Mordercai ucieszył się na mój widok w takim samym stopniu jak ja na jego. Właściwie, jego radość była wprost nieproporcjonalna do tego, co ja czułam. Podszedł do samochodu prawie zabijając mnie wzrokiem, otworzył drzwi, wyciągnął pudło ze spirytusem, zszedł z windy i nim zdążyłam zareagować, włączył opuszczanie kładki. Próbowałam jeszcze wyjść z auta, ale było już za późno. Mogłam tylko obserwować znikający szczyt. Nie zamierzałam odjechać, ba, nie zamierzałam odpuścić. Usiadłam grzecznie w samochodzie, owinięta kocami i zerkając na resztę paliwa na wskaźniku, przeklinałam swój los. Benzyny starczy zaledwie na dojazd do promu. Nie mogłam odpalić silnika, nawet jeśli chciałam się tylko ogrzać.
Nie wiem ile czasu siedziałam w pojeździe, ani tym bardziej nie pamiętam chwili, kiedy moje powieki stały się tak ciężkie, ciało obolałe, a ja sama tak wykończona. Moja świadomość krzyczała, że sen mnie zabije, ale moje ciało domagało się go. W pewnej chwili obudził mnie niewiarygodny ból, jakby w każdy milimetr skóry wbijano igły aż po samą końcówkę. Chciałam krzyczeć, ale przez ściśnięte gardło nie wydostał się żaden dźwięk. Chciałam płakać, ale łzy zupełnie jakby zamarzły. Byłam tylko ja, ból i przyjemne ciepło, przeplatane wspomnieniem niewiarygodnego chłodu.
Śniłam? Nie wiem. Może to był sen, a może jawa. Nie wiedziałam. Leżałam w małej, drewnianej chacie, po ścianach tańczyły cienie, przybierające kształty wilków. Czułam ich zapach, widziałam błękitne ślepia. Czasami przed oczami pojawiały się zwierzęta, by w mgnieniu oka zniknąć. Dostrzegałam... Człowieka, który krzątał się po pokoju, przeklinając pod nosem. Mordercai? Nie, zmienił postać. Przywodził mi na myśl... Lekarza. Tego z promu, z moich snów. Chociaż... Nie, na promie go nie było. Pięć trupów, ale na pewno nie był jednym z nich. Jednak znałam jego oblicze. Odwrócił się, przywołany moimi myślami. Połowa twarzy, która do tej pory schowana była w cieniu, ukazała mi ropiejące rany po pazurach i gnijące fragmenty skóry. Czarny oczodół patrzył na mnie swoją pustką, przedstawiając oblicze piekła. Otworzył usta, a z jego przełyku zaczęło wychodzić to. Zaczęłam się cofać, aż dotknęłam plecami zimnej, drewnianej ściany. To coś - o szponach, kłach i ciemnych oczodołach bez oczu, o skórze w barwie karmazynowej krwi, pokrytej drobinkami kryształów. Czułam elektryczność unoszącą się w powietrzu, która wydobywała się od tego stworzenia. Bestia o kocim łbie na długiej szyi, smukłym ciele i wijącym się ogonie zakończonym jadowym kolcem zaczęła się zbliżać. Przednie łapy ewolucja przekształciła w powyginane pod nienaturalnym kątem skrzydła, które jak nietoperze posiadały małe, haczykowate szpony. Pysk bestii otwierał się jak u predatora z koszmaru, ukazując rzędy jadowitych kłów. Zbliżało się, a ja krzyczałam. Kiedy było blisko, kiedy czułam odór z pyska, wszystko zniknęło. Ogarnęła mnie ciemność, a ja z oddali usłyszałam "Pieprzona gorączka".
Przebudziłam się jakiś czas później. Ta sama chata skąpana w mroku nocy, a źródłem światła była jedna, jedyna świeca. Nagle spod drzwi wstał cień i zaczął iść w moją stronę. Miałam ochotę krzyczeć, uciec, ale nim zdążyłam chociażby drgnąć, moja podświadomość określiła stworzenie, które szło w moją stronę i tym samym cały strach gdzieś znikł. Śnieżnobiały husky o błękitnych ślepiach zbliżał się niepewnie, merdając ogonem. Obserwował mnie uważnie i z dozą nieufności.
- Cześć piesku - powiedziałam, wyciągając w jego stronę dłoń. Wyczuwałam jego aurę niepewności. Nie znał mnie, bał się, ale jego pan uratował mi życie, to on też powinien zaufać. Byłam w stanie przysiąc, że słyszę myśli stworzenia. Jeszcze nim zrobiło krok w moją stronę wiedziałam, że to uczyni. Wiedziałam również, że wskoczy mi na łóżko i przytuli się. Nie wiem skąd to wiedziałam, ale po prostu te informacje zakodowały się w mojej głowie.
Białe stworzenie wskoczyło pod futra, gdy tylko je uniosłam i pozwoliło, bym się do niego przytuliła. Sierść pachniała śniegiem, wilgocią i dzikością, ale nie był to odrażający zapach. Koił moje zmysły i sprawił, że ponownie zasnęłam. Kiedy obudziłam się po raz kolejny, w chacie nie było nikogo, nawet czworonoga. Moje ciało w końcu zechciało mnie słuchać, więc wstałam i wyszłam z posłania. Funkcję pełniła sterta futer, koców i poduszek na ziemi przy kominku.
Byłam pewna, że spałam co najmniej kilka dni, ale według namiarów mojego komunikatora ECHO, który leżał na stole, spałam zaledwie kilkanaście godzin. Przetarłam twarz dłońmi i westchnęłam. Czułam się strasznie zmęczona, moje ciało było obolałe i miałam ochotę wrócić do łóżka. Jednak suchość w ustach, palące gardło oraz ssący głód w żołądku dawał mi się we znaki.
Chatka była całkowitym przeciwieństwem domu Hammerlocka - minimalne wyposażenie, bez zbędnych mebli czy ozdób. Zwykłe, drewniane krzesła, jeden stoliczek. Na ścianach nie było obrazów, na próżno szukać regałów z książkami. Jedynym plusem tego domku było to, że kuchnia była osobno, a łazienka była z wanną i prysznicem. O niczym innym nie marzyłam, jak o gorącej kąpieli.
Właściciel domku wniósł wszystkie przywiezione przeze mnie rzeczy do małego, przylegającego składzika. Włącznie z moim bagażem. Wzięłam szorty i męską koszulę, dołożyłam jeszcze do kominka drzewa, by temperatura w domku wzrosła, po czym nalałam gorącej wody do wanny i dodałam płynu do kąpieli o zapachu owoców leśnych. Kiedy byłam naga i przymierzałam się do stopniowego wejścia do gorącej wody, usłyszałam z hukiem otwierane drzwi, szuranie łap o drewnianą o podłogę i przeklinanie Mordercaia. Wskoczyłam do wody, pewną część wylewając poza wannę i zanurzyłam się po samą szyję, zakrywając pianą. Warto wspomnieć, że żadne pomieszczenie w domku nie miało drzwi. W ogóle. Nawet łazienka.
W całej euforii z posiadania wanny zapomniałam o takim drobnym szkopule, jak ten mężczyzna, mogący w każdej chwili wparować do środka. Chociażby tak jak teraz. Stał w progu łazienki z kilkoma psami, Krwawcem na ramieniu, a cała ta gromada po prostu się na mnie gapiła.
- Przepraszam, mógłbyś się nie gapić? - poprosiłam, a Mordercai prychnął i przewrócił oczami.
- Jakby było się na co gapić - odwarknął, a ja uśmiechnęłam się jadowicie.
- To dlaczego wciąż stoisz w progu? - spytałam przesłodzonym głosem. Mógł mnie zastrzelić. Mógł mnie utopić w tej pieprzonej wannie. Co zrobił? Odwrócił się i wrócił do głównego pokoju. Nie zrobiłam nic wielkiego, ale wygrałam tę małą potyczkę z nim. Zadowolona z siebie, siedziałam w wannie jeszcze z godzinkę, delektując się zapachami i otaczającym mnie ciepłem. W końcu woda ostygła, a ja wytarłam się ręcznikiem i ubrałam w moją piżamę. Kiedy opuściłam łazienkę, Mordercai siedział przy kominku i pił spirytus prosto z butelki. Nie spojrzał na mnie. Ja z kolei przeszłam przez budynek i udałam się do kuchni, w której buszowało kilka psów. Czułam bijącą od nich ekscytację, poddenerwowanie i zainteresowanie moją osobą. Patrzyły, jak zaczynam gotować coś, co chciałabym nazwać gulaszem - czy nim było, to inna kwestia. Wiedziałam, że psy nie były głodne, ale musiały wiedzieć i obwąchać każdy przedmiot, który wzięłam do ręki. Danie wyszło mi nawet dobrze, co prawda nie tak jak danie Hammerlocka, ale z pewnością lepsze niż dania z gospody z wybrzeża.
Nie udało mi się znaleźć talerzy, tylko sztućce. Wolałam nie pytać o nic pijącego towarzysza z pokoju obok, więc zaniosłam do pokoju deskę, którą położyłam na stole. Następnie przyniosłam garnek z gulaszem i dwie łyżki. Kiedy wszystko było gotowe, bez słowa podeszłam do Mordercaia, który gapił się bezmyślnie w płomień, po czym wyrwałam mu butelkę z ręki.
- Obiad - poinformowałam go. Spojrzał na mnie zapijaczonym, prawie wzgardliwym spojrzeniem.
- Nie jestem głodny - oznajmij. Bądź twarda powtórzyłam sobie, po czym palnęłam go w głowę, jak jakiegoś szczeniaka.
- Gówno mnie to obchodzi. Masz zjeść i koniec.
O dziwo, nie kłócił się ze mną. Nie wiem czy to dlatego, że był zbyt pijany na inteligentny spór, czy był wykończony, czy też był głodny i nie chciał więcej stawiać oporu. Nie znałam przyczyny, ale znałam efekt. Podniósł się z podłogi i chwiejnym krokiem dotarł do stołu. Czekałam tylko aż się potknie, ale na szczęście obyło się bez takich przypadłości. Usiadł grzecznie, wziął łyżkę, po czym zaczął jeść. Usiadłam naprzeciwko niego. On patrzył się w garnek, wyławiając co ciekawsze kąski, a ja obserwowałam go, cały czas mając w głowie rozmowę z Hammerlockiem.
- To było głupie - stwierdził nagle, a ja zamarłam. Nie sądziłam, by miał możliwość czytania w ludzkich myślach. Nasze oczy spotkały się na ułamek sekundy, ale to ja pierwsza opuściłam wzrok, a on uśmiechnął się dość krzywo.
- Myślisz, że spanie w aucie bez ogrzewania w takich miejscach to mądra myśl? Masz, kurwa, szczęście, że te psy urządziły niezły jazgot. Wiedziałem, że jesteś głupia, ale nie że aż tak. Nie mogłaś grzecznie podwinąć ogona, jak to robiłaś dotychczas i po prostu wrócić do Hammerlocka?
Nie powiedziałam nic, tylko nabrałam na łyżkę kawałek konserwowego mięsa z garnka i włożyłam do ust, przeżuwając go leniwie. Powinnam coś odpysknąć. Nie powinnam podwijać ogona. Nie powinnam uciekać. Uniosłam niepewnie oczy tylko po to, by się przekonać, że Mordercai się na mnie patrzy i do tego mruży niebezpiecznie oczy.
- Powinnaś była zostać w New Heaven i wkurwiać Helenę samą swoją obecnością. Jednak nie, postanowiłaś przyjechać tutaj, bo...
- Jestem pieprzoną piłeczką, którą między sobą odbijacie? - warknęłam. Usłyszałam, jak bierze głęboki wdech i odsuwa się od stołu. Z jego oczu ziała czysta wściekłość i furia. Nie wiem, czy powiedziałam za dużo, czy też moje określenie mu się nie spodobało. Powinnam była się go bać. Kurwa, bałam się go. Czułam, jak trzęsą mi się nogi. Widząc, jak drży mi łyżka z zupą, odłożyłam sztuciec i zastanowiłam się nad możliwością ucieczki do wioski. Tutaj nikt mnie nie uratuje. Obserwowałam zahipnotyzowana, jak Mordercai wstaje, odchodzi od stołu, bierze butelkę spirytusu do ręki, upija kilka potężnych łyków. To, co działo się później trwało zaledwie ułamki sekund. Rzucił się w moją stronę, a ja nawet nie zdążyłam zerwać się do ucieczki. Złapał mnie w pasie, przerzucił sobie przez ramię jak worek z warzywami, po czym wyniósł na zewnątrz. Lodowaty podmuch wiatru, mróz osiągający minus czterdzieści stopni i olbrzymia zaspa śnieżna, która przyjęła mnie z otwartymi ramionami, ostudziły mój strach, ale za to rozpaliły wściekłość.
Kiedy Mordercai najzwyczajniej zamierzał wrócić do domu, ja rzuciłam się na niego. Dzięki jego stanowi upojenia, przewróciłam go z łatwością i niewiele myśląc, zaczęłam go nacierać śniegiem, wrzucając biały pył za sweter, w twarz a nawet do spodni. W pijackim amoku próbował mnie złapać, ale za każdym razem udało mi się wywinąć. Byłam wściekła. Wkurwiona wręcz na niego za jego skrajne zachowanie. Zamierzałam zerwać się na nogi, kopnąć go w brzuch i najzwyczajniej w świecie wrócić do środka. Byłam ubrana tylko w szorty i koszulę, do tego boso.
Nie zdążyłam jednak zrobić kroku, gdy zostałam brutalnie przewrócona na śnieg i obrócona na plecy. Mordercai usiadł na mnie okrakiem, blokując mi każdy ruch nogami. W pierwszej chwili zasłoniłam się rękami przed ciosem, którego się spodziewałam. Byłam pewna, że w swej furii mnie uderzy, spoliczkuje, ale nie. Nic takiego nie miało miejsca. W końcu opuściłam gardę i kiedy skierowałam na niego przerażone spojrzenie, zobaczyłam jak zastygł w ruchu rzucania śnieżką. Biała kulka widniała w jego dłoni, uniesiona wysoko nad głową. Nie kontratakował, tylko patrzył na mnie, następnie westchnął i wstał, rzucając kulkę w zaspę. Obserwowałam jak znika za drzwiami. Nie czekałam na zaproszenie, tylko zerwałam się na nogi i wbiegłam do domu, całkowicie przemarznięta.
Bez słowa wyminęłam towarzysza, który ostrożnie stawiał kroki, zawinęłam się w futra przy kominku z zamiarem wygrzania się. Nie mogłam powstrzymać drżenia czy trzęsących się warg. Nie musiałam widzieć, by wiedzieć, że stopy i dłonie mam całe czerwone, przemarznięte. Nienawidziłam tego człowieka, który jak gdyby nigdy nic, siedział przy stole i dalej pił swój alkohol. Po kilkunastu, czy też kilkudziesięciu minutach pusta butelka potoczyła się po ziemi, a mój towarzysz wstał i bardzo niepewnym krokiem dotarł do łazienki. Nie wiem ile leżałam, ale oczy zaczęły mi się zamykać, a mnie ogarnęło olbrzymie zmęczenie. Prawdopodobnie zdrzemnęłam się chwilkę, bo gdy otworzyłam oczy, drewno w kominku ledwie się jarzyło. Czułam, że ktoś za mną leży. I nawet wiedziałam kto. Nie spał, tylko słyszałam jak ciągnie łyk za łykiem. Był pijany. Ja chyba też. Wszystkie te sytuacje wydały mi się w jakiś sposób irracjonalne. Bitwa na śnieżki, kłótnia jak małżeństwo, ten obiad. To wszystko było jakieś popieprzone. Ja też. Pomijając wszystkie te sytuacje, które działy się na pustyni i podsumowując tylko to, co wydarzyło się w ciągu kilku godzin. Mordercai zostawił mnie na mrozie na śmierć, potem mnie uratował przez zamarznięciem, burzył się na moje gotowanie ale wszystko zjadł, potem wywlókł mnie na śnieg by mnie tam zostawić, a wszystko przerodziło się w zwykłą bitwę na śnieżki. Teraz leżał obok mnie pod futrami i pił spirytus. Jeśli to nie było popieprzone życie, to ja kurwa nie wiedziałam jak inaczej je określić. Westchnęłam ciężko, obracając się na plecy. Mordercai z kolei leżał na boku, podpierając głowę na ręce, a w drugiej trzymał dopiero zaczętą butelkę alkoholu. Obserwował mnie zaskoczony, a ja? Ja postanowiłam dalej brnąć w to popieprzone szaleństwo - szaleństwo tego człowieka.
- Dasz łyka? - spytałam niewinnie, uśmiechając się jak mała dziewczynka. Jego brwi drgnęły, unosząc się do góry w wyrazie zdziwienia, po czym podał mi swoją butelkę. Podniosłam się do pozycji siedzącej, wzięłam szklane naczynie do ręki i pociągnęłam konkretny łyk. Zakrztusiłam się, kiedy tylko palący płyn popłynął po przełyku. Zaczęłam kaszleć, by na samym końcu kichnąć trzykrotnie. Zawsze tak miałam jak się zadławiłam. Mordercai leżał i obserwował mnie, ale nie pomógł ani nic nie powiedział. Poczekał, aż wypiłam kolejny łyk, po czym wziął ode mnie butelkę. Kolejne minuty mijały nam w całkowitej ciszy, a jedynie na podawaniu sobie spirytusu.
Ja siedziałam, obejmując kolana i gapiąc się bezmyślnie w płomień, od czasu do czasu pociągając trochę trunku, a mój towarzysz leżał w niezmienionej pozycji i również patrzył się w tańczące ogniki. Trwało to wystarczająco długo, by drewno dopaliło się, pozostawiając po sobie jarzący popiół. Kilka minut po zgaśnięciu ostatnich płomieni zrobiło się chłodno, a ja dostałam gęsiej skórki. Jeszcze nim pomyślałam, by się okryć futrem, Mord położył mi go na ramionach, po czym położył się na plecach, odkładając w ponad połowie pustą butelkę.
- Nienawidzę Heleny - powiedziałam i uświadomiłam sobie, że język mi się nieprzyjemnie plącze. Mało tego, powiedziałam coś, co powinnam była przemilczeć. Poruszałam bolesne wspomnienia. Mężczyzna nie odpowiedział, tylko gapił się w sufit.
- Wiesz, że wysłała za mną psy gończe? - spytałam, a on uśmiechnął się pod nosem.
- Ta, wysłałem ci Hammerlocka na ratunek, ale zdążył jedynie posprzątać - odparł Mord, drapiąc się po brodzie. Zachichotałam, sięgając po butelkę.
- Wiedziałam, że ktoś maczał w tym palce. Nie spodziewałam się, że to będziesz ty.
- A widzisz, jestem chodzącą niespodzianką - powiedział, przeciągając się. W ułamku sekundy wróciła do mnie rozmowa z Hammerlockiem i wspomnienie o bliznach Morda. Wbrew sobie, spojrzałam na jego rękę i faktycznie, cały czas nosił na niej rękawice.
- Opowiedział ci. - To było bardziej stwierdzenie niż pytanie, jednak pokiwałam głową. Westchnął, podnosząc się do pozycji siedzącej, tym samym odkrywając się z futer. Leżał jedynie w spodniach, a ja miałam okazję zobaczyć mnóstwo blizn po kulach, ostrzach, kłach i ogniu. Niektóre były stare, a niektóre całkiem świeże. Nie miał nawet kawałka nienaruszonej skóry. Przełknęłam ślinkę. Zrozumiałam, jaki ogrom cierpienia musiał spotkać tego człowieka przez wszystkie lata, jakie znajduje się na tej planecie.
- Nie rób tego - warknął wyraźnie zirytowany. Przeniosłam wzrok na niego, zaskoczona.
- Czego?
- Nie współczuj mi. Nie zasługuję na to - odparł, a cała irytacja, która się w nim nagromadziła przez ten czas wyparowała. Przede mną był człowiek zmęczony własnym życiem. I wpuścił mnie do swojego alkoholowego świata, z ludzkimi problemami, cierpieniem, samotnością i szaleństwem. Na krótką chwilę byłam częścią tego wszystkiego. Czy to właśnie miał na myśli Hammerlock mówiąc, bym go nie oceniała?
Obserwowałam, jak kładzie się z powrotem na boku, tym razem tyłem do mnie. Przykrył się czarnym, wilczym futrem pawie po uszy. Ja wypiłam jeszcze jeden, ostatni łyk alkoholu i odłożyłam butelkę na bok. Zamierzałam się położyć, zasnąć, odgrodzić się od niego i jego szaleństwa. Tak zrobiłby tchórz, prawda? Nie mogłam być tchórzem, nie na tej planecie. Kładąc się z bijącym sercem i przekonaniem, że za chwilę mnie zastrzeli, przytuliłam się do jego pleców. Poczułam, jak cały się napiął jakby w obawie, że wbiję mu nóż w plecy. Ja tylko przylgnęłam do niego, obejmując i zamykając oczy.
Kiedy się obudziłam, w chacie był tylko biały pies i patrzył na mnie, merdając wesoło ogonem. W kominku trzaskał płomień, wszędzie było ciepło, a butelka, którą zostawiłam obok łóżka zniknęła. W głowie mi huczało, ból rozsadzał czaszkę a do tego miałam wrażenie, że jakaś metalowa kula toczy się w środku i rozgniata mózg na kawałki. Z jękiem opadłam na posłanie, zawijając się w kłębek. Kac. Miałam kaca.
Kiedy Mordercai wtargnął do budynku, prawie wyważając drzwi, miałam ochotę go zastrzelić. Narobił mnóstwo hałasu, do tego Krwawiec zaczęła skakać po meblach i skrzeczeć. Tak, przyprowadził ze sobą ptaszysko, z którym był nierozłączny. Stworzenie wskoczyło mu na plecy i zaczęło tulić głowę do jego policzka. A ja? Zastanawiałam się czy lepszy będzie ugotowany czy też z rożna. I ptak, i właściciel.
- Nadal w łóżku? - spytał Mord i dopiero kiedy spojrzał na mnie, zrozumiałam, że mam odpowiedzieć.
- Wydaje ci się - fuknęłam, odwracając się tyłem i znikając pod fałdami futra. Człowiek był jednak nieubłagany. Chodził po chacie, trzaskał, przenosił pudła, klął, gotował, toczył garnki po podłodze, karmił wygłodniałą sforę psów i po dwóch godzinach wzięłam pierwszą lepszą rzecz i rzuciłam w niego. Z miernym skutkiem. Poduszka nie tylko minęła go o pół metra, to jeszcze on postanowił się odegrać. Zrobił dokładnie to samo, co poprzedniej nocy. Przewiesił mnie przez ramię jak worek ziemniaków, wywlókł na dwór i wrzucił do zaspy. Kiedy na chwiejnych nogach dotarłam do chaty, poszłam pod gorący prysznic i zamierzałam wrócić do łóżka.
Mordercai obserwował moje zmagania z irytacją malującą się na twarzy. On albo nie miał kaca, albo znosił go znacznie lepiej ode mnie. W każdym bądź razie stwierdził, że nie ma ochoty na mnie patrzeć, wziął swoją snajperkę, wszystkie psy i Krwawca, po czym wyszedł na polowanie.
Cisza, która zapadła po jego wyjściu była złowróżbna, cicha i bardzo ujmująca. Z początku cieszyłam się z samotności - drzemałam, ból głowy mijał, nic nie potęgowało mojego zmęczenia. Nic tylko ja, cisza i upływający leniwie czas. Po jakiś czterech godzinach, gdy byłam w miarę wypoczęta a mój głód dawał się we znaki, wstałam i przyrządziłam sobie gorący rosół z kostki. Zagryzałam nieco sczerstwiałą bułką, siedząc na parapecie owinięta futrem. Każdy silniejszy ruch głową sprawiał, że krzywiłam się z bólu. Dobre samopoczucie było iluzją stworzoną przez ciszę i samotność. Wystarczy, że wróci Mord z tą całą, dziką bandą, a ja umrę z bólu.
Kiedy wiedziałam, że moje minuty są policzone, niepewnie pomyślałam o butelce spirytusu. Wielokrotnie słyszałam o klinie, ale jakoś nigdy nie zastanawiałam się, czy jest on dobrą metodą na kaca. Teraz jednak postanowiłam zaryzykować. W końcu, tkwiłam na Pandorze z Mordercaiem. Co gorszego może mnie spotkać? Kiedy podjęłam decyzję, zaczęłam szukać butelek, które mój współlokator skrzętnie schował. Skrzętnie, ale nie wystarczająco. Najlepsza wódka to ta schłodzona, a temperatura zamarzania tego alkoholu jest znacznie większa, niż ta za oknem. Znalazłam kilkanaście butelek pochowanych po śniegu. Wzięłam jedną, wróciłam do domku, rozpaliłam w kominku, po czym rozwaliłam się wygodnie pod kocami i zaczęłam ciągnąć alkohol. Nieprzyjemnie piekł po języku, wykrzywiał twarz i z całą pewnością, przyczyniał się do zaniku szarych komórek. Jednakże, wcale mi to nie przeszkadzało.
Kiedy wracał do chatki, w głowie tętniła mu tylko jedna myśl - wyrzucić ją. Od momentu, jak pojawiła się na Pandorze, niszczyła jego spokój, przywołując najgorsze wspomnienia, które jednocześnie były tymi jedynymi, z których mógł być szczęśliwy. Nie należał do osób, które wybaczają zdradzę. Nie odpuszczał swoim wrogom, a każdą ranę i obrazę pielęgnował, by nigdy o niej nie zapomnieć i zniszczyć osobę, która go zraniła. Ona nic mu nie zrobiła, ale była nią. Bardzo podobna, zarówno z wyglądu, jak i charakteru. To było kwestią czasu, aż go zdradzi i spróbuje zastrzelić. Nienawidził ją za to. Nienawidził ją za to, czego jeszcze nie uczyniła, ale co mogła zrobić w każdej chwili.
Uciekał do Frozen Wastes co roku, kryjąc się wśród śniegu i samotności, zapijając swój żal i pielęgnując nienawiść. Hammerlock nigdy go nie krytykował za to, doglądał tylko, czy żyje. W tym roku posłał jednak za nim psa gończego, przed którym uciekał. Uciekał, ponieważ zaczynał lubić psa, którego będzie musiał zastrzelić - wcześniej czy później. Zdradziecka natura Heleny tkwiła gdzieś w Koniczynce. Przeklął szpetnie, kopiąc leżącą zaspę śniegu. Przechrzcił już ją. Dla niego była Koniczynką. Pierdoloną koniczynką, która zasadzi mu kulkę w łeb, gdy tylko będzie to dla niej korzystne. Nie miał ochoty na to czekać. Helena wygrała, chciała śmierci dziewczyny i się doczekała.
Stojąc pod drzwiami, układał scenariusz. Wejdzie, wyceluje i zastrzeli. Nie będzie się zastanawiać nad plusami i minusami. Po prostu, zabije ją, jak zabił wielu ludzi. Nie będzie śledztwa, nikt go nie będzie sądzić. Zabiły ją bullymongi. Wściekłe psy. Mróz. Tysiące wyjaśnień, tysiące możliwości. Wziął głęboki wdech i wszedł do środka, kurczowo trzymając w dłoni jeden ze swoich rewolwerów. Dostrzegł ją, leżącą przy kominku. Spała. Stąpając cicho podszedł, uklęknął na jedno kolano i wycelował w głowę. Czysta i bezbolesna śmierć. Palec na spuście zadrżał nerwowo.
Jeden strzał. Jedno pociągnięcie palca...
