Czułam się z tym faktem dziwnie. Ten człowiek wiedział o mnie wszystko od momentu, jak pojawiłam się na Pandorze a ja nie wiedziałam o nim nic i na domiar złego, nie wiedziałam kto mu o mnie opowiedział. To było frustrujące. Siedziałam na fotelu pasażera, owinięta futrem, a ten przeuroczy gentleman chodził po kołyszącym się na wszystkie strony promie. Sama świadomość, że płyniemy po wodach, których temperatura zabije człowieka w kilka minut nie dodawał mi odwagi. Równie mało pocieszająca była świadomość, że otoczeni jesteśmy krami i górami lodowymi.
Zdradliwe prądy niejednokrotnie próbowały zanieść statek na mieliznę, a ja wszystko przeczekałam w samochodzie, jakby ten mógł ocalić mi życie przed śmiercią w lodowatej otchłani. Nie, właściwie, nawet tak nie myślałam. Tylko widok morza wywoływał u mnie mdłości i miałam dość pytań Hammerlocka, czy jestem w ciąży. A co ja, kurwa, wiatropylna? Nagle drzwi otworzyły się z trzaskiem zamarzniętej gumy, a powiew lodowatego, arktycznego powietrza, który mógł spaść poniżej czterdziestu stopni celsjusza wkradł się do środka. Mój "wybawiciel" usiadł na miejscu kierowcy, rozcierając ręce i uśmiechając się pod nosem.
- Za godzinę będziemy na miejscu - oznajmił, posyłając mi ciepły uśmiech. Chyba jedyna ciepła rzecz w tym miejscu. W co ja się, kurwa, w pakowałam? Nie odpowiedziałam nic, wyglądając za okno. Stateczek, którym płynęliśmy był mały - mieścił zaledwie cztery pojazdy czterokołowe oraz tuzin dodatkowych osób.
- Sir Hammerlocku - zaczęłam, a on zachęcił mnie gestem do dalszego mówienia. - Zastanawiałam się, dlaczego jest tak, że ludzie mnie nie lubią? Przecież nic im nie zrobiłam, staram się wpasować, ale mimo wszystko, jestem ta gorsza.
- Koniczynko. - Zamrugałam energicznie, słysząc te określenie. Nie powiedziałam jednak nic. - Problemem nie są ludzie, ale ty. Masz w sobie pozytywne myślenie, nadzieję na to, ze coś się zmieni na pozytywne. Jesteś optymistką, a ten gatunek zginął tutaj jako pierwszy. Uświadamiasz tym wszystkim ludziom, że ich życie nie ma barw i jest wypełnione jedynie strachem. Ty potrafisz się uśmiechać, żartować i nie chcesz strzelać ludziom w brzuch gdy tylko ci nie podejdą. Jesteś jak jednorożec - mityczna. Nie lubią cię właśnie dlatego, że tu nie pasujesz.
Nie powiedziałam nic, a przez twarz przebiegł cień uśmiechu. Nikt nigdy nie mówił o mnie w taki sposób. Coś, co dla osoby takiej jak ja było codziennością, dla innych było czymś niezwykłym. Nie wiem dlaczego, poczułam się z tym troszeczkę lepiej. Owinęłam się szczelniej futrem i przymknęłam oczy, by się zdrzemnąć po raz kolejny, gdy radio zapiszczało. Drgnęłam zaskoczona i zerknęłam na Hammerlocka, który był równie zaskoczony jak ja.
- Halo, Lucky? - usłyszałam znajomy głos, lekko zniekształcony przez szumy. Wzięłam mikrofon do ręki.
- Tak Lilith?
- Gdzie... - Dalsza część wypowiedzi została zagłuszona.
- Frozen Wastes. - Domyśliłam się, że chodziło jej o to, gdzie się znajduję. Więcej jej nie usłyszałam. Prom w końcu dobił do brzegu i zamierzałam się wymienić z Hammerlockiem miejscami, jednak on stanowczo odmówił.
- Nie zgadzam się. Wyspa jest jedną wielką krą, a lód w większości miejsc jest za cienki i nieprzejezdny. Ogólnie, jazda samochodem to samobójstwo. Powinnaś na tę trasę otrzymać łazik śnieżny, czterokrotnie lżejszy od tego twojego jeepa.
Nie powiedziałam nic, tylko sięgnęłam po klapkę na której przeważnie umieszczano lusterko. Hammerlock zachichotał, podkręcając wąs.
- Poprawianie urody w takiej sytuacji...
Nie dokończył zdania. Mały panel komputerowy o dotykowej matrycy informował mnie o wszystkich warunkach atmosferycznych - od wilgotności powietrza, po skład podłoża, prędkość wiatru, temperaturę oraz, przynajmniej w tej sytuacji, grubość lodu. Specjalnie sondy w oponie, które wbijały się w podłoże pobierały dane i dokonywały szybkiej, wstępnej analizy. Ustawiłam w danych minimalną grubość dopuszczalnej pokrywy po której może jechać pojazd. Kiedy "klapnęłam" system, wszelkie dane statystyczne wyświetliły się na wyświetlaczu radia.
- Technologia... - zaczął gentelman, a ja zachichotałam.
- Standardowe wyposażenie. Uprzedzam, nie wiem skąd to wiem, a obsługuję intuicyjnie - powiedziałam, odpinając pas i wychodząc na zewnątrz. Niewiarygodnie silny podmuch prawie zwalił mnie z nóg, ale w ostatniej chwili złapałam się drzwi. Wiatr rzucał we mnie śniegiem i drobinami lodu, szarpał ubraniami i wyciskał do oczu łzy. Trzymając się pojazdu, przesiadłam się na miejsce kierowcy. Mężczyzna przesiadł się sam, nie wysiadając nawet z pojazdu. Poprawiłam fotel, zapięłam pas i odpaliłam silnik. W przeciągu pięciu minut dzień się skończył, a nas zewsząd otoczyła ciemność.
Jechaliśmy bardzo powoli, dając czas komputerowi na analizę podłoża. Przy tych podmuchach nie dało się jechać za szybko, bo auto co chwilę zarzucało na boki albo wpadało w poślizg. Z trudem utrzymywałam kierunek. Zagryzałam zęby, przeklinałam, męczyłam silnik, ale nie poddawałam się. Hammerlock siedział i uważnie obserwował moje poczynania, uśmiechał się i przede wszystkim, nie komentował moich wysiłków. Nie mądrzył się, nie śmiał, nie udzielał rad. Pozwolił mi się uczyć, za co byłam mu ogromnie wdzięczna. Do miasteczka mieliśmy niecałe dziesięć kilometrów, ale jechaliśmy przeszło cztery godziny. Końcowa część drogi była najtrudniejsza - pod cienką warstewką śniegu w świetle reflektorów błyszczał lód, a do tego trasa prowadziła pod górkę. Kilkakrotnie osunęliśmy się w dół, dwukrotnie auto nie potrafiło nawet podjechać i staczało się bezwładnie. W końcu, na pierwszym biegu, rozpędzając się wcześniej udało mi się wjechać. Teoretycznie byliśmy w wiosce, ale nie widziałam nic.
Kiedy zamierzałam wyjść z pojazdu, wiatr zatrzaskiwał drzwi, a nawet raz przytrzasnął mi nogę. Przeklinając w duchu, zaciskając zęby i dławiąc łzy, w końcu wysiadłam i poleciałam kilka kroków do tyłu. Na szczęście wielka zaspa śnieżna przyjęła mnie z otwartymi ramionami. Bałam się ruszyć. Każda próba wyjścia mogła zakończyć się kolejnym lotem do tyłu.
Nie widziałam nic - ani samochodu, ani domów. Nagle z mroku wyłoniła się stalowa ręka, która mnie złapała za przedramię i pociągnęła do góry, a następnie pomagając utrzymać równowagę, pociągnęła za sobą. Miałam wrażenie, że wędrówka zajęła nam wieczność - wyjący wiatr, ryki, echo lawin. Wszystko urwało się jak tylko otworzyły się przede mną drzwi w mroku. Jasny snop światła zapraszał, oferując ciepło i bezpieczeństwo. Weszłam pierwsza do domu, odprowadzana ręką mężczyzny, a potem wszedł on sam, zamykając z trzaskiem za sobą drzwi.
Dom Hammerlocka był niewielkim, piętrowym budynkiem. Parter składał się tylko z dwóch pomieszczeń - łazienki oraz kuchnio-jadalnio-biblioteko-pokojem gościnnym z kominkiem. W marmurowym, piękne rzeźbionym kominku przywodzącym na myśl czasy wiktoriańskie wesoło trzaskał ogień i to on był źródłem ciepła. Ściany obłożone drewnianą boazerią, podłoga wyłożona miękkimi dywanami, piękne meble wiktoriańskie, regały uginające się od ciężaru książek i mały barek z winami. Stół na cztery osoby, wielka sofa pod ścianą i jeszcze większa wersalka, stolik nocny z piękną lampą. Wnętrze urządzone w niezwykłym, wiktoriańskim stylu, pełne przepychu, tworzące poczucie ciepła i bezpieczeństwa. Mimo żarówek wiszących z sufitu, jedynym źródłem światła był kominek.
- Generator znów siadł, jak to przy zamieci - poinformował mnie Hammerlock.
- Łał - wyrwało mi się, kiedy gapiłam się na wnętrze z podziwem. Mężczyzna zachichotał pod nosem, ponownie podkręcając wąsa. Pomógł mi wyzbyć się ze wszystkich futer. W budynku panował niewiarygodnie kojący upał, więc bez problemu mogłam chodzić w swoich pustynnych ubraniach. On sam również był lekko ubrany. Nalał mi grzanego wina i podsunął dwie pufy pod kominek razem z podnóżkami. Kiedy ja siedziałam, grzejąc przemarznięte kończyny i sącząc alkohol, który przyjemnie rozgrzewał żołądek, Hammerlock ugotował szybki obiad. Nie było to danie najwyższych lotów - ot, zwykła zupa. Jednak jego kuchnia różniła się od tej, którą jadłam do tej pory. Ten człowiek miał przyprawy. Sól, jakiegoś kucharka, maggi, suszone zioła. Nie ważne co, ale zupa smakowała przyprawami, mięsem i warzywami, a nie wodą z czymś.
Kiedy skończyliśmy posiłek, który spożywaliśmy w ciszy, przyniósł ciepłe futra i zrobił mi posłanie na wersalce, dał ręcznik i pokazał gdzie jest łazienka, po czym udał się na górę. Prysznic brałam długi i relaksujący - nie kąpałam się od momentu, jak opuściłam New Heaven. To będzie jakieś... Ponad sto godzin? Sto dwadzieścia? Nie ważne ile, ale wiedziałam, że nie pachnę fiołkami, tak samo jak moje ubrania. Hammerlock posiadał również szampon do włosów i mydło, czyli coś, czego nie posiadała połowa społeczeństwa na Pandorze, zwłaszcza z tych rejonów pustynnych. Vault Hunterzy nie byli wyjątkiem. Wymyłam się porządnie, wyprałam ubrania i przebrałam się w białą, męską koszulę i szorty - moją prowizoryczną piżamę. Kiedy ja brałam prysznic, Hammerlock przyniósł na dół suszarkę i rozłożył ją. Powiesiłam na niej ubrania, położyłam się na niewiarygodnie miękkiej wersalce, wyciągając ręce i nogi, po czym usnęłam zadowolona. Nie wiem ile spałam, ale obudziłam się wyspana i zadowolona. Jednak nie tylko - nic mnie nie bolało i kark mi nie zesztywniał. Czułam się jak nowo narodzona.
W powietrzu unosił się zapach jajecznicy, świeżego pieczywa, a przez odsłonięte okna wpadały promienie porannego słońca. Dopiero świtało, bo wnętrze domu skąpane było w pomarańczowej barwie. W kominku wesoło trzaskały płomienie, a przez noc budynek nie wyziębił się ani trochę. Uniosłam się na łokciach i rozejrzałam. Sir Hammerlocka nie było, ale na czteroosobowym stole leżały trzy talerze - dwa puste z pozostałościami jajecznicy oraz jeden pełny. Obok kubek z gorącą, jeszcze parującą herbatą. Nie wiem kto tu był jak spałam, nie przypominam sobie by ktoś chodził. Nawet nie słyszałam właściciela domu. Obmacałam się dla pewności, że nikt mi nic nie zrobił kiedy byłam półmartwa i odetchnęłam z ulgą. W pierwszej kolejności zjadłam jeszcze ciepły posiłek, następnie poszłam się ubrać. Poskładałam pościel w kostkę, pozostawiając ją na wersalce, pozmywałam po śniadaniu i ubrałam się w futra, by wyjść na zewnątrz.
Kiedy zatrzasnęły się za mną drzwi, ja stałam w szoku na progu. Wioska była niewielka, zaledwie siedem czy osiem budynków, których wystawały tylko dachy. W śniegu wyciosane ścieżki, schody, a z brył lodu zrobione ogrodzenia. Wszędzie zwisały sople, które osiągały rozmiary nawet półtora metra. Psy rasy husky biegały swobodnie po mieścinie, obwąchując i szczekając na wszystko i wszystkich. Ludzie krzątali się, odgarniając to, co nasypało przez noc. Mój samochód stał zaledwie cztery metry od domu Hammerlocka. Znaczy podejrzewałam, że to mój samochód, bo wielka zaspa do złudzenia kształtem przypominała pojazd. Z trzech stron wioska otoczona była wielkim, lodowym klifem, na którego błękitnym obliczu błyszczały pomarańczowe ogniki słońca. Lodowe lustra odbijały słoneczny okrąg tak, że miałam wrażenie, że obserwują mnie miliony oczu.
- Piękny widok, prawda? - zagadnął Hammerlock, stając tuż obok mnie. Nawet nie wiem kiedy się zbliżył.
- Tak, bardzo. - Nie było innego określenia. Nie rozmawiałam zbyt wiele z moim gospodarzem aż do obiadu. Przez cały czas pomagałam sprzątać wioskę, a sama stałam się jakby atrakcją tutejszej ludności. Rozładowałam pojazd, nosząc kartony do magazynu, a w zamian otrzymałam niewielki karton z podstawowymi kosmetykami. Z jednej strony mogłam to uznać za sugestię, że śmierdzę, ale z drugiej strony ci ludzie mogli mieć rację. Nie miałam im tego za złe, ba, byłam wdzięczna za to. Gdybym otrzymała ten pakunek zaraz po przybyciu na Pandorę, zapewne bym się obraziła na osoby, które dały mi ten prezent. Teraz wiedziałam jednak, że ten towar jest jednym z najcenniejszych na planecie. Żywność i broń to coś, co dostaniesz w każdym sklepie. Z pitną wodą jest już gorzej, ale i tak najbardziej potrzebne były lekarstwa i środki czystości. W jakimś stopniu wiedziałam, że któregoś dnia te braki doprowadzą ludzi na granicę życia i śmierci. Wiedziałam to, ale nie potrafiłam rozgryźć skąd i dlaczego?
Wielokrotnie przekonałam się, że wiem coś, czego wiedzieć nie powinnam. Mówię tutaj o danych z planety, ludzi. Moja podświadomość krzyczała wręcz, że sir Hammerlock jest kimś, o kim wiele wiedziałam. Przynajmniej w poprzednim życiu. Z pewnością egzystencja w tej wiosce była całkowicie odmienne od życia, które toczyli ludzie... Które toczyłam ja na pustyni i w górach. Tutaj każdy miał swoje obowiązki a dobro wioski było dobrem ogółu. Nikt nie patrzył na niesmaki, nie było śmiertelnych wrogów i nikt w nikogo nie celował z broni. Do mnie również, chociaż większość nie była zadowolona z faktu, że jestem w tym miejscu.
Kiedy skończyłam odśnieżać chodniki, nosić pudła oraz przeszłam szybki kurs skórowania i patroszenia zwierzyny - ku mojemu przerażeniu poszło mi znacznie lepiej i bez odruchów zwrotnych - udałam się na obiad.
Przekroczyłam próg domku i natychmiast uderzyło mnie gorące powietrze z aromatami obiadu. Gotowany udziec jakiegoś zwierzęcia oraz warzywa, przynajmniej tak sądziłam po wyglądzie. Mój gospodarz czekał na mnie z uśmiechem, bawiąc się widelcem. Rozebrałam się ze skór, udałam się umyć ręce, po czym wróciłam i zajęłam miejsce naprzeciwko.
- Mieszkańcy cię polubili - stwierdził, poprawiając się na krześle. Nabiłam na widelec coś, co wyglądało jak burak, ale chyba było zabarwionym ziemniakiem. Chociaż z drugiej strony to może był kalafior? Powąchałam to niepewnie. Z drugiej strony to równie dobrze mogła być wątróbka? Ugryzłam niepewnie by przekonać się, że nie wiem co jest. Było bez smaku, prawie jak papier i do tego żuło się podobnie jak gumę. Hammerlock chichotał pod nosem obserwując, jak krzywię się i przeżuwam, by z trudem przełknąć ten kawałek.
- Jeśli ci nie smakuje, to nie musisz tego jeść, ale bardzo odżywcze.
- W takim razie zjem. - Nie powiem, przyszło mi to z wielkim trudem. Zjadłam to "coś", by na sam koniec delektować się gotowanym mięsem. Był to soczysty udziec, dobrze doprawiony, bez tłuszczu. Nie wiem z jakiego zwierzęcia on był i prawdę mówiąc, nie zbyt mnie to interesowało."Mniej wiesz, lepiej śpisz" jak to ktoś kiedyś powiedział. Przez cały czas czułam na sobie spojrzenie mężczyzny i w pewnej chwili zaczęło mi to przeszkadzać. Nie powiedziałam jednak nic, by nie urazić mojego gospodarza. Pod koniec posiłku praktycznie rozbierał mnie wzrokiem, a ja usilnie gapiłam się w talerz. Kiedy skończyłam, zaczął bić brawo. Spojrzałam na niego zaskoczona, całkowicie zbita z tropu.
- Powiedziano mi, że jesteś niewiarygodnie miła nawet dla ludzi, którzy mają wyraźnie złe zamiary, a którzy przez chwilę byli dla ciebie mili - poinformował mnie, kładąc ręce na stole i splatając ręce. Uśmiechał się serdecznie, a cała wcześniejsza jego nachalność całkowicie zniknęła.
- Kto panu tak powiedział? - spytałam zaskoczona, a on wzruszył ramionami.
- Dobry duch. - Po tych słowach zaczął się śmiać. Skrzywiłam się, wstając i zbierając brudne naczynia z zamiarem ich umycia. Gdy udałam się do łazienki do umywalki przekonałam się, że ktoś przed nami już jadł. Wydało mi się to co najmniej dziwne, ale ponownie nie pytałam go drugiego gościa, którego nie miałam okazji jeszcze spotkać. Kiedy wróciłam do pokoju, Hammerlock siedział przy kominku i grzał nogi, sącząc lampkę parującego wina. Wskazał ręką na stół, gdzie stała druga lampka, dla mnie. Wzięłam ją posłusznie, siadając obok.
- Czy to, że taka jestem, jest moją wadą? - spytałam nagle, a on zachichotał, po czym upił łyk. Dopiero wówczas odpowiedział na moje pytanie.
- Sądzę, że aktualnie jest to twoją wadą, ale już niedługo twoje ciepło i optymizm zaczną przyciągać do ciebie ludzi. Nie wiem jednak czy wówczas nie będziesz miała większego piekła niż dotychczas.
- Dlaczego? - spytałam, ewidentnie zaskoczona jego słowami.
- Widzisz, nie ty jedyna miałaś w sobie ten optymizm. Wielokrotnie trafiali tu tacy ludzie i albo ginęli, albo wypalali się i stawali się gorsi od innych.
- Mówiąc to, masz kogoś konkretnego na myśli, prawda? - Posłał mi przeciągłe, pełne smutku spojrzenie. Domyśliłam się, mówi o kimś, kogo znał. Nie nalegałam, tylko upiłam łyk alkoholu.
- Spotkałaś jedną taką osobę, nawet dwie. Helena chociażby. Na początku była dokładnie taka jak ty. Śliczna, pełna optymizmu i walcząca nie tylko o własne życie, ale o życie innych. Jednak miała wypadek, dość przykry - przerwał na chwilę, by upić trochę alkoholu, a ja wykorzystałam tę chwilę na zadanie nurtującego mnie pytania.
- Co jej się stało? Te blizny i oparzenia...
- Helena nie potrafiła za wiele. Ani strzelać, ani walczyć. Nijaki był z niej kompan, więc otrzymała zadanie bardzo podobne do twojego. Otrzymała samochód i miała dostarczać towary między miastami. Raz, kiedy jechała przez nieprzyjazny teren, wpadła w zasadzkę psychopatów. Podpalili pojazd, blokując możliwość ucieczki. Mordercai wybił okno, ale świeże powietrze tylko podsuciło płomienie i Helena się zapaliła. Trochę czasu zajęło nim udało się ugasić, ale blizny pozostały do dziś.
- Mordercai przybył jej na pomoc? - Moje zdziwienie było jak najbardziej prawdziwe. Ta dwójka żywiła do siebie czystą nienawiść, nie ograniczoną żadną inną emocją. Nie byli w stanie wytrzymać w swoim towarzystwie. Mordercai wybitnie wręcz nie znosił kobiety, dogryzał jej na każdym kroku i czułam, że tylko czekał na okazję by móc ją zastrzelić.
- Nie złociutka, Mordercai z nią jechał. Widzisz, ta dwójka była kiedyś parą.
Słysząc te słowa, zakrztusiłam się winem. Kaszlałam, a Hammerlock klepał mnie po plecach z tajemniczym uśmiechem. Do oczu napłynęły mi łzy, a dech zaparło w piersiach. Trochę czasu upłynęło, nim udało mi się wykrzesać z siebie jakieś słowa. Nigdy, przenigdy i za żadne skarby świata bym się tego nie spodziewała. Mój gospodarz milczał, aż w końcu westchnął i przetarł twarz dłonią.
- Nie powinienem był w ogóle o tym mówić, bo to nie moje sprawy, jednak uważam, że powinnaś o tym wiedzieć. Jesteś piłeczką, którą sobie odbija ta dwójka. Trafili tu razem i trzymali się, chroniąc własne tyły przez ponad pięć lat. Aż zdarzył się tamten wypadek i Helena poniosła szkody. Mordercai był z nią w tym aucie. W przeciwieństwie do Heleny, ma niewielkie oparzenia na plecach i lewej ręce, z której prawie nigdy nie zdejmuje rękawicy.
- I to przez wypadek się rozstali? - spytałam, słuchając uważnie tej historii. Miałam pytanie do Hammerlocka, bardzo ważne dla mnie pytanie, ale postanowiłam grzecznie poczekać do końca historii. Nigdy bym nie pomyślała, że tę dwójkę w przeszłości mogło coś łączyć!
- Nie, ale Helena się zmieniła. Wraz z urodą przeszła pasja, chęć życia i optymizm. Stała się taką, jaką jest teraz. Nie była wówczas przywódczynią New Heaven. Byłem nim ja, o zgrozo, wraz z T. ą. Postanowiliśmy odejść na... Nazwijmy to emeryturę i mieliśmy dwoje kandydatów. Zgaduj, kogo?
- Mordercaia i Helenę - odpowiedziałam, a on kiwnął twierdząco głową.
- Tak. Jednak by to rozstrzygnąć, postanowiliśmy rozegrać polowanie, próbę łowcy. Brałaś w tym udział na dzień dobry. W tej kwestii faworytem był Mordercai. Znał teren, potrafił sobie radzić w trudnych sytuacjach, a Helena była... Słaba. Już po kilku godzinach wiadomo było, że to on zostanie liderem. Jednak on wrócił po nią i pomógł jej dotrzeć do New Heaven. Została mianowana, a ja z Bahą musieliśmy uciekać.
- Jak zerwali ze sobą? - spytałam, zaciekawiona.
- Można powiedzieć, że zerwała z nim w chwili, gdy pociągnęła za spust. Widzisz, zaraz po przybyciu do New Heaven strzeliła mu w plecy, by pozbyć się go jako konkurenta. I próbowała zabić mnie i Bahę. Uciekliśmy, ratując przy okazji Mordercaia.
Skończył historię, a ja siedziałam nieruchomo, całkowicie w szoku. Nie wiedziałam, że jest taka historia. Mało tego, nie wiedziałam, że kiedyś pomiędzy tą dwójką było coś więcej niż tylko nienawiść. Wiedziałam, że Helena to parszywa gnida, ale żeby zrobić coś takiego komuś bliskiemu? Komuś, kto ryzykował dla niej życiem? Nie potrafiłam tego pojąć. Podzielałam niechęć łowczego do tej kobiety. Jedna kwestia nie dawała mi spokoju.
- Powiedziałeś, że jestem piłeczką, którą odbijają między sobą. Co miałeś na myśli? - To pytanie zawisło w powietrzu, otulone ciężką atmosferą i aurą milczenia. Hammerlock dopił swoje wino, wstał i zaczął się ubierać, by wyjść. Nie powstrzymałam go, tylko czekałam cierpliwie. Kiedy już stał w progu, trzymając rękę na klamce, stwierdził:
- Zapytaj Mordercaia, nie mnie. I mam dla ciebie sprawę, czekam przy aucie.
Po czym wyszedł. Dopiłam swoje wino, pomyłam po sobie i ubrałam się w futra, by wyjść na zewnątrz. Słońce powolutku chyliło się ku zachodowi, a po ludziach nie było nawet śladu. Jedynie Hammerlock stał przy moim samochodzie, pakując coś do niego. Kiedy tylko się zbliżyłam, zobaczyłam parę kartonów z konserwami, butelkami ze spirytusem, naboje, części wymienne do snajperki i ciepłe, świeże ubrania.
- Do kogo to? - zagadnęłam, a gospodarz nie odpowiedział na moje pytanie, tylko uśmiechnął się tajemniczo i poklepał mnie po głowie. Bez słowa sprzeciwu pomogłam mu pakować auto w różne sprzęty, mniej lub bardziej wartościowe. Kiedy skończyliśmy, wszędzie panowała nieprzenikniona ciemność, a wraz z ostatnimi promieniami słońca przybył mróz.
Auto miałam zapakowane na co najmniej dwa tygodnie życia w dziczy, włącznie z dwoma kanistrami benzyny, tranem, środkami czyszczącymi, drewnem na opał i mnóstwem konserwowej żywności. Tego wieczora nie jadłam kolacji, tylko poszłam pod prysznic i kiedy wróciłam do głównego pokoju, Hammerlock jeszcze sączył wino przy kominku. Zaczęłam rozkładać pościel, gdy usłyszałam nieobecny głos mężczyzny.
- Powinnaś być dla niego bardziej łaskawa - stwierdził, a ja zamarłam, po czym odwróciłam się niepewnie. Obserwował mnie, podkręcając wąs.
- Dla kogo.
- Złotko, wiem, że mnie nie znasz i jakakolwiek prośba z mojej strony, zwłaszcza taka prośba, jest czymś niedopuszczalnym, ale błagam cię. Jutro jedziesz do mojego przyjaciela i proszę, zostań w tej chacie, pilnuj mojego towarzysza i przynajmniej staraj się, by jadł coś, a nie tylko pił. To bardzo... Ekscentryczny typ. Nie ucieszy się, że cię widzi. - Nie wiedziałam o kim mówi, ale nie byłabym w stanie odmówić pomocy za jego gościnność i sam fakt, że był dla mnie miły. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu, który cisnął się na usta. Podeszłam do Hammerlocka, położyłam mu rękę na ramieniu i spojrzałam głęboko w oczy, by dostrzegł, że go nie okłamuję i to, co mówię, to najszczersza prawda.
- Nie odmówię ci pomocy, niezależnie jakim dupkiem nie jest ta osoba. Zrobię co w mojej mocy, obiecuję - powiedziałam. Uśmiech, który pojawił się na jego twarzy wstrząsnął mną. Nie był to pogodny wyraz twarzy, wręcz przeciwnie. Parzył na mnie smutno, jakbym przypomniała mu o najboleśniejszych prawdach.
- Mówisz tak, jak mówiła Helena - powiedział, a ja cofnęłam rękę, zaskoczona jego wyznaniem. To nie mogła być prawda. Nie byłam taka jak ona. Nigdy. Chciałam na niego nawrzeszczeć, ale nie potrafiłam. Chciałam zrobić krok do tyłu, ale położył mi rękę na ramieniu.
- Jesteś naprawdę za miła i wszystkim przypominasz Helenę. Stań się ostrzejsza, pyskata. Nie trać swojej pogody ducha, ani tym bardziej optymizmu i nadziei. Jednak nie bądź za miękka. Owszem, pomagaj gdy tylko możesz, ale nie oferuj się. I nie mów tak. Możesz nawet nie odpowiadać.
Kiwnęłam głową, że rozumiem. To już druga osoba, która mi powiedziała, że jestem za miękka i za miła. Może faktycznie powinnam spróbować się zmienić? Przynajmniej z pozoru, by ludzie mnie nie wykorzystali? Kiedy leżałam w łóżku, sama, późnym wieczorem, a Hammerlock spał, otworzyłam dziennik na kolejnym wpisie.
iWpis strututu z trototo.
Trafiłam do Frozen Wastes. Piękne miejsce - mroźne, niebezpieczne, nieubłagane. Ludzie nie są tak okrutni jak Ci na pustyni, ale też nie są byt delikatni. Nie lubią mnie tak samo, ale jedni mniej to okazują, inni bardziej. Trudno im się dziwić. W końcu przypominam im Helenę za czasów, kiedy była całkowicie inną osobą. Teraz jest podłą, okrutną kurwą, która tylko patrzy swojego tyłka. Tak naprawdę nie lubi konkurencji i jest gotowa zastrzelić każdego, kto odmówi współpracy. Jak mogą kojarzyć mnie z nią!? Z tym... potworem!
Jutro mam ruszyć na dalszą część wyspy i mam zostać przez trochę ponad dwa tygodnie, a wracając z gostkiem, którego mam pilnować muszę wstąpić po Hammerlocka. Wioska powinna w tym czasie być wyludnioną, a my pozostaniemy ostatnim transportem na brzeg. I jeśli pamięć mnie nie myli, a pewnie mnie myli, będziemy musieli wrócić do New Heaven. Nie powiem, bym za nim tęskniła. Tutaj może jest zimno, a ja jestem bezużyteczna, ale lepiej spędza mi się czas. Ja... późno już. O świcie wyjeżdżam. /i
Obudziłam się przed świtem, by zjeść na szybko śniadanie, przebrać się, spakować i wyruszyć, pozostawiając gospodarzowi karteczkę z podziękowaniem. Nie chciałam go budzić. Ludzie w wiosce w sporej większości już nie spali i obserwowali, jak się pakuję do samochodu, odpalam silnik i opuszczam bezpieczne schronienie, wyjeżdżając na białą pustynię skąpaną w pomarańczowym blasku słońca. Jechałam jakieś trzy godziny krętymi, wyżłobionymi w górach lodowych, drogami. Przejeżdżałam lodowymi mostami nad rozpadlinami lub kraterami z zimną wodą. Podróż była bardzo emocjonująca, zwłaszcza gdy Bullymongi - tutejsze yeti z czterema ramionami, o białym futrze i czarnym, małpim pysku, zaczęły rzucać lodowymi głazami, które były wielkości połowy mojego samochodu.
Silnik wielokrotnie wył agonalnie, ja płakałam razem z nim z prośbą, by mi nie umarł na tym pustkowiu. Mijałam watahy psów i wilków, które przyzwyczaiły się do niebezpiecznego klimatu wyspy. Nie spotkałam żadnego człowieka. Moim celem okazała się mała, drewniana chata na szczycie lodowego klifu, na którą można było wjechać tylko i wyłącznie za pomocą windy. Zatrzymałam się u podnóża olbrzymiej lodowej skały, wzięłam komunikator ECHO i nadałam krótki komunikat.
- Tu Lucky, przysyła mnie sir Hammerlock. Mam zapasy żywności, ubrań i drewna - mówiąc to, obserwowałam windę, która ani drgnęła. Ktoś był i słuchał moich słów, bo szum na linii mnie w tym utwierdzał, ale rozmówca ani myślał posyłać za mną windę. Westchnęłam, biorąc komunikator jeszcze raz.
- Mam spirytus.
Nie mogłam powstrzymać uśmiechu, gdy winda zaczęła się leniwie opuszczać na dół. Kiedy w końcu dojechała na dół, wjechałam na nią pojazdem i czekałam cierpliwie. Kiedy w końcu znalazłam się na szczycie, zobaczyłam niezwykły widok. Drewnianą, parterową chatkę z kominkiem, oparte o ścianę sanie eskimosów, około tuzin wesoło merdających ogonami psów oraz człowieka, którego miałam pilnować.
- Kurwa, no nie - mruknęłam, chowając twarz w dłoniach. W co ja się, do diabła, wpakowałam?
