Wpis: Kolejny, nie chce mi się liczyć który.
Jestem Lucky a moje życie to tragiko-komedia egzystencjalna, której zakończenie jest jedną wielką niewiadomą. Tragiczna nuta mojej historii polega na tym, że obudziłam się na tej planecie, na Pandorze i nie jestem pewna, czy to jeszcze ziemia, czy już piekło. Okrutny klimat, braki żywności i wody zdatnej do picia, potwory. I naturalnie pieski, ptaszki i inne poczwary, noszące swoje przecudaczne imiona. Prawdę mówiąc, zaczynam mieć pewne obawy. Lilith powiedziała, że jestem na Pandorze, w piekle. A jeśli faktycznie jestem w piekle? Umarłam? Umieranie chyba nie boli, prawda?
- Umieranie boli, bo wszyscy których zabiłem darli się w niebogłosy - usłyszałam markotny głos Mordercaia. Nie odzywając się do niego, usiadłam pod takim kątem, by nie mógł mi czytać przez ramię. Uśmiechnął się i rozsiadł, specjalnie kładąc nogę opodal mojej twarzy.
Ostatnie moje wspomnienie dotyczy snu kriogenicznego. Rozmawiałam jeszcze z kimś z załogi. Nie pamiętam czego dotyczyła dyskusja, ale to była kłótnia. Ostra kłótnia. Podrapałam tej osobie twarz. Dość głęboko przeorałam skórę ostro spiłowanymi paznokciami. Zupełnie jakbym tego chciała, jakbym czekała na okazję. Pamiętam krew tej osoby.
Chociaż... Nie, to nie ja podrapałam jego twarz. To wspomnienie jest bardzo pogmatwane, coś jak sen. To jakieś stworzenie podrapało twarz człowieka, ale ja czerpałam z tego dziką satysfakcję. Nie potrafię tego wyjaśnić. Wspomnienie jednak do mnie wraca jak żywe, we śnie. Z początku było bezbarwne, nijakie, ale za każdym razem staje się coraz wyraźniejsze.
To na tym opiera się moja tragedia. Nie wiem kim jestem, jaki jest mój cel, a tym bardziej czy jeszcze żyję. Obudziłam się tu, na Pandorze. Pytanie, czy jako trup czy jako ktoś żywy?
Pisałam również, że moje życie to komedia. Siedzę w moim samochodzie posiadającym sztuczną inteligencję z trzema Vault Hunterami. Prawdę mówiąc, mój samochód to chyba jedyna inteligentna forma życia w tym towarzystwie. Sama czuję się jak głupie dziecko. Obok mnie, rozwalony na siedzeniu tkwi Mordercai. Nogi ma na masce rozdzielczej, zdjął okulary i chustę. Ma zamknięte oczy i udaje, że drzemie. Gdybym miała o nim powiedzieć kilka słów... Cóż. Trudny charakter i trudny człowiek. Nie da się z nim współżyć pod żadnym względem - indywidualista, który liczy głównie na własne przetrwanie. Nie spogląda do tyłu, nie ma litości. Czy bezduszny? Trudno mi powiedzieć. Jest trudny do rozgryzienia.
Z tyłu natomiast, zaraz za mną, Salvador. Umięśniony karzeł, który ma manię na punkcie mordowania i ćwiartowania. Pogodny człek, bez przerwy się śmieje. Mam do niego pewną nutę sympatii. Nigdy nie dał mi odczuć, że mnie nie lubi. Wszystkich lubi - mniej lub bardziej - ale lubi. Nawet tych, którym wyrywa nogi, by mu nie uciekli za czas wykonywania jakiejś misji.
Tak - Salvador wyrwał jakiemuś bandycie nogi, by móc spokojnie wystrzelać wszystkich jego kompanów. Nie chciał, by mu zabawka uciekła. Skagom urywa łby.
I to jest w nim najbardziej przerażające - lubi, ale nie przeszkadza mu to w zabijaniu. Mordercai przynajmniej bardziej kontroluje swoją radość z zabijania. Znaczy, nigdy nie widziałam, by mu to sprawiało radość. Chociaż z drugiej strony robi to nazbyt dobrze, by tego nie lubić. Przecież nie opanowujemy czegoś do perfekcji, jeśli tego nie lubimy. .
Trzecią osobą jest Zero - milczący towarzysz, którego najbardziej lubię. Nie wiem kto chowa się pod maską - kim lub czym on jest. Ot, jest. I jest najbardziej pomocny. Mało kiedy nasze drogi się krzyżują na Pandorze, ale jak już, to jazda jest wesoła. Pomijając ten jeden, jedyny raz. Wzięłam tę trójkę na stopa, gdy szli na jakąś misję. I utknęliśmy w pustynnych górach, w kanionie.
Siedzę z tą trójką w samochodzie, otoczona zewsząd skagami. Śpiącymi, wielkimi bestiami, które wzięły samochód za dziwny, kwadratowy głaz. By było śmieszniej, jeden tkwi centralnie przede mną, na masce rozdzielczej. Nie jedziemy, bo Mordercai wyciągnął świece, bym przypadkiem bez nich nie odjechała. Więc czekałam na nich cierpliwie, później oni przyszli do samochodu, a zaraz za nimi pojawiły się pieski. Ledwie zdążyli wsiąść.
I tak oto siedzimy w tej nasłonecznionej puszcze ostatnie dwanaście godzin. Najśmieszniejsza rzecz w tym wszystkim? Siusiu mi się chce. Od kilku godzin. I nie mogę wyjść!
- Musiałeś wyciągnąć te świece, prawda? - odłożyłam notes do bocznej kieszonki pojazdu. Zostałam ostentacyjnie zignorowana przez winowajcę, który z lubością zaczął wyciągać bród spod paznokci swoim żołnierskim nożem. Westchnęłam, przecierając twarz dłońmi. Przez dwanaście godzin, w bezruchu, w zamkniętej puszcze, w pełnym czerwonym słońcu Pandory.
Westchnęłam, przecierając twarz. Milczenie w pojeździe było złowróżbne, zwłaszcza, że Mord bawił się nożem, Salvador karabinem a Zero wpatrywał się w szybę, trzymając swoją broń snajperską na kolanach. A ja? Ja zostawiłam moje rewolwery w skrytce, która znajdowała w bagażniku. Jedyna nasza nadzieja była w nocy, do której pozostało jeszcze kilka godzin. Upał dawał w kość, pragnienie paliło w przełyku, ale pełny pęcherz uniemożliwiał zaspokojenie pragnienia w obawie, że pewien organ nie wytrzyma i popuści. W przeciwieństwie do pozostałeś trójki, która mi wówczas nie odpuści.
- Oj, macie problem - usłyszałam głos Salvadora z tyłu.
- Zauważ, że tkwimy w problemie po uszy - odwarknął Mord nawet się nie odwracając.
- Co masz za problem? - spytałam, zaintrygowana nowym tematem.
- Wczoraj zżarłem trzy puszki fasoli, puszkę skaglizny i wypiłem kilka butelek piwa - odparł.
- Wstrzymaj się, dobrze ci radzę - warknął Mordercai. Kiszki niskiego, barczystego mężczyzny nic sobie nie zrobiły z groźby
Utknęłam. Z nimi. W zamkniętym pojeździe. W komorze gazowej Salvadora.
Kiedy się ocknęłam, na zewnątrz panował nieprzenikniony mrok, a ciszę przerywało donośne chrapanie Salvadora. Poruszyłam się niepewnie, cała odrętwiała. Kark rwał niemiłosiernie, nie potrafiłam w ogóle głową ruszyć a nogi miałam jak sparaliżowane. Po jakimś czasie wszystko wróciło do normy, ale trudno mi było powstrzymać chichotanie kiedy przy każdym ruchu kłuła mnie skóra. Zawsze to wrażenie wywoływało u mnie salwę śmiechu. Wszyscy spali, włącznie z psami. Niewiele myśląc, otworzyłam drzwi i zamarłam, nasłuchując. Kiedy nic sie nie poruszyło, beknęło czy, chroń mnie Boże, pierdnęło, wyszłam z pojazdu.
Oddychanie świeżym, pustynnym powietrzem było o niebo lepsze od komory gazowej, w której przesiadywaliśmy. Dotarłam do bagażnika, z którego wyciągnęłam kabury z rewolwerami, na wszelki wypadek wzięłam również saszetkę z nabojami i latarkę.
Stąpałam ostrożnie, by nie obudzić stworzeń, między którymi lawirowałam. Jeden zły krok był równoznaczny ze śmiercią. Jednak pełny pęcherz znaczył dla mnie tyle samo. Odeszłam kilkanaście metrów, pozakręcałam trochę między głazami aż znalazłam wystarczająco ustronne miejsce. Tak na wszelki wypadek, jakby ktoś chciał mnie znaleźć nim zaspokoję fizjologiczną potrzebę.
Wyłączyłam latarkę, załatwiając swoje sprawy. Obserwowałam mrok ażi uświadomiłam sobie, że na wzgórzu widzę kontury głazów. Do świtu było jeszcze dużo czasu, więc to nie mogło być słońce. Wyglądało trochę jak... światło płomienie? Tam gdzie ogień, z pewnością nie ma bestii. Jednakże są ludzie. Zdrowy rozsądek nakazywał mi wrócić do pojazdu. Byłam na Pandorze. W piekle. Wzięłam głęboki wdech.
Wbrew sobie, ruszyłam w tamtym kierunku. Stąpałam ostrożnie, by nie trącić nawet kamyczka. Oddychałam równomiernie, a na czoło wstąpił zimny pot. Zamarłam, słysząc jak coś się zbliża.
Leżał na siedzeniu z zamkniętymi oczyma, delektując się świeżym powietrzem napływającym przez uchylone okno. Obudziła go Lucky, kiedy zamykała bagażnik. Domyślił się, że wybiera się na mały spacerek, dlatego udawał, że śpi dalej. Cisza, mącona jedynie donośnym chrapaniem, wydawała się kojącym lekarstwem na jego zszargane nerwy. Ostatnio miał bardziej niż intensywny tryb życia. Mało sypiał, jeszcze mniej jadł, dużo pracował. Teraz jednak z Lucky jako kierowcą mógł odsypiać wszystkie zarwane godziny. Nie gadała za dużo, jechała spokojnie, do tego radziła sobie coraz lepiej. Zamknął oczy, by się zdrzemnąć jeszcze kilka minut.
Nie mógł jednak usnąć. W końcu, zrezygnowany, wyszedł z pojazdu prawie rozdeptując szczeniaka. Zauważył go w ostatniej chwili. Kwik małego mógł obudzić całą watahę, a tym samym wywołać spore problemy. Te psy były głuche w po zmroku, gdy zapadały w sen. Ot, nie słyszały trzaskających drzwi, ale wystrzał z broni albo kwik któregoś z stada natychmiast stawiał je na nogi.
Wyciągnął latarkę zza pasa, zapalił i włożył nieświecącą końcówką do ust. Następnie podniósł maskę i próbował zamontować świece. Męczył się z tym i doszedł do wniosku, że łatwiej było wymontować niż zamontować. W końcu zatrzasnął klapę i wrócił na swoje miejsce. Spojrzał na zegarek i zamarł. Ponad pół godziny, a dziewczyny dalej nie było z powrotem. Wziął swój komunikator ECHO i znalazł jej falę.
- Lucky?
- Lucky? - odpowiedziało mu jego własne echo. Otworzył schowek i zobaczył luźno leżący nadajnik. Nie wzięła go. Przeklął, zatrzaskując drzwiczki. Stukał nerwowo o oparcie fotelu, aż w końcu spojrzał na tył pojazdu. Salvador rozwalił się na całej szerokości, rozrzucając kończyny we wszystkie strony. Otworzył usta i chrapał donośnie. Zero z kolei siedział wtulony w drzwi i snajperę.
Wysiadł i poszedł mniej więcej w tę stronę, w którą poszła Lucky. Przyzwyczajony do wędrówek w takim mroku, szedł dwa razy szybciej od dziewczyny. Miał nadzieję ją złapać nim wpadnie w tarapaty. Pozostawiała za sobą ślady, stosunkowo świeże, więc zakładał, że nie uszła daleko.
Gwiazdy i planety przesłaniały gęste, burzowe chmury, które tylko potęgowały mrok. Nie bał się, niewiele stworzeń grasowało po zmroku. Zwłaszcza na tych terenach.
Nie świecił latarką - światło mogło przyciągnąć niepotrzebną uwagę. Nie zakładał, że jest jedyną nieśpiącą istotą na tych terenach. To ludzi się obawiał. Świecąc latarką dawał sygnał jakiemuś snajperowi "Tutaj jestem kretynie, założę się, że nie trafisz". Nagle zatrzymał się, słysząc szelest. Dopiero teraz zauważył coś, czego nie powinno tu być. Nie o tej porze. Przeszedł ledwie kilkadziesiąt metrów, ale dopiero dostrzegł, że za głazami coś było. Prawdopodobnie ognisko. Zwolnił kroku, dobył broni. Zaczął rozróżniać kontury kamieni i krzaków na które padała delikatna łuna. Podszedł najbliżej jak potrafił, następnie wspiął się na głaz.
Leżąc na brzuchu, podpełzł na skraj i zobaczył w dole tak zwanych Psycho, którzy tańczyli wesoło wokół olbrzymiego ogniska. Byli ubrani w więzienne ciuchy, postrzępione i brudne do tego stopnia, że straciły na kolorze. Na twarzach nosili biało-czarne maski. Nie posługiwali się bronią palną - nigdy. Maczety, miecze, kamienie, granaty. To była ich metoda walki. Byli hałaśliwi, nieobliczalni i obawiali się ich zwyczajni ludzie, jak i bandyci.
Nie przepadał za nimi wyjątkowo, bo wyjątkowo często na nich wpadał. Nienawidził zwłaszcza karłów. Małe, hałaśliwe, biegające zygzakiem i straszliwie trudne do trafienia poczwary. Co gorsza, ci ludzie nie odczuwali bólu. Śmiali się a nawet błagali o niego. Psycho to byli skazańcy, którzy... cóż, z początku byli normalnymi obywatelami Pandory. Jednak i tutaj są radioaktywne środki, które wypaczają mózg. Są również szaleńcy, którzy trafili tu skrzywieni, albo zbzikowali od nadmiaru wrażeń. Takim jak oni nie stajesz się z dnia na dzień - etap jest powolny, prawie niezauważalny.
Gdy coś złapało go za nogę, szarpnął nerwowo i wycelował spluwę w miejsce, w którym powinna znajdować się głowa. Już miał pociągnąć za spust, gdy jego mózg zarejestrował, że to tylko Lucky. Opuścił broń i wypuścił powietrze z płuc. Czuł, jak serce wali mu jak oszalałe. Odczuł niewiarygodną ulgę. Czułby się podle, gdyby pozwolił jej tu umrzeć. Był jej to winien. Prawie ją zabił, wiedział o tym, a ona? Ona natomiast nie widziała swojej prawie śmierci, chociaż pewnie domyślała się, że popełniła błąd. Wspięła się na kamień i położyła obok niego..
- Co to jest? - szepnęła. Patrząc, jak płomienie ogniska tańczyły po jej twarzy, dostrzegł smugi krwi. Dotknął niepewnie jej policzka, przez co instynktownie się odsunęła. Krew była świeża, jeszcze lepka. Nie spojrzała na niego, tylko uśmiechnęła się pod nosem, wyraźnie zadowolona z siebie.
- Spotkałam jednego z nich przed chwilą - mówiła zniżonym głosem, obserwując z grozą i fascynacją dziki taniec na dole. - Zaskoczyłam go. Uderzyłam go kamieniem wielkości dłoni. Zamroczony, walczył dalej. Szarpaliśmy się - niepewnie sięgnęła ręką za tył głowy i skrzywiła, gdy dotknęła czaszki. - Trochę mnie poobijał, ale nadział się na kaktusa. Znaczy, nadziałam go. I się zjarał.
Kaktusy na Pandorze słyną z specyficznych reakcji bojowych. Są to rośliny o możliwości samozapłonu lub wytwarzające bardzo silne wyładowania elektryczne. Przy czym, one same nie ucierpią.
Mordercai uśmiechnął się pod nosem, ale spoważniał, gdy tylko zobaczył krew na palcach dziewczyny. Jej krew. Sięgnął do głowy i gdy tylko dotknął wilgotnych od krwi włosów, ta syknęła cicho. Psycho musiał nią uderzać o podłoże.
- Wracajmy - zawyrokował, ale Lucky ani drgnęła. Wpatrywała się zafascynowana. Postanowił zmusić ją do zejścia. Sam zaczął schodzić po to, by na dole pociągnąć ją za nogi i zrzucić z głazu, gdy dziewczyna drgnęła nerwowo.
- Patrz - szepnęła, łapiąc go za ramię. Szybko wczołgał się na swoje miejsce i dostrzegł, jak psychopaci niosą tobołki owinięte w płótna. Wiedział, co się święci. Rytuały ognia.
- Znikajmy - złapał ją i zamierzał ściągnąć z głazu siłą, ale było już za późno. Zrozumiała, co niosą. Nieśli ludzi. Żywych, krzyczących i wierzgających ludzi, który nie mogli uciec, nie mieli jak. Związani grubymi linami wołali o litość, ale ta umarła już dawno. Złapał Lucky tak, by zablokować wszelkie ruchy. Wiedział, że pobiegłaby z ratunkiem. Nie mógł na to pozwolić. Próbowała się wyrwać, z początku słabo, bo jeszcze nie rozumiała, co się dzieje. Zamarli, gdy przy ognisku wszyscy ucichli.
Mordercai spojrzał w tamtą stronę pewny, że zostali namierzeni. Nikt jednak nie zwracał uwagi na dwa cienie szamoczące się na głazie. Wpatrywali się, jak dwóch kołysze zakneblowanym człowiekiem, odprawiając jakiś nieludzki rytuał. Jeden trzymał za nogi, drugi za ręce. Zamknął oczy w chwili, gdy zauważył, jak puszczają nieszczęśnika. Padł na Lucky, przygważdżając ją do ziemi swoim ciężarem.
Wrzaski palącego się człowieka przechodziły na wskroś przez jego mózg. Dziewczyna szarpała się, ale nie krzyknęła, nie wydała z siebie żadnego dźwięku - nie zdradziła ich położenia. Milczała, walcząc zawzięcie. Nie potrafiła jednak wygrać tej rozgrywki. Poddała się w chwili, gdy kwilenie umilkło, a do ich nozdrzy dotarł smród palonego ciała. Mdły, szczypiący w oczy odór.
Szczęściara była wściekła, dyszała a oczy zacisnęła, powstrzymując łzy. Kiedy wrzucono kolejnego człowieka do ognia, nie szarpała się już, tylko leżała i próbowała się wyłączyć na te dźwięki. Sam też próbował ignorować te przeraźliwe krzyki, którym towarzyszyły wrzaski ekstazy stworzeń na dole. Nie śmiał nazwać ich ludźmi.
- Nie było sensu w ocaleniu ich - szepnął. Nie zareagowała, może nie słuchała. Otworzył usta, by powiedzieć coś jeszcze, gdy przez ogólną wrzawę dało się słyszeć strzały i krzyki. Oboje spojrzeli jednocześnie w stronę ogniska. Między psychozami biegał jakiś człowiek, strzelający do nich. Padali jedynie ci, których trafił w głowę lub w serce, pozostali biegali za nim. Trwało to ułamki sekund, jak któryś się podłożył, by inny mógł wbić maczetę w plecy nieszczęśnika po samą rękojeść.
- Nie czują bólu - wyjaśnił. - Nie boją się śmierci, cierpienia czy kalectwa. Sami się torturują. I sami składają w ofierze. Jeśli ktoś jest stary, chory lub stracił kończynę, zostaje wrzucony do ognia.
Nie musiał na nią patrzeć by wiedzieć, że jest zaskoczona. I przerażona. Krzyki, śmiechy i wycie docierały do nich z ogniska. Obserwowali, jak główny, dajmy na to kapłan, wycina kawałki mięsa z nieszczęśnika, a inni pożerają je na surowo. Nie musiał namawiać Lucky do powrotu. Sama zeszła z głazu i ruszyła przed siebie, chwiejąc się na nogach i trzymając ręką za brzuch.
- Czym oni są? - spytała. Nim odpowiedział, usłyszał jak się potknęła i przeklęła pod nosem, następnie zwymiotowała. Czekał cierpliwie aż się podniesie. Nie zapalili latarek, więc szli w całkowitym mroku. W końcu pomógł jej wstać i ruszył, trzymając ją za rękę i ciągnąc za sobą.
- Kiedyś byli ludźmi - zaczął. - Ale skażenie biologiczne, dramatyczne przeżycia, upał, brak snu. Trudno powiedzieć który czynnik sprawił, że są tym, czym są. Każdy tutaj może być taki jak oni, ale nikt nie chce. Trudno wyeliminować tę plagę, osobiście wątpię, by kiedykolwiek dało się ich wytępić. Zaraz pojawią sie kolejni i kolejni.
Kiedy skończył, cisza była nazbyt wyraźna. Słyszał każdy szelest, przyspieszony oddech i odchrząknięcie. Czuł przyspieszony puls towarzyszki, jak i swój. Nie odzywali się do siebie, stąpając ostrożnie. Ta lekcja dała w kość im obu, chociaż Mordercai nie pierwszy raz widział te makabryczne sceny. Nie raz, ani nie dwa, sam prawie skończył jak ten nieszczęśnik. Nauczył się wówczas, że nie każdy zasługuje na ratunek.
- Dlatego ruszyłeś w teren? - Słysząc te pytanie, zatrzymał się na chwilę, szukając właściwiej odpowiedzi. Powiedzenie wprost, że się martwił, byłoby całkowicie bezsensownym rozwiązaniem. Wolał też nie mówić, że jest jej dłużnikiem i w głębi serca jest jej wdzięczny za ratunek. Dlaczego za nią poszedł?
- Tylko ty potrafisz kierować tym ustrojstwem, a kiedy długo nie wracałaś, uznałem, że się zgubiłaś.
Nie wiedział, czy mu uwierzyła. Starał się, by wytłumaczenie było naturalne, oczywiste wręcz. Teraz nie był do końca przekonany do własnych słów.
Czuł pewną sympatię do tej młodej, rozhisteryzowanej dziewczyny. Uratowała mu życie, dawała sobie radę, nabierała odwagi i potrafiła mu napyskować, co go zaskoczyło. Raz, kiedy szukał sposobu na odreagowanie i zaczął się jej czepiać, wdała się z nim w kłótnie. I nie przerażał jej. Była pyskata do samego końca, nawet gdy lufa wbiła się jej w brzuch.
Lubił ją? Raczej nie, drażniła go, denerwowała. Była irytująco niezdarna, a jednocześnie fascynująco samodzielna. Załatwiła psychoza, nawet się nie zastanawiając, czy jest to przyjaciel. Najbardziej denerwowała go jej dobroczynność, chęć niesienia pomocy i ratunku. Był zazdrosny, bo ta cecha umarła w nim dawno temu.
Wkurzała go przede wszystkim dlatego, że uświadamiała mu, że nie jest już dobrym facetem, który tutaj trafił. Teraz był... Był tym, kim był.
Wkurzała go. Tak, wkurzała go, denerwowała, a jednocześnie wnosiła do jego życia trochę... radości? Za mocne słowo. Trochę nowości. Potrafiła zaskoczyć i chyba właśnie to w niej lubił. Niespodziankę, którą ze sobą niosła. Kiedy miał dobry humor, była idealnym towarzyszem, ale kiedy wpadał w parszywy, doprowadzała go do szewskiej pasji.
Uświadomił sobie, że nadal stoją w gęstym mroku, nie widząc się, a do tego dalej trzymała go za rękę. Poczuł, jak wzbiera się w nim wściekłość. Bezpodstawna, dzika wściekłość, która nie posiadała właściwego uzasadnienia. Jak wtedy, w jaskini. Wyszarpnął swoją dłoń i zrobił kilka kroków przed siebie. Zatrzymał się nagle i odwrócił, by coś powiedzieć, ale wpadła prosto na niego. Kamień pod jego stopą osunął się, przeważył i poleciał do tyłu, razem z dziewczyną. Miał ją już przekląć, gdy ziemia zaczęła się osuwać, a oni razem z nią. Lawina kamieni w dół zbocza nie mogła zrobić im krzywdy, ale nie wiadomo co się czaiło na dnie.
Sunął na dół z podłożem aż zatrzymał się na samym dole. Nasłuchiwał, jak Lucky sunie zaraz za nim, a potem zatrzymała się opodal. Szli wzdłuż zbocza już dłuższy czas, o czym nie wiedzieli, a teraz znajdowali się znacznie dalej od pojazdu. Nie był pewien czy wie, gdzie jest auto. Wściekłość, która się w nim wezbrała potrzebowała ujścia.
- Idiotko, wszystko twoja wina! - syknął wściekły.
- Chrzań się! Po co się zatrzymywałeś?
- Bo tak! Mam prawo zatrzymać się gdzie chcę i jak chcę. - Irytacja w głosie Mordercaia była nazbyt wyraźna.
- Srać to, jesteśmy na dole a auto na górze. Jak chcesz tam dotrzeć, panie mądraliński? - Lucky z kolei miała nastrój na zaczepki.
- Zaraz cię zastrzelę.
- Spróbuj.
Oboje wiedzieli, że irracjonalność tej sytuacji jest komiczna. Nieprzeniknione ciemności, zaduch oraz idealna cisza przerywana przez kłócącą się o bzdety dwójkę. Jednakże nerwowość atmosfery w powietrzu musiała zostać rozładowana.
Lucky umilkła pierwsza, wzbudzając tym samym lekki niepokój u towarzysza. Kiedy trajkotała jak kura to wiedział, że przynajmniej jest i żyje. W końcu sięgnął w jej kierunku ręką, ale musnął tylko powietrze. Nie było jej.
- Lucky? - zagadnął ciemność. Mrok, który ich otaczał stawał się coraz bardziej irytujący.
- Jestem, jestem. - Jej głos dobywał się trochę dalej niż miejsce, w którym jego ręka przecięła powietrze. Z jednej strony odetchnął z ulgą, a z drugiej miał ochotę ją udusić. Nauczony do samotności, lubił jej towarzystwo a jednocześnie drażniła go.
Siedzieli chwilę w milczeniu, nie potrafiąc się zebrać na to, by wstać i ruszyć do pojazdu. Westchnął, przecierając twarz dłonią i otworzył usta, by coś powiedzieć.
- Hellou, przybysze! - wesoły krzyk między nimi wywołał tę samą reakcję. Szarpnięcie broni i wystrzał. W błysku Mordercai rozpoznał kształt do którego strzelali. Mały robot CL-4P TP, zwany przez nich Claptrap. Nie zdążył nawet krzyknąć, gdy metalowe pociski przeszyły go na wylot. Spięcia wewnątrz jego ciała dawały poświatę, rozświetlając ich grobowe miny.
- Ups - mruknął, ale nie schował broni. Lucky wyglądała na bardziej przerażoną.
- Co to jest? - spytała. Co miał jej powiedzieć? Że właśnie rozwalili skrzynkę na małej oponie, z rączkami i wszelkimi nadajnikami, które byłyby im potrzebne do odnalezienia pojazdu?
- To był nasz ratunek, jak mniemam - mruknął. W przebłyskach dostrzegł pytające spojrzenie, więc wyjaśnił jej, że CL-4P TP to małe roboty produkowane przez Hyperion. Są głównymi de-szyfrantami bram i tajnych przejść, mają wszelkiego typu nadajniki i są doskonałymi, chociaż tchórzliwymi przewodnikami. Jednak jakoś rok wcześniej wycofano je z produkcji i okazało się, że z dnia na dzień ubywa ich w zastraszającym tempie. Służyły za tarcze strzelnice dla bandytów, a dla samych mieszkańców były niczym innym jak hałasującym szkodnikiem, którego da się tolerować.
Zdziwił go jednak fakt, że Lucky uparła się, by go za sobą pociągnąć i naprawić. Kiedy odmówił, sama zaczęła go ciągnąć, przez co tempo marszu spadło o połowę. W końcu pomógł go dociągnąć do samochodu. Odnaleźli go w samą porę - jasna łuna wschodzącego słońca zaczęła się pojawiać na horyzoncie. Załadowali robota na bagażnik.
Okno pojazdu otworzyło się i wychyliła się głowa Salvadora.
- No nareszcie! Ile można na was czekać?
Żadne nie skomentowało jego powitania, tylko każde usiadło na swoim miejscu. Lucky odpaliła silnik, który z początku zajęczał agonalnie, ale na szczęście złapał iskrę. Niepewnie spojrzała na pasażera obok, a ten udawał, że świat za oknem jest bardzo interesujący nawet dla kogoś, kto spędził w tym piekle kilkanaście lat. Nagle pojawiła się głowa Salvadora między nimi, wyszczerzona i ucieszona jak u małego dziecka, który dostał lizaka.
- Spaliście ze sobą, co? - Kiedy usłyszałam to pytanie, myślałam, że to żart.
Reakcja Morda jak i moja była identyczna. Parsknęliśmy głośnym, niepohamowanym śmiechem. To było tak niedorzeczne, że aż komiczne. Ja i Mord? Widziałam, że myślał podobnie. Byliśmy dla siebie niczym jadowite węże z zupełnie obcych gatunków.
- Posrało cię? - spytał Mord, krztusząc się ze śmiechu.
- No weź, nie podupczyliście no? - wyraźna nuta zawodu w głosie krasnoluda wywołała u mnie atak histerycznego śmiechu. Nie wiem czy oni się śmiali z tej sytuacji, czy też ze mnie, bo im bardziej ja się śmiałam, tym bardziej oni rechotali.
- No co?
- Salv, skończ tak gadać, bo ja się wydupczę. Z tego auta. - Ostrzegł go Mord. Jeszcze trochę czasu zajęło mi opanowanie histerii śmiechu. W końcu odpaliłam silnik. Ja i Mordercai? Niedorzeczność...
Dojechaliśmy do New Heaven w kilka godzin później, a ja byłam całkowicie wykończona. Oczy mi się kleiły a jedyne, czego pragnęłam to prysznic i łóżko. Zatrzymałam pojazd na dziedzińcu tak, by inni mogli spokojnie wyjechać. Z tyłu siedzenia nachylił się Zero z równo ułożonym rulonem banknotów spiętych gumką. Salvador, również wyciągając w moim kierunku banknoty, ale pozaginane na pół.
- Dzięki mała za podwózkę. - Wzięłam od nich pieniądze za transport, po czym wyszli żegnając się. Mordercai cały czas siedział obok, udając, że liczy pieniądze. Kiedy pozostaliśmy sami, rozsiadłam się wygodnie i spojrzałam za okno.
- Wiem, że i tak masz odliczone - mruknęłam jakby od niechcenia.
Na moje stwierdzenie zaśmiał się i rozsiadł wygodnie, dając jedną nogę na siedzeniu i opierając na niej łokieć. Ręką cały czas poprawiał brodę. Wpatrywał się w dzieci biegające po dziecińcu. Dzieci. Przerażała mnie wizja tego, jak te niewinne istoty przez błędy rodziców trafiły do tego piekła. Ba, urodziły się w nim. I radziły sobie znacznie lepiej niż niejeden dorosły. Były lepiej obeznane ode mnie, mało tego, bawiła ich moja niezdarność i niewiedza.
- Proszę cię, nie daj się zabić.
Zamrugałam energiczniej i spojrzałam na niego, całkowicie zaskoczona. Nie patrzył na mnie ale widziałam, że te słowa ciężko przechodzą przez gardło. Martwił się o mnie? Kiedy na mnie spojrzał, musiał wyczytać myśli z mojej mimiki. Uśmiechnął się natychmiast, dość złośliwie zresztą i natychmiast dopowiedział kilka zdań.
- Postawiłem na ciebie w zakładzie sporą sumkę. Przetrwaj rok, a będę bogaty jak nigdy w życiu.
Mimowolnie, uśmiechnęłam się na wieść o tym. Robili zakłady o to, kto przeżyje. O to, czy ja przeżyję i ile czasu. Powinnam być zbulwersowana. Ciekawe czy sama mogłabym postawić na siebie w zakładzie?
- A jak już masz umrzeć, to daj się zastrzelić, nie pożreć. Na pożarcie masz największe noty, a ja stawiałem na to, że ktoś cię zastrzeli - dodał. Parsknęłam śmiechem, chociaż powinnam być śmiertelnie przerażona. Powinnam. Jednakże ostatnio coraz mniej się bałam, chociaż coraz częściej mi grozili. Uodporniłam się? Było mi to obojętne? Trudno powiedzieć. Ot, tak. Taki klimat Pandory. Umrzesz, zaraz cię zastrzelę, poszlachtuję cię... Im więcej tego nasłuchasz, tym mniej wierzysz.
- To strzelaj teraz - zaproponowałam. Parsknął, uśmiechając się pod nosem.
- Mówiłem, więcej zarobię na tym, że przetrwasz. No nic mała. - Poklepał mnie po udzie. - Jak się wyśpię to ruszam na samo południe, na drugi biegun Frozen Wastes. Mam kilka spraw, trochę zadań, więc nie prędko się zobaczymy.
- Mam nadzieję, że wrócisz cało - powiedziałam obserwując jego reakcję. Zesztywniał, jakbym rzuciła w niego jakimś jadowitym gadem. Spojrzał na mnie i dostrzegłam pustkę w jego oczach.
- Nadzieja? Po co ci nadzieja? To tylko bagaż, który trudno udźwignąć. Lepiej się jej wyzbądź, a nie zawiedziesz się na życiu - powiedział smętnym głosem. Chciał mnie zdołować? Przekonać do swoich racji? Jeśli tak, to mogłam się z nim sprzeczać. Nadzieja umiera ostatnia.
- Nadzieja pozwoliła mi przeżyć. Przetrwałam upał, pragnienie i głód. Pokonałam strach i zwalczyłam przeciwności losu z nadzieją. To ona dawała mi sił by biec, gdy goniły mnie skagi. To ona nie pozwalała mi upaść, gdy goniły mnie te robale. Rozumiesz? Nadzieja mnie pchała do przodu. - Starałam się mówić opanowanym, chłodnym głosem. Jednak drżał, a cała pewność siebie i siła zaczęła mnie opuszczać. Znów byłam tą dziewczyną, która dopiero co się obudziła i musiała walczyć o życie.
- Nadzieja na co? Że zastrzelą cię, gdy tylko dotrzesz do miasta? Nadzieja, że pozostaniesz w tym piekle? Będąc tutaj, umarłaś. Jesteś w piekle, w piekle nie ma nadziei. Musisz to zrozumieć. - Nie chciałam tego zrozumieć. Nie chciałam, ale i nie potrafiłam. Przełknęłam łzy i spojrzałam mu pewnie w oczy, nie obawiając się. Starałam się być twarda.
- Nawet w piekle jest nadzieja. Przetrwałam, bo miałam nadzieję, że przeżyję i że gdy tylko cię spotkam, skopię twoje wredne dupsko. - Słysząc tę szczerą prawdę, parsknął śmiechem.
- Spotkałaś mnie, więc dlaczego nie realizujesz dalszej części planu, hm? Wiesz czemu? Jesteś słaba! Tylko to dała ci twoja nadzieja. Przeżyłaś i co dalej? - Zaczynał być zirytowany całą tą dyskusją. A ja? Nie poddałam się. Fakt, nie zrobiłam mu nic, bo byłam za słaba.
- Teraz mam nadzieję, że stanę się tak silna, że będę mogła skopać ci dupsko bez zająknięcia.
- I co dalej? Co zrobisz, jak będziesz mogła to zrobić bez strachu i bez konsekwencji? - Sprowokował mnie. Uśmiechnęłam się ciepło, co wyraźnie wytrąciło go z równowagi.
- Nic. Nie zastrzelę cię wówczas dlatego, że nie nawykłam bić słabszych od siebie - szepnęłam. Patrzyliśmy sobie dogłębnie w oczy, w końcu westchnął i przetarł twarz dłońmi.
- Pandora oduczy cię nadziei i sentymentów, zobaczysz.
Machnął ręką, zostawiając kasę i wysiadł zirytowany. Obserwowałam, jak odchodzi i poprawia broń, którą przewiesił przez plecy. W mgnieniu oka na jego ramieniu wylądował Krwawiec, a raczej wylądowała. Była to dziewczynka. Mordercai. Człowiek tajemnica. Nie potrafiłam rozgryźć jego charakteru, tego jaki jest naprawdę, a kiedy się zgrywa.
Odpaliłam silnik. Zmęczona na pewno nie odkryję prawdy, dlatego też ruszyłam do bunkra. Był idealnie pusty, jedynie wiatr hulał po pustych korytarzach. Wzięłam prysznic, poszłam na strzelnicę, trochę pograłam w bilard, wypiłam kilka drinków. Spędziłam kilka długich godzin w samotności, aż w końcu położyłam się w łóżku i usnęłam. Zarobiłam wystarczająco dużo, by móc się wyspać. Drzemałam co najmniej kilkanaście godzin, a nawet jeśli nie, to przewracałam się w łóżku i rozmyślałam. Nie pisałam nic w dzienniku, bo pozostał w pojeździe. Sen nadchodził i odchodził, a mnie śniły się kolejne koszmary.
Usłyszałam jakieś głosy i otworzyłam oczy. Jednak wszystko widziałam w wielu barwach, jakby moje oczy widziały ciepło, a nie... Spojrzałam na rękę, która okazała się szponiastą łapą. Och, znów sen. Świadomość, że śnię nieco poprawiła mi nastrój. Czymkolwiek byłam, to ciało miało czteropalczaste łapy o ostrych szponach. Wiem, że miałam również skrzydła z haczykowatym wykończeniem, jak u nietoperza. Nie wiem czy do wieszania się czy też do wspinania. Ogon zakończony ostrym kolcem, który w podświadomości był jadowity. Zrobiłam to, co robiłam za każdym razem, gdy tkwiłam w tej marze.
Drzwi klatki były otwarte, więc wypełzłam i rozejrzałam się uważnie. Ludzie, którzy stali opodal ubrani byli w białe kitle. Dyskutowali o czymś, ale nie widzieli mnie, za to co chwilę wskazywali na klatkę. Gestykulacja sugerowała mi, że się kłócą. Przemknęłam korytarzami laboratorium, obserwując coraz to różniejsze bestie w klatkach. Wszystkie wyczuwały mnie, nawet jeśli nie widziały. Nie wiem czym byłam, ale cudowne uczucie nieuchwytności towarzyszyło mi za każdym razem. Byłam wolna na swój sposób. Dotarłam do jakiegoś pomieszczenia, a drzwi otworzyły się wyczuwając mój ciężar.
Kilkadziesiąt ludzi siedziało przy stolikach, spożywając codzienny posiłek na stołówce. Kilkadziesiąt ludzi, których twarze i rozmowy rozlewały się w jedno. Wiedziałam, że nie mogę iść pomiędzy stolikami. Dlatego wspięłam się do kanału wentylacyjnego i przemknęłam kilkanaście metrów wąskim tunelem. Stąpałam cicho, ostrożnie. Każde urządzenie elektroniczne zaczynało wyć, gdy tylko znalazłam się w pobliżu. Było to związane z moją niewidzialnością?
Wyskoczyłam z szybu i znalazłam się w kolejnym laboratorium, ale tutaj była tylko dwójka ludzi. Wiedziałam, że się kłócą. Krzyczeli, ale nie rozumiałam słów. Brzmiały w moich uszach tak, jakbym siedziała w beczce wygłuszającej. Twarze rozmazywały się, ale podświadomie wiedziałam, że to kobieta i mężczyzna. Przyglądałam im się, aż nagle mężczyzna podniósł rękę na dziewczynę. Instynktownie zamachnęłam się łapą. Ostre szpony rozszarpały lewą część twarzy. Aromat krwi wypełnił nozdrza. Nie dałam się ponieść fali uniesienia, tylko spojrzałam na kobietę. Nie bała się. Patrzyła na mnie i się uśmiechała.
- Lucky? - Nie otworzyła ust, ale słyszałam jak zwraca się do mnie. Nie, to nie ja byłam Lucky. To...
- Lucky? - Otworzyłam oczy, wyrwana ze snu. Zamrugałam energicznie i dostrzegłam nad sobą znajomą twarz.
- Lilith? - mruknęłam, przecierając twarz dłońmi i unosząc się na łokciach.
- Strasznie się szarpałaś przez sen, wybacz, że obudziłam. - Pokręciłam jednak głową. Do odkrycia kim są te postacie we śnie była daleka droga. Uśmiechnęłam się i podziękowałam. Resztę dnia spędziłam z Lilith na omawianiu ubrań, fryzur, malowaniu paznokci i graniu w bilard, czym doprowadzałyśmy do szału przewijających się przez główny pokój Vault Hunterów. Typowo babski dzień dobrze mi zrobił, bo kolejnej nocy nie miałam już koszmarów. Kiedy się obudziłam, zrozumiałam, że by odkryć co kryje się za snami, muszę poradzić sobie z teraźniejszością. Muszę odnaleźć odpowiedź we wraku.
Po porannej rozmowie z Lilith wróciłam do New Heaven. Porozmawiałam ze Scooterem, który udostępnił mi pudła z wszystkimi rzeczami z wraku, a które nie zostały jeszcze sprzedane lub zużyte. Kolejne godziny przegrzebywałam setki niepotrzebnych elementów, szukając klucza do snów. Niestety, nie znalazłam nic.
Teraz siedziałam na masce samochodu na wprost budynku, w którym mieścił się gabinet Heleny i walczyłam sama z sobą. Nie byłam pewna, czy ma to sens. W końcu westchnęłam, przetarłam twarz dłońmi i udałam się do najbliższego sklepu, w którym kupiłam dwie butelki piwa. Nie lubiłam jej, ale potrzebowałam informacji. Nie miałam wyjścia.
Kiedy zapukałam do drzwi, usłyszałam zdziwione:
- Wejść?
Tak jak się spodziewałam, nie ucieszył jej mój widok. Postawiłam butelki piwa przed nią i pomachałam białą flagą, którą pożyczył mi Scooter. Na zewnątrz toczyły się zakłady, czy wyjdę tu sama czy z pomocą. Albo na wózku. W czarnym worku. Uniosła brwi w wyrazie zdziwienia, który nadawał jej bardziej groteskowy wygląd. Mimo, iż w dalszym ciągu jej blizny wzbudzały we mnie swoistą fascynację, powstrzymałam się przed gapieniem na nią. Wskazała mi na krzesło, które posłusznie zajęłam.
- Słuchaj, gówno mnie obch...
- Mam biznes do ciebie - przerwałam. Moje słowa wyraźnie ją zaciekawiły. Wykorzystałam fakt, że milczała. - Nie potrafię wiele zaoferować, ale mogę coś przewieźć czy coś. W zamian chcę tylko informację.
- Nie będę handlowała informacjami o członkach społeczeństwa. - Próbowała uciąć temat, ale nie dałam się.
- Przecież nie jestem członkiem społeczeństwa, prawda? - odpowiedziałam głosem ociekającym jadowitą słodyczą. Zmrużyła oczy podejrzliwie.
- Co przez to rozumiesz?
- Chcę wiedzieć kim byłam. Spora część promu już się rozeszła. Nie, nie chcę niczego - dodałam natychmiast widząc, że się podnosi. - Chcę tylko przejrzeć te rzeczy, bo coś może zawierać informacje o mnie.
- I czego niby szukasz?
- Nie wiem. Czegoś. Jak to zobaczę, to będę wiedziała co to.
- Jeśli ci to udostępnię, zrobisz co tylko zechcę? - spytała w niebezpieczną nutą w głosie. Domyśliłam się, że chce, bym zdradziła informacje o bunkrze. Uśmiechnęłam się.
- Nie handluję informacjami o społeczeństwie, do którego należę, Heleno. Mogę ci coś przewieść. Coś, kogoś. - Jej twarz nie odzwierciedlała myśli. Utkwiła we mnie spojrzenie, w końcu westchnęła i sięgnęła po piwo.
- Dobra, niewielka przysługa za niewielką przysługę. Skąd mogę wiedzieć, że mnie nie oszukasz? - Czekałam na to pytanie. Uśmiechnęłam się, sięgając po własne piwo.
- Tak samo jak ja nie wiem, czy czegoś przede mną nie zataisz.
Tym sposobem kolejne dwa cykle spędziłam na przeszukiwaniu setek przedmiotów z promu. Pomagało mi kilku tutejszych ludzi, jednak bez efektu. Sprawdzaliśmy u kupców, sprzedawców i w hangarze, w którym wszystko było magazynowane. Wiele godzin zmarnowane na rzeczach, które nie potrafiły uwolnić mnie z moich obaw. Mój sen miał dla mnie duże znaczenie, chociaż równie dobrze mógł być wymysłem, wytworem wyobraźni.
Sypiałam w aucie, praktycznie nie opuszczałam New Heaven i nie wykonywałam żadnych misji, przez co zapas gotówki znacznie się uszczuplił. Przez czterdzieści osiem godzin łapałam się krótkich, małych robót, by zarobić cokolwiek na wodę i najtańsze jedzenie. Jeśli myślałam, że puszka skaglizny to ohyda, to jeszcze tańsza żywność uświadomiła mnie, że byłam w błędzie.
Czasem, gdy pojawił się jakiś Vault Hunter, postawił mi porządny obiad. W końcu, kiedy trzeci cykl zaczął się krwawym zachodem, miałam dość wszelakich poszukiwań. Chłód, niewyspanie i coraz częściej śniący się ten sen. Teraz jednak kobieca postać śmiała się, a ja nie wiedziałam z czego.
Potrzebowałam gotówki, odpoczynku i odrobiny towarzystwa. Powrót do bazy nie miał sensu, bo wedle ECHO wszyscy znajdowali się rozsypani po całej Pandorze.
Wyszłam z auta, ziewając i przeciągając się. Podeszłam do tylnej klapy bagażnika i zobaczyłam nieaktywnego, zniszczonego robota, który pokrył się już grubą warstwą pustynnego pyłu. Patrzyłam na niego, rozmyślając, co z nim zrobić? Z jednej strony mogłam go sprzedać, ale z drugiej strony... Postanowiłam podpytać o koszty naprawy.
- Hej, dziewczyno.
Nawet przez komunikator Helena brzmiała wystarczająco groźne, by mi się włos na głowie zjeżył. Wzięłam jednak mikrofon do ręki.
- Słucham cię.
- Pamiętasz naszą umowę? - Oczywiście, przecież podpisałam pakt z diabłem. Chciałam to powiedzieć, ale pozostałam tylko na "oczywiście".
- No, to masz trasę.
Radość w jej głosie dała mi jasno do zrozumienia, że przede mną ciężkie dni.
