strumienia. Ona udawała, że jest zainteresowana stalaktytami i stalagmitami. Mimowolnie wyszczerzył się.

- Krępujesz się? - spytał ponętnym głosem. Jej reakcja ubawiła go do łez. Zerwała się na równe nogi i sztywna, jakby ktoś jej włożył kij w dupę. Odeszła trochę, ale nie wystarczająco szybko. Złapał ją za ramię, odwrócił, następnie podniósł trzymając za przedramiona Patrzyła na niego w szoku. Wyszczerzył się szeroko, a następnie niewiele myśląc, wrzucił ją do wody. Znikła na chwilę z oczu, a kiedy się wynurzyła, była mokra po sam czubek głowy. Jej oczy ciskały pioruny i wydęła usta. Woda zmyła krew z jej twarzy. Nurt nie był zbyt silny, ale brzeg wystarczająco stromy, by nie wyszła bez pomocy. Kiedy była wystarczająco blisko, wyciągnął w jej stronę rękę.

- Wybacz, byłaś zbyt gorąca i postanowiłem cię ochłodzić - zażartował. Patrzyła mu w oczy, ale nie potrafił niczego wyczytać z jej spojrzenia. Kiedy złapał ją za rękę, uśmiechnęła się diabolicznie i pociągnęła go. Zbyt mocno i zbyt nagle. Poleciał prosto na głowę, a kiedy się wynurzył by wziąć wdech, chlusnęła mu wodą prosto w twarz.

Woda sięgała im ledwie do pasa, ale była lodowata. Płynęła pod ziemią od samych gór, więc słońce nie oparło się na niej jeszcze i nie zmieniła swojej temperatury zbytnio. Lucky odsunęła się na bezpieczną odległość od Mordercaia. Kiedy zaczął iść w jej stronę, nucąc melodyjkę z horroru "Szczęki", zachichotała jak mała dziewczynka. W końcu wycofała się pod samą ścianę, zanurzając się pod sam nos. Mordercai w tym czasie znalazł się obok niej, rękoma blokując jej ucieczkę z obu stron. Wyszczerzył się do niej.

- Właśnie się zastanawiam, czy masz łaskotki - szepnął. Widząc jej rosnące z przerażenia oczy, szybko ją objął i zaczął łaskotać. Ta szarpała się, wyrywała i histerycznie śmiała. Po chwili puścił ją, by mogła trochę uciec i ponownie ruszył na polowanie za nią. Kiedy znów traciła dech, przestawał łaskotać i puszczał, by znów ją złapać i torturować. Trwało to trochę czasu, ale w końcu lodowata woda dała im się we znaki.

Usiedli na ziemi zadowoleni. Sam zdjął mokre spodnie i siedział w samych bokserkach, podczas gdy Lucky trzęsła się z chłodu.

- Zamarzniesz w tych mokrych ciuchach - stwierdził. Pokręciła przecząco głową, ale jej drżąca warga przeczyła jej przeczeniu. Westchnął, przecierając twarz dłonią. - Albo sama się rozbierzesz, albo ja zedrę z ciebie te ubrania. - powiedział śmiertelnie poważnym głosem. Posłała mu pełne zwątpienia spojrzenie. Wstał, potarł ręce i przygwoździł ją do ziemi, nim zdążyła krzyknąć. Rosłemu mężczyźnie w rozmiarach Mordercaia rozebranie dziewczyny o tak wątłej posturze jak Lucky zajęło bardzo mało czasu. Kiedy już pozostała tylko bielizna, odsunął się od niej i usiadł pod ścianą.

- Trzeba było po dobroci - warknął. Otworzyła usta, by się odgryźć, ale nie potrafiła znaleźć sensownych słów. Obserwował, jak wstaje i bierze jego czerwoną chustę, owijając się nią i tworząc prowizoryczną sukienkę. Widział, jak się uśmiecha.

- Wiedziałam, że masz na mnie ochotę, ale żeby być takim brutalem? - odgryzła się żartobliwie. Wiedział, że to był żart. Żartowała. Jego własna reakcja zaskoczyła również jego. Znalazł się tuż obok niej, pochylając się w jej stronę, że dzieliły ich milimetry. Trzymał ją brutalnie za ramię, ale nie wyszarpnęła się. Patrzyła mu twardo w oczy, co go zaskoczyło, tym samym bardziej rozjuszyło.

- Musiałbym być największym desperatem na Pandorze, by cię tknąć, ale jeśli chcesz bym cię przeleciał, to nie ma sprawy. - syknął jadowicie, a uśmiech spełzł z jej twarzy. - Nie jesteś tak ładna jak ci się wydaje, ale można na to zaradzić. Owinę twoją głową tą jebaną chustą i będę udawać, że jesteś kimś innym. Tego chcesz? - już od wypowiedzenia pierwszych słów wiedział, że robi źle. Uratowała mu życie dwukrotnie, nie była taką za jaką ją uważał na początku. Nie była siksą, dawała sobie radę. Nawet potrafił się z nią dogadać. Nie wiedział, dlaczego zareagował tak gwałtownie, ale zobaczył jak zbladła. Wymierzony przez nią policzek był tak silny, że aż zaćmiło mu przed oczami.

Nic nie powiedziała, tylko odsunęła się i poszła na drugą stronę jaskini, po czym usiadła na ziemi i objęła kolana rękami. Nie widział jej twarzy, a ona nie wydała również żadnego dźwięku. Dobry nastrój, który zrodził się w tej jaskini umarł, zmiażdżony przez niego. Westchnął i przetarł twarz dłonią, rozmasowując bolący policzek. Zasłużył. Również usiadł.

Posiedzieli jeszcze trochę, ale atmosfera zrobiła się tak nieprzyjemna, że ubrał wilgotne ubrania. Poszła za jego przykładem, oddając mu chustę. Spodziewał się, że będą się unikać, ale patrzyli sobie w oczy, wyzywając tym samym.

Bała się. Widział to, ale mimo wszystko, potrafiła przezwyciężyć lęk. Potrafiła być twarda.

Szli w milczeniu przez kolejnych kilka godzin. Rozmawiali ze sobą tylko tyle, ile było to konieczne. Decydowali o kierunku, o postoju, czasami nawet się kłócili. Plecaki ciążyły, duszne powietrze utrudniało oddychanie, szybko się męczyli. Najgorsze były momenty, gdy musieli ze sobą współpracować w oparciu o zaufanie. Żadne z nich nie odezwało się w sprawie wcześniejszego zwarcia.

- Jesteśmy już trzydzieści godzin na nogach - stwierdził Mordercai, wypijając trochę wody z bukłaka. Nie pozostało im jej zbyt wiele. Wyciągnął rękę w stronę Lucky, ta upiła trochę i oddała mu manierkę, mrucząc coś na wzór "dzięki". Patrzyli na siebie chwilę, aż w końcu otworzył usta, by jej coś powiedzieć. Wówczas odezwał się komunikator.

- Jesteś tam? - usłyszał głos Lilith. Wziął mikrofon i z uśmiechem odparł.

- A co, stęskniłaś się? - Dało się wyczuć zaskoczenie po drugiej stronie łącza.

- Mord?

- Nie, święty mikołaj z snajperą - odparł. Lucky mimowolnie uśmiechnęła się pod nosem. Jedynie broda pasowała do mikołaja, a na złość wyobraziła go sobie w czerwonym stroju z czapką z bąblem. Parsknęła śmiechem. Posłał jej zdziwione spojrzenie, ale machnęła ręką, że ma się nie przejmować.

- Dobra, nie ważne. Czekam przy wylocie tej drogi. Od godziny idziecie w moją stronę, ale dopiero teraz złapaliście falę.

- Ile? - spytał, spoglądając na Lucky.

- Siedemset metrów.

Resztę drogi pokonali w znacznie lepszym humorze. Uśmiechali się, chwilami poszturchiwali. W końcu, w oddali, dostrzeli samochód Lilith. Stała pickupem Mordercaia i machała do nich. Odmachali jej. Łowca wpatrywał się w plecy towarzyszki, po czym westchnął. Zatrzymała się i odwróciła w jego stronę.

- Coś się stało? - spytała. Jej głos był naturalny, nie patrzyła na niego wrogo, co przyjął z uśmiechem. Kiwnął przecząco głową. Dotarli do samochodu bardzo szybko. Lucky położyła się na przyczepie, a Mord usiadł na miejscu pasażera. Rudowłosa odpaliła silnik i ruszyli do New Heaven.

Kilkanaście minut jechali w milczeniu.

- Lucky, jak towarzystwo Morda? Ja bym go zabiła - zawołała wesoło, ale nikt jej nie odpowiedział. Oboje zasnęli.

Kiedy się obudziłam, leżałam w czyimś pokoju. Uniosłam się niepewnie na łokciach i rozejrzałam, po czym z westchnieniem ulgi zrozumiałam, że to był MÓJ pokój. Pusty, zimny i złowrogi jak Pandora, jak ci ludzie. Jeśli musiałam tu mieszkać, to powinnam... Nie, jeśli chciałam tu mieszkać, musiałam sprawić, by bardziej przypominał dom niż więzienie.

Z westchnieniem przykryłam sie szczelniej futrami i zamknęłam oczy, ale sen nie wracał. Pozostały tylko natarczywe myśli. W końcu zrezygnowana sięgnęłam po mój dziennik i pióro, po czym zaczęłam notować.

iWpis: Drugi:

Nie wiem co mam myśleć o tym co się dzieje wokół mnie. Ci ludzie ocalili mi życie, a potem chcieli zabić. Jednakże traktowali mnie życzliwie... Tak sądzę. Trafiłam na Pandorę, do piekła - ludzie nie mogli być aniołami. Zakładając, że są demonami, to wydaje mi się, iż traktują mnie najlepiej jak tylko potrafią. Czy to ma sens? Możliwe, że nie, ale muszę to gdzieś zawrzeć. Nie mam z kim o tym porozmawiać, a trzymanie tego w sobie może być fatalne w skutkach.

Może... to właśnie jest problem? Każde z nich jest zamknięte, nie ma z kim porozmawiać. Psycholog ze mnie żaden, ale wiem, że to może być fatalne w skutkach.

Ja... Cóż. Słowa Mordercaia były... Nie, nie chcę o tym pisać. To jest coś, co wolę jednak przetrzymać w sobie./i

Przetarłam twarz dłońmi, po czym ruszyłam niepewnie głową. Kark w dalszym ciągu był tak zdrętwiały, że nie mogłam spojrzeć w lewo. Nieprzyjemny, szarpiący ból towarzyszył mi przy każdym kroku, jakbym na plecach nosiła psa, który kąsał mnie za każdym razem, gdy robiłam niewłaściwy krok. Zamknęłam oczy i położyłam się chwilkę.

i Mam mnóstwo czasu. Może powinnam przeprowadzić trochę... badań? W końcu jestem w ekipy ekspedycyjnej a ryzyko to moje drugie imię. Pierwsze to cykor, ale nie muszą o tym wiedzieć. Dobrze, od czego mogłabym zacząć? Przede wszystkim muszę wiedzieć na czym stoję. Pytania:

Czy traktują mnie normalnie/ulgowo/złośliwie? Odpowiedzią na te pytanie będzie obserwacja ich wzajemnych relacji. Jeśli będą między sobą tacy, jak dla mnie, to znaczy, że chyba mnie akceptują, prawda?

Czy problemem nerwowości i wybuchowości jest niemożność wygadania się komuś? Ale jak to sprawdzić? Przecież nie podejdę do Mordercaia z pytaniem "Cześć, masz jakiś problem?"Hah, ale by to komicznie wyglądało. Prędzej taka taktyka wyszłaby z Lilith albo... Nie, w sumie lepiej nie pytać ich czy mają jakiś problem, bo wyjdę na osiedlowego dresa. Może lepiej będzie zagrać psychologicznie? /i

Zamknęłam notes słysząc, jak ktoś idzie po schodach. Wolałam, by nie dorwali się do mojego dziennika, więc schowałam go w miejscu, które uważałam za bezpieczne. Następnie wzięłam swój ręcznik i udałam się do łazienki. Kiedy wróciłam do pokoju, spojrzałam niepewnie na rewolwer leżący na biurku. Wzięłam go do ręki, żeby trochę przesunąć, gdy poczułam jak rękaw zahacza o jakąś wystającą część. Nie miałam nastroju na spokojne i ostrożne wyplątywanie się, więc szarpnęłam. Huk ogłuszył mnie na krótką chwilę, w ścianie zrobiła się dziura a ja poczułam, jak nogi uginają się pode mną.

Potem usłyszałam krzyki na korytarzu. Chociaż ich nie rozumiałam przez dudnienie w głowie, wiedziałam, że nawołują co to był za wystrzał.

- To przypadek! - zawołałam, lub tak przynajmniej mi się wydawało. Nie słyszałam własnego głosu, ale wiedziałam, że dźwięki przechodzą przez moją krtań. Chwilę później w drzwiach stanął wysoki mężczyzna ubrany w specyficzny kombinezon i z hełmem na głowie. Miał wymalowane zero na lewej piersi.

- To niechcący - szepnęłam, kładąc broń na blacie jakbym miała do czynienia z jadowitym wężem. Nie powiedział nic, tylko wziął rewolwer ze stołu i ukląkł, pokazując, jak się blokuje możliwość wystrzału. Nie wiem czy coś mówił, czy też milczał jak głaz. Mruknęłam coś, że zrozumiałam.

Kiwnął głową, wstał i wyszedł, pozostawiając mnie samą. Podniosłam się z ziemi i zaczęłam masować skronie, pozbywając się natarczywego dudnienia w czaszce. Kiedy w końcu wszystko wróciło do normy, wzięłam do ręki broń. Z początku zastanawiałam się co mam z nią zrobić, a potem ją odblokowałam, by ponownie zablokować. Powtarzałam tę czynność przez kwadrans, aż w końcu płynnie, w ułamku sekund, udawało mi się odblokować bez gubienia naboi. Nie wystrzeliłam ani razu. I nie upuściłam na ziemi.

Rewolwer był dość klasyczny, jak w starym filmie o dzikim zachodzie. Drewniany uchwyt, sześciostrzałowy bębenek. Zaintrygowało mnie to, że doczepiono małą lunetę w podobnym wykonaniu. Kiedy przestałam ćwiczyć, postanowiłam zejść na dół na strzelnicę i poprosić kogoś, by mi pomógł w nauce strzelania. Nie chciałam się bać, ale czułam, jak serce wali mi jak oszalałe. Zacisnęłam mocno palce na broni czując, jak drży mi dłoń. Bałam się, ale nie mogłam tego po sobie poznać. Musiałam być twarda. Musiałam być jedną z nich - mieszkańcem Pandory, który trafił do piekła. Skoro każdy tutaj był kryminalistą, to... Nie. Nie chciałam być kryminalistą.

Trwało chwile, nim wezbrałam się w sobie i wzięłam broń, schodząc na dół. Z początku chciałam poprosić Lilith o naukę strzelania, ale okazało się, że nie było ani jej, ani żadnej innej kobiety. Pozostałam sama z facetami. Mordercaia również nie było, ale tego nie poprosiłabym o naukę strzelania.

Zobaczyłam tego samego gościa, co był w moim pokoju kilkanaście minut temu, oraz żołnierza w mundurze moro i kamizelką kuloodporną. Miał krótkie, brązowe włosy i niebieskie oczy, a nad lewym okiem miał dwie metalowe blaszki. Stał opodal pijąc drinka i opowiadając o czymś zamaskowanemu mężczyźnie, który siedział na krześle. Kiedy weszłam, oboje spojrzeli na mnie a opowieść została przerwana.

- Nauczy mnie ktoś strzelać? - zapytałam bez ogródek, przyjmując najbardziej luzacką pozycję, na jaką potrafiłam się zdobyć. Pozostałam jednak na oparciu ciężaru ciała na jednej nodze a rękę, w której trzymałam rewolwer niedbale położyłam na biodrze. Obaj mężczyźni spojrzeli na mnie z powątpiewaniem.

- Malutka, żeby nosić broń... - zaczął żołnierz blokując mi drogę, ale wiedziałam co chce powiedzieć. Chciał mnie obrazić, a ja nie mogłam dać sobą pomiatać. Czyż nie tak mówiła Lilith? Czując, że nogi mam jak z waty zmusiłam się do ruszenia w kierunku strzelnicy. Popchnęłam go ramieniem tak, jakby stał mi na drodze robak, w efekcie czego oblał się alkoholem.

Zrobiłam zaledwie kilka kroków, gdy usłyszałam pełen furii głos.

- Ty... - syknął. Jakie szanse miała dziewczyna taka jak ja w starciu z mężczyzną takim jak on? Niewielkie. Walcząc z chęcią ucieczki, odwróciłam się i uniosłam dumnie głowę.

- Co? - odwarknęłam. Mój głos był trochę wątły i miałam nadzieję, że nie wyczuł w nim drżenia. Nie odpowiedział nic, tylko uśmiechnął się i machnął na mnie ręką.

- A idź w cholerę, wypierze się.

Kiedy znalazłam się na strzelnicy i zamknęłam drzwi, oparłam się o nie i przytuliłam do siebie broń, po czym osunęłam się na ziemię na miękkich nogach. Czułam jak mi drżą nogi, serce wali w oszalałym rytmie. To było straszne, ale dałam rady. Żyję. Odetchnęłam z ulgą, niemalże się śmiejąc, gdy poczułam jak ktoś otwiera drzwi. Nie zdążyłam złapać równowagi i poleciałam do tyłu, prosto na nogi zamarkowanego. Popatrzył na mnie z góry, po czym ujrzałam hologram emotki ":)".

- To nie jest śmieszne - odparłam, samej zaczynając się śmiać. Hologram zamienił się na ":D". Nieznajomy pomógł mi wstać i otrzepać z kurzu, który zalegał na podłodze. Strzelnica była dobrze oświetlona, a w oddali zobaczyłam tarcze w kształcie ludzi. Było to wbrew pozorom sporej wielkości pomieszczenie. Jedna połowa służyła do strzelania, a w drugiej mieściły się skrzynie z bronią i nabojami.

- Jak mam się do ciebie zwracać? - spytałam, a nieznajomy pokazał na swój malunek na mundurze. Zero. Dziwne imię sobie wybrał, ale nie miałam prawa go krytykować. Nie miałam imienia. Przynajmniej nie prawdziwe.

- Lucky - wyciągnęłam w jego kierunku rękę. Uścisnął ją, po czym pociągnął mnie do skrzyń. Był nieco wyższy ode mnie. Ubiór miał czarno-szary, ze skóry. Miejscami był zdarty i przetarty. Z przodu od bioder po samą szyję miał utwardzaną skórę, coś na wzór kamizelki kuloodpornej. Pokazał mi, które naboje są do mojego rewolweru, jak mam przeładowywać. Na początku zostałam zmuszona do szybkiego przeładowywania. Kiedy mieściłam się w czasie kilku sekund, pozwolił mi strzelać. Pokazał jak trzymać broń, jaką pozycję przybrać.

Po godzinie miałam dość, ale i tak siedzieliśmy w swoim towarzystwie, nie odzywając się do siebie. Jak na milczącego towarzysza, był bardzo gadatliwy. Uśmiechnięta emotka była potwierdzeniem, smutna przeczeniem, a ":|" oznaczało tyle samo, co nie mam zdania.

Siedziałam na jednej skrzyni ćwicząc się w odblokowanie, przeładowanie i wymianę magazynka. Zero robił podobnie, siedząc po na skrzyni niżej.

- Uważasz, że mam szanse, że mnie zaakceptują? - spytałam. Odpowiedział mi znakiem zapytania. Wskazałam głową w kierunku sali obok. Chyba domyślił się, że mówię o pozostałych z jego drużyny. Odpowiedział mi uśmiechniętą buźką.

- Już mnie akceptują? - spytałam z powątpieniem. Widząc ":) / :(" domyśliłam się, że połowa mnie akceptuje a połowa nie. Westchnęłam, ruszając głową i rozmasowując kark. Krzywiłam się przy tym, bo ból pełzł wzdłuż kręgosłupa aż do lędźwi. Dodatkowo głowa mnie coraz bardziej rozsadzała od środka. Widząc znak zapytania, uśmiechnęłam się.

- Kark mnie boli, mięśnie mi sztywnieją. - Kiedy ponowił hologram, wyjaśniłam mu, że mam dziurę w ścięgnach po strzale Mordercaia. Wówczas wrócił do zabawy bronią.

Zero był bardzo tajemniczym osobnikiem, ale poczułam do niego pewną sympatię. Wyróżniał się na tle chaotycznych i nerwowych osobników. Bił od niego niesamowity spokój, a miałam zapewnione, że jedyną formą naśmiewania się ze mnie będzie ":D". O ironio, godzina rozmowy z nim okazała więcej emocji niż cały dzień spędzony z Mordercaiem, który jeśli okazywał emocje, to były one niewłaściwe do sytuacji.

- Jak mam zarobić kasę? - spytałam się. Podniósł głowę, po czym wskazał na mnie palcami, którymi potem przeszedł w powietrzu naśladując ruchy nóg. Zaśmiałam się.

- Że niby mam wstać, pójść i zarobić? - widząc uśmiechniętą emotkę, zatkało mnie.

- Twierdzisz, że mogę ot tak wyjść z wieży? I nikt mnie nie zatrzyma? - ponownie odpowiedział twierdząco. Wydało mi się to dość komiczne. Z drugiej jednak strony, nie byłam ich więźniem. Chyba. Ale byłam własnością Mordercaia.

- I co mam zrobić? - Pokazał na mnie palcem, a potem złapał niewidzialną kierownicę i zaczął nią kręcić. Wyglądało to dość komicznie, zwłaszcza, że dodał emotkę ":3"

- Rozwaliłam samochód - odparłam, a on wyciągnął z kieszeni kluczyki i ponownie wyświetlił emotkę " :3 "

- Pożyczysz mi auto? - spytałam z powątpieniem. Pokręcił przecząco głową i wskazał najpierw na siebie, potem na mnie i dopiero wówczas złapał kierownicę. Wiedziałam, że ma jakiś plan, tylko nie miał jak mi go przybliżyć. W końcu co mi pozostało do stracenia? Tylko życie, które jakby nie patrzeć, w tym świecie było warte tyle co nic. Westchnęłam, posyłając rozbrajający uśmiech i uniosłam kciuk do góry.

Zero jeździł mini-czołgiem, które widziałam w dniu, w którym rozbiłam się na tej planecie. Pojazd był dwuosobowy, nieosłonięty przez co, cytując słowa kogoś z drużyny "Pizgało, aż się jaja kurczyły". Jedna osoba siedziała za kierownicą, a druga na dachu w działku. Na moje nieszczęście, nie wiedziałam jak steruje się tym ustrojstwem, przez co zostałam posadzona przez karabin maszynowi.

Zimny wiatr, deszcz ze śniegiem i ogólnie średnie jakościowo okrycie sprawiło, że nim wyjechaliśmy z górskich partii, nie czułam rąk, nóg, uszu, nosa i miałam wrażenie, że skóra pęka i krwawi od zimna. Na szczęście, to było tylko takie wrażenie. Na pustyni natychmiast uderzyło we mnie gorące słońce, suchy wiatr i piasek pilingujący każdy milimetr odsłoniętego ciała. Podróż trwała zaledwie dwie, trzy godziny, ale miałam wrażenie, że skoki temperatur mnie dobiją z każdą chwilą.

W New Heaven tętniło życie. Przynajmniej tak mi się wydawało. Świadczyła o tym obecność trzech ludzi na dziecińcu i dwoje na balkonie. Wynędzniali ludzie w przetartych ubraniach, w czapkach i osłonach przeciw słońcu. Wyglądali na nie tylko zmęczonych skwarem, ale i życiem. Każdy ruch, każdy gest wydawał się wyzuty z emocji. Byli jak puste wyżarte od środka kokony. Kiedy tylko któryś uświadamiał sobie, że go obserwuję to opuszczałam oczy lub znajdywałam coś innego, co mogłoby zainteresować moje oczy.

Szłam przez wyludnione, zaśmiecone miasto nie dostrzegając znajomych twarzy. Podążałam cały czas za Zero, który doprowadził mnie, ku mojemu przerażeniu, do biura Heleny. Kiedy zaparłam się nogami z zamiarem zawrócenia, złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą. Wyglądało to dość komicznie, gdy kłóciliśmy się. Znaczy, ja na niego krzyczałam, a on odpowiadał mi emotikonami. W końcu weszłam do środka. Okazało się, że kobiety nie było.

Pomieszczenie było małe, z biurkiem i mapą Pandory. Stalowe regały w różnymi, mniej lub bardziej wartościowymi przedmiotami. Uwagę mojego towarzysza przykuło coś innego - wskazał na wielką tablicę korkową, na której wisiało kilka starych kartek. Rogi były zerwane, a od wielokrotnego składania i rozkładania napisy miejscami były nieczytelne. Po przeczytaniu kilku punktów z listy, zrozumiałam z czym mam do czynienia. Z prawem Pandory.

Ku mojemu przerażeniu, Zero bezceremonialne zaczął grzebać po szufladach biurka Heleny, po czym wręczył mi plik kartek z tymi samymi zasadami. Postukał w nie palcem, a potem wskazał na moje oczy.

- Mam to przeczytać? - spytałam z powątpiewaniem. Potaknął, a ja zapragnęłam rzucić w nim tymi papierami. I po to ciągnęłam się za nim taki szmat drogi!?

- Słuchaj, dzięki, ale ja potrzebuję zarobić, a nie zarobię na... tym. - potrząsnęłam plikiem kartek. Skrzyżował ręce na torsie i zaczął stukać butem, co wyglądało dość komicznie. W końcu westchnęłam, przecierając twarz z potu.

- Później, w bazie. Teraz potrzebuję kasy. Nie mam ubrań, nie mam okularów, nie mam naboi... - zaczęłam wymieniać. Wówczas złapał mnie za rękę i pociągnął do wyjścia w chwili, gdy stanęła w nich Helena. Nie powiedziała nic. Nie zdążyła. Szybkie tępo towarzysza zmieniło się w ucieczkę. Nie musiał mnie przekonywać do tego, że trzeba biec. Przekonały mnie do tego kule świstające koło uszu i krzyki wściekłej kobiety.

Siedząc w wielkim kontenerze na śmieci i czekając, aż wściekła kobieta przestanie nas wyzywać, grozić nam, strzelać w powietrze i przeklinać, zastanowiłam się nad celem swojego istnienia jeszcze. Vault Hunterzy byli szanowaną grupą na Pandorze, ale Helena nic sobie z nich nie robiła. Dlaczego? Musiałam to pytanie koniecznie podciągnąć pod listę zagadek do rozwiązania. Zero w tym czasie wertował szybko kartki. Zastanawiałam się, jak on widział w tych ciemnościach te kiepskiej jakości pismo, oraz jak potrafił wytrzymać w tym smrodzie. Razem z nami w tym kontenerze ukrywała się ryba, jakieś pozostałości po rakkach i, sądząc po zapachu, pieluchy.

Helena w końcu się znudziła, albo zmęczyła gonitwą za nami. Odetchnęłam pełną piersią gorącym, pustynnym powietrzem. Z dwojga złego, lepiej suche i ostre, niż przegniłe i śmierdzące. Zero w tym czasie podsunął mi pod nos kartkę i postukał w nią palcem.

- Nie teraz, słuchaj... - zaczęłam, ale był nieustępliwy. Bez przerwy wyświetlał "113" i nie pozwalał mi zrobić kroku. Westchnęłam, posyłając mu pełne politowania spojrzenie. Robił się irytujący. Dla własnego, świętego spokoju przeczytałam paragraf numer 113.

i"Wszystko, co spadło razem ze skazańcem należy do niego aż do chwili śmierci."/i

Odsunęłam od siebie papier i spojrzałam na Zero, który wyświetlał właśnie ":D".

- Wszystko co spadło? Wszystko? - szepnęłam, rozmyślając intensywnie. - Ale co spadło? Przecież ja... o cholera. - zrozumiałam. Zrozumiałam wszystko o co toczyła się gra. Zrozumiałam wszystko.

- To nie o mnie przez ten cały czas chodziło - szepnęłam. Poczułam rosnącą we mnie wściekłość. Zero wyświetlił "?". - Wam nie zależało bym przeżyła, tak jak Helenie nie zależało na mojej śmierci. Chodziło o to, co należy do mnie. Chodziło o prom, o broń, o żywność i pieniądze. Tu nigdy nie chodziło o mnie, prawda? - Nie musiał odpowiadać. Widziałam to w jego postawie.

Nie byli dla mnie mili, bo chcieli. Byli mili, bo pragnęli tego, co należało do mnie. Helena chciała mnie zabić, by otrzymać prawnie to, co należało do New Heaven po mojej śmierci. Należąc do Vault Hunterów, to oni dostawali to, co należało do mnie.

Paragraf 113 ustęp pierwszy i"Po śmierci wszystkie przedmioty należące do zmarłego przypadają zgrupowaniu, do którego należał. /i" Paragraf 113 ustęp drugi "iJeśli zmarły nie należał do żadnego zgrupowania, wszystkie jego przedmioty stają się własnością rządzącego na danym terenie miasta/i"

Miasta New Heaven. Z Heleną na czele.

- Ale ja byłam głupia - szepnęłam, siadając na pobliskim kartonie. Zero obserwował, jak kartki wypadają mi z dłoni i rozwiewają się po okolicy. Strona z trzema paragrafami pozostała mi w ręce. W końcu podniosłam się i spojrzałam na towarzysza. Pragnęłam się na niego wściekać, być złą, zwalić na niego całą winę. Uczucia nie zaślepiły jednak rozsądku. Przywiózł mnie tu i pokazał mi moje prawa. Pokazał mi, że nie mam przyjaciół. Ostrzegł mnie.

- Dziękuję - powiedziałam twardym, wyzutym z emocji głosem. Następnie wyciągnęłam rewolwer i ruszyłam do garażu Scootera. Helenę pragnęłam pozostawić na koniec, a chwilowo zająć się płotkami. Mechanik był niskim, mało przystojnym człowieczkiem o pulchnych policzkach i małych oczkach. Na głowie nosi idiotyczną czapkę z daszkiem, a cały wysmarowany był olejem. Wyraźnie zaskoczył go mój widok.

Siedział na krześle w swoim garażu. Kiwnęłam na Zero, który szedł za mną jak potulny psiak, by zamknął wrota. Chłopak, bo miał niewiele mniej ode mnie lat, wyczuł, że coś jest nie w porządku.

- Hej mała, jak miło że... - dalszą wypowiedź przerwał wrzask niewiarygodnego bólu. Spełniłam swoją obietnicę, strzeliłam do niego. Nie zamierzałam jednak go zabić, tylko dotrzymać złożonego słowa. Strzeliłam mu w udo, unikając tętnicy. Jeśli nie miało wdać się zakażenie, nic nie powinno mu się stać. Zero zapalił światło i dopiero teraz, z tyłu, dostrzegłam to o co mi chodziło.

Pewna część mnie wiedziała, że na promie znajdowało się coś wartościowego i że to ocalało. Teraz wiedziałam co. Jeep Wrangler, zielony z napędem na cztery koła o modyfikowanej karoserii, dzięki której stała się trzykrotnie twardsza. Opony owinięte łańcuchami i szyby pancerne. Czterodrzwiowe, pickupem i w cholerę silnikiem potężnym silnikiem, na który trzeba mieć specjalny patent do prowadzenia. Patrząc na ten pojazd wiedziałam, że jest on mi dobrze znany.

- Zero, leć po doktorka - poprosiłam. Zauważyłam chwilowe wahanie w postawie towarzysza, ale dodałam. - Proszę? - kiedy wyszedł, uśmiechnęłam się do chłopaka.

- Gdzie są kluczyki? - spytałam, celując w głowę Scootera. Nie zamierzałam go zastrzelić, co to, to nie. Nastraszyć? Owszem.

- T-tam. - wyjąkał chłopak, pokazując na wieszak z kluczami. Wzięłam te, które mnie interesowały. - Coś się w nim popsuło, nie otworzy się - wyszeptał. Posłałam mu pełen pobłażania uśmiech.

- Doprawdy? Iva, otwórz się - wydałam polecenie. Każde z nas usłyszało trzask otwieranych zamków. Scooter patrzył na to w szoku, zapominając o krwawiącej nodze i bólu, który temu towarzyszył. Nowa technologia, nowy patent.

- Samochód należy... - zaczął, ale mu przerwałam.

- Do mnie, zgodnie z paragrafem sto trzynaście, czyż nie? - spytałam. Na tym był koniec dyskusji. W garażu stały jeszcze dwa inne łaziki, oraz mnóstwo kartonów z różnymi rzeczami z promu.

- Wezmę tylko parę rzeczy, resztę pozostawiam tobie. - poinformowałam. Widać, zaskoczyło go to. Nauczony, że ludzie to chciwe stworzenia, liczył na to, że jeśli tego nie wezmę, to zażądam pieniędzy. Pozostawiłam mu wszystkie narzędzia, śrubki i tego typu elementy. Wysypałam wszystko z jednego kartonu na ziemię i zaczęłam przegrzebywać sporą stertę. Zainkasowałam metalowy kubek, termos na gorące napoje i paczkę kawy. Całą resztę pozostawiłam w świętym, niezmąconym pokoju. Pomogłam chłopakowi usiąść na krześle trzymając w bezpiecznej odległości broń, jakby zamierzał się zrewanżować i czekałam na lekarza, dotrzymując towarzystwa i w dalszym ciągu wygrzebując ciekawe przedmioty.

- Wiesz... nie spodziewałbym się, że. - Machnęłam ręką, nakazując mu milczeć.

- Jestem nowa i jeszcze nie wystarczająco skrzywiona. Głupio, że dowiedziałam się o wszystkim przez przypadek, ale zapewniam, że i tak pozwoliłabym ci zatrzymać te wszystkie duperele. Kto jak kto, ale tobie z pewnością się przydadzą?

Po raz kolejny emocje przegrały z logiką. Co miałabym z tego, że wezmę te kilkadziesiąt pudeł złomu, śrubek i rozłożonych na części przedmiotów? Mogłabym zarobić, zdzierając kasę z mechanika, a on potem zdarłby ze mnie, gdybym potrzebowała naprawić samochód. Czyż nie tak się sprawy miały? Udało mi się znaleźć kapelusz kowbojski i nałożyłam go na głowę.

- A weź go sobie, nie przyda mi się już - stwierdził chłopak. Nie wiem czy to z dobrego serca czy też ze strachu, że zastrzelę go gdy mi się sprzeciwi. Z całym szacunkiem, nie byłam Mordercaiem.

- Ja nie miałabym z tego pożytku - kontynuowałam przerwany wątek przeglądając się w lustrze, a on słuchał mnie, ku mojemu zaskoczeniu. - A kto wie, może kiedyś będę potrzebować złotej rączki do naprawienia Ivy?

- Dlaczego do mnie strzeliłaś? - spytał, a ja posłałam mu najserdeczniejszy uśmiech, jaki byłam w stanie z siebie wykrzesać.

- A czy nie to obiecałam ci po tej akcji ze Skagzillą?

Spodziewałam się wszystkiego, ale nie tego, że zacznie się śmiać.

- A niech mnie dziewczyno, jesteś lepsza kosa niż wyglądasz! Psia mać, jesteś może wolna? - parsknęłam śmiechem, kręcąc przecząco głową.

- Obawiam się, że mam faceta. - powiedziałam, a widząc jego zaskoczony wyraz twarzy, wskazałam na broń. Nie wiem czy odebrał to dwuznacznie, czy zwyczajnie moja odpowiedź go zaskoczyła, bo ryknął takim śmiechem, że myślałam że spadnie z krzesła. Na szczęście doktorek zjawił się dość szybko, a Zero otworzył garaż na nowo.

- Co się stało? - spytał lekaż, oglądając ranę postrzałową. Scooter wskazał na mnie ręką. Nie przemyślałam tego i poczułam, jak ogarnia mnie panika. Przecież prawo broniło również i jego. - Tak mnie zaskoczyła swoim żartem, że sam siebie postrzeliłem.

Kłamstwo było tak banalne, że lekarz z pewnością je przejrzał. Posłał mi tylko niedowierzające spojrzenie, nie komentując niczego. Odetchnęłam z ulgą i założyłam ocalałe okulary przeciwsłoneczne, czarne pilotki. Doktorek wraz z Zero przetransportowali chłopaka do kliniki, a ja pozostałam sama. Znalazłam jeszcze nadpalony album ze zdjęciami, stalowe pudełko z płytami CD i stary dziennik pisany niezrozumiałym szyfrem. Znalazłam również trochę ubrań - męską, białą koszulę, krótkie spodenki, w miarę nowe buty na sprzączki, rurki w moro, dwie bluzki na ramiączkach i o zgrozo, sukienkę w kwiatki. Uznałam, że dobrze by było z niej zrobić firanki do okna.

Wzięłam również małego misia pluszowego, który miał urwane uszko i jedną łapkę, oraz nadpalony pyszczek. Nie wiem jak to możliwe, ale znalazłam pełną apteczkę oraz pudełko z igłami i nićmi. Znalazłam mnóstwo mniej lub bardziej przydatnych przedmiotów, gdzie z co poniektórych cieszyłam się bardziej. Przykładowo ze scyzoryka, który wcisnęłam do kieszeni spodni. Jednak dużo więcej nie miało żadnej wartości - jakieś ozdoby, korale, świeczki, obrus, stalowe kubki. Wszystko ładowałam do kartonu i do samochodu. Znalazłam również taboret, który wrzuciłam na otwartą część bagażnika. I kufer z kolejną porcją nieprzydatnych przedmiotów, które zamierzałam przeszukać w domu. Dlaczego to wszystko było na promie? Nie mam pojęcia.

Kiedy skończyłam, usiadłam za kierownicą i odpaliłam silnik, który zaryczał jak wściekłe zwierze. Czułam silne wibracje oraz ryk, który kotłował się pod maską. Ta maszyna musiała mieć potężnego kopa, mimo, iż na taką nie wyglądała. Z początku chciałam wyjechać z garażu, ale rozmyśliłam się i wygasiłam silnik.

Siedząc za kierownicą i trzymając dłonie na zimnej skórze, rozmyślałam intensywnie nad planem działania. Tę sprawę załatwiłam w sposób bardziej ugodowy, niżby planowała. Pozostała Helena. Z jednej strony naprawdę, ale to naprawdę, pragnęłam przestrzelić jej poparzoną twarz, a z drugiej strony wiedziałam doskonale, że robiła to wszystko z troski o ludzi, których miała pod swoimi skrzydłami. Gdyby życie moich przyjaciół zależało od życia jednej, obcej mi osoby, nie wahałabym się ani przez sekundę. Jednak nawet dzięki tej świadomości, nie potrafiłam jej tak po prostu wybaczyć. Byłam tylko człowiekiem.

Nie chciałam od niej wiele. Liczyłam na... przeprosiny? Nie, wątpiłam by była do tego zdolna. Pieniądze? Nie powiem, przydałyby mi się. Może liczyłam na samo utarcie jej nosa? Albo chociaż by zrozumiała, że nie jestem dla niej żadnym zagrożeniem? Chociaż jeśli utrę jej nosa, stanę się faktycznym zagrożeniem. Westchnęłam.

Mogłam albo wszystko zignorować, albo pokazać jej, że się nie boję. Najgorsze jednak było to, że się bałam. Cały czas trzęsłam się jak osika. Czułam to w nogach jak kroczyłam przed siebie, czułam jak serce bije niczym oszalałe. Oddech miałam przyspieszony, a reakcje nerwowe. Bałam się i oni chyba o tym wiedzieli. Chyba. W końcu zmusiłam się do tego, by wyjść z pojazdu i ruszyłam przez słoneczny dziedziniec. Na głowie miałam kowbojski kapelusz przewiązany sznurkiem i ciemne okulary przeciwsłoneczne.

Ku mojemu zdziwieniu - NIKT mnie nie rozpoznawał. Wszyscy patrzyli na mnie, ale zupełnie inaczej. Uśmiechy, poufałe spojrzenia, szepty między sobą - i zero wrogości, niepewności, braku zaufania. Mimowolnie uśmiechnęłam się do siebie szeroko. Może nie byłam jedną z nich, ale się nią stawałam.

Gabinet Heleny miał zamknięte drzwi, więc niewiele myśląc otworzyłam je na oścież i zamarłam. Zimne spojrzenie kobiety zmroziło mnie w kościach, sprawiło, że ta pewność siebie uleciała ze mnie. Serce przyspieszyło, oddech się spłycił. Jednak przywódczyni New Heaven nie była sama. Bardziej zaskoczyło mnie zimne spojrzenie brązowych oczu należących do dobrze znanej, a jednocześnie obcej mi osoby.

- Mordercai, co tu robisz? - wyrwało mi się, nim przemyślałam to co chcę powiedzieć. Mężczyzna wstał i bez cienia uśmiechu odpowiedział:

- Mógłbym zapytać o to samo.

- Chcesz czegoś, gówniaro? - powiedziała Helena nad wyraz przyjaznym tonem, ale nim zdążyłam odpowiedzieć, snajperzysta się wtrącił.

- Uważaj co mówisz i do kogo mówisz, Helenko. - Ostrzeżenie w jego głosie dodało mi otuchy. Nie był moim przyjacielem, ale może i nie był moim wrogiem. Próbował mnie zastrzelić. Potrząsnęłam głową. Nie mogłam mu ufać. Z drugiej jednak strony czułam, że on by mnie nie kłamał. i"Wszystko, co spadło razem ze skazańcem należy do niego aż do chwili śmierci."/i Tu nie chodziło o mnie.

- Chcę tego, co moje - warknęłam. Po tych słowach zapadła złowroga cisza. W końcu przerwała ją pobliźniona kobieta, wyraźnie zirytowana moim stwierdzeniem.

- Jesteś głupia, upośledzona i...

- Paragraf sto trzynaście - przerwałam jej. Cisza była cicha, złowróżbna. Przynajmniej do chwili, w której Mordercai ryknął głośnym, psychopatycznym śmiechem. Poklepał mnie po ramieniu i spojrzał zadowolony na Helenę.

- Szach mat, skwarku.

Spodziewałam się, że Helena się wścieknie, zacznie drzeć i strzelać z broni. Ta jednak usiadła zadowolona, skrzyżowała ręce na brzuchu i posłała nam pełne pobłażania spojrzenie.

- Jej to prawo nie obowiązuje - obwieściła wspaniałomyślnie. Otworzyłam usta, by przedyskutować tę kwestię, gdy Mordercai położył mi rękę na ramieniu, nie odrywając spojrzenia od Heleny.

- Jest jedną z nas i zna swoje prawa. Oddaj to, co sobie nieprawnie przywłaszczyłaś. - Musiałam przyznać, że Mordercai doskonale wiedział jak w ładny sposób powiedzieć "ukradłaś".

- Wszystko, co spadło razem ze iskazańcem/i należy do niego aż do chwili śmierci. - Zaakcentowała w ładny sposób kobieta i poprawiła się, wyraźnie zadowolona. Ona wiedziała, że przyjdę po swoje, że odkryję prawdę. Odkryła to już dawno i tylko czekała, aż znajdę sposób, by się odegrać. Słyszałam to w jej głosie już przy wejściu. Sprawa była przegrana. Wszyscy znali prawdę, ale w świetle prawa nie byłam skazańcem. Urodziłam się tutaj, bez jakiegokolwiek majątku. Była nietykalna.

- Sprawa skończona, Mord. Nie masz już żadnych argumentów.

Mordercai nagle uśmiechnął się pod nosem.

- Jeszcze się porachujemy, iślicznotko/i - zasyczał, po czym wskazał na drzwi.

Ruszyłam posłusznie ku wyjściu. Nie odezwaliśmy się do siebie, aż ponownie znaleźliśmy się w garażu Scootera. Usiadłam na masce Ivy, podczas gdy snajperzysta najpierw walnął pięścią w samochód. Nie krzyknął, nie wydał z siebie żadnego dźwięku, tylko zrobił kilka kroków do tyłu trzymając rękę w ręce, jakby sprawdzał, czy połamał sobie kości. Bolało go to i to cholernie, ale za nic w świecie nie chciał się do tego przyznać. Usiadł, jak gdyby nigdy nic, ręka mu drżała niebezpiecznie, ale zagryzł zęby i cierpliwie czekał, aż będzie w stanie wykrzesać z siebie chociażby słowo.

W końcu westchnął.

- Myśleliśmy, że uda nam się odzyskać chociaż część - powiedział.

- Wzięliście mnie tylko po to, by zagarnąć to, co należy do mnie? - spytałam, spoglądając w czubki swoich butów. Pewną częścią jaźni chciałam, by zaprzeczył.

- Tak.

- Więc zabilibyście mnie. - bardziej stwierdziłam, niż spytałam, a on zaśmiał się.

- Musimy być podłymi bydlakami w twoich oczach, skoro tak nas oceniasz. - stwierdził, machając ręką i sprawdzając kości. Uśmiechnęłam się pod nosem. Jednego mogłam być pewna - był człowiekiem i czuł ból.

- Tylko ty. - przyznałam zgodnie z prawdą. Zaskoczone spojrzenie jakie mi posłał rozbawiło mnie do łez. Nie spodziewał się takiej szczerości. Nie miało już sensu udawanie i kłamanie. Jeśli chcieli mnie zabić, to i tak mnie zabiją. Pora była na grę w otwarte karty. Prawdę mówiąc chciałam, by zrobił to on. Dokończył to, co zaczął. On jednak... zaśmiał się. Zaczął się śmiać i wstał. Czułam, jak sztywnieją mi mięśnie. Moja jaźń krzyczała, że mam uciekać, a druga, że to i tak nic nie da. Zabije mnie albo on, albo Pandora.