Kiedy spałam, miałam dziwne sny. Z początku śnił mi się gnijący człowiek, o twarzy zmasakrowanej przez jakieś zwierzę. Chwilami widziałam prom kosmiczny, widziałam tylu ludzi. Wojskowych, naukowców, inżynierów. Wszyscy ustępowali mi z drogi, uśmiechali się lub czmychali z przerażeniem. Nie byłam bestią, byłam sobą. Co znaczy sobą? Wiem, że nie bez powodu oni wszyscy robili mi przejście. Coś było nie tak, coś było na rzeczy. Wiedziałam, że to sen. Dziwne wrażenie, jednak nie zmienia to faktu, że moja świadomość jasno dawała mi do zrozumienia, że wszyscy ludzie, których widzę nie byli na tym małym promie, który rozbił się o Pandorę. Zginęła tylko piątka. Ja byłam szósta, szczęściara. Kim jest te kilka, kilkanaście... nie, kilkadziesiąt ludzi? Nieważne! Zauważam we śnie drzwi, na których widnieje wielkie bH/b. One coś znaczyło. Tylko co?

Nagle obraz rozmazał się, a ja otworzyłam oczy. Leżałam w chacie, poowijana w futra. Idealna cisza, przerywana jedynie trzaskającym wesoło płomieniem, zaniepokoiła mnie. Podniosłam się i rozejrzałam pewna, że jestem sama, a Mordercai jeszcze nie wrócił. Wciągnęłam ze świstem powietrze do płuc i zamarłam. Siedział przy stole, pijany, a do twarzy tulił rewolwer. Nie spoglądał na mnie - miał zamknięte oczy. Przed nim na stole stał kubek zimnej kawy, nawet nie tknięty. Przełknęłam ślinę.
Spokój na twarzy mężczyzny wzbudzał we mnie niepokój. Spał? Podświadomie wiedziałam, że nie powinno mnie tu być. I mimo wszystko, nie zamierzałam zignorować mojego instynktu. Stąpając najciszej jak potrafiłam, ubrałam się. Nie zamierzałam wyjeżdżać - zamierzałam zniknąć na kilka godzin, pospacerować, zamelinować się w samochodzie chociażby.

Mordercai nie reagował, gdy przygotowałam termos z gorącą, gorzką kawą. Nie poruszył się, jak owijałam się w futra. Kiedy byłam gotowa i stałam przy drzwiach z ręką na klamce, usłyszałam, jak wstaje. Niepewnie spojrzałam w jego stronę i zobaczyłam pijacką wściekłość w jego ciemnych oczach. Trzymał rewolwer i wyraźnie zamierzał go użyć.

- Gdzie się wybierasz, co? - warknął. Logicznie rzecz ujmując, powinnam była odpowiedzieć grzecznie i uśmiechnąć się, jak nakazywała kultura. Ba, powinnam była odpowiedzieć na zadane pytanie. Instynkt jednak mówił mi tylko jedno: iSpierdalaj/i. Rzuciłam się do ucieczki, nawet nie próbując zatrzasnąć za sobą drzwi.
Przebiegłam kilkanaście metrów i usłyszałam strzał, a pocisk śmignął mi koło ucha. Przerażona, spojrzałam przez ramię i zobaczyłam powalonego przez bandę psów Mordercaia. Nie miałam czasu. Płuca płonęły od bólu, nogi odmawiały mi posłuszeństwa, a po policzkach płynęły łzy. Nie wiedziałam, co się dzieje, chociaż wiedziałam, że tak może się stać. On był nieprzewidywalny. Szaleniec.

W końcu zniknęłam za lodowymi zaspami, a obok mnie biegł biały husky. Uszy miał klapnięte i warczał, ale nie na mnie. Co chwilę zerkał do tyłu. Olbrzymie zaspy, lodowe jaskinie, klify, tunele, dziury - wszystko nagle stało się polem łowów, których ja byłam zwierzyną. Miałam broń, mogłam się bronić, ale w głębi duszy nie chciałam. Nie potrafiłabym zabić tego człowieka, nawet po tym wszystkim. Dostrzegłam przed sobą lodowy labirynt - tunele przecinały się na wiele sposobów i pod wieloma kontami. Można było wspinać się zarówno do góry jak i na dół. Idealne miejsce, by zgubić pościg. By samemu się zgubić. Nie mogłam tam wejść, graniczyło to z samobójstwem. Odwróciłam się i dostrzegłam Morda - szedł w moją stronę, ubrany tak lekko, jak zwykł chodzić po pustyni. Mróz go nie przerażał tak, jak mnie. Przeklinając w duchu, weszłam w pierwszą, najbliżej leżący tunel.

Moją postać otoczyło tysiące lodowych ton, podziurawionych jaskiniami jak ser szwajcarski. Krucha postura bryły lodu sugerowała, że wszystko może zawalić się w każdej chwili. Pełzłam na czterech, starając się liczyć każdy zakręt w nadziei, że uda mi się znaleźć wyjście. Po kilku minutach zatrzymałam się i rozejrzałam. Lód. Krystalicznie przejrzysty lód, przez który przebijały się promienie słoneczne, tworząc miliony iluzji mnie - mniejszej i większej. Powietrze było znacznie zimniejsze od tego na zewnątrz. Czułam się jak w gabinecie krzywych zwierciadeł. Pies nie wszedł za mną - za bardzo się bał. Jednak echo jego szczekania powiadomiło mnie, że Mordercai jest blisko. Szłam w głąb lodowej pułapki, a nogi drżały mi ze strachu. Mój instynkt krzyczał, że powinnam zawrócić, ale za bardzo się bałam. Słyszałam jego wołanie, ale nie potrafiłam zaufać jego uspokajającemu tonowi.

Ile siedziałam w jaskiniach? Długo - rozgrzewając się gorącą kawą widziałam, jak zapada zmrok. Spędziłam w bezruchu dwie godziny - tyle czasu powinno w zupełności wystarczyć na ostudzenie temperamentu Morda. Oby. Ruszyłam do wyjścia, przynajmniej tak mi się wydawało. Raz skręcałam wprawo, raz w lewo - tak, jak mówiły mi wspomnienia. Potrzebowałam ponad kwadransa, by uświadomić sobie, że się zgubiłam. Na amen.
Wiedziałam, że nie dotrwam do świtu. Zatkałam usta dłonią i zaszlochałam, a echo poniosło się lodowymi korytarzami. Kiedy wróciło do mnie, wiedziałam, że nie jestem sama. I to nie było ludzkie towarzystwo.

Nie spał ani przez chwilę. Siedział i myślał nad kubkiem kawy, by ochłonąć. Rozpierała go czysta nienawiść, chęć mordu. Chciał ją zastrzelić. Chciał. Wmawiał to sobie. Z łatwością zapiłby sumienie, jak zawsze. Teraz jednak był zbyt trzeźwy na tę nienawiść, na tę zbrodnię. Stopniowo ostudzał w sobie emocje, przynajmniej do czasu, aż ona się obudziła. Nie mogła wiedzieć, że uważnie nasłuchuje. Zbierała się? Prawdopodobnie. Ani drgnął aż do chwili, gdy stała przy drzwiach. Wówczas był pewien, że go zdradziła. Że ucieka, bo zrobiła coś złego. Kiedy wstał, zobaczył jej przerażenie. Nie powinna była uciekać, to byłaby bezbolesna śmierć. Jednak zaczęła biec.

Teraz, kiedy stał przy lodowych jaskiniach, wiedział, że zrobił błąd. Chodził wkurzony wzdłuż wejścia i zastanawiał się, co ma zrobić. Mógłby za nią podążyć, bo z pewnością pozostawiła ślady po swoim przejściu i sam jakoś wyszedłby po własnych śladach. Jednak nie mógł oddać strzału - mógł przyciągnąć niepotrzebną uwagę bullymongów. Położył ręce na biodrach i spojrzał w ciemniejące niebo. Nadciągała noc i zamieć śnieżna.

Rozważał możliwość zostawienia jej w jaskini, co w sumie uznał za jedyne słuszne rozwiązanie. Kiedy się odwrócił, gwiżdżąc na psa, usłyszał je - śnieżne bestie. Nie musiał się odwracać, by wiedzieć, że te uważnie obserwują każdy jego ruch. Położył snajperkę na ramieniu i ruszył do chaty z zamiarem poczekania na powrót Lucky. Psy gdzieś zniknęły, a cisza przerywana jedynie wyciem wiatru nie robiła na nim większego wrażenia. Przekroczył próg wyraźnie zadowolony i zziębnięty, po czym zamarł. Przed nim siedziało trzech mężczyzn - mniej lub bardziej charakterystycznych, których nigdy na oczy nie widział. Pomijając jednego, jedynego. Rudobrody. Widząc rozległe poparzenia na twarzy, szyi i ramionach uśmiechnął się pod nosem.

- Widzę, że włażenie w dupę Heleny sprawiło, że się do niej upodobniasz - zakpił. Nie pożałował swoich słów nawet w chwili, gdy oberwał w brzuch i przeponę. Zwijając się z bólu na ziemi, nie mógł powstrzymać rechotu wydobywającego się z gardła. Jeśli chcieli go złamać, spóźnili się - nie miał już nic do stracenia.

- Gdzie ta twoja pizda, Lucky? - spytał Rudobrody chrapliwym głosem. Oddychał przez nos z wyraźnym trudem.

- Nie żyje - odparł i uświadomił sobie, że nie kłamie. Nie miała szans na przeżycie z dwóch względów. Po pierwsze, mróz zabije ją gdy tylko przymknie oczy ze zmęczenia. Po drugie, bullymongi zwietrzyły jej zapach i jeśli miała odrobinę szczęścia, bezboleśnie skręciły jej kark. Poczuł nieprzyjemne ukłucie w okolicach serca - sumienie. Był pewien, że zapił skurczybyka alkoholem już dawno.

- Poczekamy na jej powrót - odparł spokojnie mężczyzna i podniósł się. Związali Mordercaia boleśnie, aż liny tarły skórę do krwi. Rzucili go bezwładnego na ziemię i rozgościli się, popijając alkohol i opróżniając spiżarnię. Nie zastanawiał się nawet nad tym, co stało się z psami. Najpewniej, zastrzelili jednego czy dwa, a reszta pierzchła, przerażona hukiem. Pewnie błądzą po pustkowiu, szukając pożywienia. To kwestia godzin, by zaczęły się wzajemnie zagryzać. Prawie jak ludzie. Jednak zabijały z zupełnie innego powodu niż człowiek - robiły to, by ukrócić cierpienie najsłabszych.

Mijała godzina za godziną, a umysł Mordercaia trzeźwiał, a jego samego gryzły coraz większe wyrzuty sumienia. Starał trzymać się wyrzutu do niej, że tak łatwo dała się zabić - stracił sporo gotówki. Były chwile, gdy nienawidził Hammerlocka za to, że ją tu przysłał. Częściej nienawidził ją za to, że po prostu była taka, jaka była. O świcie nienawidził samego siebie za to, co jej uczynił. Była jego przekleństwem - z niewiarygodną łatwością swoim zachowaniem, słowem czy gestem potrafiła go zranić. Niecelowo, wręcz przeciwnie - cała jej nieświadomość doprowadzała go do szewskiej pasji. Nie wiedziała, jak bardzo rani go sam fakt, że ona jest obok, że jest pełna nadziei, naiwna i ufna.

Była jak pieprzona Helena, gdy jeszcze coś do niej czuł, a ona nie była taką suką jak teraz. Kochał w Helenie wówczas tę pozytywną energię, nawet jeśli nie wydawała mu się atrakcyjna. Wypadek niewiele zmienił w jej wyglądzie, bardziej zniszczył umysł. Lucky miała nad nią tę przewagę - była śliczna. I za to też jej nienawidził. Nienawidził ją za to, że tak na niego oddziaływała. Nie, nie kochał Koniczyny. Była jedynie materialnym wspomnieniem z przeszłości, który pokazywał, jak się zmienił, przez co zaczynał sam siebie nienawidzić. Nienawiść. Przez ostatnie kilkanaście lat to było jedyne uczucie, jakie nim kierowało i jakim kierowali się ludzie w stosunku do niego. Nawet Vault Hunterzy odczuwali pewien dystans - alkohol był przyczyną jego nieobliczalnego zachowania i braku jakichkolwiek hamulców.

Koniczyna ufała mu nawet wtedy, gdy ją przerażał. Śmiała się, żartowała. Nie krytykowała go, ale mu współczuła. W poukładane życie wprowadziła zamęt. Ponownie pokazano mu, że na świecie są inne uczucia niż nienawiść. I to strach kierował nim przez ostatnie kilka godzin. Strach, że złamie swoje zasady i zaufa, zawierzy komuś, kto go zdradzi. Jak zawsze. Obawiał się siebie, swojej słabości, a nie Koniczyny samej w sobie. Przynajmniej do momentu, aż go przytuliła. Nie usnął tego wieczoru. Całą siłą woli walczył sam ze sobą, by nie zrobić jej krzywdy. Nie chciał wówczas jej zastrzelić. Był gotów zrobić coś innego, co obdarłoby dziewczynę z godności i wszystkich pozytywnych emocji, jakie żywiła względem niego. Nie chcąc stracić czegoś, co w niej i tak nienawidził, uciekł na całą noc na zewnątrz, by ostudzić swój temperament. Nienawidził swojego paradoksu, tego, jak ona zniszczyła jego spokój i mury, którymi się otaczał przez wiele lat.

Z odrętwienia wyrwało go kopnięcie w brzuch. Nie wydał z siebie żadnego dźwięku, tylko podniósł leniwie spojrzenie do góry i zobaczył wściekłego Rudobrodego. Przynajmniej kiedyś – teraz nie miał brody, a raczej rozległe oparzenia.

- Gdzie jest dziewczyna? - warknął mężczyzna, celując do Morda z jego własnej snajperki.

- Już mówiłem – odpowiedział Mord – nie żyje.

Nie pożałował swojej bezczelności nawet kiedy kopnęli go w twarz, a on czuł pękające kości twarzy. Nie okazywał słabości. Leżał cierpliwie, nie odzywając się, tylko skupiając się na własnych myślach. Kolejna godzina upłynęła na milczącym oczekiwaniu, a bandyci coraz stawali się coraz bardziej zirytowani. Łypali na niego wzrokiem sugerującym, że chcieliby mieć to już za sobą i być w trasie do domu. Tak, bandyci mieli domy, dziewczyny i dzieci. Byli dokładnie tą samą społecznością co New Heaven, tylko po przeciwnej stronie ogrodzenia. Nikt nigdy nie powiedział otwarcie, że Heaven jest po prostu kolejną osadą bandytów.

Po dwóch godzinach Rudobrody wysłał zwiad. Człowiek nie wrócił przez kolejne trzy godziny, a kiedy jego kompani zaczynali się denerwować, coś rąbnęło w drzwi. Wszyscy, nawet Mord, podskoczyli na ten dźwięk i przenieśli nieufne spojrzenie na wejście. Nikt nie wchodził do środka. Jeden z ludzi Rudobrodego podszedł bardzo ostrożnie i nacisnął klamkę, otwierając drzwi z impetem. W tej samej chwili zwaliło się na niego zakrwawione ciało jego towarzysza. Nie, to nie było nawet ciało. Zakrwawiony korpus, z urwanymi w stawach ramionami i nogami. Obdarty ze skóry. Wypatroszony z wszystkich wnętrzności – przed nimi leżała pusta, ludzka skorupa. Każdemu przyszło do głowy tylko jedno pytanie: iGdzie reszta?/i

Jak na zawołanie, do środka wleciała głowa, uderzyła się od ściany, upadła na ziemię i potoczyła wprost pod nogi Rudobrodego. Puste oczodoły spoglądały na zaskoczonych ludzi, a z otwartych ust wypadł język. Wykrzywiona w wyrazie cierpienia twarz dała wszystkim jasno do zrozumienia, że to była ostatnia wyrwana część. Wszyscy zamarli, spoglądając z przerażeniem na ten masakryczny widok. Ten człowiek był trzy godziny temu żywy. Nie czekali na ręce i nogi – zatrzasnęli drzwi i podbiegli do okien, a Mordercai wpatrywał się to w ciało, to w głowę. Nie mogła tego zrobić żadna śnieżna małpa, ani tym bardziej Lucky. Cokolwiek było na zewnątrz, było okrutne i zabawiało się nimi. Zademonstrowało swoją siłę, umiejętności w zadawaniu bólu, a to, co pozostało z człowieka mówiło jasno iJesteście kolejni./i

W tempie ekspresowym pozostała dwójka spakowała się, złapała Morda za nogi i pociągnęła do łazika IVY. Chcieli go wrzucić do środka, gdy okazało się, że nie mieli kluczyków. Sami przybyli na wilczych saniach, lecz ich pupile pierzchły, przegryzając liny. Pozostały im dwie opcje – albo uciekną pieszo, albo też zamelinują się w chacie i będą czekać na pomoc, która nigdy nie przyjdzie. Trwało to ułamki sekund, gdy drugi z ludzi Rudobrodego padł na ziemię, zwijając się z bólu. Z ramienia obficie ciekła krew.
Mord uśmiechnął się pod nosem. Zatem mieli do czynienia z najokrutniejszym ze zwierząt – człowiekiem. Rozejrzał się po szczytach w nadziei, że dostrzeże ludzki zarys, który świadczyłby o tym, że ma rację. Nic takiego jednak się nie stało. Wszędzie widział tylko sypiący się w porywach wiatru puch. Nikogo więcej, nikogo mniej. Rudobrody rozwiązał Mordercaia – nie miał innego wyjścia, a wspólny wróg zawsze potrafił zjednać nawet najróżniejsze temperamenty. Pozostawili leżącego na śniegu człowieka, który wykrwawiał się powoli by po czacie widzieć go z okna chaty. Nabitego na pal. Nie wiedzieli nawet, kiedy to się stało. Ot tak, raz Rudobrody wyjrzał przez okno i dostrzegł go. Z początku myśleli, że to złudzenie. Potem doszli do wniosku, że wcale się nie wykrwawił. Ale po kolejnych czterech godzinach po prostu wiedzieli, że on nie żyje i prawdopodobnie jest przywiązany do jakiegoś pala. Czy coś w ten deseń. Pozostali sami, a na zewnątrz zaczęła się zamieć.

Mord nie otrzymał broni, za to Rudobrody się z nią nie rozstawał. Milczeli, paląc ostatnie kawałki drzewa, a kiedy ich zabrakło, pozostało wyjść z chaty do kanciapy obok. Wycelowana spluwa rozwiązywała każdy spór. Mord ubrał się w futra, wziął głęboki wdech i wyszedł w zamieć. Zimny podmuch powietrza prawie zwalił go z nóg, a przejście zaledwie kilkunastu metrów wymagało od niego nie lada wysiłku. Zapadał się w śniegu po kolana, więc ucieczka przed panterą śnieżną, która dosłownie płynęła po śniegu nie miało sensu. Jednak nie spotkał żadnego kota, ani małpy i dotarł do składziku. Otworzył drzwi, wszedł do mrocznego środka i zaczął szukać plastikowego kosza. Kiedy go znalazł, zaczął pakować do niego belki i drobne gałązki na rozpałkę, co poniektóre rozwalając siekierką.Cały czas pod jego czachą kołatały się myśli, jak załatwić Rudobrodego. Mamrotał pod nosem przekleństwa, nie potrafiąc znaleźć wyjścia z tej sytuacji. Nieważne co, zawsze kończyło się tak samo - jego śmiercią.

Kiedy poczuł zimną stal przytulającą się do skóry na szyi, był pewien, że to Rudobrody. Jednak gdy podniósł oczy i zobaczył przed sobą Lucky – bladą jak śnieg, o sinych ustach, załzawionych policzkach, do tego skąpaną we krwi i celującą do niego ze spluwy – żałował, że nie miał przed sobą Rudobrodego. W szeroko otwartych oczach widział strach i obłęd. Zadrżała, opuszczając broń a on wstał niepewnie, gotów w każdej chwili robić unik. Nie strzeliła jednak do niego. Upuściła broń na śnieg i nim zdążył zareagować, przytuliła się, zanosząc szlochem. Wpiła paznokcie w materiał ubrania tak, że nawet gdyby chciał, nie byłby w stanie jej od siebie odsunąć. Była przemarznięta – wszelkie futra, w które wcześniej się poowijała, zniknęły. Była tylko ona w swoim swetrze, spodniach i butach, drżąca z zimna. Przez chwilę się wahał, ale w końcu objął ją i przytulił do siebie. Włosy miała zamarznięte, z cienką warstwą śniegu. Skórę na policzku zimną, a krew na ubraniach świeżą. Nie należała jednak do niej. Kiedy tylko ją objął, poczuł, jak nogi się pod nią uginają. W ostatniej chwili powstrzymał bezwładne ciało przed runięciem na ziemię, padając na kolana razem z nią. Był pewien, że straciła przytomność. Przynajmniej do czasu, aż zobaczył jak wpatruje się w jeden punkt, a źrenice szarobłękitnych oczu były rozszerzone, jakby się naćpała. Oddychała słabo, prawie niedosłyszalnie, a przy każdym wdechu towarzyszył przerażający świst, jakby coś zalegało jej w płucach. Lewa dłoń drżała jej jak w ataku padaczkowym, ale pozostałe ciało leżało sztywno – wyczuwał silne napięcie mięśni.

Z początku chciał wziąć ją na ręce, ale zrezygnował, gdy tylko zrozumiał, że jakiekolwiek jej ruszenie może spowodować złamanie kości, nawet kręgosłupa. Widział to tylko raz, kiedy jeszcze służył w wojsku na ziemi. Był na misji, kiedy jego kompana ugryzł nowy podgatunek pająka, wywołujący napięcie mięśni. Gdy tylko wraz z innym żołnierzem chcieli go przerzucić na nosze, równocześnie połamały mu się wszystkie kości - wszystkie, jednocześnie. Włącznie z kręgami szyjnymi. Zmarł od razu, nawet nie trzeba było go dobijać.

Mord nie miał czasu na rozmyślanie o przeszłości. Podniósł się z klęczek, patrząc z góry na nieprzytomną dziewczynę. Umierała.

- Ani drgnij - usłyszał warknięcie. Rudobrody stał na progu szopy, celując w niego ze śrutówki. Spoglądał to na niego, to na dziewczynę, niepewny, w kogo powinien celować. Leżała w cieniu, więc nie mógł wiedzieć, że nie zrobi mu krzywdy. Mordercai uniósł ręce i czekał. Co powinien zrobić? Siła rażenia broni zrobiłaby z jego ciała cieknące krwią sito. Westchnął i postanowił zagrać, stawiając swoje życie w ostatniej rundzie.

- Możemy się dogadać... - zaczął, ale przerwał, gdy lufa została wymierzona w jego głowę.

- Milcz. Mówiłeś, że nie żyje. - Wściekły ton Rudobrodego nie wróżył niczego dobrego.

- Bo byłem pewny, że nie żyje - powtórzył za nim jak echo Mord. Ten jednak nie chciał słuchać. Przymierzał się do oddania strzału, gdy lodowa śnieżka uderzyła go w tył głowy. Odwrócił się zaskoczony.

- Kto tam? - zaryczał wściekły, nie zdając sobie spawy z tego, że jest na przegranej pozycji. Popełnił jednak błąd. Mordercai doskonale wiedział, gdzie Lucky upuściła broń. Rzucił się w tamtą stronę, podnosząc rewolwer i natychmiast odskoczył za belki, tym samym ratując się przed przelatującym śrutem. Przekleństwo, zapach prochu, szum w uszach i chłód. Dla niepoznaki popchnął pień, który przetoczył się - zupełnie, jakby oberwał i skonał. Potem wszystko ucichło, nawet wiatr. Mord starał się oddychać jak najciszej, nasłuchując jednocześnie za Rudobrodym. Przytulił do piersi broń - kochankę, która nigdy się z nim nie rozstawała, chyba, że nie miał innego wyjścia. Przemknął cicho za stertą desek i belek, nasłuchując. Okrążył całe pomieszczenie w cieniu, idąc równolegle do ściany, aż stał na tej samej linii co Rudobrody. Ten pochylał się, grzebiąc coś przy Lucky. W dłoni widniało ostrze. To o nią mu chodziło przez cały czas - Mordercai był płotką w jego przekonaniu. Jakże mylnym zresztą.

Strzelec doskoczył do bandyty i przyłożył mu broń do skroni.

- Przeliczyłeś się, skurwielu... - syknął, a ten zaśmiał się. Był to smutny śmiech - śmiech przegranego. Mord bez zawahania pociągnął za spust, lecz nie rozległ się huk, a proch nie wzbił się w powietrze jako tuman kurzu. Bębenek na naboje był pusty. Obaj mężczyźni byli zbyt zaskoczeni, by przez trzy sekundy jakkolwiek się poruszyć. Nagle role się odwróciły.
Rudobrody zamachnął się nożem w stronę Morda, który odskoczył z gracją. Ten jednak powtórzył atak, a Mord zwinnie złapał go za nadgarstek. Szarpali się chwilę, przeklinając i sapiąc ze zmęczenia. W końcu ostatnimi siłami Rudobrody został pchnięty na deski, który, by zamortyzować upadek, upuścił nóż. Mordercai nie rzucił się na niego - wówczas jego twarz znalazłaby się w zasięgu nogi. Złapał natomiast siekierkę, która znalazła się obok jego nogi i nim ktokolwiek zdążył się połapać, rzucił nią w mężczyznę. Ostrze wbiło się w brzuch, rozcinając skórę, a wnętrzności wypłynęły. Rudobrody zaryczał, a Mordercai niespiesznie podszedł do niego, z satysfakcją malującą się na twarzy. Czerpał przyjemność z przerażenia mężczyzny. Podniósł niespiesznie nóż i machnął nim przed oczami.

- Powiedz mi teraz, co ja powinienem z tobą zrobić, hm? - spytał, a ten ani drgnął. Mordercai wiedział. Podniósł jedno jelito i na oczach właściciela, przerzucił je przez drewnianą belkę na suficie, po czym zawiązał je do haka. To samo zrobił w kilkunastu innych miejscach, zdobiąc chatę girlandą krwawiących flaków, a człowiek, do którego należały wnętrzności, krzyczał i błagał o litość. Zabawę przeplataną psychopatycznym śmiechem i wrzaskami przerwał ryk.

Jaguar śnieżny stał w progu. Mieszanina pantery z kryształowymi kolcami na grzbiecie i ostrych kłach szablozębnego kota. Mętne oczy widziały ciepło ciała, a ogon wił się niczym wąż. Stworzenie otworzyło pysk, sycząc. Zwabiła go krew i krzyki, z czego łowca doskonale sobie zdawał sprawę. Mordercai wycofał się za stertę drzewa, przestępując nad martwą Lucky i biorąc śrutówkę Rudobrodego. Celował w zwierzę, ale nie spodziewał się ataku z jego strony. Bezbronna ofiara leżała wprost przed nią.

Jaguar wgryzł się w tętnice Rudobrodego, a ten nawet nie pisnął. Krew trysnęła, pokrywając śnieżnobiałe futro plamkami krwi. Kiedy mężczyzna przestał wierzgać, kot odwrócił od niego spojrzenie i usadowił je w Mordercaiu. Ten ani drgnął, tylko patrzył w ślepia stworzenia. Zacisnął palce na strzelbie. Zwierzę nie rzuciło się na niego, niepewne. Zimne spojrzenie szaleńca, jego pewna siebie postawa i ani odrobina lęku sprawiły, że poczuło się nie tyle zagrożone, co ustępliwe. Spotkało kogoś o silniejszej osobowości. Pantera złapała Rudobrodego za rękę i pociągnęło do swojej kryjówki, pozostawiając krwawy szlak i porozwieszane jelita.

Kiedy pozostał sam, uklęknął na jedno kolano i przyłożył dwa palce do tętnicy szyjnej. Wyczuł delikatny puls - żyła. Zaczął macać jej ręce, nogi i szyję, by przekonać się, że napięcie mięśni znacznie zelżało. Wziął ją na ręce i ruszył do samochodu, rozglądając się za ewentualnym zagrożeniem. Nikogo, ani niczego nie dostrzegł w zamieci.
Położył dziewczynę na tylnym siedzeniu, przegrzebał kieszenie jej spodni i stwierdził, że kluczyki gdzieś przepadły. Był w nazbyt dobrym humorze, by się wkurzyć. Cała wściekłość, jaka się w nim nagromadziła do tej pory, znalazła ujście w Rudobrodym i jego trzewiach. Postanowił obrać inną taktykę odpalenia pojazdu. Usiadł za kierownicą i podrapał się po szyi, próbując przypomnieć polecenie, na które pojazd reagował.

- IVA, odpal.

Z zadowoleniem stwierdził, że silnik zaryczał pod maską. Pozostawił go włączony, odgarniając śnieg, podjeżdżając na kładkę i zjeżdżając na dół. Następnie ruszył w kierunku domku Hammerlocka, który był tutejszym lekarzem. Przez całą drogę wracały do niego emocje, które wcześniej znalazły ujście. Starał się zachować obojętność, ale mimowolnie coraz częściej zerkał na tylne siedzenie. Postać na nim leżąca wyglądała jak zamarznięty trup i walczył z chęcią zatrzymywania się, i sprawdzania, czy nadal żyje. Był jej winny ratunek, bo ona ocaliła jego, gdy nic na to nie wskazywało.

Dojechał do domu przyjaciela i wiedział, że czeka go długa i ciężka rozmowa. Przekroczył próg, trzymając Lucky na rękach - sztywną, trupio bladą, nie reagującą. Nie był nawet pewien, czy oddycha. Ludzie, którzy byli w chacie nic nie powiedzieli, bo rozumieli doskonale. Hammerlocka nie było, ale był inny lekarz. Reakcja tych kilku osób można było uznać za nierealną. W końcu on, Mordercai, wnosi do budynku zamarzniętą, zakrwawioną dziewczynę. Słyszano o nim wiele złego - lubił pastwić się nad ofiarami, nie znał umiaru, nie znał litości. I tak oto stoi przed nimi również we krwi, z obłędem w oczach. Nie pytali o nic, tylko wzięli dziewczynę i bez słowa zanieśli ją do pokoju na górze, pozostawiając go samego na parterze. Nikt z nim nie rozmawiał, nikt o nic nie pytał. To, co się działo później, było mu całkowicie obojętne. I tak nie potrafiłby jej pomóc. Siedział przy kominku, pijąc na umór. Potężny haust, potem następny i kolejny, jeden za drugim, aż jego umysł był tak nietrzeźwy, że stracił kontakt z otoczeniem.

iŚniłam. Oczywiście, że śniłam. Nie byłam skagiem. Znaczy nie w życiu, ale we śnie owszem. Wędrowałam przez nieskończone pustynie Pandory, unikając kontaktu z innymi bestiami mojego pokroju. Nie zagrażały mi - jakaś część mojej jaźni mówiła wprost, jestem przywódczynią, że żaden mnie nie zaatakuje. Chyba, że głupiec pragnący przywództwa. Jednak unikałam pozostałych, bo druga część mojej jaźni bała się, drżała całym ciałem. Gdyby wyczuły, że się waham, zaatakowałyby.

To było cudowne uczucie - wędrować przez pustkowie w pełnym słońcu i nie czuć jego prażącego słońca. Czułam jego ciepło, podczas gdy druga część mnie marzła, drżąc od chłodu. Gdy byłam głodna, pożerałam trujące kaktusy albo inne, mniejsze stworzenia, a jednocześnie odczuwałam coraz większy głód i pragnienie. Te skrajności mnie przerażały, ale naprawdę, nie potrafiłam się z tego wyrwać. Trwałam w tym śnie, zadowolona z ciepła.

Świadomość mówiła mi, że odczucia nie są prawdziwe, są tylko wymysłem mojego wymarzniętego i wygłodzonego organizmu. Jednak było to takie prawdziwe, takie żywe... Czułam tętniące życie Pandory, czułam się jej częścią. Przestała to być dzika i nieprzyjazna kraina, zaczął to być mój dom. On akceptował mnie, a ja jego./i

Nienawidził jej. Po tym wszystkim, potrafił darzyć ją tylko i wyłącznie nienawiścią. Kochał ją, pożądał, ale to wszystko obróciło się w niwecz. Mordercai ocknął się, gdy lodowata woda otuliła jego twarz. Zaskoczony, zaczął się szarpać. Stalowy uścisk, który przytrzymywał jego głowę, rozluźnił się, dając mu chwilę wolności.

Pijany, zatoczył się do tyłu, wpadając wprost w zaspę śniegu. Mróz i lodowata woda sprawiły, że odzyskał trzeźwy umysł. Spojrzał z wyrzutem na Hammerlocka, Nie po to się sprał, by ten go na siłę cucił.

- Chce wiedzieć, co się stało - warknął wkurzony Hammerlock. Naprawdę wkurzony. Mordercai znał go wystarczająco dużo czasu, a jednak widział go w takim stanie pierwszy raz.

- Zjebałem sprawę, okey? Zjebałem i koniec.

- Dobra, ty zjebałeś, ale co to ma wspólnego z nią? - warknął, a Mord zaśmiał się.

- Nie broń tej dziwki, chciała cię zastrzelić jak...
Nie zdążył dokończyć, bo Hammerlock złapał go za fraki i ponownie zanurzył w beczce z lodowatą wodą. Przytrzymał go wystarczająco długo, by podtopić Morda, a jednocześnie nie utopić. Rzucił go ponownie na śnieg, patrząc na niego z góry.

- Mówię o Lucky, nie o Helenie.

Koniczyna.

- Kurwa... - szepnął, chowając twarz w dłonie. Głowa huczała mu od kaca, ale zrozumiał. - Co z nią?

- Najpierw powiedz mi, co się stało.

iLubiłam to. Te otwarte przestrzenie, wiatr, dowodzenie stadem. Chciałam iść sama, ale wszyscy podążyli za mną, za przywódczynią. To było wspaniałe. Mieć rodzinę, mieć kogoś. Miałam swoją przeszłość. I to było cudowne.

Urodziłam się jako skag, dorastałam na Pandorze i wywalczyłam sobie ten status. Nie byłam zwykłym stworzeniem. Widziałam odbicie w wodzie i zrozumiałam - Skagzilla. Stałam się Skagzillą.

Wędrowałam przez pustkowie, dostrzegając znajome szczyty. W nozdrza uderzał smród wysypiska śmieci, do którego się zbliżałam. New Heaven było blisko, wiedziałam i czułam. Jednak coś było nie tak.

Coś. Nie potrafiłam pojąć co./i

Mordercai siedział na kuli z bałwana, którego zniszczył niecały kwadrans temu. Był wściekły. Na siebie, na nią, na mróz. Rozsadzała go energia, a on nie wiedział, gdzie powinna znaleźć ujście. Byłby w stanie zaakceptować to, że nie żyje - ale żyła. Cieszyłby się, gdyby przeżyła - jednak była martwa. Nienawidził siebie za to, co się dział. Śpiączka. Z całego wachlarza możliwości, ona musiała zapaść w śpiączkę, z której nikt nie był w stanie jej wybudzić. Po prostu - nie obudzi się, chociaż żyje.

- Kurwa!

Hammerlock stał opodal, spoglądając na przyjaciela smutnym wzrokiem. Obserwował człowieka zniszczonego przez Pandorę, który odpychał wszystko to, co mogło go uszczęśliwić. Ranił ludzi, odpychał ich od siebie, pogrążając się w samotności i alkoholizmie. Miał nadzieję, że dziewczyna go z tego wyciągnie - miała taką siłę. Potrafiłaby to dokonać. Jednak przegrała z Mordem, jego destrukcyjną naturą.

iCzułam się silna. Potężna, niepokonana bestia, która budzi lęk na całej Pandorze. Nic nie mogło mnie ruszyć. Walczyłam z innymi o przetrwanie, ale miałam coś, czego nie miały inne. Umysł. Świadomość. Chłodną kalkulację. Moja potęga brała się w z tego, co odróżniało mnie od pozostałych. To nie siła sprawiała, że byłam niepokonana.

Po wielu dniach wędrówki w końcu dotarłam z pozostałymi do New Heaven. Chciałam pokazać tym wszystkim niedowiarkom, że potrafię przetrwać, że jestem silna. Pragnęłam odgryźć łeb Helenie, wpierw jednak ganiając ją i znęcając się, aż błagałaby o śmierć. Chociaż nie, wówczas bym jej nie zabiła. Nie pozwoliłabym jej jednak odejść. Uczyniłabym ją swoją zabawką. Tak, to była dobra myśl. Cieszyłam się na nią. Wyczekiwałam.

Długa, bolesna wędrówka, która nadała mi charakteru. Byłam bestią. Nie byłam już tą małą, płochliwą Lucky. Zmieniłam się. Skagzilla mnie odmieniła. A ja odmieniłam ją.

Z początku sądziłam, że jestem tylko ja w potężnym ciele. Z czasem okazało się, że jesteśmy tu we dwie - ja inteligentna i logiczna, ona silna i niepokonana. Ona dała mi siłę i pewność siebie, ja odstąpiłam swój umysł i podświadomość. Stałyśmy się zabójcą idealnym. Bestią o ludzkim umyśle. Żaden człowiek nie mógł nam zagrozić. Już nie. /i

Mordercai siedział na skraju łóżka, trzymając w dłoni rewolwer. Zimna stal ciążyła mu bardziej niż zwykle. Musieli opuścić miasteczko, nadciągały śnieżyce i lada dzień mogli zostać zasypani. Nie mogli jej wziąć. Zresztą i tak by nie przeżyła, nie w New Heaven. Było po niej.
Przez ponad dwa tygodnie walczyli o nią, próbując podtrzymywać przy życiu. Mieli nadzieję, że się wybudzi. Teraz było za późno. Nadzieja umarła, a im pozostało ją dobić.

Hammerlock wszedł do pokoju, a drzwi zazgrzytały z jękiem.

- Gotowy?

Mord nie odpowiedział, tylko kiwnął głową.

iZamarłyśmy. Przychodząc tutaj, oczekiwałyśmy spotkać ludzi. New Heaven. Miało być rajem obiecanym dla nas, dla naszej rodziny. Miałyśmy się zemścić na Helenie. Nie było jednak New Heaven. Nie było Heleny.

Budynki zmiecione z powierzchni ziemi. Samochody zniszczone w wyniku eksplozji. Ogrodzenie leżało bezwładnie. Trupy. Wszędzie trupy. I smród. I kolejne trupy. Stąpałyśmy po gorącej ziemi patrząc na coś, co kiedyś było New Heaven.

Tak być nie powinno. To nie było tak. Nie tak wyglądało New Heaven. Zaryczałyśmy wściekłe i przerażone. Bałyśmy się, rozsadzane nienawiścią. Nasza zemsta przepadła. Odebrano nam sposobność pastwienia się, odebrano nam naszą szansę.. Stałyśmy same, bez żywego ducha, ale usłyszałam to. Przeładowywaną broń. Znałyśmy jej dźwięk. Nagle ona zaryczała wściekle, odpychając mnie od siebie. Poczułam ból, przeraźliwy ból rozłączanej jaźni. Sen się kończył. Czułyśmy to. Ja to czułam./i

Otworzyłam oczy, by z mroku wyłoniła się dobrze znana mi postać. Lufa mojego rewolweru wycelowana wprost pomiędzy moje oczy. Powinnam poczuć lęk. Powinnam.

- Pociągnij za spust, a urządzę ci takie paranormal activity, że się posrasz... - warknęłam.