Wpis: Nie mam pojęcia, straciłam rachubę po dwudziestu.
Tak jak się spodziewałam, umowa z Heleną jest jak kontrakt z diabłem. Wysłała mnie samą do Windshear Waste, ostatniego miasteczka na południe. Przed wyjazdem jednak wróciłam do bunkra. Sprawdziłam wówczas dokładnie skrzynie, które zabrałam z garażu - wcześniej nie miałam do tego okazji. Otrzymałam trochę ubrań, a z pomocą igły i nici uszyłam sobie całkiem znośny strój. Znalazłam czarne krótkie szorty z zapinaniem aż pod biust i dziurawe długie rurki moro. Zszyłam całość na wzór kowbojskich. Do tego po kaburze z rewolwerem na każdym udzie. Do tego miałam szarą bluzkę na ramiączkach, a pod nią długi czarny rękaw z cienkiego materiału. Wszystko włożone do spodni, przez co ładnie opinało talię. Nie potrafiłam zrezygnować ani z okularów pilotek, ani tym bardziej z kowbojskiego kapelusza z czarnego materiału. Komplet uzupełniały czarne rękawiczki bez palców. Na ramiona narzucałam skórzaną, męską kurtkę, którą wygrzebałam z piasku podczas jednego z wypadów. Była trochę popękana, ale pomijając ten defekt, jej stan był idealny. Pozostawiłam ochraniacze na łokcie, oraz wysokie buty z ochraniaczami na łydki i kolana.
Zdobyte pieniądze przeznaczyłam na kupno białego futra z bullymonga, tutejszego czteroramiennego yeti. Zrobiłam to trochę z własnej wygody, bo nie chciałam za każdym razem mieć sopli z nosa. Zajmowało ono nie dużo miejsca, a było bardzo ciepłe i wygodne. Kaptur z zdartą ciemnoskórą mordą, materiał długi do łydek. Był tak zszyty, że mało spostrzegawczy snajper weźmie mnie za bestię i skończę jak właściciel futra.
Potem wyruszyłam. Musiałam przejechać tysiące kilometrów pustyni, następnie wkroczyć na pustynię "Dead Sands". Słodka nazwa, która idealnie odzwierciedlała klimat tamtych pustkowi. Otwarta pustynia, bez głazów czy też szczytów. Ciągnęła się setki kilometrów bez wody, bez postoju. Koła zapadały się miejscami, ale IVA dawała sobie radę. Jakoś.
Jeśli sądziłam że przy New Heaven jest gorąco, to się myliłam. Dead Sands były miejscem, w którym nawet bestie nie chciały egzystować. Bałam się gdziekolwiek zatrzymywać, bo nie dało się wysiedzieć w pojeździe. Rozebrałam się z każdej możliwego, wierzchniego nakrycia.
Następnie musiałam przejechać przez Higlands, czyli górskie tereny. Było znacznie chłodniej, miejscami zalegał śnieg. Wąskie trasy, wysokie szczyty, tunele pod górami i głazami. Zatrzymałam się na parkingu w małym miasteczku zwanym Overlook, które mieściło się na skraju urwiska. Kilkanaście budynków na betonowych palach, wysoka wieżą z zegarem i kilka domów wiszących nad przepaścią. Nie wyszłam z pojazdu - zamknęłam się od środka i zasnęłam. Udało mi się przespać kilkanaście godzin. Ruszyłam w drogę, nalewając sobie wody ze strumienia do butelek by zabić głód. Nie miałam co jeść, a nie miałam funduszy by coś kupić.
Przejechałam przez te wyżyny tylko po to, by wjechać w lodowe góry. Kilkukilometrowy tunel pod górą ciągnął się w nieskończoność, a gdy z niego wyjechałam otoczył mnie śnieg i mróz. Ubrałam się w ekspresowym tempie, do tego poowijałam futrami i włączyłam nawiewy na siebie. Droga przez Three Horns Valley, którą początkowo miałam obrać okazała się nieprzejezdna - lawina zablokowała wszelkie ścieżki i nadal nikt jej nie odkopał. Dlatego musiałam zawrócić i przejechać przez tereny Tundry Ekspress, a dopiero przejechać przez Three Horns Divine. Przynajmniej według mapy.
Swoją drogą, spędziłam bardzo dużo czasu na studiowaniu map zarówno elektronicznych, jak i starych papierowych. Rozumiałam, dlaczego Helena mnie tu wysłała. W pewnym momencie przestaję jechać po kamieniach pokrytych lodem i śniegiem - jadę po samym lodzie i śniegu, który miejscami może być grubszy jak i cieńszy. To kwestia jednego czy dwóch błędnych kroków, by samochód razem ze mną zanurzył się w lodowatej wodzie. Sprytny sposób na pozbycie się niewygodnego człowieka.
Przez całą tę wędrówkę nie dane mi było nikogo spotkać, pomijając wszelakiej maści stworzenia, które w mniejszym lub większym stopniu próbowały mnie unicestwić. Nie wiem jak to możliwe, że wyjechałam z tego bez szwanku. Im bardziej na południe, tym zimniej się robiło. Aktualnie termometr zewnętrzny pokazywał minus dwadzieścia stopni.
Teraz, pisząc tę notę, siedzę w samochodzie i trzęsę się z zimna. Silnik jest wyłączony, szyby zaparowały, owinęłam się szczelnie wszystkimi futrami i kosami. Czekam przy porcie na prom, który przewiezie mnie na lodową wyspę. A żeby było śmieszniej, wyspa nie ma ani kawałka kamienia - wszystko lód. Kiedy ludzie w porcie dowiedzieli się, że mam zamiar jechać wypakowanym po brzegi samochodem, spojrzeli na mnie z pobłażaniem. Wiedziałam, że to samobójstwo, bo lód nie mógłby utrzymać takiego obciążenia. Helena również o tym wiedziała. Niemniej, wyjeżdżając otrzymałam jeszcze sporo innych zleceń, nieźle płatnych zresztą. Głównie polegały na "przywieź mi to i to" albo "pogadaj z tym i tym". Auto jednak wyładowany był tym, co wcisnęła mi Helena.
Jest przeraźliwie zimno, jestem głodna i nie mam co pić. Woda, którą miałam zamarzła całkowicie. Mija minuta za minutą. Siedzę już tutaj... około sześciu godzin. Przez ten cały czas nie miałam kontaktu z nikim z towarzyszy, nawet straciłam ich na nadajniku. Nie wiem z czego to wynika, ale wzbudza lekki niepokój. Nie, żebym spodziewała się ratunku, ale ktoś mógłby mi postawić obiad... Idę spać, może nie będę myśleć o głodzie.
Nie spałam za dobrze. Trzy godziny snu, jestem bardziej wykończona niż byłam. Nie jadłam niczego konkretnego od dwóch... trzech dób? Wątpiłam, by udało mi się upolować jakieś robaki czy inne, drobne elementy do upieczenia. Nie czuję palców u stóp, ale jeszcze nie zsiniały.
Próbuję się rozgrzać, ale nie chcę odpalić silnika. Paliwa jest na rezerwie. Jedynym plusem tej planety jest to, że u Scootera mogę brać benzynę na kredyt. Jeny, jestem wykończona.
Kolejna godzina, a mnie skręca.
Zasnęłam z piórem w ręku. Mam problemy z pisaniem, bo atrament zamarza. Muszę go rozgrzewać oddechem by cokolwiek napisać. Minęło... zaledwie kilkanaście minut. Mimo, że kręci się tutaj mnóstwo ludzi, nikt nie da mi niczego do zjedzenia. Nie za darmo.
Miasteczko jest małe, drewniane. Wygląda jak typowa wioska wielorybnicza. Łodzie wypływają i przypływają, ale prom, który ma mnie zawieść na wyspę dalej jest poza zasięgiem. Muszę wyjść do ludzi i popytać o to, ile to jeszcze potrwa. Nie wiem jak długo jeszcze wytrzymam...
Odłożyłam pióro, zginając i rozprostowując palce. Zaczynały mi delikatnie sinieć, a wszystko przez to, że nie dane mi było kupić rękawiczek. Teraz nie miałam za co. Zmusiłam się do otworzenia drzwi. Natychmiast uderzył we mnie lodowaty podmuch wiatru, który potęgował mróz. Owinęłam się szczelniej białym futrem bullymonga i ruszyłam przez miasteczko. Nim dotarłam do gospody, piekły mnie policzki, z oczu ciekły łzy oraz przemarzłam do ostatniej kości. Zaczynała się zamieć, bo co chwilę piały puch muskał mnie po twarzy.
W gospodzie było ciepło, tłoczno i gwarno. Cuchnęło alkoholem, papierosami, potem. Śmiechy, rozmowy i dyskusje zlewały się w jeden rumor, który radował ucho. Drewniany budynek z owalnymi stolikami i mnóstwem krzeseł, z barem i telewizją, w której puszczano jakieś czarno-białe filmy. W powietrzu wyczuwałam zapach gorącego posiłku i grzanego wina. Przełknęłam zbierającą się w ustach ślinę i ruszyłam w kierunku lady, wzbudzając zainteresowanie zebranych mężczyzn. Nie byłam jedyną kobietą, właściwie było ich tu całkiem sporo. Niektóre były zwykłymi prostytutkami, inne barmankami, a niektóre żonami czy siostrami.
W końcu usiadłam na krześle, zdejmując futro i kładąc je sobie na kolanach. Mój ubiór wzbudził wyraźne zainteresowanie kobiet - był czysty, zadbany i bardzo wyróżniający się w tłumu. Mężczyzn zainteresowała z kolei moja anatomia, ale starałam się zachować obojętny wyraz twarzy.
- Gdzie mogłabym sprzedać broń? - spytałam, kładąc ręce na ladzie. Nie czułam się za dobrze sprzedając jeden z dwóch rewolwerów, ale martwej na nic by mi się nie zdały. Potrzebowałam jedzenia. Barman, wysoki i szczupły mężczyzna otaksował mnie spojrzeniem, po czym uśmiechnął się szarmancko. Widząc jego uśmiech, natychmiast nabrałam podejrzeń. Coś było nie tak.
- U mnie mogysz, ładnie wybulam. - powiedział nietypową gwarą, ale pi przez drzwi zrozumiałam, co chciał mi przekazać.
Wyciągnęłam rewolwer, który kupiłam u Marcusa. Dowiedziałam się w swoim czasie, że jest on najlepszym sprzedawcą broni, a jego pistolety są niezawodne. Nigdy nie sprzedawał bubli. Położyłam go na ladzie. Wyglądał ładnie, elegancko z krótką, ale szeroką lufą. Bębenek na dwanaście naboi, a strzelał po dwie. Taki rewolwer-dwururka.
Mężczyzna wziął go do ręki i zaczął oglądać, a ja się rozejrzałam. Ludzie, którzy mnie obserwowali natychmiast opuścili wzrok. Czułam się trochę nieswojo, więc zaczęłam oglądać ściany. Tak jak myślałam, była to wioska wielorybnicza, ale stworzenia morskie znacznie różniły się od tych z ziemi. Prawdę mówiąc, nie wiem kto na kogo polował na tych wodach.
- Lipa, do życi, nie dom za niego więcej jak czterysta, ale żech je hojny, bo gryfne lico mosz. Czterysta pięćdziesiąt. - powiedział, kładąc go na ladzie. Uśmiechnęłam się jak idiotka, trzepocząc rzęsami. Wyglądało to dość komicznie, czułam się komicznie, ale mężczyźnie to z pewnością schlebiło. Za czterysta byłabym ustawiona, mogłabym kupić ubrania i ciepły posiłek, jednakże za broń zapłaciłam trzy razy więcej. Czy byłam w aż takiej desperacji?
- Tak z ciekawości, kto jest waszym dostawcą broni? - spytałam, udając szczerze niedoinformowaną. Zaśmiał się, drapiąc po brodzie i pochylił się w moją stronę, opierając o ladę.
- A taki jeden cep, wołomy go Shooty.
Słyszałam o nim. W New Heaven mówili "Nigdy nie kupuj u Shooty'ego, sprzedaje spluwy firmy Dahl - strzelają wszędzie tam, tylko nie w cel". Rewolwer, który leżał między nami był firmy Jacobs, która produkowała broń o celności snajperskiej.
- Gdyby Marcus usłyszał, że chcesz za mojego Jacobsa czterysta, wyśmiałby cię, zastrzelił i opluł - powiedziałam śmiertelnie poważnym głosem, chowając broń. Imię Marcusa oraz nazwy Jacobs wyraźnie wzbudziły zainteresowanie kilku amatorów zadań, bo przy ladzie pojawiło się trzech mężczyzn.
- Naprawdę to rewolwer Jacobs? - zagadnął któryś z nich. Każda broń miała swoje tajne miejsce na podpis, którego nie dało się w żaden sposób podrobić. Ten pistolet miał go na spuście, wyryty drobnymi literami, ale wystarczająco dużymi, by można było przeczytać. Do tego na dolnym podbiciu było wyryte "M", znaczy Marcus.
Posłałam sprzedawcy zadowolone spojrzenie, gdy cena pistoletu przekroczyła półtorej tysiąca. Licytacja stanęła na dwóch. Ci ludzie nie mieli szans otrzymać broń tego kalibru za mniej niż trzy, bo Marcus nie wszędzie prowadził eksploatację. Im dalej od New Heaven, tym drożej dla wszystkich. Nie dlatego, że Marcus sobie liczył, bo wszędzie ma te same kwoty. Tylko pośrednicy nakładają mordercze marże.
Nagle poczułam muśnięcie na udzie, w okolicach mojego drugiego rewolweru. Odepchnęłam rękę, wyciągnęłam broń, odblokowałam i wycelowałam. Trwało ułamki sekund, ale przerażenie na twarzy mężczyzny wzbudziło we mnie... Zadowolenie. Potrafiłam wzbudzić strach, chociaż nie tak, jak Mordercai. Uśmiechnęłam się delikatnie, subtelnie i powiedziałam spokojnym, opanowanym głosem.
- Podaj jeden powód, dla którego nie miałabym cię zastrzelić? - spytałam. Nikt nie zwrócił uwagi na sytuację, wszystkich zafascynował mój drugi rewolwer. Piękny, misternie robiony. Drewniana rączka, z dobrego stopu stali zrobiony. Sześć naboi, długa rurka i mała luneta. Duży, ładnie wygrawerowany na boku napis "Jacobs".
- Ile chcesz za niygo? - spytał sprzedawca, patrząc na broń z czcią. Kopnęłam złodziejaszka i kiwnęłam na drzwi, że ma uciekać, nim zmienię zdanie. Potem schowałam pistolet.
- Nie jest na sprzedaż.
- Daj spokój, to jeden z najrzadszych modeli, wyprodukowano zaledwie egzemplarzy. - Słysząc kogoś innego, zamarłam. Wiedziałam, że jest to drogi model, ale nie wiedziałam, że aż tak. Wartość mogła przekroczyć dziesięć tysięcy.
- Nie jest na sprzedaż - powiedziałam bardziej zawziętym głosem. Poczułam się zagrożona. Otoczona kilkoma mężczyznami, którzy wyraźnie zapragnęli posiadać tę broń i bez szans na wsparcie. Nie zamierzałam jednak jej sprzedać, bo nie należała do mnie. Otrzymałam ją od Mordercaia w dniu, w którym uratowałam mu życie przed Skagzillą. Nie upomniał się o nią, ale też nie wiem, czy otrzymałam ją na stałe. Przede wszystkim, nie wiedziałam, ile jest ona warta.
- Swoją drogą, skąd masz taką spluwę? - spytał jakiś facet, a ja wzruszyłam ramionami.
- Dostałam od... przyjaciela. - Zawahałam się przy ostatnim słowie. Mogłam nazwać Mordercaia przyjacielem? Na pewno nie był moim wrogiem, a to było już coś.
Jeszcze długo miałam wrzody na tyłku odnośnie mojego rewolweru, ale w końcu odczepili się, a ja kupiłam sobie gorący posiłek i grzane wino. Zjadłam z lubością pieczone udo skaga, jakieś warzywa. Dokupiłam suchy prowiant do samochodu, suszone mięso i puszki, oraz termos z gorącym winem. Teoretycznie mogłam wynająć pokój w gospodzie i wyspać się w wygodnym łóżku, ale czułam się bezpieczniej pozamykana w samochodzie. Wyszłam sporo czasu później, gdy już wygrzałam się przy kominku. Spytałam barmana o drogę do jakiegoś sklepu z ciuchami, gdzie mogłabym zaopatrzyć się w ciepłe rzeczy.
Kiedy wyszłam na zewnątrz, wiatr dmuchnął mi w twarz śniegiem. Przeklinając pogodę, Pandorę i wszytko, co naszło mi na myśl, dotarłam do sklepu, który był na końcu miasteczka. Ulice były wyludnione, a nie widziałam nic na więcej niż kilka metrów przede mną. Zamieć szalała i to porządnie.
Zapukałam do drzwi, otulając się jeszcze bardziej futrem. Otworzyła mi pulchna kobiecina poubierana w ciepłe, eskimoskie ubrania i nie pytając o cel wizyty, wpuściła mnie do środka. Sklep był mały, wypełniony futrami i różnymi przedmiotami, mniej lub bardziej przydatnymi.
- Przylazłaś żeś kupić futro? - spytała dziwną gwarą, ale pokręciłam przecząco głową.
- Nie, mam to. - Przecież nie w sposób było nie zauważyć tego białego puchu. Kobiecina zaśmiała się.
- To futro to jeno je taki wichajster na szrank abo ściany, to nie jakla się na te mrozy.
No tak, to by wszystko wyjaśniało. Zostałam naciągnięta na kasę dla futra, które nie ma żadnej wartości. I już było jasne, dlaczego tak w nim marzłam. Przetarłam twarz dłońmi.
- Ile kosztuje pełny ubiór?
- Oj złociutka, nie momy całych zestawów, ale coś ci wybierymy, pra? - zawołała. Za ladą siedziała dużo młodsza kobieta, której twarz była w strzępach. Ta padła ofiarą skaga, który rozszarpał skórę. Nie wzdrygnęłam się resztką siłą woli.
Z pomocą kobiet znalazłam ocieplacze na nogi, które zakłada się pod buty. Sięgały połowy ud i trzeba przyznać, ograniczały utratę temperatury. Następnie wybrałam ciepłe, białe futro z kapturem, czapkę z futra. Bardzo przypominała mi te rosyjskie czapki czołgistki. Kupiłam również okrągłe gogle z nakładkami przeciwsłonecznymi. Udało mi się również zakupić nauszniki, dwie pary rękawiczek i ciepłe buty, które nakładało się na zwykłe. Z jednej strony wyglądałam w tym wszystkim bardzo niezgrabnie, ale z drugiej strony zestaw był lekki i nie krępował ruchów. Dokupiłam jeszcze niewielki plecak, od którego powrzucałam wszystkie zakupione drobne elementy i żywność. Podziękowałam grzecznie, zapłaciłam i wyszłam na zewnątrz.
Od razu poczułam różnicę. Dotarłam do samochodu bez problemu, bez przemarznięcia. Pozamykałam się od środka, pozasłaniałam okna, położyłam na tylnim siedzeniu i poprzykrywałam futrami.
Wpis: Trolololo 3
Może zacznę nazywać wpisy? Bo numerowanie mi ich zupełnie nie wychodzi. Dalej tkwię na tym odludziu, w samochodzie. Minęła... doba od ostatniego wpisu. Przerażające, jak ten czas się wlecze na czekaniu. Zaraz wychodzę na obiad - oszczędzam pieniądze i pozwalam sobie na tylko jeden ciepły posiłek dziennie. Po tych wszystkich zakupach nie pozostało mi zbyt wiele pieniędzy. Jeszcze jeden cykl i znów zacznę głodować.
O! Jestem na Pandorze jakieś... trzynaście cykli. 10 cykli razy 84 godziny = 840 godzin, podzielić przez ziemskie doby = 35 dni. Jestem na Pandorze już przeszło miesiąc. Niewiarygodne, póki tego nie przeliczyłam, nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak czas tutaj leci. Zapewne za jakiś czas cykle zaczną mi się mieszać, zacznę jakieś pomijać, jakieś dodawać. Kiedy wstaję i widzę słońce, to nie wiem, czy jest już kolejny cykl czy trwamy w tym.
Mam przetrwać rok - pytanie, rok ziemski czy Pandory? Zakładając, że ilość cykli odpowiada ilości ziemskich dni... 365 dni razy 84 godziny = 30600, a to podzielić przez doby... O kurw... 1277 lat?! Szalone liczby rządzą Pandorą.
O, zapukano mi na szybę, że statek wypłynął z wyspy i dotrze za sześć godzin. Pocieszająca myśl. W końcu zamieć skończyła się zaledwie cztery godziny temu. Mój samochód wygląda jak białe Igloo z zielonymi drzwiami. Przynajmniej nie musiałam się martwić o prywatność - wszystkie okna przesłonił śnieg.
No nic, idę się przejść i coś zjeść. Nuda związana z czekaniem zmieniła się w ekscytację.
Wysiadłam z samochodu i brnąc w śniegu, który sięgał mi niemalże do piersi, dotarłam do wykopanego tunelu, którym przemieszczali się mieszkańcy. Dla nich nie było to nic niezwykłego. Wszystkie budynki pokrył taki puch, że mogli sobie spokojnie wykopywać tunele z dziurami na powietrze, które łączyły domostwa i sklepy. Życie pod śniegiem.
Ktoś mi powiedział, że w okresie zimy miasteczko znika na całe pół roku, a z tego co obliczyłam, to właśnie zbliżało się lato. Ten czas jest tak zwanym Czerwonym Słońcem, czyli gwiazda sieje olbrzymie zniszczenia w roślinach i organizmach. Trafiłam na pustynię w okresie lata, czyli w najgorsze upały. Zimą, na pustyni temperatura spada poniżej trzydziestu stopni, słońce nie jest destrukcyjne a bestie stają się mniej aktywne. Miało to się zmienić za mniej więcej ziemski miesiąc, czyli za trzynaście cykli. Niezwykłe. Jaka różnica w wydźwięku - miesiąc a trzynaście.
Dotarłam do gospody w której jak zawsze panował tłok. Zamówiłam sobie jakiś zestaw i kolejną porcję gorącego wina. Kiedy tak siedziałam i zajadałam pieczone mięso w samotności, przysiadł się do mnie nieznany mi osobnik. Przez czas, który tu tkwiłam, nauczyłam się rozpoznawać bywalców a nowoprzybyłych.
- Podobno posiadasz bardzo rzadki rewolwer Jacobsa - zagadnął, siadając naprzeciwko. Facet był około trzydziestoletni, z pobliźnioną twarzą. Miał rude, kędzierzawe włosy i gęsty zarost. Nie owijał w bawełnę, bo położył pistolet na stole przed sobą. Rozsiadł się i skrzyżował ręce.
- Wiesz, to by było bardzo nierozważne jak na złodzieja. Zwłaszcza, że tylko jedna osoba na Pandorze posiada ten rewolwer. Skąd go masz?
Przełknęłam to, co miałam w ustach i popiłam winem.
- Dostałam. - Odparłam. Odruchowo moja dłoń sięgnęła po rewolwer, ale ten był szybszy. Nim zdążyłam mrugnąć, przystawił mi lufę do gardła.
- Nie radzę - syknął. Położyłam rękę na stole, a on odłożył pistolet. Westchnął, rozglądając się po sali. Wszyscy natychmiast odwrócili wzrok.
- Czego chcesz? - spytałam. Jakie były szanse, że ucieknę? On jakby czytał w moich myślach.
- Poza mną, co najmniej czterech chce cię załatwić. Wszyscy są tutaj i wszyscy mają broń w pogotowiu. Nie dobiegniesz nawet do drzwi.
Przeklęłam w duchu.
- Czego chcesz? - ponowiłam pytanie. Uśmiechnął się.
- Widzisz, krótko przed twoim przybyciem dotarła do nas informacja z New Heaven. List gończy z nagłówkiem: Złodziej. Morderca. Widzisz koniczynko, twoje imię na nim widniało.
Byłam w szoku. List gończy z... HELENA! Zacisnęłam zęby, co nie umknęło uwadze mężczyzny. Uśmiechnął się i oparł się łokciem o stół, po czym pochylił się w moją stronę.
- Sprawa rysuje się tak. Mordercai zaszedł ci za skórę, bo każdy wie, jaki on jest. I kiedy spał, poderżnęłaś mu gardło, okradłaś go z broni i zniknęłaś.
- Wierzysz w to? - spytałam machinalnie. Ten jednak zarechotał pod nosem.
- W przeciwieństwie do pozostałych, mam oczy i potrafię patrzeć. Wiadomość wysłana tylko tutaj, więc jakimś sposobem Helena musiałaby się dowiedzieć o tym, że tu będziesz. To raz. Dwa - posiadasz tylko rewolwer, ale jego snajperka posiada znacznie większą wartość. Gdyby zależało ci na wzbogaceniu, już dawno byś opyliła te cuda, a nie głodziła się w samochodzie, szczękając zębami z zimna. Trzy - Bloodwing. To ptaszysko nie odpuściłoby ci, a nie jest wspomniane, by i ona padła martwa. Cztery - Mordercai nikomu nie ufa, nie mogłaś mieć dostępu do niego jak śpi. Więc tandetny blef.
- Znasz prawdę i nadal zamierzasz mnie zabić? - spytałam chłodnym głosem. Odsunął się i rozsiadł wygodnie, klepiąc po udzie nieznany mi rytm. Obserwowałam go, czując jak serce wali mi jak oszalałe. Jak mam umrzeć, to przez zastrzelenie? Mord, wiedziałeś o tym?
- To, czy przeżyjesz, zależy od ciebie. - Jego głos był poważny, rzeczowy. Prawie jakby ubijał interes życia.
- To znaczy?
- Nagroda za twoją głowę jest mniejsza niż cena rewolweru, który posiadasz. Oddaj mi pistolet, a puszczę cię wolno. - Prychnęłam.
- A co z twoimi kolesiami? Odpuszczą od tak?
- Wyprowadzę cię z miasta.
Propozycja była bardzo kusząca, jednak ten człowiek powiedział, że Mordercai nikomu nie ufa. Oddanie mu rewolweru sprawi, że stracę wszelką szansę na obronę. Nic go nie powstrzyma, by sprzedać pistolet i zgarnąć nagrodę za moją głowę. Helena to sobie bardzo dobrze przemyślała. Wiedziała, że tu będę. Dlatego mnie wysłała. Znałam już swoją odpowiedź, ale udałam, że się zastanawiam.
Tak naprawdę łowiłam obce twarze w tym tłumie. Naliczyłam ich tylko dwóch. Głupio odsłonięci, stali przy drzwiach i udawali, że o czymś dyskutują. Tak naprawdę jeden spoglądał w naszą stronę i relacjonował drugiemu. Trzeciego zauważyłam przypadkiem. Maskował się, grając w pokera. I ten przede mną czwarty. Odwróciłam się do niego, jakbym chciała coś powiedzieć. Pochyliłam się, jakbym chciała to zrobić szeptem. Gdy tylko się nachylił, chlusnęłam mu w twarz gorącym winem. Prosto w otwarte oczy.
Wrzasnął, ale ja nie miałam czasu. Porwałam jego broń ze stołu i strzeliłam do ludzi w drzwiach. Kiedy padł pierwszy strzał, ludzie padli na ziemię w histerii. Pierwszy strzał - pierwszy padł na ziemię. Następnie wycelowałam w drugiego, ale ten już celował we mnie. Padłam na ziemię, a kula śmignęła mi nad głową. Strzeliłam mu w nogę. Kula przeszyła łydkę. Wrzask, krzyki, szlochy, piski. Wszystko zaczynało się zlewać w jedno, zagłuszane przez moje serce.
Drugi strzał gdy upadł. Prosto w klatkę piersiową. Zerwałam się do drzwi, przewracając stoliki. Nabój trafił mnie w udo. Krzyknęłam i padłam na ziemię, nim zdążyłam dobiec do wyjścia. Odwróciłam się i strzeliłam na oślep. Trafiłam w lampę. Zapadła ciemność. Krzyki. Strzały. Ktoś przebiegł obok mnie. Ktoś inny próbował zapalić latarkę.
Nie mogłam wyjść - jeśli otworzyłabym drzwi, ściana światła zdradziłaby moją sylwetkę i zaliczyłabym kulkę. Celniejszą od poprzedniej. Czułam, jak moje ciało drży, a żołądek ściska spazmatycznie w przypływie bólu, którego nigdy dotąd nie odczułam. Przed oczyma zaczęło mi ciemnieć. Dotknęłam ręką uda i zawyłam. Jakby ktoś przebił mi nogę rozżarzonym prętem. Niewiele brakowało do tętnicy, ale i tak rana obficie krwawiła. Ogólnie histeria otoczenia zaczynała mi się udzielać.
Krzyki ludzi, nawoływania, próby zapalenia światła. Ktoś przeszedł obok, nie zauważył mnie. Usłyszałam jęk otwieranych drzwi, w strumieniu światła stała jakaś postać. Nie wiem kto. Nie miałam czasu nad tym myśleć. Błysk, huk, zapach palonego prochu, świstające koło uszu pociski. Człowiek, który próbował wyjść poleciał do przodu jak szmaciana lalka.
Shotgun. Salwa wrzasków, ale nie strachu. Wściekłości i nienawiści. To był jeden z nich, ludzi z wioski. Wszystkie dźwięki zlały się w jedno, ale nie czekałam na efekt. Wycelowałam w miejsce, w którym rozbłysło światło i strzeliłam. Przez ogólny rumor dotarł do mnie dźwięk padającego ciała. Trafiony? Nie wiedziałam. Szamotanina przede mną trwała krótką chwilę, ale w końcu ktoś uruchomił zapasowy generator.
Opodal mnie, na ziemi, leżał rudobrody, który miał całkowicie poparzoną twarz. Wyglądał, jakbym wylała na niego wrzący olej. Krwawiące oczy zasłaniał rękoma, jakby próbował powstrzymać krwotok. Jeden z jego towarzyszy leżał martwy obok mnie, trzeci gdzieś zwijał się z bólu gdy kula wbiła mu się w klatkę piersiową. Trzeci stał na muszce właściciela baru.
Nikt się nie poruszył, nikt się nie odezwał. Każdy oddech, każdy szmer i każda przełknięta ślina niszczyła ciszę. W końcu odezwał się szef baru.
- Co to miało być, do cholery? - wrzeszczał, a ludzie podnosili łowców nagród i stawiali ich pod ścianą. Zanosiło się na to, że lada chwilę mogła się odbyć egzekucja. Kiedy widziałam, że zbliżają się do mnie, zacisnęłam zęby i pozwoliłam się zawlec pod ścianę. Zanosiło się na to, że i ja zostanę rozstrzelana. Przynajmniej Mordercai trochę się wzbogaci.
- Powtórzę pytanie. Co to do kurwy nędzy było? - wydarł się ponownie właściciel baru. Cóż za ironia, nie zastrzelił mnie najlepszy snajper, a zabije mnie kto? Barman!
- Ta pizda wylała mi na twarz gorące wino! - nienawiść przebijała się przez każde słowo, które wykrzyczał. Dłonią przesłonił oczy, a przez palce przeciekała strużka krwi. Twarz znaczyły już ropienie i bąble pooparzeniowe.
- Groziłeś mi i obrażałeś mnie, a ja sobie tego nie życzę - odpowiedziałam, ale mój głos był słaby, drżący. Pulsujący ból w nodze i strach o własne życie, który powrócił w chwili, gdy byłam pewna, że się go pozbyłam. Serce waliło mi jak oszalałe, a ręce zaciskałam nerwowo na krwawiącym udzie by powstrzymać drżenie.
- Szefie - zagadnął barmana - Za tę laskę jest sporo kasy, podzielimy się. Dostaniesz połowę, jak mnie puścisz.
- Mam inną propozycję. Zgarnę całość i jeszcze twoją głowę, Rudobrody, hm? - odpowiedział mężczyzna, tym samym ucinając dyskusję o próbie przekupstwa. Jednak uwaga całej bandy została skierowana na mnie, a nie na łowcę głów.
- Za co cię ścigają? - wskazał na siedzących mężczyzn.
- Za kłamstwa. Babską, zazdrosną naturę. Za to, że moja przeciwniczka jest upierdliwą zołzą. - zaczęłam wymieniać, a ludzie zaczęli się między sobą śmiać. Jednak usta osoby, która trzymała mnie na muszce ani drgnęły.
- Konkretniej - warknął jakiś człowiek z tłumu.
- Helena z New Heaven nie przepada za mną i wysłała za mną list gończy - powiedziałam zgodnie z prawdą, ale Rudobrody prychnął.
- Gówno prawda. Zastrzeliła Mordercaia we śnie i ukradła mu broń. Przecież każdy widział jej rewolwer. - Poruszenie, jakie wywołało to stwierdzenie troszeczkę mnie zaniepokoiło.
- Jak ze mną rozmawiałeś, to rzekomo poderżnęłam mu gardło. Więc jak było? Najpierw zastrzeliłam potem poderżnęłam, czy na odwrót? - spytałam, siląc się na najbardziej sarkastyczny ton. Widocznie trafiłam na mało podatną grupę, bo nikt nie zrozumiał mojego żartu.
- Zastrzeliłaś go w tych ich bunkrze - warknął.
- W sypialni Mordercaia, która znajduje się na najwyższym poziomie, a echo zwykłych kroków jest słyszalne na samym dole. Rzeczywiście, strzelanie do niego było bardzo rozsądnym wyjście - ponownie powiedziałam sarkastycznie.
- To w końcu zastrzeliłaś czy poderżnęłaś gardło? - spytał jakiś miejscowy błazen, który nie tylko nie nadążał za rozmową, jak i nie rozumiał mojego sarkazmu.
- Ani to, ani to - usłyszałam bardzo ciepły, męski głos z specyficznym, angielskim akcentem. Wszyscy jak jeden mąż odwrócili się i zobaczyli w drzwiach stojącego mężczyznę. Pomijając, że był poowijany w brązowe futra, na głowie nosił kapelusz a'la kowbojski z wywiniętym daszkiem i piórkiem oraz okulary o okrągłych szkiełkach. Kiedy zdjął płaszcz, zobaczyłam że jest ubrany w kurtkę o kremowej barwie z długimi rękawami a na to narzuconą kamizelkę kuloodporną ze skórzanymi naramiennikami. Dwie zwykłe kieszenie i dwie zawieszki na naboje o dość dziwnych lotkach, przypominających pociski usypiające. Luźne spodnie. Wysokie buty ze skóry. A raczej jedne but. Prawą nogę, jak i prawą rękę miał mechaniczną. Dostrzegłam jeszcze czarną bluzę pod tym wszystkim.
Ów człowiek był ciemnoskórym mężczyzną, wysokim o brązowych bokobrodach i wąsach. Bardziej wyglądał mi na łowczego z Afryki. Albo takiego łowczego z bajki. Pampalini łowca zwierząt?
- Skąd możesz wiedzieć? - spytał zaskoczony właściciel baru. Natychmiast odłożył broń a serdeczne nastawienie tubylców przekonało mnie, że to ktoś znany i wartościowy.
- Otóż, rozmawiałem z nim niecałe czternaście godzin temu, a wedle założeń, dziewczyna była siedemdziesiąt godzin w trasie. Więc?
Odpowiedziała mu cisza. Wszystkie utkwione w nim spojrzenia mówiły, że nie wiedzą, co mają myśleć. W końcu jednak właściciel baru westchnął, a ja zostałam nawet delikatnie wywleczona na zewnątrz. Dwóch rosłych osiłków odprowadziło mnie do samochodu, w asyście mojego wybawiciela. Pozostawili nas samych przy zaspie, którą mogłabym nazwać moim pojazdem.
- Wybacz, że dopiero teraz się przedstawiam. Jestem Sir Hammerlock - przedstawił się, salutując. Kiwnęłam mu głową i zamierzałam odpowiedzieć, gdy kontynuował swoją wypowiedź.
- Przywozisz zapasy o dość nietypowej porze, młoda damo, zwłaszcza, że za miesiąc na wyspie nie będzie ani jednego człowieka. Zapewne zaszłaś komuś za skórę i to konkretnie, skoro wysłano za twą śliczną buźką kogoś takiego, jak ten typ spod ciemnej gwiazdy.
Akcent jak i sposób mówienia przywodził mi na myśl brytyjskiego gentelmana, więc mimowolnie, zwróciłam się do niego z uprzejmym "per pan".
- Proszę pana, dziękuję za ratunek. Jestem...
- Lucky, wiem. Słyszałem o tobie od pewnego przyjaciela.
