Wchodziła po stalowych stopniach, a chrzęst siatki niósł się echem po korytarzach, zdradzając, że zbliża się na samą górę. W końcu stanęła prawie u szczytu schodów, a od najwyższego piętra dzieliła ją tylko zamknięta klapa w suficie. Nigdy nie przekroczyła tego miejsca, chociaż znała Mordercaia od momentu jak tutaj trafiła. Kilka lat? Kilkanaście? Ktokolwiek to liczył? Żyli tutaj, skazani na śmierć i przestały się dla nich liczyć lata. Chodziło tylko o przeżycie, a upływający czas zabijał najrzadziej - częściej biała dama z kosą przychodziła wraz z paszczą skaga, niespodziewanym atakiem rakka. Czas - nikt go nie liczył, a właśnie teraz zaczął przerażać ją, Lilith. Spędziła tyle czasu na tej zapomnianej przez Boga planecie, a jednak, nigdy nie weszła do komnat Mordercaia. Teraz musiała tam wejść, musiała z nim pomówić. W dłoni kurczowo trzymała dziennik Lucky, który przewertowała, poświęcając mu kilka dni swojego życia.
W końcu pchnęła klapę, a zawiasy zazgrzytały cicho. Drewniana kładka poleciała do przodu, a ona mogła spokojnie pokonać ostatnie stopnie drabiny. Pomieszczenie było wielkie, tworzyło niemalże apartament. Z sufitu zwisały różne materiały, zasłony, pełniące funkcje ruchomych ścian. Półmrok panował wszędzie, jakby to on był właścicielem tego miejsca. Lilith nie umknęło, że podłoga wyścielona jest futrami bullymongów, a na jednej ze ściany z czerwonej cegły wisiało mnóstwo fotografii. Rudowłosa zdjęła swoje buty w obawie, że pobrudzi prowizoryczne dywany i zbliżyła się, by przyglądać się zdjęciom. Większość pochodziła po części z ziemi, niektóre z początków życia na Pandorze, a prawie żadnych z ostatnich lat.
Złote oczy dziewczyny błądziły po papierowych wspomnieniach, z trudem rozpoznając uśmiechniętego, młodego wojskowego wśród rzeszy kompanów. Pustynny klimat już wtedy wyostrzył rysy mężczyzny, lecz krótko ścięte włosy i brak zarostu praktycznie uniemożliwiały identyfikację. Podziwiała ich wygłupy, toasty zawarte na zdjęciach - uwieczniono każdą dobrą chwilę, jaką przeżył w wojsku. Na jednym zdjęciu dostrzegła czworo ludzi - starsze małżeństwo z dwojgiem młodych mężczyzn - synów.
- Miałeś brata? - szepnęła zaskoczona Lilith, dotykając dłonią szorstkiej, zniszczonej przez czas fotografii. Tyle lat, tyle kłótni i przykrych słów, które wypowiedzieli pod swoim adresem. Wielokrotnie dochodziło między nimi do ostrych wymiany zdań, ale kiedy przekroczyli tę granicę, że jedno drugiemu groziło z broni? On nie zawsze taki był.
Uśmiechała się do wspólnych zdjęć, które jeszcze robił im wesoły T.K. Baha. Nie byli skorzy do pozowania, ale starzec zmuszał ich mówiąc, że najlepsze chwile na Pandorze lepiej utrwalić na papierze, bo znikają szybciej niż obłok na niebie. Pierwszy zabity skag, pierwsza wykonana misja... Dziewczyna uśmiechała się, przeglądając wszystko i uśmiechając się do wspomnień, które już nie wrócą. Dobre, rodzinne relacje już dawno minęły, pozostała jedynie wroga nieufność.
- Co Pandora z nami uczyniła? - spytała, odwracając się od ściany. Pomieszczenie było owalne, porozwieszane różnymi kotarami i szmatami, które utrudniały wydostawanie się ciepłego powietrza na zewnątrz. Lilith zobaczyła stertę poduszek i futer na ziemi, zalegającą na czymś, co kiedyś zapewne było materacem. Obok tego walało się mnóstwo pustych butelek po wódce i piwie. Wszyscy widzieli problem Mordercaia, jego uzależnienie, ale nikt nie zamierzał mu pomóc i go z tego wyciągnąć. Obserwowali, jak toczy się na dno, zagryzany przez wyrzuty sumienia i coś, co niegdyś było człowieczeństwem, a teraz raczej stało się robakiem gryzącym jego duszę. Wlewał siebie w alkohol, by zapomnieć o tym, co utracił, a jednocześnie ściana zdjęć przypominała mu o tym każdego dnia.
Pandora uczyniła z młodych wyrzutków bestialskie potwory, które były w stanie zagryźć swojego za kawałek... Czego? Wolności? To był mit, złudzenie, dzięki któremu próbowali żyć normalnie. Wioski, miasta, społeczności - wszystko było kłamstwem, a prawo ukrywało bezprawie. To nie oni dostosowali tę planetę do siebie, ale ona przystosowała ich względem własnego widzimisię. Czym różnili się od skagów? Lilith pojęła po tylu latach, że niczym nie różnili się od potworów, przed którymi uciekali i które próbowali zgładzić.
Ściana nad prowizorycznym łóżkiem również zbudowana była z czerwonej cegły, a każda bryłka posiadała dziwne żłobienia. Rudowłosa zbliżyła się na tyle, by je rozpoznać - białe, pionowe kreski wydrapane za pomocą wojskowego ostrza. Cztery poziome i jeden pochyły tworzyły pełną liczbę pięciu, a na jednej cegiełce zmieściły się takie trzy rzędy po sześć. Wszystkie cegiełki, od ziemi do sufitu, od ściany do ściany, wydrapane były w idealnie tej samej kombinacji.
Mordercai liczył, i to bynajmniej nie wschody słońca. Każdy słupek, każda wydrapana w pocie czoła linia była człowiekiem, którego kiedyś zastrzelił. Człowiekiem, który miał szanse na przetrwanie, a on go skreślił. Lilith patrzyła na ten obraz beznamiętnie, oglądając pozostałe ściany i z lękiem zauważając, że Mordercaiowi zaczęło brakować miejsca. Trzy ściany o czerwonych cegłach, będące pomnikiem każdej zabitej jednostki.
Ten pokój mimo swoich rozmiarów, był pusty. Nie było tutaj nic, a upłynęło wystarczająco wiele czasu, by człowiek którego znała od tak dawna, wypełnił to miejsce mnóstwem różnorakich przedmiotów. On jednak jedyne co posiadał, to trzy zarysowane ściany, niezliczony los fotografii przypominających mu o dawnych latach i broń, z którą nigdy się nie rozstawał i torbę. Ubrania nie należały do rzeczy, do których przykuwał jakąś większą wagę - chodził w tym, co miał a sypiał nago.
Wiatr świstał przez wszystkie szpary, głównie drzwi prowadzących na drewnianą, przeżartą przez termity kładkę, na której od czasu do czasu przesiadywał Mord i obserwował okolicę. Rury wijące się wzdłuż sufitu i ścian przewodziły gorącą wodę ze źródeł spod góry, więc w pokoju panował upał, a w powietrzu unosił się zapach alkoholu, wilgoci i pary, a przede wszystkim czegoś, co można nazwać mianem samotności. Ten pokój, te ściany widywały tylko Mordercaia i Krwawa, nikogo więcej, nikogo mniej. Wszystko przesiąkło zapachem tego mężczyzny, jego smutkiem i osamotnieniem. Patrząc na przygnębiające, puste ściany, wyżłobione liczbą ofiar, obserwując fotografie ukazujące czasy, które już nigdy nie wrócą... Lilith czuła przytłaczającą aurę tego miejsca.
Zeszła na dół, zamykając za sobą dokładnie klapę. Idąc na górę miała w planie ponownie pokłócić się z Mordercaiem, by wygarnąć mu to, jak traktował Lucky, jak... Oni wszyscy ją traktowali. Zrozumiała, że stali się taka jak Helena, dostosowując się do jej rządów mimo, że nienawidzili jej i filozofii, którą z sobą prezentowała. Westchnęła, przystając na jednym ze stopniu, po czym usiadła i popatrzyła w sufit.
Czytając pamiętnik Lucky zrozumiała, że stali się tym, czego nienawidzili i z czym walczyli. To co było dobre uciekło dawno temu, a pozostała jedynie pustka, samotność i rozgoryczenie. Dlatego nienawidzili towarzystwa dziewczyny i dlatego tak bardzo pragnęli spędzać z nią czas. Ona była światełkiem nadziei, że na tej planecie, przy tym bezprawiu można ufać, śmiać się i żyć normalnie, nie bacząc na ryzyko. Zazdrościli jej tego, że mimo, iż jej grozili wielokrotnie, uśmiechała się do nich, żyła z nimi i przede wszystkim, nie odmówiła pomocy. Uśmiech wpełzł na usta rudowłosej. Zrozumiała coś i potrzebowała się tylko upewnić. Podniosła się i pognała na dół, przeskakując co dwa stopnie. Musiała z kimś porozmawiać.
iPierwszą rzeczą, którą zobaczyła po przebudzeniu, było piękne, błękitne niebo z słońcem wysoko na nieboskłonie, oraz pierścienie planety znajdującej się bardzo blisko. Z początku myślała, że nie przeżyła upadku, że jej świat skończył się we śnie a śmierć jest jedynie przedłużeniem tego, o czym śniła. Dopiero potem poczuła nagrzany piasek na którym leżała, przesypujący się między palcami jak w dzieciństwie. Podniosła się do pozycji siedzącej, by zobaczyć pustynne góry i kaniony, bezkresny piasek i dzikie, nieprzyjazne tereny. Na samym końcu zobaczyła człowieka, młodego mężczyznę. Siedział na łaziku na energię słoneczną, uśmiechając się do niej. Czarne gogle miał naciągnięte na czoło, a niedługie dredy trzymał upięte w coś na wzór kucyka. Głowę, jak i kark oraz tors otulała czerwona chusta. Kozia bródka dodawała mu zadziornego wyglądu niegrzecznego chłopca, a sposób, w jaki do niej się uśmiechał, nie mógł zostać nieodwzajemniony.
- Yo, ocknęłaś się. - Bardziej stwierdził niż zapytał, po czym zeskoczył z samochodu i gwizdnął przeciągle. Tuman kurzu wzbił się spod jego wojskowych, wysokich do kolan butów. Drgnęła, gdy zaczął się do niej zbliżać, bo nie mogła nie zauważyć przewieszonej snajperki oraz kabur na rewolwery. Nieznajomy jednak wyciągnął w jej stronę przyjacielsko dłoń.
- Wstawaj, niedługo pojawi się towarzystwo - powiedział, a dziewczyna złapała go za dłoń. Podciągnął ją do góry z łatwością, po czym spojrzał ponad jej ramię i stwierdził, w dalszym ciągu się uśmiechając.
- O wilku mowa... - W chwili, gdy spojrzała do tyłu, zobaczyła w oddali zbliżające się stado stworzeń, które pierwszy raz widziała na oczy. Zamarła, otwierając szeroko oczy z przerażenia, a nieznajomy pociągnął ją do samochodu, wpychając praktycznie na drugie siedzenie, po czym w tempie ekspresowym, odpalił silnik i ruszył, wzbudzając kolejne tumany kurzu.
Nie przejmował się dzikimi skagami, które gnały za pędzącym samochodem. Wchodząc raz po raz w ostre zakręty, stukając zderzakiem jednego czy dwa mniejsze potwory, posłał przerażonej dziewczynie szeroki, rozbawiony uśmiech.
- Nic się nie martw! - Zawołał, przekrzykując wiatr, ryk silnika i wycia poczwar. - Przyzwyczaisz się, to tutaj norma. - Spoglądał co chwilę na rudą, przerażoną i młodą dziewczynę, która dopiero co trafiła do najgorszego miejsca, jakie była w stanie sobie wyobrazić. Na Pandorę, miejsce dzikie, pełne potworów i kryminalistów.
Ucieczka przed bandą skagów zajęła im dobrych kilkanaście minut, ale w końcu wyjechali na otwartą pustynię, gdzie mężczyzna mógł wrzucić szósty bieg i nie żałować silnika. Gorący wiatr świstał, sypiąc im piaskiem po oczach, ale kierowca miał na to sposób - jedną ręką naciągnął gogle. Po kolejnych kilkunastu minutach zwolnił na tyle, że mogli spokojnie rozmawiać - czyli do jakichś dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Dziewczyna czuła, jak się poci, w ustach zasycha. Horyzont kołysał się delikatnie, a od nagrzanego piasku i blachy bił żar nie do zniesienia. Czuła zapach benzyny, gorącej stali, a drobne kropelki potu wystąpiły na czoło, po czym spływały w dół po policzkach.
- No, pewnie masz mnóstwo pytań - stwierdził mężczyzna, puszczając kierownicę i wyciągając w jej stronę rękę na powitanie. - Mów mi Mordercai.
Dziewczyna wrzasnęła przerażona, rzucając się na kierownicę. Mordercai parsknął śmiechem, rozprostowując ręce, po czym założył je za głowę i zamknął oczy.
- To mi pasuje - oznajmił.
- Kurwa! Chuju! Łap za kierownicę! Zabijesz nas! - Zaczęła krzyczeć rozhisteryzowana dziewczyna, a on w końcu posłusznie złapał za kierownicę, jedną ręką klepiąc ją po głowie.
- Dobra dziewczynka ma dobry refleks. Zawsze robię ten numer nowym... - Poinformował, posyłając jej rozbrajająco szczery uśmiech. - A teraz tak na poważnie. Witaj na Pandorze, w największym piekle na ziemi. Aktualnie mamy piękną, chłodną zimę, więc słoneczko obdarza nas łaską i nie spala nas za wiór. Co więcej, dzień trwa tylko pięćdziesiąt godzin, a nie jak w lato, siedemdziesiąt dwie godziny, dzięki czemu noc nieco się wydłużyła. Opady deszczu zerowe, wilgotność powietrza zerowa, wiatr... Skurwysyn wieje jak mu się podoba, więc nie warto o nim mówić. - Nawijał standardową gadką, która ewidentnie sprawiała mu przyjemność. Nowoprzybyła patrzyła na niego jak na jakąś obcą formę życia, słuchając jego słów w szoku. Owszem, dostała dożywocie, ale oni wysłali ją tutaj- Na Pandorę?... Co z apelacją po dwudziestu pięciu latach?
- Można stąd uciec? - Zapytała, a Mordercai spojrzał na nią. Uśmiech spełzł mu z twarzy, pozostało tylko twarde, zimne spojrzenie.
- Słuchaj mała, stąd nie ma ucieczki i będziesz musiała się przystosować do warunków. Oczywiście, społeczność pomoże ci jak tylko będzie mogła, ale wszystko zależy głównie od ciebie i twojej woli przeżycia, jasne? - Nowoprzybyła kiwnęła głową, zaskoczona poważną i surową postawą człowieka, który jeszcze kilkanaście sekund temu nazywał wiatr skurwysynem. Jeszcze bardziej zaskoczyło ją to, że ponownie uśmiechnął się szeroko, drapiąc po brodzie.
- Jako twój przewodnik, mam cię oprowadzić, ale chciałbym wiedzieć, jak się mam się do ciebie zwracać. - Upomniał grzecznie swoją towarzyszkę, która popatrzyła na niego chwilę.
- Lilith - oznajmiła, a mężczyzna błysnął uzębieniem w rozbrajająco szerokim uśmiechu.
- Ładnie - pochwalił.
- Co będziemy zwiedzać? - spytała, a ten ryknął śmiechem, puszczając kierownicę i bijąc brawo.
- Dziewczyno, jesteś porażająca. Na zwiedzanie masz całe życie, a ja mam rozkazy zabrać cię do Heaven./i
Lilith uśmiechnęła się do wspomnień, jadąc pod górkę. Czasy się zmieniły, ona nie była tą samą Lilith co wtedy, a Mord nie był już taką żartobliwą gadułą. Klimat planety się nie zmienił, ale ludzie owszem. Co było przyczyną, że wtedy pogoda ducha i dystans do otaczającej rzeczywistości przeważał, a teraz liczyło się tylko przetrwanie? Ludzie stali się egoistami, samolubnymi potworami walczącymi tylko o swoje własne przetrwanie. Kiedy tutaj trafiła, miała szansę dzięki temu, że walczono o wszystkich - o każdego, nawet słabego towarzysza.
Rudowłosa zachichotała, pamiętając przerażenie, jakie wówczas odczuwała. Odcisnęło na niej piętno nie do zamazania, ale nauczyła się z nim żyć jako z cząstką niej samej. To dzięki tamtym doświadczeniom stała się taką, jaką jest teraz. Po tylu latach bawiły ją tamte wydarzenia, czarny humor Mordercaia. Kiedyś się przyjaźnili, a teraz? Ledwie tolerowali, spoglądając spode łba i czekając, kto komu pierwszy strzeli w plecy. Niegdyś skoczyłaby za nim w ogień, a teraz?
Heaven. Wtedy Heaven nie kojarzyło się z rządami Heleny i wyścigiem szczurów. Wówczas nazwa sugerowała miejsce bezpieczne, ostoję, gdzie każdy był życzliwy, bo wszyscy skazani na ten sam los - śmierć. Potwory, którymi byli na ziemi pozostały na ziemi. Przestępstwa, mordy - siła, która kierowała nimi podczas czynienia zła, pozostawała w dużej mierze na ziemi, a trafiały tutaj ludzkie powłoki, puste z wyrzutami sumienia. Pogodzeni z losem trwali, podnosząc się każdego dnia aż w końcu stając na własnych nogach i zaczynając żyć tak, jak nigdy dotąd. Heaven. Niebo. Tak, kiedyś ta nazwa miała znaczenie.
Lilith w końcu dojechała do celu podróży. Zaparkowała pojazd obok małej, drewnianej chaty położonej w cieniu góry. Uśmiechnęła się na widok tego samego człowieka, który przywitał ją tego samego dnia co Mordercai. I witał ją zawsze równie ciepło. Wyszła z samochodu, zbliżając się na ganek i nie przejmując wycelowaną dwururką.
- Witaj Baha. - Przywitała się, wskakując na ganek.
- Oh, Syrena - powiedział starzec, ukazując brak zębów w szerokim uśmiechu. - Nie spodziewałby się ciebie tutaj. Co się sprowadza, hm? Problemy masz? Czekaj! - Krzyknął, nim zdążyła otworzyć usta. - Skocz mi do kuchni po piwo, proszę.
Rudowłosa kiwnęła głową, ruszając w kierunku drzwi. Drewniany ganek przeżarty przez termity trzeszczał ostrzegawczo pod jej ciężarem. Podobała jej się ta chałupa wzorowana na starym, wiktoriańskim budownictwie. Wszystko wykonane z desek, ale fundamenty wylane z betonu, tak na wszelki wypadek, jakby jakieś skagi planowały podkop. Piękne, misterne żłobienia w futrynach, stylowe okiennice - cały budynek był jak z obrazka, zupełnie nie pasował do właściciela i ogólnie klimatu Pandory.
T.K. Baha wybudował go dla swojej żony, kiedy jeszcze żyła. Lekarz zdiagnozował u niej agresywny nowotwór, który może byłby operacyjny na ziemi, ale nie na Pandorze i z pewnością nie w tych warunkach sanitarnych. Miała tylko jedno pragnienie w ostatnich tygodniach - umrzeć we własnym, wiktoriańskim domu, a ten mężczyzna zbudował go dla niej, poświęcając resztę swojego wzroku. Spędziła w czterech ścianach ledwie dwie godziny - zmarła na piętrze, w ramionach ukochanego.
Lilith przeszła przez salon o wynędzniałym wyglądzie - odpadające zielone tapety dawały jasno do zrozumienia, że lata ich świetności dawno minęły. Bujany fotel, zniszczona przez insekty pufa i do tego dywan, którego barwa była jedną wielką niewiadomą. Drewniane deski trzeszczały pod jej ciężarem, kiedy szła w kierunku kuchni. To pomieszczenie było równie mizerne, co salon. Kwiecista tapeta miała za cel sprawić przyjemność właścicielce domu, a spełniwszy swe zadanie, zasuszyła się, tracąc barwy i odchodząc od ściany. Zdemolowane, dawno nieremontowane szafki, których drzwiczki ledwie trzymały się w zawiasach i stara, zaśniedziała wanna z lodowatą wodą, w której zalegały butelki z alkoholem. Rudowłosa wybrała dwa piwa, odwróciła się i zamierzała odejść, lecz jej uwagę przykuła broń leżąca na kuchennym blacie. Rozpoznała unikatowy rewolwer należący do Mordercaia, wykonany w klasycznym, westernowskim stylu z drewnianą rączką i zdobieniami, oraz specjalnie doczepiają lunetą w tym klimacie.
- Kiedyś zapomnisz swojego czerepu - burknęła Lilith, odkładając na chwilę butelki, by wcisnąć broń za pasek od spodni. W końcu wręczyła jedną z butelek opiekunowi, po czym usiadła na ziemi pod ścianą, opierając się o nią wygodnie. Piwo piła niezwykle rzadko, był to raczej trunek dość egzotyczny i drogi, co nie przeszkadzało jej gospodarzowi. Bez krępacji częstował swoich przyjaciół tym, co miał najlepsze i nie wstydził się swojej gościnności.
- Dlaczego kazałeś nam uratować Lucky? - spytała nagle rudowłosa, a T.K. Baha uśmiechnął się, pociągając łyk butelki.
- Zadajesz pytanie, a znasz odpowiedź. - Lilith westchnęła, słysząc wymijającą wypowiedź ślepca. Powinna była się tego spodziewać, bo nie znała jednoznacznej odpowiedzi na swoje pytanie.
- Kazałeś nam ją uratować, bo wierzyłeś, że dzięki niej będziemy tacy jak kiedyś? - To pytanie zawisło w powietrzu na krótki moment, a ślepiec westchnął i podrapał się po głowie. Wiedział, że któregoś dnia dojdzie do takiej rozmowy. Przeczuwał, że jego podopieczni przejrzą na oczy i zrozumieją rzeczy, których próbował ich nauczyć od momentu, jak tutaj trafili.
- Pandora nie zmieniła się od momentu, jak tutaj trafiłaś, prawda? - Kiedy potaknęła cicho, zachichotał, po czym zakrztusił się śliną. Chwilę trwało, aż odzyskał oddech. - Zawsze były skagi, rakki i inne chuje, jebane słońce i wiatrzysko, że ja pierdolę, prawda? To było i raczej nic tego nie zmieni. Kiedy ja tutaj trafiłem, wierz mi, byłem młody i pełen wigoru, ale rządy wówczas wyglądały tak jak teraz. Tyrania, bezprawie, egoizm... Ludzie kierowali się tylko tym by przetrwać, nie patrzyli na innych. Ówczesny szef chciał mnie zastrzelić, bo nie pasowała mu moja gęba. Nie żeby coś, ale podzielałem jego opinię. Fakt, że nie muszę patrzeć w lustro to jedyny plus tego, że jestem ślepy.
Lilith słuchając jego słów, mimowolnie się uśmiechnęła. Mówił z sentymentem o czasach, w których przeżył wiele zła. Przetrwał dzięki temu, że miał przyjaciela - Hammerlocka, który ciągnął go do przodu mimo wszystko. Wiedziała, że kłócili się wielokrotnie o wszystko, nie raz dali sobie po pysku, ale nigdy nie było sytuacji, że wyciągnęli w stosunku do siebie broń.
- Co się zmieniło? - zapytała. Historia Pandory umierała wraz z pokoleniem, tutaj nie warto było uczyć się o rządach kryminalistów i psychicznie chorych sadystów.
- W tamtym okresie, tak jak teraz zresztą, liczyło się tylko to co jest tu, w tym czasie. Nikt nie myślał nad przyszłością, a wszelkie działania były egoistyczne i zaślepione chciwością. Następnie pokolenie nie interesowało rządzących, a mnie, oraz kilku innych młodzików owszem. Dbaliśmy o edukację dzieci, wspomagaliśmy skrycie nowoprzybyłych, aż w końcu nadszedł dzień, że nasza liczba przekroczyła liczbę tych egoistycznych świń i szowinistów.
- Walczyliście? - spytała, obejmując kolana i opierając na nich głowę. Alkohol pozostawiał przyjemny, chociaż cierpki smak w ustach i mimowolnie, uśmiechała się.
- Walczyć? - Ryknął śmiechem, klepiąc się po udzie. Kręcił głową, jakby usłyszał bardzo zabawny żart. - Musielibyśmy ocipieć, by walczyć o kilka domów z blachy. Spakowaliśmy manatki i ruszyliśmy w trasę, aż dotarliśmy do miejsca, w którym stopniowo zbudowaliśmy Heaven. My o niego nie walczyliśmy.
- To nie mieszkaliście... - Lilith przez moment wyglądała na zdruzgotaną, a mężczyzna pochylił się w fotelu.
- Słoneczko, powiedz mi tak szczerze. Ile wymarłych wiosek widziałaś? Ile pustych domów, pożartych przez pustynię mieścin? Hm? - zapytał bardzo wymownie, a rudowłosa zamrugała energicznie, pojmując sens jego słów.
- Helena błędnie myśli, że New Heaven to domy, które wyrwała mi i Hammerlockowi. Zobaczysz, pojawi się ktoś, kto zorganizuje ludzi i założy nową osadę z nowymi zasadami, a nasza śliczna przywódczyni zostanie sama w czterech ścianach, aż przyjdą skagi i odbiorę jej to, o co tak zawzięcie walczyła z ludźmi, którzy chcieli dobrze. - Po tej wypowiedzi zapadła chwila długiej, wymownej ciszy, podczas której Lilith pozostała sama ze swoimi myślami. Rudowłosa analizowała to, co usłyszała, obserwując zielone grządki z tutejszymi roślinami hodowlanymi. Piękne, górskie szczyty, New Heaven w oddali schowane gdzieś między tonami śmieci. Pandora się nie zmieniała, to ludzie się zmieniali. Zwierzęta pozostawały, ale ludzie emigrowali. Taki był cykl tej planety.
- Wiesz, coś czuję, że szykuje się konkretna rewolucja - odezwał się nagle starzec, uśmiechając się pod nosem. Lilith popatrzyła na niego chwilę, cierpliwie czekając, aż dokończy swoją myśl. Baha jednak jakby czekał na jej pytanie, bo gdy tylko usłyszał jej głos, podjął dalszy temat.
- Ostatnio zdarzyło się coś niezwykłego. Stado skagów liczące kilkadziesiąt sztuk przeszło tędy kilkadziesiąt godzin temu. Słyszałem ich ryki, ciężkie oddechy i sapanie, ale przede wszystkim, słyszałem ciężkie kroki Skagzilli. Jakieś trzy, może cztery tygodnie temu stado zmierzało w kierunku New Heaven, a z tego co się dowiedziałem z radia, przeszły przez miasto i szły w kierunku bagien. Śledziłem ich trop przez radio, bo świadków było co niemiara i wszyscy zesrani, że kataklizm nadchodzi.
- Nie dziwię się, najliczniejsze stado liczyło góra dwadzieścia osobników - odpowiedziała zaintrygowana Lilith. Wszyscy na Pandorze znali przyzwyczajenia swoich dzikich sąsiadów i fakt, że tak wielka grupa podążyła zgonie, nie tocząc między sobą walk zakrawało o coś niezwykłego.
- Prawdopodobnie to Skagzilla połączyła kilka pomniejszych stad i prowadziła je gdzieś, a wracała z równie liczną grupą. Co więcej, przechodziła tuż obok mojego domu i wiem, że nie były to same skagi. Coś jeszcze z nimi było, coś niezwykłego, bo nie atakowały, a wręcz słuchały. - Tajemnica nuta w głosie mężczyzny zaintrygowała Lilith jeszcze bardziej. Nigdy nie wątpiła w słuch swojego opiekuna.
- Co to było? - spytała, upijając łyk i nie odrywając od niego wzroku. Wiatr pląsał po ganku, poruszając delikatnie glinianymi dzwonkami, targając za włosy dziewczynę. W tej chwili niósł ze sobą zapowiedź czegoś niezwykłego. Baha natomiast wzruszył ramionami, śmiejąc się.
- Nie wiem, ślepy jestem.
Lilith mimowolnie zaczęła się śmiać, zasłaniając usta dłonią. Nim się obejrzała, śmiali się oboje bez jakiejkolwiek przyczyny. Ją nakręcał jego śmiech, a Baha śmiał się, bo nie potrzebował powodu, by się śmiać. W końcu rudowłosa otarła łezkę spływającą po policzku, krztusząc się śmiechem.
- Dobrze jest się tak pośmiać, nie? - zapytał nagle starzec, a Lilith potaknęła mu po raz kolejny, uświadamiając sobie jedną, jedyną rzecz. Nikt nie przekazał mu wieści na temat Lucky.
- Słyszałeś, co się stało z Lucky? - Upiła łyk piwa, czekając na reakcję Bahy. Ten siedział chwilę w milczeniu, po czym upił łyk i westchnął.
- A co się miało stać naszej szczęśliwej gwieździe, hm?
- Nie żyje.
Lilith nie była pewna, czy ta wiadomość wstrząsnęła Bahą, czy też było mu to całkowicie obojętne. Nie dał po sobie poznać niczego, nie drgnąć, nie zareagował, tylko uniósł zimną butelkę i pociągnął ostatni łyk alkoholu, po czym westchnął z ulgą. Nie mówił nic przez kolejne kilka minut, a rudowłosa patrzyła na niego, czekając na cokolwiek. W końcu mężczyzna westchnął, wstając.
- Późno już, długo na nogach jestem słoneczko.
- Baha? - Pytający głos dziewczyny zatrzymał mężczyznę w drzwiach. Położył dłoń na framudze, opierając się całym ciężarem ciała na jednej nodze, bo druga - sztuczna - sprawiała mu ból, gdy na niej stał dłużej niż kilka sekund.
- Słucham cię, słoneczko?
- Dlaczego kazałeś nam uratować Lucky? - To pytanie sprawiło, że mężczyzna uśmiechnął się z pobłażaniem, robiąc krok w tył i kuśtykając w stronę dziewczyny, po czym po omacku położył dłoń na jej głowie.
- Bo miałem nadzieję, że przywróci wam człowieczeństwo. Bo miałem nadzieję, że zbierze ludzi i zrobi to, na co wy nie mieliście nigdy odwagi. Bo miałem nadzieję, że zmieni nasze życie.
Lilith obserwowała, jak zniszczony przez czas i Pandorę człowiek kuśtyka do swojego domu, do azylu, w którym był bezpieczny. Poświęcił wiele dla dobra ludzi, a jedyne, czego pragnął, to widzieć lepsze jutro swoich podopiecznych. Mimowolnie uśmiechnęła się, ścierając łzę spływającą po policzku. W tej chwili czuła się jak córka, która zawiodła ojca podwójnie. Raz, że nie osiągnęła tego, co pragnął a dwa, zaprzepaściła jego szanse na lepsze życie. Przez Helenę musiał kryć się w tej dziurze, z dala od ludzi i cywilizacji, skazany na łaskę bądź niełaskę. Rudowłosa spojrzała hardo przed siebie, podnosząc się i przybierając dumną postawę. Lucky zabrakło, ale to nie znaczy, że ona nie może dokonać tego, co pragnął Baha.
iLilith przekonała się, że towarzystwo Mordercaia ma swoje plusy. Wygadany, młody mężczyzna z czarnym poczuciem humoru okazał się przepustką przez większość miejscowości. Wszyscy go znali dzięki trzem rzeczom - nieugiętemu charakterowi, celnemu oku i temu, że potrafił z każdym porozmawiać w taki sposób, że obrażając rozmówcę, ten chciał mu jeszcze przybić piątkę, a nie zafundować operację twarzy za pomocą pięści. Dzięki niemu kojarzono również ją, więc ludzie witali ją z uśmiechami i serdecznymi pozdrowieniami. Niezależnie, czy to była wioska bandytów czy zwykłych cywili - Mordercai i Krwawiec, najbardziej rozpoznawalna para na Pandorze.
Nie wiedziała, za co odsiadywał dożywocie, ale też nie chciała pytać. Kilkudniowa podróż minęła im w wybornym nastroju - gadali, śmiali się i żartowali, od czasu do czasu potrącili jakiegoś karła-psychopatę. Pokazywał jej dobrą stronę okrutnej planety, która nie znała litości. Jego postawa jasno mówiła, że nie potrzebuje litości i daje sobie doskonale radę. Nie przejmował się pełzaczami, rakkami czy skagami, które próbowały doścignąć pędzący pojazd. Na otwartych przestrzeniach siadał na oparciu fotela, kierował nogą, nabijał snajperkę i strzelał do zwierząt, czym doprowadzał do palpitacji serca swoją towarzyszkę, która darła się w niebogłosy, wywołując u niego głośny śmiech.
Lilith ledwie znosiła upał - pociła się, cały czas odczuwała intensywne pragnienie, a jej towarzysz nic sobie z tego nie robił, jakby w ogóle nie odczuwał temperatury. Po kolejnym dniu podróży we dwójkę, rudowłosa uświadomiła sobie, że widok gór jest jakby znajomy.
- Czy my stąd niedawno wyjeżdżaliśmy? - zapytała, zerkając na swojego kierowcę, który parsknął śmiechem.
- No ba. Miałem załatwić kilka spraw Bahowi, a teraz jedziemy do Heaven - obwieścił. Okazało się, że wioska o której cały czas mówił Mordercai leżała zaledwie kilka kilometrów od miejsca, w którym rozbiła się jej kapsuła.
Wioska okazała się całym miastem z betonowych, drewnianych i blaszanych domków rosnących gęsto w kanionie, otoczonym z każdej strony wysokim, nieprzebytym klifem. Wąskie, jednokierunkowe uliczki tętniły życiem, a na głównej, najszerszej z ulic było targowisko, gdzie ludzie sprzedawali, kupowali bądź też stali i plotkowali. Niektórzy zasiadali na balkonach zażywając kąpieli słonecznej i nasłuchując dźwięków miasta. Psy i koty biegały swobodnie, przecinając drogę ludzkim nogom, by toczyć zażarty bój małych zakątkach. Wszędzie suszyło się pranie, porozwieszane na sznurach porozciąganych pomiędzy domami nad uliczkami. Część domostw miała tarasy, które połączone ze sobą były chaotycznym labiryntem schodów i przejść.
Kontenery na śmieci stały w kilkunastu wyznaczonych miejscach, a wywożone były raz dzienne. Dzieci biegały, śmiejąc się i zaczepiając zwierzęta, wymyślając coraz to nowsze zabawy. Zasuszone patyki zastępowały im miecze, strzelby, lecz tym szkrabom to wystarczyło, by spędzić cały dzień na beztroskiej zabawie. Codziennie w godzinach porannych wszyscy małoletni musieli uczęszczać do szkół, gdzie zajęcia nie prowadzili co prawda wyspecjalizowani nauczyciele, ale osoby, które posiadały jako-taką wiedzę i pragnęły przekazać ją dalej. Było to bardziej na zasadzie wolontariatu, w zamian za który otrzymywali mieszkanie i żywność.
Łaziki, jeepy i wszelkie mniejsze samochody stały tam, gdzie udało się zaparkować, ale nikt nie marudził, że jest to daleko od jego mieszkania. Pojazdy te nie raz stawały się polem zabaw najmłodszych, którzy zafascynowani byli potęgą tych pojazdów. To miasto jako jedno z nielicznych posiadało bieżącą wodę z kranu, gdyż wybudowano je od podstaw na terenach, gdzie płynęły podziemne strumienie.
Większość domów była piętrowa, gdzie parter wybudowano z betonu, a górne parte z desek bądź z blachy nagrzewanej przez intensywne promienie słońca. Każda chata została pomalowana wedle uznania właściciela, dzięki czemu nie w sposób było spotkać dwa identyczne budynki. Efektu dodawali uliczni artyści, którzy sprejami malowali przeróżne graffiti na blaszanych ogrodzeniach.
Lilith patrzyła na ludzi czmychających w wąskie przejścia i szpary w ścianach, umożliwiając tym samym przejazd Mordercaiowi, który trąbił ile tylko mógł, a ludzie odmachiwali mu, śmiejąc się lub odgrażając w żartach. W końcu zaparkował, praktycznie dotykając lusterkiem jednej z obdrapanych ścian, odczekał chwilę aż diesel zassie wystarczająco oleju, po czym wyłączył silnik, gwiżdżąc. Pomógł wyjść swojej towarzyszce przez swoje drzwi, po czym ruszył, podrzucając kluczykami. Rudowłosa dziewczyna z początku oniemiała, rozglądała się po mieście, a ludzie uśmiechali się do niech, a co poniektórzy mężczyźni puszczali jej oczko.
W pewnej chwili usłyszała gwizd jak na psa i zaskoczona, odwróciła się, by spojrzeć w oczy Mordercaiowi, który uważnie się jej przyglądał. Kiwnął głową, że ma podejść, a kiedy to zrobiła, złapał ją za ramię i pociągnął za sobą.
- Pierwsza dobra rada, nie reaguj na gwizdy - powiedział, puszczając Lilith, która i tak podążyła na nim. Z trudem nadążała za szybkim tempem i z zgrozą zauważała, że wszyscy mu albo kiwali głowami, albo unosili rękę na powitanie.
- To coś złego? - spytała machinalnie, a Mordercai zatrzymał się, przez co wpadła na jego plecy. Odwrócił się, a jego ciemnobrązowe oczy ciskały gromy.
- A jesteś psem do cholery? Trochę godności, kobieto - fuknął, po czym ruszył. Lilith nie odezwała się już do momentu, aż dotarli do celu, czyli największego budynku będącego jednocześnie sercem miasta. Na ziemi takie miejsce nazywano gminą, urzędem, ale tu na Pandorze nazywano go po imieniu - burdel. Miasto Heaven rządzone było przez dwóch czterdziestoletnich, dziarskich mężczyzn o bardzo specyficznych usposobieniach, zwanych przez miejscowych Burdel Tatą, ale który kim był - nikt nie wiedział. Wbrew pozorom, to miejsce rządziło się swoimi prawami, a ta dwójka raczej sprawowała pieczę nad właściwym przebiegiem. Dysponowali żywnością, wodą, wydawali zalecenia, ale nie rozkazy. Na Pandorze nie rządzono ludźmi, dając im wolną rękę.
Przed Burdelem stał przystojny mężczyzna o wydatnych kościach policzkowych, wyraźnych rysach twarzy i kwadratowej szczęce. Ogolona na łyso głowa przykryta była materiałowym, hawajskim kapelusikiem, a człek ten ubrany był w luźne kąpielówki, japonki oraz koszulę w palmy. Dyskutował zawzięcie z czarnoskórym, młodym mężczyzną - równolatkiem Mordercaia i Lilith - ubranym w typowy, wojskowy mundur. Kiedy hawajski człowieczek zauważył zbliżającą się dwójkę, poklepał młodzieńca po ramieniu i kiwnął głową, na co ten odkiwnął i oddalił się.
- Morduś! - zawołał starszy mężczyzna, witając Mordercaia z otwartymi ramionami. - Co cię sprowadza? Misja wykonana?
- Tak tatko, ale prośbę mam. Znalazłem to to - objął ramieniem Lilith - i chcę wiedzieć, czy mogę ją zatrzymać. Proszę? - zajęczał błagalnie, parodiując małe dziecko. Tatko, a raczej młody jeszcze T. udawał, że się zastanawia, zdejmując czapkę i drapiąc się po głowie.
- No czy ja wiem. To jest duża odpowiedzialność. Musisz karmić, kąpać, wyprowadzać...
- Z tą kąpielą jestem jak najbardziej za! - Zaanonsował się Mord, a Lilith posłała mu pełne wściekłości spojrzenie, co obaj przyjęli ze śmiechem. Nagle młody mężczyzna dostał ręcznikiem w tył głowy i zza jego pleców, prawie jak spod ziemi, wyrosła młoda kobieta. Miała krótkie, czarne włosy, duże błękitne oczy i przeciętne rysy twarzy.
- Nie pozwalaj sobie - syknęła wściekła, mrużąc oczy, po czym posłała rudowłosej spojrzenie, którego pozazdrościłby bazyliszek wraz z Meduzą. Lilith domyśliła się, że zapewne to jest dziewczyna jej kompana podróży, jednak jej reakcja nie świadczyła o tym jednoznacznie. Mordercai uśmiechnął się ciepło i wypuścił rudowłosą z objęć, natychmiast chwytając swoją ukochaną, która spoliczkowała go tylko, wyszarpnęła się z objęć i syknęła wściekle, odchodząc.
- I znów foch cholera jasna! - Krzyknął za nią Mordercai, pozostawiając Lilith i Bahę bez słowa, by dogonić swoją dziewczynę. Rudowłosa spodziewała się, że ten cały tatko będzie spoglądał na nich z pobłażaniem, ale kiedy przeniosła na niego spojrzenie, zobaczyła twardy wzrok i kamienny wyraz twarzy. Po chwili westchnął, przecierając twarz dłonią.
- Jak zawsze, zero poczucia humoru... - Burknął, po czym spojrzał na nowoprzybyłą, uśmiechając się ciepło. - Nowa, co? Długo na Pandorze?
- Kilka dni - odbąknęła, a Baha zaśmiał się, klepiąc po biodrach.
- No maleńka, witaj w ekipie. Znalazł cię Mord, więc poniekąd jesteś jego własnością. W pozytywnym sensie! - zawołał natychmiast zdając sobie sprawę, jak dwuznacznie to zabrzmiało. - Mamy tutaj taką zasadę, że ten kto znalazł nowego staje się jego opiekunem przez czas, aż ten przyzwyczai się i zaaklimatyzuje. No nic słonko, trzeba cię zarejestrować, nie sądzisz? Chodźmy do doktorka - zawołał wesoło jak emeryt na wakacjach, objął młodą dziewczynę i poprowadził przez miasto. /i
Jechała długo przez labirynt kanionów w nadziei, że nie pomyli zjazdu i trafi do samotni Mordercaia. Była w niej zaledwie dwa razy i to lata temu, kiedy jeszcze łączyło ich coś, co można było nazwać przyjaźnią. Mijała z lękiem wielkie głazy, zza których w każdej chwili mógł wyskoczyć skag i obserwowała niebo w obawie, że zaraz nadleci rakk. Najlepszy strzelec na Pandorze zbudował samotnię - drewnianą chatę - pomiędzy leżami zwierząt, które polowały na ludzi z niewiarygodną zawziętością.
W końcu wyjechała z kanionu, by znaleźć się na granicy stromego klifu. Jej samochód ledwie się mieścił, a spoglądając przez okno, dostrzegała przepaść kolejnego kanionu, na którego dnie odpoczywały młode skagi. Jechała powoli i ostrożnie pod stromą górkę ze świadomością, że nie może się zatrzymać, inaczej silnik nie będzie w stanie wyciągnąć ciężkiego pojazdu i będzie musiała wycofać, co może skończyć się upadkiem. W końcu droga zakręcała i Lilith jechała wąską uliczką wzdłuż kanionu, u którego podnóża jechała wcześniej. Przeważnie musiała odliczyć około czterystu metrów, lecz właśnie w tej odległości zobaczyła łazik należący do Zero.
- Mord, czyżbyś miał gościa? - szepnęła, zatrzymując pojazd i wyłączając silnik. Do drewnianej, parterowej chaty prowadziły stromo wijące się w dół schody, wyciosane w skale klifu. Idąc ostrożnie po stopniach, widziała przepaść głęboką na trzydzieści metrów, przez co jej wnętrzności kręciły się i wiły. Po pokonaniu kilkunastu stopni, będąc na wysokości połowy ściany, częściowo w wyżłobionej jaskini a częściowo na stalowych, wbitych w kamień belkach stała parterowa chata.
Z trudem udało jej się dotrzeć do drzwi, ale nim zapukała, usłyszała żywiołową dyskusję, a raczej monolog krzyczącego Mordercaia i zapewne migającego emotkami Zero. Postanowiła nie zapukać jak przystało na kulturalnego człowieka, bo jej były przyjaciel z pewnością nie otworzyłby drzwi, a nawet jeśli, to zapewne nie wpuściłby jej. Nacisnęła klamkę i pchnęła drzwi z całej siły, które natrafiły na przeszkodę, którą okazała się twarz Mordercaia. Mężczyzna cofnął się, trzymając za twarz i rzucając wyzwiskami. W końcu wytarł wierzchem dłoni krew cieknącą z nosa, spojrzał to na zmieszanego Zero, to na Lilith w drzwiach, po czym westchnął.
- Do kurwy nędzy więcej was matka nie miała?! Samotnia, ludzie, samotnia do kurwy nędzy! Skoro tu, kurwa, jestem, to chcę być, kurwa, sam! Wynoście się, nim was wyrzucę! Ja pierdolę, co za bydło! - wskazał na drzwi, krzycząc i gestykulując zawzięcie. Żadne z nich nie ruszyło się, aż w końcu rudowłosa weszła do środka, zamykając za sobą drzwi. Wraz z Zero czekała, aż furia towarzysza minie na tyle, na ile można będzie z nim rozmawiać, bądź też na to, że kiedy Mord sięgnie po broń, będą uciekać w podskokach jak dziewczynka rozrzucająca kwiatki.
Chata była pomieszczeniem niewiarygodnie skromnym - jeden pokój z dwiema szafkami pełniącymi funkcję aneksu kuchennego, z beczką na wodę do zmywania. Mała butla gazowa podłączona była do kuchenki polowej, a kartony z puszkami i butelkami alkoholu sugerowały, że ktoś zamierzał spędzić tutaj sporo czasu. Funkcję łóżka pełniły koce porozrzucane pod ścianą. Nie było tutaj żadnego stolika czy innych mebli - puste, zimne pomieszczenie. Jakaś część Lilith wiedziała, że ta chata była jak życie człowieka, który w niej mieszkał.
- Co tu robicie? - Spytał znacznie spokojniejszy Mordercai, a Zero wskazał na rudowłosą, ustępując jej pierwszeństwa. Dziewczyna westchnęła, zaczesując kosmyk włosów za ucho.
- Potrzebuję cię - zaczęła poważnym tonem, a łowca prychnął i przewrócił oczyma.
- Idź do burdelu czy coś, nie świadczę usług - warknął, a Lilith posłała mu wściekłe spojrzenie.
- Wysłuchaj mnie do końca! Nawet nie zaczęłam do cholery! - syknęła, a Mord zaśmiał się.
- To nie owijaj w bawełnę do cholery, tylko gadaj czego chcesz i spieprzaj mi z oczu!
Lilith wzięła głęboki wdech, rozmasowując skroń i zamykając oczy. Odliczała do dziesięciu, po czym spojrzała na Mordercaia z zawziętością godną podziwu.
- Słuchaj, przepraszam. Okey? Przepraszam za wszystko, co okropnego powiedziałam. Potrzebuję cię, potrzebuję przyjaciela, którym kiedyś, do kurwy nędzy, byłeś.
Mordercai spojrzał na Lilith, otaksował ją spojrzeniem, po czym zaplótł ręce na torsie. Kamienny wyraz twarzy nie zdradzał jego myśli i emocji, a do tego nie oderwał wzroku od rudowłosej. W końcu westchnął, przetarł twarz i kopnął z całej siły ścianę. Pochylił się, kładąc ręce na kolanach i opierając na nich ciężar, który spoczywał mu na barkach. Oddychał w tej pozycji przez kilkanaście sekund, po czym wyprostował się i spojrzał po raz kolejny na Lilith.
- No słucham?
- Po pierwsze, chcę zrobić przewrót i podzielić New Heaven. Zrobić to co Baha w młodości. Zebrać ludzi o normalnej filozofii życia... O naszej, starej filozofii i założyć nową osadę, z dala od Heleny i jej popierdolonego hopla na punkcie przetrwania. I potrzebuję do tego ludzi. Zgranej, jednolitej ekipy, którą kiedyś tworzyliśmy. Jednak by to osiągnąć, potrzebuję ciebie i twojego wsparcia - mówiła szczerze, a Zero słuchał z zainteresowaniem. Słysząc jej plan, wyraził swoje poparcie przez wykrzyknik. Mord również słuchał z najwyższą uwagą, zasłaniając usta dłonią jakby się nad czymś zastanawiał.
- To po pierwsze, a po drugie? - spytał.
- Dowiedzieć się co planuje Hyperion. Jacobs kombinował na bagnach i wiemy jak się to skończyło lata temu. Wyciek substancji, skażenie terenu i wysyp zombiaków. Dahl postanowił grzebać w podziemiach i w efekcie obudził z hibernacji jakieś popierdolone potworki, które wybiły setki tam pracujących ludzi. Teraz mamy Hyperion i podejrzewam, że oni też coś knują i w efekcie czego życie stracą kolejni ludzie. Chcę temu zapobiec.
- Chcesz zapobiec maszynie korporacyjnej, która wykupiła Pandorę na własność? - spytał z powątpiewaniem Mordercai. - I jak niby chcesz to zrobić, hm?
W tym momencie do rozmowy wtrącił się Zero, wyświetlając jeden, jedyny hologram. Koniczynę. Lilith uśmiechnęła się, kiwając głową.
- Zgadza się. Kluczem do rozgryzienia Hyperionu i powstrzymania go jest Lucky...
- Która nie żyje. Wezwij egzorcystę, przyzywacza duchów - kogokolwiek, ale mnie do tego nie wciągaj - warknął Mord, ale Lilith nie zniechęciła się.
- Lucky nie ma, to prawda, ale gdzieś przy szczątkach promu są jej wspomnienia. One są kluczem. Nasza niepozorna Koniczyna wiedziała o tym od samego cholernego początku. - Lilith była przekonana o prawdziwości swoich domysłów, czego nie można było powiedzieć o Mordercaiu. Życie nauczyło go chłodnej oceny, a nie impulsywnego działania, jakie preferowała ognista syrena. Zero również wydawał się wciągnięty w plan Lilith, gestykulując zawzięcie. Łowca w końcu westchnął.
- Podaj jeden argument na to, że mówisz prawdę - poprosił. Rudowłosa uśmiechnęła się, po raz pierwszy dzieląc się na głos swoim spostrzeżeniem.
- Pamiętasz rozmowę z tymi żołnierzykami na bagnach? Powiedz mi, korporacyjne szychy przejmują się tym, że zwykła dziewczyna chora na rozdwojenie jaźni chadza sobie po Pandorze? Nie wydaje ci się podejrzane, że chcieli ją od razu zastrzelić albo zabrać ze sobą, nie myśląc nawet o tym, by dać jej spokój?
Brwi Mordercaia uniosły się w wyrazie zdziwienia. Nie zwrócił na to uwagi za pierwszym razem, ale teraz, kiedy mówiła o tym Lilith... Uśmiechnął się, posyłając jej rozbawione spojrzenie wpierw rudowłosej, która czekała na jego decyzję jak na wyrok, po czym na Zero.
- To od czego zaczynamy?
Młody żołnierz szedł jasno oświetlonym korytarzem, a jego kroki rozbrzmiewały echem po pustym budynku. Nastoletni chłopiec często wędrował po gmachu późną porą, kiedy to wszyscy z jednostki A Hyperionu ukończyli ciężki dzień szkolenia na Pandorze i spali w najlepsze we swoich pokojach. Opuścił plac szkoleniowy jako ostatni, gdyż należał do tych najbardziej niezdarnych żołnierzy. Nie wykonał zadania na czas jako jedyny i dlatego musiał powtórzyć misję, która zajęła mu przeszło godzinę. Późna pora powrotu miała swój plus - żaden z towarzyszy nie mógł go zaczepić i okrutnie z niego zakpić. Nienawidził wojska, nienawidził Hyperionu i nienawidził być posłusznym jak pies.
Trafił do wojska wbrew sobie, spełniając ambicje ojca, który stracił nogę w młodości i zapragnął, by wszyscy synowie zostali żołnierzami. Realizował swoje marzenia przez obserwowanie dwójki starszych potomków, podczas gdy trzeci - najmłodszy - nie był w stanie podołać testom i nie mógł załapać się do rządowego oddziału. Dlatego też gdy tylko natrafiła się okazja, wepchnął go do oddziałów prywatnej firmy zbrojeniowej, nie bacząc na to, że wysyła syna na Pandorę - i największe piekło na ziemi/i, jak to mówili tutejsi mieszkańcy.
Jeremiasz nie pasował do tego miejsca, z czego doskonale zdawał sobie sprawę - czuł lęk przed0 śmiercią, ale też brzydził się zabijaniem. Jedyne o czym marzył, to wrócić do domu. Po tym, co tu widział, co przeżył, nie obawiał się wściekłości ojca. Zamierzał realizować swoje pragnienia, choć były błahe i niedochodowe, a tym bardziej nie przynosiły chluby nazwisku rodowemu.
Uwagę młodzieńca przykuł ruch na końcu korytarza. Jego przywódca - pułkownik Gregory Lincoln - opuszczał pokój z plecakiem przewieszonym przez ramię. Młodzieniec ucieszył się na widok przywódcy, bo ten jako jedyny darzył młodzieńca sympatią i nie dogryzał mu w sposób szczególny. Traktował go tak samo podle jak wszystkich pozostałych, a czasami nawet mniej. Pułkownik zatrzymał się w chwili, gdy dostrzegł że nie jest sam na korytarzu, a potem uśmiechnął się kwaśno.
- Nie powinieneś spać, Matthew? - spytał, gdy młody żołnierz podbiegł do Gregory'ego i zasalutował.
- Tak, panie pułkowniku, powinienem.
- Spocznij, żołnierzu. - Dowódca rozejrzał się po korytarzu, jakby sprawdzał, czy ktoś jeszcze postanowił wybrać się na nocną przechadzkę.
- Dokąd się wybierasz, szefie? Też powinieneś już spać. - Matthew nazywał tak pułkownika, gdy byli sami. Gregory co prawda nigdy nie potwierdził tego, że żołnierz może się tak do niego zwracać, ale też nie burzył się i nie sprzeciwiał.
- Wracaj do łóżka, ja mam kilka spraw do załatwienia - odparł wymijająco pułkownik i ruszył korytarzem, gdy nadgorliwy podopieczny zrównał się z nim.
- Mogę pomóc?
Gregory zatrzymał się i spojrzał na młodzika. Zauważył podkrążone, zmęczone oczy oraz grubą warstwę kurzu na skórze. Młody mężczyzna również cuchnął potem, gdyż od przeszło trzydziestu godzin był na nogach, gdzie oddawano zarówno jego, jak i pozostałych towarzyszy intensywnemu szkoleniu w pełnym słońcu.
- Ledwie stoisz, idź spać a ja sobie poradzę.
Pułkownik nie powiedział nic więcej, tylko poprawiając przewieszoną przez ramię torbę, ruszył dalej korytarzem. Matthew stał, obserwując znikającego przełożonego. Z jednej strony był ogromnie zmęczony, ale z drugiej tajemnicze zachowanie mężczyzny pobudziło jego ciekawość. Przeważnie grał on w otwarte karty i gdy ktoś pytał, udzielał szczerej odpowiedzi, dlatego też jego milczenie w tej sprawie wydało się młodzieńcowi dziwne. Wiedział, że teoretycznie powinien wykonać polecenie przełożonego, jednak nie zrażony, podążył za Gregory'm z zamiarem śledzenia.
Szedł pustymi korytarzami, starając się stąpać jak najciszej, wyglądając co chwilę zza rogu by upewnić się, w którym kierunku podąża przełożony. Śledzenie wewnątrz blokowiska było proste, gdyż już po pierwszych pięciu minutach młodzieniec przekonał się, że pułkownik zmierza na parter, gdzie były dwa wyjścia - jedno na Laboratoria, a drugi na wybiegi bestii. Sprawa znacznie się skomplikowała, gdy Gregory opuścił budynek i zmierzał z początku w kierunku Laboratorów. Kilkadziesiąt metrów otwartej przestrzeni przeciętej wybetonowaną drogą, bez możliwości ukrycia.
Młodego żołnierza zaskoczył Hummer firmy stojący w cieniu, który byłby niewidoczny od strony mieszkań z racji braku okien, a od strony Laboratoriów te wstawiono dopiero na pierwszym piętrze. Pułkownik minął samochód nawet nie zwracając na niego uwagę, co jeszcze bardziej zdziwiło Matthewa. Wszystkie pojazdy przetrzymywano w hangarze i by móc pożyczyć którykolwiek, powinno się otrzymać zgodę całego dowództwa.
Młody mężczyzna nie ruszył za przywódcą, tylko poszedł do Hummera, wyraźnie zaskoczony. Kiedy zajrzał do środka, zauważył beczki z wodą, oraz mnóstwo broni. Jednak największe zaskoczenie wprawił go fakt, że tylne siedzenia zostały klapnięte. Przycisnął twarz do przyciemnionej szyby, obserwując wnętrze. Poczuł, jak robi mu się gorąco, gdy zobaczył poruszenie wewnątrz. Odskoczył od szyby przerażony, gdy zobaczył wielki łeb skaga alfa, który rozpostarł szczęki ostrzegawczo. Wpatrywał się przerażony w pojazd, nie zdając sobie sprawy z tego, że Gregory opuścił Laboratoria i zauważył go.
Mężczyzna skrzywił się, niezadowolony z tego, że widzi podwładnego, który zignorował rozkaz. Podążył za jego spojrzeniem i również zauważył bestię w samochodzie, ale nie zrobiło to na nim takiego wrażenia, jak na młodziku. Leniwie wyciągnął rewolwer i podszedł do Matthewa, wyciągając przyjacielsko drugą rękę.
- Wstawaj młody - powiedział, szturchając go butem. Młodzik popatrzył na niego wielkimi, przerażonymi oczyma.
- W aucie jest skag - szepnął, korzystając z pomocy i stając na nogach.
- Wiem, widzę. Zajmę się tym, a ty zjeżdżaj - warknął pułkownik, ale podwładny nie zamierzał odejść.
- Szefie, wiedziałeś, że on jest w środku?
- Tak - odparł, a widząc przerażenie malujące się na twarzy młodego, poklepał go pociesznie na ramieniu i uśmiechnął się. - Rozkazy dowództwa, nie mogę o tym mówić. Teraz won.
- Szefie... Ty kapitulujesz, prawda?
Uśmiech spełzł z twarzy Gregory'ego, po czym westchnął i potarł czoło dłonią. Nim młody pojął, co się dzieje, stalowy pocisk przeszył jego czaszkę na wskroś, siejąc pustoszenie w mózgu. Matthew wpadł w ramiona pułkownika, który podtrzymał go i położył delikatnie na ziemi. Kucał przy zwłokach, patrząc w twarz chłopaka, po czym dłonią zamknął powieki.
- A mówiłem, że powinieneś iść spać.
Obserwował z niechęcią jak spod maski samochodu wydobywa się gęsty dym, który unosi się wysoko jak sygnały dymne indian, lecz tych na próżno szukać na tej planecie. Patrzył na jeepa, którego wyremontował własnoręcznie dawno temu, a teraz nie miał jak naprawić. Utknął u podnóża górskiego szczytu pandoriańskiej pustyni, wystawiony na żar lejący się z nieba. Przezorność nakazał mu zabrać mnóstwo beczek z wodą nim uciekł z bazy Hyperionu położonej w górskich cieśninach, dzięki czemu nie musiał martwić się za nadto o odwodnienie.
Czuł, jak ogarnia go rezygnacja, wściekłość i frustracja, wypełniająca całe ciało. Nim się obejrzał, kopnął koło samochodu z całej siły tylko po to, by podskakiwać na jednej nodze przeklinając jednocześnie w duchu. Mógł nadać sygnał S.O.S., ale ryzyko, że odnajdą go zwiadowcy firmy było za duże. Z jednej strony mógł spakować to co niezbędne i spróbować przejść ten dystans, ale z drugiej strony nie miał pewności gdzie jest najbliższa wioska i czy wystarczy mu wody.
Złapał się pod boki, patrząc na żółty samochód z wielkim, niebieskim H na drzwiach.
- No, z jednej strony dobrze, że się dziadzie popsułeś... - burknął pod nosem do samochodu, podświadomie nadając mu męskiej osobowości i traktując jak żywą, czującą istotę. - Jakbym tak podjechał do jakiejkolwiek wioski, ty wyglądałbyś jak ser szwajcarski, a ja bym był cieknącą konewką.
Westchnął, przecierając twarz dłonią, by zetrzeć kropelki potu uporczywie napływające do oczu. Nagrzany piasek bił żarem, który przebijał się przez grubą podeszwę buta, a powietrze osuszyło się z wszelkiej wilgoci, przez co coraz trudniej oddychało się mężczyźnie przyzwyczajonemu do klimatyzowanego hangaru. Zirytowany usiadł na ziemi przy samochodzie, opierając się o wielkie koło terenowego pojazdu o napędzie czterokołowym.
Kombinezon w który był odziany również należał do firmy. Skóropodobny materiał nie przepuszczał powietrza, przez co czuł jak ciało wewnątrz worka foliowego poci się jak w saunie. Chętnie by się rozebrał, gdyby nie fakt, że słońce spaliłoby gołą skórę na węgiel. Trwał tak dłuższy czas, czekając na powrót przyjaciela, który miał sprowadzić pomoc lub znaleźć ubranie, w które mógłby się przebrać. Wysłał go ledwie godzinę temu, jednak miał nadzieję, że ten wróci lada moment. W końcu zamknął oczy i odchylił głowę do tyłu, zdając się na łaską lub niełaskę pustyni. Nagle do jego uszu dotarły krzyki człowieka, który wołał o pomoc
Otworzył oczy i rozejrzał się, dostrzegając między głazami biegnącego w jego stronę mężczyznę. Dopiero po chwili ukazał się wielki, barczysty skag, który gnał za bezbronnym człowiekiem. Hyperionowiec wstał, mimowolnie się uśmiechając.
Mordercai obserwował wysokiego, barczystego mężczyznę o niewiarygodnie muskularnej sylwetce. Postać wysoka na dwa metry ubrana była w stare, znoszone jeansy i czarny, krótki rękawek, który o kilka rozmiarów za mały opinał ciało, eksponując tym samym jego zalety. Brick, jeden z Vault Hunterów, nie cieszył się wśród nich dobrą opinią, chociaż sami do aniołków nie należeli. Jego kwadratowa twarz poznaczona bliznami, usta wiecznie wykrzywione w grymasie niezadowolenia i oczy świdrujące dusze.
Teraz ten człowiek siedział masce samochodu, opierając leniwie łokcie na kolanach i pocierał dłonią brodę, nie wykazując żadnych emocji. Mordercai przybył do tego rejonu gór należącego do gangu "Slab" w nadziei, że uda mu się przekonać Bricka - przywódcę gangu i kompana Vault Hunterów - by wsparł ich zarówno swoją obecnością, jak i zapewnił im plecy poprzez armię swoich popleczników. Udało mu się skontaktować z towarzyszem nim banda kryminalistów rzuciła się na łowcę, dzięki czemu teraz siedzieli naprzeciwko siebie w cieniu góry.
- Zabawne - powiedział ciężkim, basowym głosem Brick, robiąc krótką przerwę na wdech - że chcycie, bym mioł wom pomóc, choć gardziecie mną i moją bandą. Co jo byda z tego mioł, że do was dołącza?
- Współpracę, stary i święty spokój. - Mordercai siedział, wpatrując się w człowieka, z którym praktycznie nigdy nie rozmawiał i jako jedyny się go nie obawiał, jednocześnie będąc kimś na wzór przyjaciela i mentora. Brick nie czuł strachu przed nikim i niczym, był panem swojego losu i mimo ograniczonej inteligencji, radził sobie na Pandorze lepiej od armii intelektualistów. Ślepa siła dawała mu przewagę, zjednując z skagami.
- Ha! Spokój? Tera mom spokój. Ludziska za mnie robiom, użyrom się z nimi jak chca, a nie mądrzy mi się jakaś baba w wojskowym fartuchu.
Mordercai westchnął, bo Brick dał jasno do zrozumienia, że póki Roland będzie oficjalnym liderem Vault Hunterów, Brick nie przyłoży ręki do walki z Heleną. Spór między tą dwójką powstał już na początku znajomości, a spięcia między nimi zawsze kończyły się potyczką siłową. Olbrzym cechował się niewiarygodną odpornością na ból i nawet, gdy skag miażdżył jego kończynę w paszczy, ten okładał gołą pięścią pancerz stworzenia tak długo, aż pozostawała krwawa miazga. Podobnie było w starciach z Rolandem, kiedy to wszyscy wspólnymi siłami musieli odciągać od siebie tę dwójkę. W końcu, po tym jak Baha ogłosił ciemnoskórego żołnierza liderem, Brick odszedł bez słowa. Każdy wiedział, czym się on się zajmuje, ale nikt nie przeszkadzał mu w tworzeniu największej bandyckiej grupy w górach.
- No nic, nie będę cię na siłę przekonywać - powiedział Mord, zeskakując z maski IVY. - Dzięki za poświęcony czas, pora na mnie.
- Trzymej się, chuderloku - zawołał za nim Brick, śmiejąc się na głos. Siedział jeszcze chwilę, obserwując jak Mordercai odpala silnik i odjeżdża, znikając w końcu pomiędzy wielkimi głazami. Trwał tak w zadumie, analizując to, co przekazał mu łowca i zastanawiał się, czy dobrze zrobił odmawiając im pomocy. Nie miał wątpliwości z moralnego punktu widzenia, a raczej dochodowego - może wojna z Heleną i New Heaven opłacała mu się bardziej, niż bierność? Postanowił, że przemyśli to jeszcze raz.
W końcu zszedł z maski, nucąc pod nosem nieznaną melodyjkę. Odpalił silnik wielkiego hummera i rozpoczął zjazd w dół zbocza, by dotrzeć do swojej siedziby. Droga wiła się między pustynnymi szczytami, silnik wył a przez uchylone okna słyszał wycia skagów i świst wiatru, który hulał pomiędzy górskimi szczytami. Uwagę Bricka przykuło jednak coś, czego wcześniej tutaj nie było - w cieniu jednego ze zboczy stał żółty jeep. Podjechał wystarczająco blisko i nie gasząc silnika, otworzył drzwi i wyszedł z pojazdu. Opodal pojazdu leżało nagie, zmasakrowane ciało. Barczysty mężczyzna bez lęku podszedł do trupa i z pomocą szturchnięta przetoczył go na plecy. Gwizd uznania wydobył się z gardła Bricka.
Przed nim leżał martwy członek jego gangu, obdarty z ubrań, bez broni i z kulką z karabinu między oczami. Twarz zastygła w wyrazie przerażenia, a ciało jeszcze ciepłe nie zostało tknięte przez skaga, którego ślady otaczały zwłoki. Brick oparł dłonie o biodra i rozejrzał się w poszukiwaniu zwierzęcia, ale tego nie było, tak samo jak człowieka, który pozostawił samochód. Olbrzym podszedł do pozostawionego samochodu, by przekonać się, że wszystko z wnętrza zniknęło, włącznie z kluczykami. Ktokolwiek to był, z pewnością nie siedzi i nie czeka na śmierć.
Opuścił górskie tereny dość szybko, wykorzystując swojego czworonożnego przyjaciela do niesienia beczek z wodą, które przyczepił specjalnymi pasami do grzbietu. Skag szedł krok w krok, rozglądając się uważnie i sapiąc, gdy wyczuwał innych ze stada, którzy nie odważyli się podejść, wyczuwając zagrożenie. Mężczyzna przebrał się w ubrania bandyty, którego załatwił w górach. Wszystko było lepsze od lateksowego stroju, nawet jeśli to miał na zmianę spodnie moro, trochę za duże buty zapinane za pomocą klamer aż do kolan, czarny golf z długim rękawem i szelki na amunicję. Szyję owinął arafatą, a na głowę położył swój stary beret za czasów, gdy służył jeszcze w kompanii w Iraku.
Kiedy tylko opuścił cieśniny górskie, upał uderzył ze zdwojoną siłą - całkowity bezruch powietrza, które w jakiś sposób potrafiło ochłodzić, nie mówią o braku cienia na tych otwartych na promienie słoneczne pustkowiach. Linia horyzontu falowała delikatnie, zlewając się w jedno z błękitno-pomarańczowymi pasami nieba. Mimo dnia, mimo prażącego słońca, gwiazdy, drogi mleczne i galaktyki były widoczne gołym okiem, z łatwością przebijając się przez ostre światło.
Kiedy tu trafił niecałe dwa miesiące temu, pierwsze upały i widoki Pandory powalały go z nóg. Upał, skwar, potwory, spalające na wiór słońce, nie mające litości dla swoich nowych podopiecznych. Planeta nie szczędziła im trudnych chwil, bo jako żołnierze piechoty, odbyli intensywny trening trwający przeszło półtora miesiąca - biegi w pełnym słońcu po kilkanaście kilometrów, hartowanie ciała przez zanurzanie w lodowatych odmętach podziemnych rzek, czy przyzwyczajenie wrażliwego żołądka do diety składającej się ze skagowego mięsa. O tyle, ile upał mu nie specjalnie przeszkadzał, to eksperymentalne przysmaki szefa kuchni, który obrał sobie za cel ugotowanie z ohydnego mięsa czegoś jeszcze bardziej ohydnego już było według niego przesadą.
Teraz, po przeszkoleniu terenowym, zapoznaniem się z klimatem oraz polityką mieszkańców, opuścił bazę Hyperionu - wbrew rozkazom i przede wszystkim, bez wiedzy szefostwa. Nie żałował swojej decyzji - zapisał się do armii tej firmy tylko po to, by trafić na Pandorę, a że nauczyli go przetrwania w tym miejscu praktycznie za darmo, był im ogromnie wdzięczny. Parł przed siebie z uśmiechem na twarzy, mając przez ramię przewieszoną snajperkę i plecak, w kaburach na udach rewolwery, a do tego jego psi przyjaciel na grzbiecie zapakowaną miał jeszcze bazookę oraz karabin maszynowy, którego nie chciał nosić samodzielnie. Skag również nie wydawał się przytłoczony ciężarem, który na niego nałożył - ba, cieszył się, że jest użyteczny dla swojego nowego pana.
Ciemny kolor ubrań przyciągał promienie słoneczne, ale tak czy owak był rad, że je ma - stanowiły o wiele lepszą alternatywę niż kombinezon, które wymyśliła sobie firma. Teraz skóra oddychała i nie pocił się aż tak, a do tego temperatura sprawiała, że praktycznie wszystko parowało. Szedł hardym krokiem, mimowolnie się uśmiechając na samą myśl o tym, jaką minę będzie miało dowództwo gdy tylko zauważą jego brak.
- Gregory Lincoln, pułkownik, który wykiwał Hyperion... - słysząc własny głos, wyszczerzył się jeszcze bardziej zadowolony. Był rad, że przerażony kryminalista za obietnicę darowania życia wyśpiewał wszystko o jego położeniu i pokierował go do najbliższej wioski. Tam kupi, jeśli naturalnie starczy mu skradzionej gotówki, samochód, bo na starego grata nie miał co liczyć. Prędzej poskłada coś z tutejszej technologii, klecąc własny model.
Bezustannie szedł przed siebie przez kilkanaście godzin, aż w końcu otoczył go mrok, a skag zaskomlał prosząco. Zignorował prośbę pupila, zmuszając go tym samym za podążaniem na słuch. To był mit, że te stworzenia funkcjonowały tylko za dnia - w mroku ślepły i mogły bazować jedynie na pozostałych zmysłach, lecz leniwa natura wolała spać, niż dostosowywać się do tego typu warunków.
Nim nastał świt, Gregory widział na horyzoncie szczyty wysypiska śmieci, o których mówił górski bandyta, lecz nawet do zmierzchu nie dotarł na miejsce. Wówczas, gdy tylko słońce schowało się za linią horyzontu, położył się tam gdzie stał, układając wygodnie na popękanej ziemi. Skag, który mu towarzyszył uwalił się obok niego, wyciągając łapy z zadowolonym charknięciem i osłaniając pana swoim ciałem. Przespali kamiennym snem aż do świtu, choć mijało ich mnóstwo pomniejszych stworzeń.
Psisko obudziło swojego pana na krótko przed świtem, cierpliwie pozwalając mu się napić z beczek, które niósł na swoim grzbiecie. Na początku wędrówki były trzy baniaki po cztery litry, a teraz pozostał tylko jeden i do tego nie pełny.
Dotarli do miasteczka na kilka godzin przed kolejnym zachodem. Nie było tak, jak się spodziewał Gregory, bo trafił do ruiny, nie miasta. Na ulicach walały się gnijące, na wpół pożarte przez skagi zwłoki. Brama jak i ogrodzenie leżały przewalone, a pandoriańskie kojoty biegały między budynkami, warcząc na nowo przybyłego, ale nie konfrontując się z nim. Ich głęboko osadzone w czaszkach oczy obserwowały, jak wchodzi niedbale po przewalonej blasze, jak mija leżące trupy nawet nie racząc ich spojrzeniem i jak nic sobie nie robi z ich towarzystwa.
Ośmielone, zaczęły do niego podchodzić, wdychając przez wielkie nozdrza jego zapach, po czym odchodziły z powarkiwaniem. Mężczyzna nic sobie z nich nie robił, w pierwszej kolejności zaglądając do hangaru. Zobaczył rozłożony na części samochód i Gregory uśmiechnął się zadowolony.
- Srebrny Ford F 150 SVT Raptor 2010 MY - mruknął, obchodząc pojazd, trzymając jednocześnie ręce na biodrach. Czterokołowiec terenowy był praktycznie w idealnym stanie - karoseria nie tknięta przez rdzę, szyby w całości, opony z całkowicie nowym bieżnikiem, zawieszenie w pełni sprawne. Jedynie silnik został wyciągnięty i położony obok. Mężczyzna podrapał się po brodzie, rozglądając się po sprzętach które pozostawił poprzedni właściciel - praktycznie wszystko leżało porozrzucane, jakby uciekał w pośpiechu, pozostawiając narzędzia i rzeczy. Sprawne samochody pewnie zostały rozkradzione, kiedy inni razem z nim ewakuowali się w tempie ekspresowym - pomijając tych nieszczęśników, którzy teraz rozkładali się, leżąc na ulicach.
Ocenił to, co przed nim leżało i doszedł do wniosku, że z łatwością poskłada wszystko do kupy i odjedzie stąd nowym samochodem, o którym marzył już dawno temu. Nim zabrał się za naprawę, odwrócił się z zamiarem przeszukania budynków z celu znalezienia kolejnych, przydatnych przedmiotów. Wszystkie skagi, które zebrały się za nim, czmychnęły warcząc i znikając za wrakami pojazdów, ścianami budynków czy kontenerami na śmieci, wyglądając zza nich z wyrzutem. Gregory uśmiechnął się do siebie, oceniając ilość trupów i śmieci, wziął głęboki wdech pełnią płuc, po czym odezwał się do swojego czworonożnego towarzysza.
- Stary, nawet nie wiesz jak się cieszę, że nie mam węchu.
Skag warknął, jakby chciał coś powiedzieć. Gregory uwolnił go z wszystkich przedmiotów, którymi wcześniej obładował pupila, kładąc je w cieniu hangaru. Trzymając w ręce karabin, ruszył opustoszałą ulicą, sprawdzając wnętrza budynków. Kolejne trupy, niewyłączone sprzęty elektryczne, zgnita żywność. Wioska była martwa, a jedynymi lokatorami okazywały się kojoty, które penetrowały budynki i wywlekały ludzkie ciała, by kłócić się między sobą o nie i rozrywać na kawałki jak rzucony ochłap mięsa. Nie przejmował się tym, obserwując je z uśmiechem, a po pewnym czasie wyciągał wszystkie ofiary z budynków, kładąc na ziemi. Nim się obejrzał, miał małą grupę zwolenników, którzy wyczekiwali pod drzwiami i był świadom, że gdyby mieli ogony - machaliby nimi jak szczeniaki.
Wszystko, co ciekawsze składował w hangarze, ignorując kilkanaście skagów podążających za nim krok w krok. Co chwilę słyszał ich głębokie wdechy, prychnięcia, charknięta, a gdy się odwracał, uciekały w popłochu. Kiedy zapadł zmierzch, Gregory podłączył generator prądu w hangarze, a wnętrze oświetliły charczące lampy halogenowe. Przygotował wszystkie niezbędne przedmioty i rozpoczął naprawdę pojazdu od poskładania do kupy silnika. Monotonna, męcząca praca dla większości mechaników dla niego okazała relaksującym hobby, któremu oddał się z przyjemnością.
Siedział kilka godzin w ciszy, w skupieniu składając wszystkie pasujące do siebie elementy, by na sam koniec zamontować całość. Pomogły mu przy tym skagi, które posłusznie wykonywały jego polecenia. Czworonogi mimo braku zdolności manualnych łap, okazywały się lepszymi pomocnikami od ludzi - znacznie większa siła pozwalała im bardzo długo utrzymywać ciężar żelastwa o wadze kilkuset kilo. O świcie Ford był gotowy do podróży, a silnik mruczał pod maską jak mały, zadowolony kot.
Gregory poklepał maskę samochodu jak małe dziecko i ruszył ulicą z zamiarem znalezienia nowych ubrań, wykąpania się i zabrania wszystkiego, co oferowały tutejsze ruiny. Rosnąca liczba zainteresowanych nim skagów wzrosła o kilka dorosłych sztuk, które leżały w promieniach słońca, nie obawiając się człowieka, ale też nie zamierzając go atakować. Ciekawska natura tych inteligentnych bestii jasno określała, że póki one nie zaatakują go, on im nic złego nie zrobi. Natomiast te mniejsze osobniki - szczenięta wielkością dorównujące małemu cielakowi - podążały za nim, od czasu do czasu zaczepiając przez złapanie za nogę. Nigdy jednak nie upadł, a gdy tylko się odwracał, te czmychały skomląc. W końcu dotarł do upatrzonego wcześniej domku, a kojoty zostały na zewnątrz, zaglądając przez uchylone drzwi.
Jego oczom ukazało się proste mieszkanie, zagracone różnymi przedmiotami o mniejszej lub większej wartości. Nie zaskoczyły go białe ściany pokryte wapnem, ani też pokryta grubą warstwą kurzu podłoga. Wszędzie leżały pudełka po pizzy, puszki po konserwach i puste butelki po piwie. W jedynej szafie było mnóstwo ubrań, przede wszystkim męskich, dlatego nie zastanawiając się za wiele, rozebrał się z ciuchów, które miał na sobie. Paradował po obcym mieszkaniu tak jak go natura stworzyła, przeglądając wszystko bez obawy, że właściciel go na tym przyłapie - ów człowiek leżał w rogu pokoju z kulką między oczami, gnijąc już od kilku dni. Gregory, jako że nie posiadał węchu, nie mógł czuć duszącego smrodu zgnilizny, który normalnego człowieka doprowadziłby do płacz u i wymiotów.
Nieproszony gość przeszedł do łazienki, gdzie wziął długi, gorący prysznic, pozbywając się kurzu, brudu i potu. Wyszedł nawet się nie wycierając, gdyż skwar z godziny godzinę nabierał na sile i woda parowała. Kropelki wody spływające wzdłuż kręgosłupa spływały leniwie, dając mu jaką dziką, niezrozumiałą satysfakcję. W końcu podszedł do swojego plecaka, z którego wyciągnął swoje kosmetyki - te, które ukradł z bazy - i zaczął golić kilkudniowy zarost, który pokrył całą skórę wzdłuż linii szczęki i karku. Pozostawił sobie jedynie krótką, kozią bródkę, która tylko dodawała mu mrocznego wyrazu twarzy.
Kiedy żył na ziemi, szczycił się tym, że był albinosem. Niegdyś ubierał się na biało, podkreślając przez to swoje zarówno białe włosy, jak i trupiobladą cerę. Teraz na jego policzki wkradł się zdrowy, różowy rumieniec, który był jedynym barwnym elementem w jego wyglądzie, pomijając oczy, których błękitna barwa wydawała się niewiarygodnie intensywna. Biała, krótka bródka, która praktycznie zlewała się z mleczną cerą. Uśmiechnął się do swojego odbicia, a na policzkach zrobiły mu się głębokie, rzucające cienie dołeczki.
Gregory wziął grzebień, którym zaczesał półdługie włosy do tyłu, które były jednocześnie za krótkie by spiąć. Wyszczotkował dokładnie zęby i walczył z chęcią użycia dezodorantu, który w tym klimacie się nie sprawdzał. W końcu odłożył go z powrotem do kosmetyczki. Wrócił do pokoju, rozglądając się za różnymi przedmiotami, które mógłby sobie przywłaszczyć.
Z szafy wygrzebał bojówki w biało-szarej kolorystyce moro, które wciągnął na ciało, nie fatygując nawet bielizny i z zadowoleniem uznał, że pasują. Jako mężczyzna, posiadał wysoką i szczupłą posturę, a niejednokrotnie śmiał się, że miał kobiece biodra. Natomiast jego siostra zawsze twierdziła, że wygląda całkiem normalnie - wysportowany, młody wojskowy, który bardzo szybko zrobił karierę w Iraku. Właściciel mieszkania poza obwodem bioder miał podobny rozmiar buta, więc Gregory wybrał czarne buty do kolan ze stalowymi ochraniaczami na kolana i łydki, do których wcisnął nogawki ze spodni.
Nie znalazł żadnej ciekawej koszuli w szafie, dlatego też niewiele myśląc, spakował swoje rzeczy i wyszedł na zewnątrz, wystawiając ciało na krótką chwilę na promienie słoneczne. Czuł, jak woda skwierczy na białej skórze, ale sam bólu nie odczuwał. Teoretycznie ta choroba miała sprawić, że powinien być niewiarygodnie wrażliwy na promienie słoneczne, a jednak nie różnił się za wiele od pozostałych przedstawicieli rasy ludzkiej. Słońce Pandory spalało go w takim samym stopniu jak przeciętnego bandytę czy naukowca, którzy nie cierpieli na żadne schorzenia genetyczne.
Krótki spacer na drugą stronę ulicy opłacił mocno zaróżowioną skórą na plecach i ramionach, gdyż nie bawił się w narzucanie jakiegokolwiek okrycia. Kolejny dom, który postanowił przejrzeć należał do kobiety, więc mieląc przekleństwa pod nosem. W końcu udało mu się znaleźć szafę, w której mógł powybrzydzać. Po chwili namysłu wybrał biały golf z cienkiego, przewiewnego materiału, który opinał dokładnie ciało żołnierza Hyperionu i ukazywał jego atletyczną budowę. Chociaż spodnie nie zjeżdżały mu z dupy, Gregory postanowił przepiąć się czarnymi, skórzanymi szelkami. Czarna kurtka z wyszytymi na plecach skrzydłami anioła i nazwą jakiegoś zespołu idealnie komponowała się do kolorystyki całości, więc wrzucił ją sobie na ramiona. Kark owinął kraciastą arafatą, na oczy założył stylowe okulary lenonki, a na głowę swój wojskowy beret, pamiątkę po wojsku.
Wyszedł zadowolony na zewnątrz, a skagi zainteresowały się jego nowym ubiorem, biorąc głębokie wdechy. Wyczuwały i widziały w nim zmianę, były zaintrygowane tę częścią ludzkiej osobowości mężczyzny, jednak nie odważyły się podejść na tyle blisko, by dokładnie stwierdzić jaka zmiana w nim zaszła. Gregory doszedł do samochodu, odpalił silnik który zaryczał jak wściekły lew i wyjechał z hangaru na słoneczną ulicę. Wszystkie kojoty uciekały w popłochu, wiedząc jak kończy się spotkanie z tymi ciężkimi, terenowymi maszynami. Tylko jeden siedział niewzruszony, obserwując poczynania swojego pana, a gdy ten opuścił klapę pickupa, wskoczył na otwarty tył i uwalił się zadowolony, otwierając pysk i wywalając jęzor.
Mężczyzna niespiesznie załadowywał samochód bronią i beczkami z wodą, które napełnił zwykłą kranówą. Nie należał do wybrednych, przewrażliwionych istot, które dopiero w ostateczności napiłyby się tej zanieczyszczonej cieczy. Dbał o swój wygląd, bo chciał i lubił być schludny, jednak przede wszystkim stawiał na przetrwanie niż wygodę.
Spakował mnóstwo ubrań, które na oko by mu pasowały, jakieś koce, żywność w puszce. Nie omieszkał zainkasować składane krzesło, wędkę jakiegoś amatora łowów. Całe tylnie siedzenie jak i klapa zostały zawalone przedmiotami, które nikt wcześniej nie rozkradł, a które mógł użyć lub też sprzedać. Nie oszczędził świerszczyków, które jakiś nastoletni chłopak próbował ukryć pod łóżkiem, a które na tym pustkowiu pewnie mogły osiągnąć cenę porównywalną do nagich zdjęć seks bomb minionego stulecia, a które zmarły w wyniku przedawkowania narkotyków.
Gregory spędził w zrujnowanej wiosce praktycznie cały pandoriański dzień, pakując i przeglądając wszystko co ciekawe. W pewnym momencie postanowił wyważyć drzwi małego domku, do którego jako jedynego nie miał dostępu. Te na szczęście dość szybko ustąpiły, a jego oczom ukazało się biuro, którego ściany oblepione były ogłoszeniami, listami gończymi, zaginięciami i mapami obszaru. Biurko na samym środku schludnie wysprzątane, a wszystkie wartościowe papiery poukładane w półkach z drzwiczkami. Stalowe regały zawalone były różnymi przedmiotami o większej lub mniejszej wartości.
Mężczyzna przeszedł leniwie przez pokój, przyglądając się zaginięciom, głównie dzieci i uśmiechał się z niesmakiem wiedząc kto kryje się za tymi zniknięciami. Listy gończe specjalnie go nie interesowały, ale mapy, które przykrywały - owszem. Zerwał je delikatnie ze ściany, a stara, papierowa mimo upływu czasu nie rozpadała się w dłoniach. Zwinął je w tuby i postawił przy wyjściu, by ich tak przypadkiem nie zapomnieć. Następnie usiadł na krześle za biurkiem i rozpoczął dokładną rewizję dokumentacji, która okazała się nic nie warta. Nie wnosiła nic do sprawy, w którą się zaangażował. W szufladzie zamkniętej na kluczyk, którą wyszarpnął wyłamując zamki, znalazł trzy rzeczy, które go niewiarygodnie zainteresowały. Pierwszy dziennik należał do przywódczyni tego miasteczka, a zawierał w sobie wszystkie wydarzenia z ostatniego roku. Drugi dziennik miał nadpalone brzegi kartek, a on sam cuchnął spalenizną. Gdy tylko zobaczył pierwsze litery wiedział, że należał on do jednego z członków załogi, który się rozbił. Gregory jednak najbardziej ucieszył się na widok trzeciego przedmiotu schowanego w szufladzie - małego chipu przypominającego staromodną kartę pamięci do aparatu, na którym były zapisane bardzo cenne informacje.
Szeroki, obłąkańcy uśmiech zagościł na bladej twarzy mężczyzny.
- To się skurwysyny zdziwią... - mruknął, kładąc go na stole. Gdy znalazł młotek, z przyjemnością rozbił mikroelement systemu w drobny mak, a następnie wziął kartkę i długopis, pozostawiając wiadomość ludziom Hyperionu którzy tu zawitają lada dzień. Opuścił biuro bardziej niż zadowolony, bo tamten kryminalista wyświadczył mu ogromną przysługę, wysyłając go właśnie do tej mieściny. Gdyby posiadał sumienie, żałowałby, że go zastrzelił zaraz po przesłuchaniu.
Uśmiech wpełzł na usta Gregory'ego, gdy wrócił wspomnieniami do przerażonego, kwilącego bandyty. Miał niewiarygodne problemy sformułować myśli gdy leżał nagi na plecach, a skag przytrzymywał go łapą, łypiąc jednocześnie czarnym okiem. Piasek pewnie poparzył jego gołe dupsko, gdy tak leżał dobre kilka minut. Przez cały czas miał nadzieję, że będzie mógł odejść, ale nie otrzymał takiej szansy. Teraz pewnie albo jego ciało przemieniło się w czarną bryłę, albo też coś zdążyło pożreć jego nieszczęsne ciało.
Wyludnione miasteczko nosiło ślady strzelaniny, ale albinos nie był w stanie stwierdzić, czy pociski w ścianach pojawiły się kilka dni bądź tygodni temu, czy raczej noszą śladu dużo starszych wydarzeń. Tynk odpadał od ścian, ukazując gołą, czerwoną cegłę, a przez wybite szyby wpadał gorący, pustynny wiatr. Odór śmierci unosił się w powietrzu, ale Gregory tego nie czuł.
Czworonożny przyjaciel spał na klapie Forda kamiennym snem i nawet gdy go człowiek klepnął w łeb, nie zareagował. Ten, śmiejąc się, zatrzasnął drzwi kierowcy i wziął jedną puszkę konserwy, by otworzyć ją siedząc na miejscu pasażera i zjeść za pomocą łyżki, którą wziął z którejś tam kuchni. W końcu odpalił silnik, pozostawiając za sobą stado wrzeszczących skagów. Obserwował je z uśmiechem w lusterku tak długo, aż znikło za nim miasteczko niegdyś zwane New Heaven.
Gregory jechał przez pustynię, mając otwarte okna. Uśmiech praktycznie nie schodził z twarzy tego człowieka, który czuł się wolny tak, jak nigdy w życiu. Nawet na ziemi krępowały go prawa moralne, prawo karne, a tutaj? Samotny jeździec, przyjaciel skagów i człowiek, który może oddać się trawiącemu szaleństwu bez obaw, że jego działania będą mieć negatywny wpływ na to, jak postrzegają go inni ludzie. W świecie kryminalistów, sadystów i morderców miał w dupie to, co sądzą o nim inni. Przybył do tego miejsca z dwóch powodów - jednym była właśnie ta wolność.
Dzięki CB-Radiu złapał kontakt z nijakim Sir Hammerlockiem, który powitał go iście brytyjskim akcentem i nakierował na wioskę Fyrestone, w której teraz tkwili uciekinierzy ze zniszczonego New Heaven. Nie wszyscy, lecz pewna część - nawet w Hyperionie znano głównodowodzącą Helenę, jej temperament i bardzo ograniczone myślenie. Mimo, iż należał do zwolenników przetrwania za wszelką cenę, nie rozumiał takiej ostrej selekcji. Zawsze warto mieć kogoś słabego u boku, chociażby po to, by zatkać nim pysk jakiegoś potwora. Żywa tarcza również nie była głupim pomysłem według niego, aczkolwiek nie zawsze skuteczna.
Fyrestone leżało położone daleko na południu w miejscu łączącym wilgotny klimat bagien, pustynne tereny oraz lodowe podmuchy lodowych pustkowi. Od bieguna dzieliły je wysokie, zaśnieżone góry, z których często wiał przenikliwie zimny wiatr przesiąknięty wilgocią. Z bagien bardzo często nadchodziły gęste ulewy, które zimą podtapiały stepy i przemieniały pustynię w porośnięte czerwoną trawą równiny.
Niewielką mieścinę położoną pośrodku falującego morza krwistej roślinności otaczał wysoki, betonowy mur z sześcioma wieżyczkami strażniczymi, na których prawie zawsze siedzieli wartownicy. Budynki całkowicie różniły się od architektury pozostałych terenów - niewielkie kopuły bardziej przypominały igloo niż dom. Z zewnątrz wyglądały na ciasne i w gruncie rzeczy takie były. Kuchnia i sypialnia mieściła się w jednym, jedynym pomieszczeniu, gdzie ograniczono ilość sprzętów do skrajnego minimum. Łazienka o bardzo niskim suficie mieściła w sobie jedynie kibelek i umywalkę. Prysznice były tylko trzy, do tego na zewnątrz. Drewniane parawany oddzielały każdy natrysk, zapewniając minimum prywatności. Żadna rzeka nie płynęła przez te okolice i jedynym źródłem wody były beczki, w których zbierały się opady deszczu. Do wszystkich płaszczyzn które się nadawały na tego typu korekty zamontowano rynny, których skomplikowane łączenia wielokrotnie pękały, ciekły, jednak prowadziły do jednego - beczek.
Nad całą wioską stała drewniana wieża ciśnień, będąca jednocześnie najważniejszym punktem obserwacyjnym wioski. Nieważne z której strony się nadjeżdżało, pierwszą rzeczą, którą się zauważało, była pomalowana na czarno wieża, w której zbierały się opady. Wioska Fyrestone przeważnie stała opustoszała, gdyż zdatna do zamieszkania była w okresie zimowym. Główną przyczyną był właśnie brak stałego źródła wody, który przemieniał to miejsce w najsuchsze i najgorętsze cmentarzysko. Teraz, gdy nadchodziła zima i pierwsze ulewy, a trawa praktycznie natychmiast wyrastała z zasuszonej na kamień ziemi, znikały wszystkie szkielety zwierząt.
Gregory jechał i jako, że nie grała muzyka, słyszał bezustanne chrzęst pękających kości miażdżonych przez potężne koła Forda. Jego towarzysz wyskoczył z samochodu jakiś czas wcześniej, udając się na łowy i rozpoznanie nowego terenu. W końcu na horyzoncie zaczęła majaczyć wieża ciśnień, a szum w CB-Radiu nasilał się. Żołnierz wziął mikrofon od niechcenia, by nadać krótki komunikat.
- Sir Hammerlocku, widzę wioskę, będę za kilkanaście minut.
Morze traw falowało, kontrastując z błękitnym niebem. Ze wschodu nadciągały gęste, ciężkie chmury, a błyskawice rozświetlały nieboskłon, zapowiadając tym samym silną ulewę. Wiatr niósł wilgotne, chłodne powietrze, które było orzeźwieniem po kilku dniach na pustyni. Zapasy wody i żywności zabranej z New Heaven znacznie się uszczupliły, więc Gregory cieszył się z możliwości uzupełnienia zasobów. Przejeżdżał przez wiele wiosek, głównie opustoszałych, zabierając mnóstwo przedmiotów i w krótkim czasie jego samochód stał się jeżdżącym złomowiskiem.
Żołnierz dojechał pod mury wioski, parkując obok kilkunastu innych samochodów. Ignorował wycelowane w siebie snajperki, nie przejmował się nieufnością ludzi. Wysiadł z szerokim, pełnym zadowolenia uśmiechem, przewieszając przez ramię torbę, pozostawiając broń w środku. Wiedział, że jeśli spróbują go zastrzelić, to niemile sie zdziwią. Jednak już w lekko uniesionej pancernej bramie stał sir Hammerlock w towarzystwie trzech innych mężczyzn.
- Zastrzelicie mnie? - zapytał zaczepnie Gregory, stając naprzeciwko starszego gentelmana i oceniając jego ubiór. Wszyscy wyglądali na zaskoczonych faktem, że stoi przed nimi albinos.
- Zważywszy, że pracowałeś dla Hyperionu... - zaczął jeden z mężczyzn, ale Hammerlock uciszył go gestem.
- Nie wiemy kim jesteś, czego chcesz i skąd pochodzisz. Hyperion nadał komunikat, że za twoją głowę oferują sporą nagrodę, więc stałeś się numerem jeden na liście poszukiwanych.
Gregory parsknął śmiechem, rzucając plecak na ziemię, po czym z tajemniczym uśmiechem przyglądał się każdej osobie. W końcu utkwił błękitne oczy w postaci Brytyjczyka.
- Niech zgadnę, nagrodą jest wolność.
Cisza była jednoznaczną odpowiedzią, a albinos zachichotał, wzdychając po chwili. Przyjrzał się po raz kolejny mężczyznom, kątem oka zauważając sporą grupę ludzi wewnątrz miasteczka, którzy podsłuchiwali z zainteresowaniem. Wolność za jego głowę, możność powrotu na ziemię. Kusząca propozycja dla każdego.
- Zastanawiające... - mruknął pod nosem Gregory, uśmiechając się do Hammerlocka, który wyraźnie został zbity z tropu.
- Co jest zastanawiające?
- To. Oferują wam wolność za mnie, człowieka nieuzbrojonego, do tego bogatego w świetle norm tej planety. Ja nic dla was nie mam, Hyperion owszem, ale nadal tu stoję, żywy, bez ołowiu w trzewiach. Cóż to może znaczyć, hm? - zapytał sarkastycznie. - Oh, niech zgadnę, nie ufacie mdłym obietnicom i chcecie się ode mnie dowiedzieć czy możecie im ufać. Czy nie jest odpowiedzią moja ucieczka? Ucieczka zasłużonego pułkownika?
Hammerlock stał, wpatrując się w nowoprzybyłego nieufnie, a ten najwyraźniej dobrze się bawił siejąc ziarno wątpliwości. Nie przejmował się tym, że mogą go nafaszerować ołowiem jak kaczkę w czasie sezonu łowieckiego. Bez skrępowania pokazywał im to, że są debilami. Ciemnoskóry mężczyzna w końcu zaśmiał się, kręcąc z niedowierzaniem głową.
- Dobry jesteś, ale możesz nam coś zaoferować - wiedzę na temat korporacji i na tym nam zależy - powiedział, wyciągając prawą rękę w kierunku Gregory'ego. Ten uścisnął prawicę z szerokim, rozbrajająco szczerym uśmiechem.
- Właśnie na to liczyłem.
Hammerlock zaprowadził albinosa do domku tutejszego dowództwa, który nie różnił się niczym szczególnym od pozostałych. W wiosce stacjonowało teraz kilkadziesiąt ludzi, dla których widok białowłosego był niezwykłym widokiem. Przyciągał wzrok zarówno kobiet jak i mężczyzn, a fakt, że nie miał żadnej broni budził dziwne poruszenie. Na Pandorze nikt nigdy nie chodził bez broni, chyba że szaleniec bądź głupiec. Gregory w pewnym stopniu udowodnił, że nie jest głupcem, dlatego też postrzegano go pod kątem zdrowia psychicznego.
W głównym domku siedziały jeszcze dwie osoby, na których widok albinos mimowolnie się uśmiechnął. Czytał akta zarówno Vault Hunterów, jak i "starej ekipy" z Heaven. Baha, niewidomy poszukiwacz przygód urodził się i wychował na Pandorze, będąc potomkiem jednych z pierwszych przesiedleńców, jak mówiono na skazańców w bazach Hyperionu. Wychowywany przez ojca, gdyż matka nie przeżyła z racji braku lekarstw i lekarzy. Zasłynął z celnego oka w wieku czternastu lat, kiedy to samodzielnie poskładał snajperkę i zastrzelił bandytę, który na jego oczach wypatroszył ojca. Od tamtej pory samotnie podróżował po planecie, szukając swojego miejsca. Mając dwadzieścia trzy lata ożenił się z kobietą, o której bazy danych nie miały informacji, a gdy ukończył dwadzieścia pięć lat założył własną osadę wraz z przyjacielem, Hammerlockiem. Heaven, zwane teraz Old Heaven, zostało zdobyte przez bandytów, a duża część społeczności założyła miasteczko New Heaven. O upadku miasta i Bahy nie mówią żadne bazy danych, choć oczywistym było, że tamtą częścią Pandory nie rządził spokojny, ugodowy staruszek.
Hammerlock zaginął w historii, jakby nigdy nie istniał. Są jedynie wzmianki o nim we fragmentach w których pisano o jego przyjacielu. Gregory uważał go w pewnym stopniu za martwego, przynajmniej do czasu, aż ten przedstawił się przez CB-Radio.
Trzecią osobą siedzącą przy stole, na którym leżała mapa całej Pandory była trzydziestoparoletnia kobieta o ognistorudych, półdługich włosach. Utkwiła złote oczy w postaci albinosa, taksując go spojrzeniem. Nie wyglądała na zaskoczoną, a na jej twarzy pojawił sie niesmak.
- To on? - spytała bez ogródek, ale nim którykolwiek z jej towarzyszy zdążył odpowiedzieć, Gregory odparł pierwszy.
- Tak, to ja. Miło mi, Lilith, czy może wolisz Roksano? - Bezczelny uśmiech wpełzł na usta mężczyzny, gdy zobaczył zaskoczenie, w jakie ją wprawił. Bez słowa zajął jedno z wolnych krzeseł, z żywym zainteresowaniem rozglądając się po wnętrzu chaty.
Mały pokój z białymi, betonowymi ścianami bez ozdób i okien. Tylko jedna półka, na której postawiono CB-radio, z którego co jakiś czas dochodziły rozmowy poszczególnych osób. Gregory uśmiechnął się słysząc teoretycznie zaszyfrowane fale Hyperionu i posłał rozbawione spojrzenie Hammerlockowi, który zajął swoje miejsce. Z pomieszczeniu stał jeszcze wielki, owalny stół, wokół którego ustawiono mnóstwo blaszanych krzeseł. Wszyscy spoglądali z niechęcią na albinosa, którego wyraźnie cała sytuacja bawiła.
- Ile zdążyłeś się dowiedzieć? - spytał Baha, a żołnierz zachichotał.
- Wystarczająco dużo - odparł wymijająco, rozsiadając się i kładąc nogę na nogę. - Przejdźmy do interesów, bo ździebko mi się spieszy.
- Goni cię coś? - spytała zjadliwie Lilith, a Gregory zachichotał, pocierając brodę dłonią.
- Powiedzmy. - Jego wypowiedź ponownie zbyła pytanie, a Hammerlock westchnął.
- Co planuje Hyperion?
- Wyobraźcie sobie, że wielka korporacja kupuje planetę taką jak ta, podając rzekomo powody militarne. Ot, gdzie łatwiej przeprowadzać testy bomb? Gdzie jest największe ryzyko? Na planecie pełnej skazańców czy też na ziemi, gdzie równowaga w przyrodzie i tak jest zaburzona? Nie odpowiadajcie - machnął ręką widząc, jak Lilith otwiera usta by odpowiedzieć na jego pytanie. - Boję się, że potwierdzicie moje obawy, iż jesteście debilami.
- Testy nuklearne na planecie pustyni, która jest praktycznie niezamieszkana. Bardzo logiczne rozwiązanie - stwierdził Baha, a Gregory zaczął mu bić brawo. Niesmak na twarzach gospodarzy bawił go do łez.
- Dziesięć punktów za poprawną odpowiedź, w założeniu, że jest to faktyczny powód korporacji. Masowe zniknięcia ludności na ziemi z pewnością przykułyby uwagę mediów i rodzin. Czy kogokolwiek interesuje to, co dzieje się tutaj? Otóż, nie. - Nie umknęły Gregory'emu spojrzenia, jakie między sobą wymienili byli mieszkańcy New Heaven. - Jak mniemam, zaginęło kilka wiosek, włączając w to New Heaven?
- New Heaven napadły skagi, wyżynając praktycznie wszystkich ludzi - stwierdził Hammerlock, a Gregory prychnął.
- Jeśli skagi nauczyły się obsługiwać kałacha, to w pełni się z tobą zgadzam. Byłem tam maksymalnie dwa dni temu i muszę powiedzieć, że... Co prawda lekarzem nie jestem, ale ołowiowy pocisk między oczami z pewnością mógłby być przyczyną zgonu, prawda? - Uniósł zaczepnie brwi, prowokując rozmówców do kłótni. Każde z nich mieliło przekleństwo w myślach, obserwując uważnie arogancką postawę mężczyzny.
- Co w twoim przekonaniu tam się wydarzyło? - spytał Baha, krzyżując ręce na torsie.
- Prosta metoda działania. Przyjeżdżają oddziały Hyperionu, oferując coś, co skusi ludzi. Zdrowa żywność, woda, ubrania, bezpieczne schronienie z dala od wysypiska śmieci, czy możliwość odesłania na ziemię dzieci tych ludzi, których rodziny mogłyby się nimi zająć. Kuszące, prawda? Ciężarówki czy pojazdy, na które w pierwszej kolejności, oczywiście dobrowolnie, wstępują kobiety z dziećmi, potem mężczyźni. Naturalnie, nie każdy się na to godzi i niektórzy, z racji nieufnego stylu bycia, pozostają w wiosce. Żołnierze i ludzie odjeżdżają. Nie mija nawet godzina, gdy przyjeżdża drugi oddział z ciężką artylerią i dokonuje rzezi na tych, co pozostali. Specjaliści pozorują atak bestii czy bandytów, maskują swoje ślady i wracają do głównej bazy, gdzie przygotowują się do kolejnej takiej akcji. Sytuacja się powtórzy, nie za dzień, nie za dwa, ale za miesiąc, dwa czy pół roku. Wszyscy zapomną o tym, co się stało i krąg się zamyka, powtarzając od czasu do czasu.
- Po co firmie tyle ludzi? Tania siła robocza? - Gregory pokręcił przecząco głową, a kpiący uśmiech spełzł z jego twarzy.
- Nope, darmowe króliki eksperymentalne. Baza z której uciekłem w ponad połowie składała się z laboratoriów. Teoretycznie badania przeprowadzane na skagach, a praktycznie... - Spojrzał wymownie po pozostałej trójce, uśmiechając się głupkowato. - Stawiam, że jesteście na tyle spostrzegawczy, że połączyliście fakty. No, chyba że się mylę i słońce wypaliło wam resztki intelektu.
Na chwilę zapadła między nimi cisza, a albinos milczał, obserwując mapę. Z łatwością zauważył, że na mapie były zaznaczone trzy wioski, które opustoszały z dnia na dzień. W różnych odległościach - jedna na bagnach, New Heaven z pustyni i Overlock z gór. Trzy mieściny w okolicach trzech największych baz Hyperionu. Gregory nie wierzył w zbiegi okoliczności, jednak zarówno New Heaven, jak i Overlock były mu obojętne. Bardziej zainteresowała go mieścina na bagnach, w której zaginęło kilku żołnierzy Hyperionu. Nim przestali odpowiadać, nadali bardzo interesujący komunikat.
- Uważasz, że właśnie to wydarzyło się w New Heaven? - spytał Hammerlock, a Gregory popatrzył na niego bez jakichkolwiek emocji.
- Nie powiem, że jestem pewny, ale podejrzewam, że Hyperion maczał w tym paluszki. Nie znam waszej polityki, zwłaszcza tej całej Heleny, ale z tego co wyczytałem, lasencja miała potajemne układy z firmą. W jej dzienniku umieściła kopię telegramu, który otrzymała jeszcze nim rozbił się prom. Określał on jasno, że jej zadaniem jest znalezienie wszystkich ważnych dokumentów. Co więcej, rozkazy mówiły również, że ma nie dopuścić do tego, by ktokolwiek przeżył. Tak więc przywódczyni wiedziała, że prom się rozbije jeszcze nim się rozbił.
- Dlaczego firmie tak zależało na śmierci ludzi z promu? - spytała nagle Lilith, wyraźnie ożywiona. Gregory'emu nie umknął fakt, że wszyscy zainteresowali się tą kwestią i mimowolnie się uśmiechnął. Ich zachowanie jasno potwierdziło, że Helena nie koniecznie wywiązała się z umowy.
- Na promie znajdowało się kilka osób, które jawnie sprzeciwiły się polityce firmy gdy tylko jasno określono ich obowiązki. Uciekli z głównego statku z zamiarem powrotu na ziemię i poinformowaniu właściwych rządów o tych wydarzeniach, ale komputer pokładowy poprzemieniał ich wspomnienia, wgrywając fałszywe myśli o badaniu kosmosu. Główny prom oczywiście, zestrzelił statek gdy ten był blisko orbity, a resztę zapewne znacie. Pozwólcie, że teraz ja o coś spytam... Wnioskuję po waszym zachowaniu, że ktoś przeżył. Na pokładzie była bardzo bliska mi osoba, za którą oddałbym życie. Kiedy dowiedziałem się, co zrobił Hyperion, postanowiłem zwinąć ogon i znaleźć ją, chociażby miała to być ostatnia rzecz w moim życiu. Proszę, powiedzcie mi, kim była osoba, która przetrwała? Muszę to wiedzieć.
Trójka gospodarzy wymieniła między sobą spojrzenia, aż w końcu odezwał się Hammerlock.
- Przeżyła dziewczyna, dwadzieścia parę lat. Czarne włosy, stalowo-szare oczy.
Gregory wstał natychmiast, ruszając w kierunku drzwi, a w po chwili zawrócił, opierając dłonie na stole i patrząc z szczerym, szerokim uśmiechem na Lilith.
- Gdzie ją znajdę? Muszę z nią pomówić.
- Nie żyje. - Lilith wypowiedziała to dosadnie wiedząc, że zrani tym bezczelnego gościa.
Na te słowa zadowolenie i szczęście spełzło z twarzy mężczyzny, pozostawiając po sobie niedowierzanie i szok. W końcu usiadł, przesłaniając usta dłonią. Utkwił oczy w dziewczynie, ale tak naprawdę jej nie dostrzegał, wstrząśnięty tym, co usłyszał.
- Jak...? - Spytał w końcu, a jego pyszny, arogancki głos drżał. Cała trójka widziała, jak walczy sam z sobą, zaciskając pięści w dłonie by ukryć ich drżenie.
- Wiesz kim ona była? - spytał Hammerlock, a albinos potaknął, przełykając ślinę.
- Nazywała się Elizabeth i przez długi czas służyła w Hyperionie jako jeden z głównych genetyków. Szefostwo darzyło ją niewiarygodnym zaufaniem, wtajemniczając niemalże we wszystkie projekty. Kiedy dowiedziała się o tym, co planuje firma, złożyła rezygnację. Jak pewnie się domyślacie, nie opuściła promu. Nie za przyzwoleniem. Hyperion nigdy nie wypuszcza wolno ludzi, którzy mogą im zaszkodzić. Woli ich eliminować. - Już po pierwszych kilku słowach stwarzał wrażenie, jakby śmierć najbliższej mu osoby obeszła go bokiem i ani trochę się nie przejął. Ten sam lekceważący, kpiący uśmiech, nachalne spojrzenia i nuta złośliwości w głosie. Znikł zaskoczony, podłamany chłopiec a przed nimi siedział twardy i stanowczy mężczyzna.
- Co z jej chorobą psychiczną? - spytała Lilith, a Gregory uniósł brwi w wyrazie zdziwienia, taksując postać rudowłosej spojrzeniem.
- A ty skąd do diabła o tym wiesz?
- Hyperionowiec Wiktor, jej...
- Skurwysyn! - Albinos zerwał się na nogi, uderzając w pięści w stół. - Zajebię go jak wściekłego psa!
Zebrani wpatrywali się zaskoczeni w człowieka, który wyprowadzał wszystkich z równowagi, a sam wpadł w furię na dźwięk tego imienia. Rudowłosa zauważyła, jak na policzki mężczyzny wkrada się różowy rumieniec, a usta nabiegają krwią zmieniając blady odcień na krwistą czerwień.
- Wiktor jest... Był jej mężem. Długi czas ich związek był w separacji, kolo nawet dostał zakaz zbliżania się. Niestety ktoś tam z jego rodziny jest sędzią i Elizabeth nie mogła pociągnąć sprawy do końca. Nie wiedziałem, że ten drań wpisał się do armii Hyperionu. Gdybym wiedział, dorwał bym skubańca i za jaja do sufitu przybił.
Westchnął, ukrywając twarz w dłoniach, po czym zaczesał włosy do tyłu. Wpatrywał się chwilę w przestrzeń, oddychając ciężko, aż w końcu usiadł z powrotem na krześle i spojrzał dogłębnie Lilith w oczy.
- Kto ją zabił? - spytał, a złotooka nie była pewna co odpowiedzieć. Wiedziała, że z jednej strony to Mordercai trzymał broń w ręce, ale czy wycelowana została przez tego Wiktora? Czy Mordercai zastrzeliłby ją, gdyby nie wiedział o jej chorobie? Te pytania nagle zrodziły się w głowie kobiety, jakby podświadomie chciała ocalić przyjaciela przed zemstą tego człowieka.
- Wiktor ma jej krew na rękach - powiedziała wymijająco, ale Gregory wykrzywił usta w grymasie, jakby zjadł coś kwaśnego.
- Nie wiem kogo bronisz, ale i tak go dorwę i wypatroszę. To, czy będzie on przed czy po Wiktorze, nie robi mi różnicy. Tego chuja i tak zamierzałem dorwać - powiedział zimnym, wyzutym z emocji głosem, po czym uśmiechnął się w taki sposób, że Lilith przeszły dreszcze.
Mężczyzna spojrzał po pozostałych z takim samym uśmiechem, po czym wzruszył ramionami.
- Może wiecie, gdzie jest Wiktor?
- Myśleliśmy, że zginął w strzelaninie na bagnach, ale okazało się ostatnio, że przeżył. Dalej jest na bagnach, ale nie potrafimy go zlokalizować.
Kolejne godziny rozmowy nie różniły się wiele od poprzedniej wymiany zdań, opierając się głównie na przepływie informacji. Omawiano położenia miasteczek, walkę z Hyperionem, zagrania firmy, ale Gregory skutecznie omijał te informacje, które mogłyby coś więcej zdradzić o nim. Lilith i reszta zrozumiała tylko jedną rzecz - Lucky była mu bardzo bliska.
Gregory opuścił dom przywódców kilka godzin później, ignorując nieufne spojrzenia ludzi. Udawał, że nie dostrzega delikatnych sięgnięć po broń, uśmiechając się ciepło do wszystkich ludzi, którzy patrzyli na niego z niechęcią i swoistą nienawiścią. Mężczyzna zapamiętywał każdą twarz, która splunęła mu pod nogi. Ludzie nie ufali mu, a on sam też nie robił nic, by mogli obdarzyć go jakąkolwiek sympatią. Otwarta postawa, dumnie uniesiona głowa, zimne spojrzenie i pogardliwy uśmiech sprawiały, że ludzie chcieli go zastrzelić ot tak, a jemu sprawiało to frajdę.
Przeszedł ledwie kilkanaście kroków, gdy usłyszał strzał z broni snajperskiej. Poczuł rozrywający ból w okolicach kolana, nogi się pod nim ugięły i runął na ziemię, drąc się, jakby go ze skóry obdzierali. Przez własne krzyki słyszał głośne wycie skaga. Zagryzł zęby, szukając spojrzeniem człowieka, który oddał strzał i ujrzał go stojącego na wieży strażniczej. Snajperzysta celował w coś poza ogrodzeniem, a dokładniej rzecz ujmując, w leżącego skaga niedaleko samochodów. Zwierzę zawodziło żałośnie z bólu, przepełnione nienawiścią i furią. Jeżący włos na głowie ton obiecywał śmierć temu, kto go zranił.
Drugi strzał uciszył bestię, ale nie Gregory'ego. Czuł rozsadzający ból w czaszce. Zapach krwi wypełnił nozdrza, a w uszach dudniło echo serca. Z oczu mężczyzny pociekły łzy, gdy ten zaciskał powieki by powstrzymać słone krople. Krzyczał, klął i płakał. Nie dostrzegł ludzi go otaczających, którzy zaskoczeni całą sytuacją, nie wiedzieli jak zareagować.
Ból w końcu uśpił mężczyznę na krótką chwilę, choć większość otaczających go osób sądziła, że nie żyje. Dopiero doktor Zed rozwiał wątpliwości, sprawdzając puls. Zażądał, by przeniesiono albinosa do ruiny, która pełniła funkcję kliniki. Lilith stała obok sir Hammerlocka, obserwując całą tą sytuację z niemałym zdziwieniem. Czarnoskóry mężczyzna również nie był przekonany, co się dokładnie stało. Nikt do Gregory'ego nie strzelał, nikt nawet nie znajdował się obok, a ten człowiek padł, jakby go zastrzelono. Reszta nie zwróciła na to uwagi, ale on owszem - ten człowiek wił się z bólu w czasie, gdy snajper zastrzelił skaga kręcącego się niedaleko samochodów. Zbieg okoliczności? Nie wierzył w nie.
Myśli Lilith zaprzątał nowoprzybyły, ale nie dlatego, że znał jej prawdziwe imię, lecz dlatego, że skądś znała jego twarz. Albinosów w swym życiu spotkała naprawdę niewielu, jednak ten z jakiegoś powodu nie dawał spokoju jej świadomości. Nigdy nie spotkała go personalnie, bo zapamiętałaby bezczelne i lekceważące usposobienie tego osobnika. Wiedziała jednak, że gdzieś widziała jego twarz.
- Nie podoba mi się - powiedziała nagle Lilith, a Hammerlock zaśmiał się pod nosem.
- Nic dziwnego. Jest cholernie pewny siebie, a mam przeczucie, że nie jest to ani trochę spowodowane przecenianiem własnych możliwości. Ten drań coś knuje i coś potrafi, a kwestią czasu jest to, czy nam to pokarze - powiedział, klepiąc się po kieszeniach bezrękawnika w poszukiwaniu paczki papierosów.
Gregory ocknął się dopiero po godzinie, choć doktor Zed próbował wielu sposobów ocucenie przybysza. Albinos jednak okazał się odporny na wszystkie środki - od ostrych zapachów, po leki i bodźce bólowe, co wydało się doktorkowi niewiarygodnie interesujące. Wedle nauki dwie opcje są możliwe - brak węchu uniemożliwia stosowanie aromatów a uszkodzony układ nerwowy odczuwanie bólu. Jednak wątpił, by wstrzyknięta prosto w serce adrenalina nie przyniosła jakiegokolwiek skutku. Co prawda, nie wiedział czy nie zaszkodzi tym zabiegiem człowiekowi, ale uznał, że nie zaszkodzi poeksperymentować.
Gregory usiadł na łóżku, chowając twarz w dłoniach i zawodząc żałośnie. Ból rozłupywał mu czaszkę jakby siedzieli w niej jaskiniowcy w kamieniołomach. Każdy, nawet najmniejszy szmer powodował ból, a światło drażniło oczy. Oddech mężczyzny był szybki i płytki, jakby płuca wypełniała woda lub też miał zapalenie płuc w zaawansowanym stadium. W końcu albinos opuścił dłonie, rozglądając się przekrwionymi oczyma po gabinecie i nie dostrzegając niczego szczególnego. Czyste, wykafelkowane ściany i podłoga, szafki na których zalegały różne przedmioty chirurgiczne oraz dwa łóżka, z czego jedno wolne.
Zwlókł się kozetki, czując rozrywający ból w kolanie, promieniujący na całe udo jakby ktoś przypalał mięśnie ogniem. Dłonią próbował rozmasować silny skurcz, który nie miał zamiaru puścić w ciągu najbliższych kilku godzin. Zawsze tak to wyglądało, ale nie mógł znaleźć innej opcji. Musiał tak robić, by zachować pełnię władzy umysłowej, która w świetle norm społecznych już była nadszarpnięta. Nie zamierzał jednak tej sprawy pozostawić w spokoju. Ktoś obiecał temu człowiekowi śmierć i on zamierzał dotrzymać złożonej przez przyjaciela obietnicy.
Kuśtykając, podszedł do drzwi i otworzył je na oścież, a światło słoneczne wtargnęło do środka. Zawył, przesłaniając ręką oczy i stał chwilę, czując jak ciepłe powietrze otula jego ciało i szarpie skrawkami materiału. Wiedział, że słońce nie przestanie go razić, a jedynie z upływem czasu oczy zamiast łzawić będą krwawić. Podobnie skóra - czuł poparzenia słoneczne, choć stał w drzwiach zaledwie kilkadziesiąt sekund, a do tego w dalszym ciągu był ubrany. Wiedział, co musi zrobić, nie mógł zwlekać - zemsta mogła poczekać. Wpierw musiał przeżyć, przetrwać.
Zamykając ciasno powieki i przesłaniając je jeszcze jedną ręką, szedł przed siebie machając drugą dłonią, by uchronić się przed wpadnięciem na przeszkodę. Ludzie obserwowali to z boku, śmiejąc się z człowieka, który jeszcze niedawno promieniał arogancją. Teraz był on słaby, bezbronny i w pewnym stopniu przerażony, że nie znajdzie samochodu przed tym, jak wypalą mu się oczy. Czuł ból, skwar lejący się z nieba i żar promieniujący od podłoża. Słyszał chichoty ludzi wokół siebie, zdawał sobie sprawę z ich obecności i wiedział, że da im nauczkę. Wpierw musiał znaleźć...
- Gdzie chcesz dojść? - Usłyszał głos Hammerlocka i poczuł, jak mężczyzna łapie go za przedramię i ściska nieznacznie.
- Do samochodu - odpowiedział Gregory, tym samym przyjmując ofertę pomocy starszego mężczyzny. Nie ugodziło to w dumę albinosa, jednak ten dopisał to w myślach do listy zadłużeń, które zamierzał spłacić w jakikolwiek sposób.
Hammerlock pociągnął mężczyznę w kierunku bramy jak potulnego baranka, mówiąc mu o wszystkich przeszkodach, jakie napotkali po drodze. Zbywali milczeniem zaczepki wołane w stronę Gregory'ego, jak i wyzwiska. Ignorował je, traktując jak irytującą muchę, którą zmiażdży gdy tylko wróci do sił. Teraz miał inny priorytet - nie owad, ale znacznie grubszą sztukę. Kiedy dotarli do samochodu, do nozdrzy Hammerlocka dotarł smród gnijącego cielska skaga, który iwzruszył/i jego żołądek. Gregory jednak minął cielsko pustynnego kojota, otwierając drzwi swojego samochodu i otwierając schowek, w którym - poza rewolwerem - leżały również gogle jak do spawania. Ubrał je, wzdychając z wyraźną ulgą i kładąc ręce na sercu, jakby ciężar z niego spadł.
- Dlaczego mi pomogłeś? - spytał Gregory, a Hammerlock zaśmiał się, poprawiając kapelusz.
- Nie myśl, że to z sympatii, bo nie przypadłeś mi do gustu. Jesteś jednak jedyną osobą, która orientuje się w tym gównie i najwyraźniej dobrze się w nim bawi.
- Jak ładnie poprosisz, to ulepimy zamek - odpowiedział Gregory i uśmiechnął sie rozbrajająco szczerze. - Nieważne jakie są twoje pobudki, dziękuję.
- Dlaczego Hyperion proponuje wolność za zwykłego oficera? - spytał nagle starzec, a uśmiech spełzł z twarzy albinosa na krótką chwilę, gdyż mężczyzna natychmiast nałożył maskę pogodnego nastroju.
- Ale że o co chodzi?
- Powiem ci o co chodzi, a ty rozwiejesz wszelkie wątpliwości. Przybywasz sobie do New Heaven, miasta zamieszkałego przez skagi i ot tak sobie po nim spacerujesz, co wynika z twoich opowieści. Teoretycznie oddział dobrze wyszkolonych ludzi miałby problem wyczyścić tamten teren, a ty byłeś sam. Załóżmy, że miałeś fart. Dotarłeś tutaj, nie przejmując się słońcem, choć jako albinos powinieneś zwijać się z bólu i płakać krwią. Tak się nie stało. Kiedy snajperzysta zestrzelił skaga, padłeś i darłeś się tak samo jak ten pies. Teraz natomiast nie potrafiłeś wyjść samodzielnie z małego domku. Moje pytanie brzmi, co wiąże ze sobą Hyperion, obietnica wolności, spokojne przejście przez stado skagów, niewrażliwość na słońce oraz nagła nadwrażliwość?
Gregory wpatrywał się w twarz Hammerlocka, a uśmiech już na samym początku spełzł z twarzy, ukazując obojętność i chłód. Oczy albinosa utkwione były w mężczyźnie, który opierał się o bok samochodu i spoglądał do jego wnętrza, górując tym samym nad siedzącym rozmówcą.
- Ty to jednak głupi nie jesteś - stwierdził nagle uciekinier z Hyperionu, rozsiadając się wygodnie na miejscu pasażera. - Tłumaczenia jest w cholerę, jeśli nie masz podstaw. Chcesz poznać prawdę? Okej. Siadaj za kierownicą i zabierz mnie do najbliższego stada skagów - powiedział.
Hammerlock stał jeszcze chwilę, wpatrując się z mężczyznę, bo nie mógł do końca zrozumieć jego otwartości. Wyglądało to co najmniej podejrzane i najwyraźniej ten obcy hyperionowiec zdawał sobie z tego sprawę, dobrze się bawiąc kosztem starszego pana.
- Wiesz, że to śmierdzi? - spytał Hammerlock, a Gregory parsknął pod nosem.
- Oczywiście, w końcu lepimy zamki z gówna.
Kiedy gentelman usiadł za kierownicą, poczuł się niepewnie, a jednocześnie ciekawość naciskała na niego. Nie chciał umrzeć, nie z ręki kogoś takiego jak albinos obok, a z drugiej strony chciał poznać tajemnicę, za którą ścigała go korporacja. Wiedział, że ścigać go mogła z różnych pobudek, ale oferować kryminalistom wolność za jego głowę? Sowita nagroda, bardzo kusząca i sycąca. Gregory zdawał sobie sprawę z atrakcyjności tej oferty, a jednak zamiast zaszyć się na odludziu i unikać spotkań ze społecznością, podjeżdża pod same drzwi nieuzbrojony. Musiał mieć asa w rękawie.
Najbliższe leża skagów znajdowały się kilkadziesiąt kilometrów od wioski, schowane w okolicach pustyni w cieniach wielkich gór. Stada rozlokowały się tam gęsto, jednak grupy nie liczyły więcej niż dziesięciu osobników. Miejsce to przypominało tę część Pandory, w której niegdyś Lucky miała bliskie spotkanie z Skagzillą. Wąskie, nieprzejezdne kaniony połączone ze sobą i tworzące zabójczy labirynt wypełniony przez rządne krwi bestie.
Każdy kilometr, który przybliżał Forda do tego nieprzyjaznego miejsca sprawiał, że Hammerlock czuł narastające uczucie strachu. Nie znał tego człowieka, a jechał z nim prosto w paszczę śmierci. Nie postępował rozsądnie, zdawał sobie z tego sprawę, ale musiał poznać karty tego człowieka i pobudki Hyperionu. W końcu, gdy zatrzymali pojazd przy wjeździe do głównych jam skagów, Hammerlock wyłączył silnik i położył dłonie na kierownicy, czując niepewne drżenie.
- Zastrzelisz mnie teraz? - spytał, a Gregory zaśmiał się.
- Obiecałem, że ulepię ci zamek z gówna, prawda? Jaki sens jest lepienie zamków z trupem? - odparł mężczyzna, otwierając drzwi i po prostu wychodząc na zewnątrz. Nie zabrał ze sobą broni - po prostu otworzył drzwi i wyszedł jakby wychodził do stada małych, puszystych szczeniaków rządnych zabawy, a nie jego krwi. Hammerlock siedział, wpatrując się w człowieka, który stanął przed maską samochodu i spojrzał w jego stronę, kłaniając się nisko i wskazując na wejście.
Gentelman nie był pewien, czy nie ma do czynienia z szaleńcem, który prowadzi do autodestrukcji, a sam jest przypadkową ofiarą?
- Możesz wziąć broń, jeśli tylko chcesz, ale zapewniam cię, że nic nas nie zaatakuje. Żaden skag, żaden rakk ani żadna pajęcza mrówka - powiedział Gregory, a w odpowiedzi dostał nerwowy śmiech.
- Zauważ, że obietnice bez pokrycia nie mają żadnego znaczenia - odpowiedział Hammerlock, a albinos uśmiechnął się kwaśno.
- Doprawdy przejechałeś ze mną taki kawał drogi tylko po to by zostać w samochodzie i zadręczać się pytaniami, na które odpowiedź ukryta jest w środku? Nie sądzę, byś jako naukowiec i łowca odpuścił okazji zobaczenia czegoś, co teoretycznie nie ma szansy bytu - powiedział, kładąc ręce na biodrach.
Mówił słusznie i Hammerlock o tym wiedział, teraz jednak przeważała obawa o własne życie niźli ciekawość, która pchnęła go w to miejsce. Chciał się przekonać, chciał poznać prawdę, ale bał się, że to kłamstwo, wymysł chorego na umyśle człowieka.
- Nie wiem co cię przekona, ale wiedz, że ja nie mam za wiele czasu - powiedział Gregory, po czym odwrócił się i doszedł do jaskini prowadzącej do serca legowiska skagów. Zatrzymał się przy niej na kilka chwil, jakby się nad czymś zastanawiał, po czym bez krępacji, bez strachu wszedł w mroki najniebezpieczniejszego miejsca na Pandorze. Do legowiska bestii.
Hammerlock siedział i wpatrywał się ciemny otwór w ścianie, zaciskając drżące ręce na kierownicy. Rozważał wszelkie za i przeciw, aż w końcu westchnął i wziął swój rewolwer.
- Stary głupiec ze mnie - powiedział do siebie, sprawdzając bębenek z nabojami. - Stary, naiwny głupiec.
Następnie wyszedł, trzaskając drzwiami samochodu i podchodząc do jaskini. Wziął głęboki wdech na odwagę, zapalił latarkę i nie spoglądając za siebie, ruszył w głąb piekielnej ciemności.
O ściany New Heaven rozbił się dźwięk silników nadciągających maszyn, płosząc tym samym skagi, które poukrywały się w jamach lub kontenerach, by wyglądając nieufnie zza rogów ulic. Żółte, potężne machiny przejechały po przewróconym, blaszanym ogrodzeniu, robiąc przy tym niewiarygodny rumor. Żołnierze wyskakiwali z toczących się powoli czołgów i jeepów, celując i strzelając bez ostrzeżenia do wszystkiego co się ruszało. W przeciągu kilku minut wymarłe miasto utonęło we krwi bestii i pojedynczych ofiar w ludziach. Kiedy wybito wszystkich dzikich lokatorów - co do jednego - z najpotężniejszego pojazdu wyszedł dowódca.
Ogolony na łyso mężczyzna z twarzą pokrytą mnóstwem mniejszych lub większych blizn i z opaską na jednym oku rozejrzał się po wymarłem mieścinie, po czym wziął głęboki wdech i odetchnął z ulgą.
- Nie ma to jak zapach krwi o poranku - rzucił w powietrze, a następnie kiwnął głową na podwładnych, by przeszukali wioskę. Tak jak się spodziewał, żołnierze rozpierzchli się jak mrówki w czasie ulewy, a on sam szedł przed siebie, nie przejmując prażącym słońcem. Ubrany ledwie w podkoszulek i jeansy w ubarwieniu cammo, z karabinem przewieszonym przez ramię i okularami przeciwsłonecznymi na nosie dotarł do cienia, który rzucał budynek głównodowodzącej z New Heaven. Złapał się pod boki i odwrócił się w stronę pojazdu, z którego siłą dwóch mężczyzn wyciągnęło worek pozawijany szczelnie sznurem. Podeszli z nią i rzucili jak worek kartofli u stóp generała, który kopnął zawiniątko, a te z kolei jęknęło cicho kobiecym głosem.
- Rozwiążcie ją - rozkazał mężczyzna, drapiąc się karku. Czekał cierpliwie, aż w końcu przed nim dwóch mężczyzn podtrzymywało kobietę z poparzoną połową twarzy oraz włosami ściętymi na krótko. Nie potrafiła utrzymać się sama na nogach, a siniaki na całym ciele sugerowały, że Hyperion nie obszedł się z Heleną zbyt delikatnie.
- Więc mówisz, że to tutaj jest ten chip, tak? - spytał, wskazując na wyważone drzwi, a kobieta nie podniosła głowy, tylko wycharczała cicho potwierdzenie. Mężczyzna poklepał ją po głowie jak psa, po czym kiwnął głową na podwładnych, którzy rzucili bezwładną postacią w kierunku przejścia. - Zatem bądź dobrą suką i przynieś ten chip.
Helena ani drgnęła, leżąc i oddychając suchym powietrzem, przesiąkniętym odorem zgnilizny. Każdy oddech sprawiał jej ból, gdyż połamane żebra wbijały się coraz bardziej w płuca, zalewając je krwią. Generał nie przejął się tym, tylko podszedł bliżej i nadepnął na dłoń kobiety piętą, wwiercając podeszwę i łamiąc kruche kości.
- Wydałem polecenie - warknął, po czym kopnął ją w brzuch. Przetoczyła się na plecy, ukazując słone łzy spływające z oczu. Ubrana była w biały kombinezon więzienny, pod którym nie miała niczego, nawet bielizny. Generał uniósł brwi wysoko, po czym prychnął.
- Chcesz, bym dał moim ludziom wolną rękę? Tak czy siak będziesz musiała iść po ten cholerny chip, a to czy będziesz w stanie iść po niego później, to już nie mój problem. To jak? - spytał, a Helena z trudem próbowała się podnieść. Mężczyzna uśmiechnął się triumfująco.
- Jak zasłużysz, dostaniesz ciasteczko - zakpił z niej. Stał cierpliwie, obserwując, jak kobieta chwiejnym krokiem dociera do drzwi, wchodzi do środka i znika w ciemnym pomieszczeniu. Czekał, splatając ręce na torsie i stukając cicho butem o podłoże. Kiedy nie wracała kilka minut, ruszył w kierunku drzwi z zamiarem ponownego pobicia jej. W chwili, gdy stał w drzwiach, usłyszał pociągnięcie za spust. Wszedł do środka, zastając Helenę siedzącą na ziemi i opierającą się plecami o ścianę. W bezwładnie leżącej dłoni trzymała pistolet, a tapetę za nią zdobiły rozbryzgi krwi i mózgu. Na twarzy gościł pełen ulgi uśmiech.
Generał prychnął, kopiąc zwłoki i wołając swoich żołnierzy, dając im wolną rękę w kwestii tego, co zrobią z jeszcze ciepłymi zwłokami kobiety. Gardził kobietą, która poświęciła wszystkich którzy jej ufali, byleby odzyskać wolność. Nie przejmowała się losem dzieci, kobiet czy mężczyzn, obchodziła ją ona sama. Nie otrzymała jednak uniewinnienia - została wsadzona do tych samych cel co ludzie, którzy ją zdradzili. Cierpiała, katowana przez kobiety i mężów, pluta przez dzieci, które oddała w ręce korporacji. Wielokrotnie przekazywana z ręki do ręki, postanowiła się zastrzelić. Nie wiedział, czy to przez sumienie, które pożerało jej duszę jak robak jabłko, czy też ze strachu przed tym, co z nią zrobią.
Sam stanął przy biurku, obserwując sumiennie rozgnieciony chip i przybitą do drewnianego blatu karteczkę z starannie wygrawerowanym napisem.
iMehe!/i
- Gregory... - warknął pod nosem generał, zgniatając kartkę w dłoni i posyłając pełne nienawiści spojrzenie w drzwi.
Gregory czekał na Hammerlocka, jakby wiedział, że ten się przełamie i podąży za nim prosto w paszczę śmierci. Uśmiechał się przy tym jak obłąkaniec, szaleniec, który ciągnie niczego nieświadomą owieczkę na ołtarz ofiarny dla swojego wyimaginowanego bóstwa. Nie obawiał się, że przerażony mężczyzna go zastrzeli - był on zbyt zajęty przyglądaniem się ciemnym, ociekających śluzem ścian. Dziwne kokony zwisały ze sklepienia, kapiąc czymś, co śmierdziało jak trzydniowe zwłoki w saunie. Podłoże wyścielały chrzęszczące i pękające pod stopami ludzkie szczątki. O tyle, ile Hammerlocka przerażał ten widok, malując na jego twarzy walkę obrzydzenia ze strachem, to Gregory uśmiechał się i wygwizdywał melodyjkę. Ręce wciśnięte głęboko w kieszenie świadczyły, że nie obawia się tego, co mogą zastać w głębi groty.
- Mógłbyś przestać? - odezwał się szeptem Hammerlock, a jego głos poniósł się echem po jaskini. Gregory jak na złość zagwizdał przeraźliwie głośno, prowokując mrok jak starego znajomego. Podczas gdy jeden szedł po niepewnym gruncie, drugi parł do przodu, co chwilę znikając z zasięgu latarki, jakby jej w ogóle nie potrzebował. W pewnym momencie zaczęły do nich docierać odgłosy powarkiwań i ciężkich oddechów bestii. Hammerlock zacisnął palce na rękojmi rewolweru, rozpoczynając modlitwę i walcząc z chęcią powrotu. Na końcu tunelu w końcu zaczęło się robić widno, przez co dostrzegali znacznie więcej niż w świetle latarki. Słońce oślepiło ich na krótką chwilę gdy tylko przekroczyli granicę ciemności, znajdując się w wielkiej grocie z otwartym sklepieniem, w którym ukazywało się źródło życia i śmierci oraz błękitne niebo. Podłoże było nierówne, pełne skał i głazów z zapadniętego sufitu, a ogrom tego miejsca wypełniały całe stada skagów, których ciemne oczodoły wpatrywały się w przybyszów. Nozdrza poruszały się, a bestie chłonęły zapachy ludzkiego ciała. Żadne stworzenie nie poruszyło się, tylko pojedyncze odwróciły się w ich kierunku, siadając bądź kładąc się niczym tresowane szczeniaki.
Gregory złapał się pod boki z szerokim, pełnym zadowolenia uśmiechem.
- No, jest co wybierać - stwierdził, a Hammerlock popatrzył na niego, następnie znów na skagi.
- Wybierać? Co chcesz wybierać?
Albinos nie odpowiedział na pytanie, natomiast ruszył przed siebie, lawirując między bestiami, które podążały za nim spojrzeniem z pełnym wyczekiwania milczeniem. Żaden nie warknął, ani jeden nie prychnął. Wszystkie wpatrywały się w wątłą postać człowieka jak kamienne posągi. Ignorowały obecność drugiego człowieka, który w pierwszej chwili chciał podążyć za Gregorym, ale ciche warknięcie najbliższego stworzenia skutecznie go zniechęciło. Przysiadł na skale, patrząc na to z otwartymi ustami. Dzikie, nieokrzesane potwory nie konfrontowały się z nieuzbrojonym człowiekiem, tolerując go a nawet schodząc mu z drogi. Albinos z kolei przyglądał się pojedynczym, największym osobnikom. Trwało to dłuższy czas w pełnej skupienia ciszy.
- Co sądzisz? - zawołał w pewnej chwili Gregory, spoglądając na Hammerlocka. - Którego powinienem wybrać?
- Cóż... - Ten odchrząknął, uświadamiając sobie, że głos mu drży. - Zależy czy preferujesz silnego, szybkiego czy przebiegłego.
- Zatem znasz się na skagach? - Hammerlock był pewien, że słyszy nutę powątpiewania w głosie albinosa.
- Jest kilka gatunków tych bestii. Trzy z nich odpowiadają żywiołom. Ogniste są odporne na płomienie, a gdy mają z nimi kontakt - płoną, ale się nie spalają.
- Słusznie! - Przerwał mu Gregory. - Ich skóra jest odporna na wysokie temperatury, a śluz na skórze spala się powoli i jest niezmywalny. Do tego ich ślina jest łatwopalna i potrafią pluć ogniem. Ten tutaj jest z tego typu i anatomicznie nie różni się niczym, pomijając zapach siarki. Nie mam węchu, ale niektóre osoby twierdziły, że właśnie tak śmierdzi - poklepał osobnika o którym mówił po barku, jakby miał do czynienia z udomowionym psem. Ten teoretycznie odgryzłby rękę człowiekowi, ale teraz otworzył pysk zadowolony. Hammerlock zobaczył, jak Gregory gestem nakazuje mu kontynuować wątek, a sam zaczął krążyć pomiędzy kolejnymi skagami.
- Drugim żywiołem jest kwas, ale nie wiem o nim nic więcej.
- Są znacznie mniejsze, a na grzbiecie mają specyficzne kolce. Ich skóra ma zielonkawy odcień, a pancerz jest najgrubszy z wszystkich gatunków. Nie są odporne na kwas, ale właśnie gruba skóra i pancerz sprawia, że wydają się być nań odporne. Ich ślina i wszystkie osocza, włącznie z krwią, są silnym kwasem o trujących oparach. Ten tutaj jest kwasowcem. - Wskazał brodą na drobnego kojota, który leżał na skale. Hammerlock musiał przyznać, że faktycznie nie jest przeciętnej wielkości skagiem, bo wzrostem porównywalny do owczarka, podczas gdy najmniejsze osobniki przeciętnego gatunku wielkością dorównywały bykowi.
- Trzecim żywiołem jest elektryczność.
- Jest również czwarty, mrok, jednak o tych dwóch nie ma co mówić, bo sam do końca niewiele o nich wiem. Inne gatunki? - zagadnął Gregory, obchodząc z każdej strony jakiegoś skaga alfa.
- Skoczne.
- O tak, te są dobre. Uciekniesz przed takim na drzewo, a on po prostu sobie do ciebie doskoczy. Nie są dla nich problemem ogrodzenia, mury... - zaczął wymieniać albinos, ale Hammerlock mu przerwał.
- Są najsłabsze, mają najcieńszy pancerz.
- Oczywiście, dzięki temu są lekkie. Oooo, ty się nadajesz. - Gregory zmienił temat dyskusji, podchodząc do jednego ze skagów alfa. Potężny, kolczasty pancerz i kolec na czubku paszczy przez który wyglądał jak upośledzony nosorożec sprawiał, że wyróżniał się spośród pozostałych skagów. Potężne, trójpalczaste łapy pokrywały kolejne, kamienne łuski, tworząc coś na wzór ochraniaczy. Spoglądał na przybysza błyszczącymi ślepiami. Gdy otrzymał rozkaz, że ma wstać, podniósł się z oporem i górował nad postacią człowieka jak czołg.
- Co zamierzasz z nim zrobić? - spytał Hammerlock, a Gregory ot tak kopnął skaga w łapę, by potem poskakiwać na jednej nodze. Wszystkie zgodnie zawyły i zerwały się na nogi, uciekając w popłochu i ignorując przybyszów. W ciągu kilkunastu sekund cała grota opustoszała, pozostali jedynie ludzie i wielkie bydle, co rozwarło szczęki i przeciągnęło się jak pies.
- Z nim? Zabieram go - powiedział, po czym wcisnął ręce do kieszeni z szerokim uśmiechem i podszedł do Hammerlocka, klepiąc go po ramieniu. Mężczyzna dalej siedział w szoku na kamieniu, obserwując puste korytarze i nasłuchując ciszy, która zapadła po przemarszu bestii. Najbardziej przerażał go w tej chwili Gregory, człowiek, który wzbudził strach w całym stadzie skagów. Oczekiwały jego przybycia, cierpliwie czekając, a gdy tylko wybrał swojego pupila, rozpierzchły się przerażone. Panika obijała się w ich ślepiach, wyczuwalny był w przyspieszonych oddechach. Stworzenia tratowały się w histerycznej ucieczce, jakby w obawie, że zmieni zdanie.
- Co im zrobiłeś? - spytał nagle, spoglądając na albinosa, a ten wzruszył ramionami i uśmiechnął się.
- Mówiłem, że nie da się tego po prostu wyjaśnić, co? Pozwól, że jednak opowiem ci pewną historyjkę - mówiąc to, usiadł na kamieniu obok Hammerlocka, z westchnieniem ulgi zdejmując gogle i przecierając włosy dłonią, przez co rozkopał idealnie ułożoną fryzurę.
- W dwutysięcznym roku, kiedy jeszcze ludzie nie wiedzieli o istnieniu tej planety, pewien naukowiec stracił wszelkie dofinansowania do swoich badań, a jedyny obiekt jaki mu pozostał, to jego dziecko. Efekty były wymierne, geny nie chciały się przyjmować, dziecko podupadło na zdrowiu, aż ktoś się pokapował. Doktorka zamknięto, a dziecko do adopcji i pod opiekę medyczną. Z tego dziecka wyrósł zdrowy mężczyzna, który wykształcił się, podobnie jak ojciec, na genetyka, bo miał talent do tego nauki biologii. Z czasem ożenił się i urodziło mu się dziecko. Nawet troje. Dwoje z nich skończyło studia medyczne - weterynaria i chirurgia, a trzeci został mechanikiem. Każde z tych dzieci miało kolejne dzieci, co najmniej dwójkę, z czego większość została lekarzami różnego typu, a pozostali skończyli mechanikę na różnych kierunkach. Z tym, że to pokolenie uaktywniło gen, który wstrzyknął doktorek. Rzadką przypadłość, że żadne zwierze nie było w stanie zaatakować nosiciela. Wścieknięte, dzikie i krwiożercze bydle siadało potulnie lub uciekało w popłochu. Od tego pokolenia w dalszym ciągu rodzina kształciła ludzi na kierunkach medycyny i mechatroniki, z tą różnicą, że wszyscy stali się fascynatami dzikich stworzeń. Później odkryto tę planetę, gdzie pionierzy genetyki postanowili zasiedlić nowymi gatunkami. Nie muszę mówić kim byli ci pionierzy i z jakich genów korzystali, prawda? No i jak pewnie się domyśliłeś, jestem potomkiem jednego z tych wielkich pionierów, choć nie żyją od przeszło połowy milenium?
- W takim razie o co chodzi z tym skagiem? - spytał Hammerlock, wskazując podbródkiem na kojota, który leżał opodal z zamkniętymi ślepiami, oddychając spokojnie i miarowo. Gregory zachichotał cicho pod nosem.
- To jest moja ulubiona część historyjki. Gen, który uaktywnił się w trzecim pokoleniu sprawił, że jaźń łączy się z jakąś inną, głównie zwierzęcą, dzięki temu nie zbzikowaliśmy do końca. Nosiciele genu co więcej często wpadają w furie, ataki niepohamowanej złości i potrafią zabijać, gdy tylko mają na to ochotę. Ten skag jest moim drugim nosicielem, do którego ciała mogę przejść w chwili, gdy ktoś mnie spróbuje zastrzelić. Jest to moja kopia zapasowa, bezpiecznik, który mnie chroni, a który zbiera wszelkie negatywne emocje.
- Reakcja na słońce wynika z połączenia? - spytał Hammerlock, pocierając dłonią brodę i słuchając uważnie słów mężczyzny.
- Gen, który mam w sobie jest bardzo elastyczny i sprawia, że upodabniam się do istoty, z którą jestem połączony. W tym przypadku do stworzenia odpornego na słońce, przez moje ciało zyskuje podobne właściwości. Co prawda, spalam się, ale nie jak czarownica w średniowieczu. Teraz, gdy jest w stworzeniu o niewiarygodnie twardym pancerzu, moja skóra również jest twardsza. Nie tak, jak jego pancerz, ale byle pocisk może mieć problem się przez nią przebić. - Jakby na potwierdzenie swoich słów wyrwał Hammerlockowi broń, zacisnął palce wokół lufy i pociągnął za spust, a następnie patrzył z zadowolonym uśmiechem jak upuszczony pocisk toczy się po kamiennym podłożu.
- O kurwa - powiedział Hammerlock, przesłaniając usta dłonią. O tyle, ile sądził wcześniej, że to jakiś trik i szopka, tak teraz zrozumiał, że ten człowiek mówił prawdę przez cały czas. Wpatrywał się w parujący nabój szeroko otwartymi ze zdumienia oczyma jak w coś niezwykłego, a następnie przeniósł spojrzenie na Gregory'ego.
- Ile was jest? - spytał, a uśmiech spełzł z twarzy albinosa.
- Kiedyś było nas całkiem sporo, choć większość wykluczyła drugą naturę i starała się żyć normalnie. Jakiś czas temu zrobiła się obława na nas, bo ktoś wydał tajemnicę. Część skonała w laboratoriach, znacznie większa grupa wolała umrzeć niż dać się złapać. Teraz pozostało nas kilkunastu, ukrywamy się i staramy nie wychylać, co wbrew pozorom, nie jest takie proste. Kiedy widzę jak w ZOO dziecko spada z barierki i wpada na wybieg dla tygrysów, nie mogę NIC nie zrobić, tak jak większość z nas, bo mimo agresywnej drugiej strony, nie akceptujemy zabijania dzieci - mówił bez skrępowania, jakby opowiadał o pomyśle na książkę czy też o filmie, który obejrzał w kinie. Hammerlock wpatrywał się w mężczyznę, który nie obawiał się, że jego tajemnica się wyda.
- Nie boisz się? - spytał w końcu, a Gregory uśmiechnął się szeroko, ukazując uzębienie.
- Czego? Że rozgłosisz to jak baba na targowisku? - Widząc minę mężczyzny, parsknął śmiechem i machnął ręką. - Jesteś naprawdę niedomyślny. Nie wziąłem cię ze sobą, żeby się pochwalić umiejętnościami. Jesteś szanowanym, poważnym człowiekiem na tej planecie, każdy wysłucha tego, co masz do powiedzenia. Gdyby mi zależało na szybkim rozgłosie, wziąłbym plotkarza, ale mi nie zależy na szybkim, ale taktownym rozgłosie.
- Człowiek, który potrafi kontrolować całe stada skagów jest atrakcyjną partią dla każdego miasteczka. Chcesz skłócić ludzi, by wyżynali się o ciebie?
- Chcę sprawić, by wyżynali Hyperion dla mnie - odpowiedział z tajemniczym uśmiechem Gregory, po czym zerknął kątem oka na towarzysza. - Widzisz, nie ufam ci. Nikomu nie ufam, ale nie boję się was. Zaproponuję wam deal na moich układach, a jak się nie zgodzicie, zrobię swoją małą armię i załatwię wszystko. Dosłownie, wszystko.
- Jeśli masz rację i firma robi takie machloje, ludność sama się zbuntuje - odparł spokojnie Hammerlock, ale albinos zaśmiał się.
- I będziecie biegać niezorganizowani jak banda skagów, siejąc więcej zniszczenia we własnych szeregach? Powodzenia! Teraz wybacz, mam zaległą sprawę do załatwienia - stwierdził i rzucił kluczyki Hammerlockowi, po czym wstał i otrzepał spodnie na tyłku, a następnie spojrzał w niebo i po raz kolejny wyszczerzył się jak szaleniec. Myśl Hammerlocka pognała w całkiem innym kierunku, bo spojrzał na albinosa, gdy ten odchodził w kierunku tunelu.
- Gregory! - zawołał, a ten zatrzymał się i odwrócił, posyłając pytające spojrzenie. Hammerlock, tknięty wewnętrznym przeczuciem, otworzył usta aby o coś zapytać, lecz po chwili je zamknął. Wiedział, że mimo otwartości Gregory'ego, nie otrzyma jednoznacznej odpowiedzi. Z drugiej strony coś mu mówiło coś mu mówiło, że się nie myli.
- Nieważne - zawołał, po czym uśmiechnął się do swoich myśli.
Silnik samochodu ryczał pod maską, a IVA parła przez czerwoną, trawiastą pustynię, wprost na miasteczko Fyrestone. Mordercai obserwował falujące morze, wypatrując zagrożenia - skagów, które w okresie zimy całymi stadami przybiegały na te tereny z racji, iż gęste opady i kwitnąca roślinność przyciągały potencjalne ofiary. Wiecznie głodne bestie przebywały tysiące mil z nagrzanej pustyni, przechodząc podziemnymi tunelami lub też korzystając z ludzkich dróg tylko po to, by przetrwać. Ludzie również korzystali z tego miejsca w czasie, gdy nadciągające, chłodne powietrze zderzało sie z nagrzanym, pustynnym frontem, tworząc niewiarygodnie silne burze z wyładowaniami elektrycznymi oraz pustynnymi burzami, których siła potrafiła odrywać kończyny i ciskać potężnymi głazami. Okolice małej wioski, do której zmierzał, mimo nieprzyjemnego "sąsiedztwa", należały do najbezpieczniejszych w nadchodzących dwóch, trzech miesiącach. Później fronty wymieszają się, tworząc na pustyni miejsce zdatne do życia przez kolejne cztery miesiące i cała ludność opuści to miejsce, pozostawiając bestie same sobie.
Mordercai wracał z kolejnej, pustej wioski, która w ciągu kilku godzin przestała odpowiadać na komunikaty radiowe. Z jednej strony był pewien, że to skagi zaatakowały ludność, wywlekając wszystkich do swoich tuneli - świadczyły o tym ślady łap i strugi krwi, ale z drugiej strony nie przekonywało go to do końca. Mieszkańcy Pandory wiedzieli JAK ratować się przed bestiami i niemożliwym było, że wszyscy, co do jednego, przepadli. Ta myśl nie dawała mu spokoju - żadnych barykad, żadnych ofiar ze stron bestii, a setki łusek z karabinów zalegały w złotym piasku. Jakieś stworzenie musiało paść. Po prostu, musiało.
- Halo? - usłyszał w CB-Radiu znajomy głos Hammerlocka.
- Co jest? - spytał, biorąc mikrofon do ręki.
- Mord, podjedź do jaskiń skagów.
- Się robi - odparł, skręcając tak mocno, że praktycznie zawrócił w miejscu. Karoseria zatrzeszczała ostrzegawczo, ale kierowca nie przejął się tym zbytnio. IVA okazała się pancernym, bardzo trudnym do zajechania pojazdem, który stał się jego losem na loterii. Jedynie fakt, że wcześniej należał do Lucky mu przeszkadzał.
Dojechał do tuneli skagów, przed którymi siedział Hammerlock. Zgarbione ramiona i przygnębiony wyraz twarzy ukazywał Hammerlocka takim, jakim był - zmęczonym życiem starcem, który próbuje stworzyć lepsze miejsce w piekle. Przy ludziach starał pokazywać, że jest silnym, odpowiedzialnym przywódcą, który radzi sobie z niepowodzeniami. Teraz jednak pokazał to, kim tak naprawdę był. Nie zauważył nadjeżdżającego pojazdu, nie usłyszał nawet donośnego charkotu silnika, zbyt zajęty gonieniem własnych myśli.
Mordercai zaparkował na zboczu, w bezpiecznej odległości od urwiska, rozglądając się w poszukiwaniu skagów, które chmarą powinny ruszyć na samochód. Nic takiego jednak się nie stało - pusta, trawiasta pustynia, jednolity klif z tunelami i Hammerlock siedzący na jednym z kamieni. Wszystko wskazywało na to, że okolica jest bezpieczna i właśnie to sprawiało, że wszystko nie pasowało do siebie. Mord znał to miejsce, znał praktycznie wszystkie zakamarki Pandory i wiedział, że nigdy nie ma bezpiecznie, nigdy nie jest pusto i nigdy nie jest się samemu. Zawsze jest jakaś bestia, chociażby nawet najmniejsza, która zaatakuje w najmniej odpowiednim momencie.
- Jestem - powiedział, zbliżając się niepewnie z stronę Hammerlocka i poprawiając snajperkę przewieszoną przez ramię. Ciemnoskóry mężczyzna drgnął, jakby dopiero teraz zauważył mężczyznę, a jego oblicze rozjaśniło się w szerokim uśmiechu, który wyostrzył głębokie zmarszczki na jego twarzy.
- Mordercai! - zawołał uradowany, próbując wstać. Skorzystał z pomocy młodego - w porównaniu z nim - człowieka, stając na sztucznej nodze i lekko się krzywiąc. - Cholerna noga, dalej mnie rwie - burknął, po czym poklepał przyjaciela po plecach. - Cieszę sie, że cię widzę.
- Wszystko w porządku? - spytał Mordercai, po raz kolejny rozglądając się po równinie.
- W jak najlepszym - skłamał Hammerlock. We dwoje doczłapali do zielonego łazika, a następnie ruszyli w kierunku Fyrestone. Mord milczał, cały czas uważając na wielkie głazy znikające w falującym morzu, jak i na kości zwierząt, które z łatwością mogły przebić opony. Horyzont rozświetlały wielkie błyskawice, zwiastujące nadchodzącą burzę, która teoretycznie nigdy nie powinna przejść przez bagna.
- Wygląda na to, że Fyrestone pierwszy raz zazna burzy - stwierdził na głos Hammerlock, na co Mordercai skrzywił się.
- Wieża ciśnień przyciągnie błyskawice jak pieprzony latawiec, wszyscy w wiosce się usmażą - odpowiedział starcowi. Pandora zaczęła się zmieniać od dawna, ale robiła to tak delikatnie, tak subtelnie, że dopiero teraz zauważył te zmiany. Spodziewał się kolejnej wymiany zdań, więc milczenie starca zaskoczyło go. Spojrzał w jego kierunku, zauważając, że ten nawet nie zwraca uwagi na burzę, patrząc w jeden punkt wyraźnie nad czymś zamyślony.
- Pamiętasz, jak pytałeś, czy wszystko w porządku? - Spytał Hammerlock, a Mord tylko kiwnął głową. Starszy mężczyzna westchnął, przecierając twarz dłonią. - To nie jest w porządku. Jest kurewsko źle, choć można by pomyśleć, że wszystko gra.
- Nie było mnie ledwie dobę, a już wszystko się posypało? - stwierdził zaskoczony Mordercai.
- Utknęliśmy w chujowej pozycji. Argh! Wszystko się pojebało, choć dostaliśmy dobre karty.
Mordercai zatrzymał pojazd na szlag, wpatrując się w przyjaciela w pełnym skupieniu. Pierwszy raz od momentu jak go znał, ten klął. Cała jego gentelmańska aparycja wyparowała, ukazując człowieka zniszczonego, słabego i przede wszystkim, przerażonego. Hammerlock w końcu westchnął i opowiedział o działaniach Hyperionu, o Gregory'm i o umiejętnościach przybysza.
- Skoro jest cały Gregory jest po naszej stornie, to chyba dobrze, prawda? - spytał Mordercai, pocierając dłonią brodę. Podczas słuchania historii musiał otworzyć butelkę wódki, którą opróżnił w połowie.
- Nie do końca. Gregory szuka sposobu na odegranie się na Hyperionie, choć nie sprecyzował powodu. Ma kaprys i równie dobrze wyrżnie nas, gdy firma upadnie. Co więcej, Lucky bardzo wiele dla niego znaczyła, a co za tym idzie, chce zemsty na mordercach. Wpierw chce dorwać jej męża, a później...
- A później mnie - dokończył Mordercai. - Ktoś mu powiedział, że ja ją zastrzeliłem?
- Masz szczęście, ale nie. Nikt nie wspomniał o tobie, przynajmniej w tamtej rozmowie.
- To chyba nie ma problemu? - spytał Mord, a Hammerlock posłał mu wściekłe spojrzenie.
- Nie ma problemu?! Czy ty nie rozumiesz sytuacji, w której się znajdujemy? Z jednej strony mamy Hyperion, firmę zbrojeniową z artylerią, o której nam się nie śniło, a z drugiej mamy stada bestii pod rozkazami wariata, który za nic ma ludzkie życie. Myślisz, że my mamy go po swojej stronie? Nie, on się nami wysługuje. Chce wysłać nas na pierwszy ogień przeciwko Hyperionowi, a samemu jedynie wyrżnąć niedobitki. Jest psychopatą, który bawi się nami. Bardziej ceni życie skagów niż ludzi.
- Skoro sprawa rysuje się tak źle, to co robimy? - spytał Mordercai, upijając łyk z butelki. Hammerlock sięgnął po alkohol i sam łyknął konkretny haust.
- Nic. Właśnie trwają próby do spektaklu, a my jesteśmy jedynie marionetkami. Wydaje mi się, że jedyna osoba, która mogłaby go pokierować, gnije na bagnach.
Mordercai na te słowa skrzywił się, jakby połknął obrzydliwego gluta.
- Chcesz powiedzieć, że aktualna sytuacja to moja wina?
- Chcę powiedzieć, że brak wyjścia z aktualnej sytuacji to twoja wina. To wszystko miałoby miejsce tak czy siak, ale teraz nie mamy możliwości przeciwdziałaniu - stwierdził Hammerlock szczerze, ponownie upijając łyk. - Nie mam do ciebie o to pretensji, ludzie popełniają błędy, jednak obawiam się tego, co się będzie działo. Piekiełko, w którym żyjemy, stanie się rzeźnią i polem walki, gdzie społeczność będzie się wyżynać wzajemnie.
- To co proponujesz? - spytał Mord, a Hammerlock westchnął, przymykając oczy.
- Mam pewne podejrzenia... Jednak nieważne.
Mordercai w milczeniu odpalił silnik, spoglądając z niechęcią na przyjaciela. Ten jednak zajęty był po raz kolejny swoimi myślami i obawami, które bezustannie zakrzątały jego starą, łysiejącą głowę. Wydawałoby się, że najprostszym rozwiązaniem jest zastrzelenie Gregory'ego, ale jego wiedza i umiejętności nie tylko dają im przewagę, nawet jeśli jego wsparcie jest wątpliwe, to zabicie go graniczyło z niemożliwym. Skoro wpychał świadomość w jedno zwierzęce ciało, jaką mógł mieć pewność, że nie wepchnie obu świadomości do jednego cielska, a następnie nie "zainfekuje" kolejnego, ludzkiego ciała? Zdawał sobie sprawę z zagrożenia w znacznie większym stopniu od innych, którzy prędzej czy później poznają smak sytuacji, w której się znaleźli.
Dojechali do Fyrestone w całkowitym milczeniu, skupieni nie tyle co na trasie, ale na całej sytuacji. Zaparkowali zaraz obok pojazdu Gregory'ego, a Hammerlock mimowolnie zaczął się rozglądać w poszukiwaniu skaga. Ten jednak nie był w okolicy, trzymając się z dala od wioski. Mordercai wyszedł z samochodu i poczekał na starszego przyjaciela, który ponownie stał się człowiekiem dumnym i pewnym siebie. Szedł prosto, niwelując utykanie na sztuczną nogę, a twarz rozpromieniał szeroki, pełen zadowolenia uśmiech. Ludzie nie powinni widzieć swojego przywódcy w dołku, z problemami, których nie jest w stanie rozwiązać, zwłaszcza wtedy, gdy te problemy dotyczą ich dobra.
Hammerlock jako przywódca zawsze bardziej troszczył się o ludzi, którzy mu podlegali, niż o samego siebie. Stąd nie posiadał nogi, a rękę miał mechaniczną. Tylko dzięki staraniom najbliższych przyjaciół w dalszym ciągu żył, czego żałował. Wolał nie widzieć tego, co szykowała dla nich przyszłość. Walki między miastami należały do krwawych, brutalnych i nieprzyjemnych. Starcia z bestiami wygrywali, lecz straty zawsze mieli ogromne. Teraz mieli mierzyć się ze zorganizowaną firmą zbrojeniową oraz zorganizowanymi stadami bestii - zarówno Pandora, jak i społeczność mogła na tym ucierpieć.
Kiedy tylko przekroczyli bramę, ich oczom ukazał się Gregory - wysoki, szczupły albinos - wykręcający snajperzyście głowę na środku ulicy. Wykręcając ją jak nakrętkę z butelki po napoju. Stali kilka metrów, a słyszeli chrzęst pękających kości, łamanych kręgów. Człowiek nawet nie zdążył krzyknąć - jego ciało runęło na ziemię, a głowa pozostała w dłoniach szaleńca. Jego biały uniform plamiła świeża krew, a twarz skąpana w posoce ukazywała zadowolenie. Wszyscy obecni na dziedzińcu patrzyli na tę scenę oniemiali, obserwując to jak jakiś makabryczny żart. Gregory rzucił głowę, która potoczyła się po piasku jak niekształtna piłka, po czym zamierzał odwrócić się i wyjść przez główną bramę w kierunku samochodu. Nie zdążył.
Mordercai doskoczył do niego, gdy ten nawet nie zdawał sobie sprawy z jego obecności i powalił go na ziemię. Uniósł dłoń i uderzył twarz mężczyzny z pięści, ale drugiego ciosu nie zdążył wyprowadzić. Albinos przyłożył mu pachwinę, wywołując paraliżujący ból i z łatwością zrzucił z siebie przeciwnika, który ważył mniej więcej tyle samo i przygwoździł go do podłoża, siadając okrakiem. Próbował wymierzyć cios, ale Mordercai uniósł się gwałtownie, zderzając się z nim czołem. Gregory zawył, łapiąc się za nos, a jego przeciwnik wykorzystał to i zrzucił go z siebie, podnosząc się i odskakując na bezpieczny dystans.
- Zostawcie - ryknął, widząc, że ludność zamierza zastrzelić albinosa. To była ich walka, długo wyczekiwany rewanż. Gregory śmiał się, wstając jednocześnie. Ze złamanego nosa ciekła mu krew, ale szeroki uśmiech kontrastował z jego stanem.
- Kogoż to moje oczy widzą! - zawołał, zaczynając klaskać brawo. - Toż to sam Mordercai!
- Nie spodziewałem się, że Hyperion cię kupi - syknął Mordercai, ścierając krew martwego snajperzysty, którą pozostawiła pięść albinosa.
- Hyperion? Kupił? Myśleli, że mnie mieli, a ja ich wodziłem za nos... - powiedział, zaczynając krążyć wokół Mordercaia. Ten nie pozostał mu dłużny, więc krążyli w okręgu, a ludzie wokół nich bezustannie coś krzyczeli. Nikt nie odważył się zignorować rozkazu łowcy, nikt nie pociągnął za spust, ale chcieli zemsty, chcieli krwi mordercy jednego z nich.
- Dlaczego? - Na to albinos zaśmiał się, przecierając twarz.
- Moja sprawa - odparł i za późno zorientował się, że w ten sposób opuścił gardę. Nie zdążył się osłonić przed szarżującym Mordem, który lekko go uniósł, a następnie rzucił o ziemię, przygważdżając do ziemi. Ramię wbił w brzuch mężczyzny, który tylko jęknął, a gdy łowca się prostował, Gregory przywalił mu z pięści w szczękę. Mord jednak nie pozwolił się zrzucić, tylko wyprowadził kolejny cios w kierunku albinosa. Do jego uszu dotarł dźwięk pękającej kości i z zadowoleniem oczekiwał, że Gregory się podda. Ten jednak nie przejął się złamaniem szczęki i mimo bólu, złapał piasek w dłoń i sypnął nią wprost w oczy mężczyzny. Mordercai ryknął, odskakując i próbując pozbyć się gryzącego, palącego pyłu, a albinos wykorzystał to, zrywając się na nogi, doskakując do niego i z całej siły podcinając mu kończyny. Mord runął na ziemię, wzbijając w powietrze kurz. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, ten wyszarpnął ostrze zza paska łowcy i przyłożył mu je do gardła. Mordercai czując zimne ostrze zamarł w bezruchu, wstrzymując oddech.
- Jak zawsze przegrany - syknął Gregory - choć wielokrotnie próbowałem powstrzymać twoje upadki.
- Kończ to - syknął Mord, ale albinos zaśmiał się tylko. Wstał, rzucając ostrze w piasek.
- Nie jesteś na mojej liście, przyjacielu.
Ruszył w kierunku bramy, wciskając ręce do kieszeni i posyłając całusa całej gromadzie ludzi, którzy celowali w niego. Nikt jednak nie pociągnął za spust - znał się z Mordercaiem i pokonał go w walce wręcz, co się jeszcze nie zdarzyło.
- Pa dziubaski! - zawołał, wychodząc przez bramę. W końcu na dziedzińcu się ożywiło - część ruszyła za Gregorym, który wyparował, a kilka osób pomogło usiąść Mordowi, przemywając mu oczy wodą. Ten przez cały czas milczał, zbywając wszelkie pytania i ignorując ludzi, którzy stawali sie coraz bardziej nachalni. W pewnym momencie wstał sam i pozostawiając wszystkich z tyłu, ruszył w kierunku głównej siedziby. Hammerlock uspokajał tłum, zerkając co chwilę na lekko poturbowanego przyjaciela.
Dołączył do niego znacznie później - przede wszystkim musiał ostudzić zapał wściekłego tłumu, który zamierzał zrobić zwyczajną obławę na mordercę. W drugiej kolejności musieli wywieźć jeszcze ciepłe ciało człowieka, który wcześniej zastrzelił skaga od Gregory'ego - chowanie go nie miało sensu, a świeża krew mogła zwabić potwory, co nie było im na rękę. Hammerlock w końcu odgonił się od tłumu, studząc gorącą atmosferę i ruszając w kierunku głównej siedziby. W chwili, gdy przekroczył próg, zobaczył Mordercaia siedzącego na stole i przykładającego zimną puszkę z napojem do puchnącej szczęki i czoła. Siedział jedynie w spodniach, prezentując liczne siniaki i obicia na biodrach i klatce piersiowej, a na plecach stare blizny po oparzeniach, cięciach, szponach i pociskach rozrywających skórę.
- Milcz - warknął mężczyzna, a Hammerlock przeszedł obok, podchodząc do lodówki i sięgając po kolejną, chłodną puszkę. Wrócił z nią do Morda, opierając się o stół i przykładając mu do twarzy z drugiej strony. Nie powiedział nic, nawet na niego nie patrzył - wiedział, że jeśli przyjaciel sam będzie chciał mu powiedzieć, to w końcu się odezwie.
- Kiedy mówiłeś o zmutowanym dupku z Hyperionu, on był ostatnim, o którym bym pomyślał - powiedział po dłuższej chwili milczenia Mordercai. - Tak, znam go, choć teraz cała wioska o tym wie. Wiedziałem o jego umiejętnościach. Wiedziałem, że rzucając sie na niego, rzucam się na kamiennoskórego kolosa o sile skaga. Musiałem to zrobić.
- Dlaczego? - pytanie Hammerlocka zawisło na chwilę w powietrzu, aż w końcu Mordercai odsunął się od niego, otwierając puszkę, którą wcześniej przykładał do opuchniętego czoła.
- Stare dzieje, nie chcę o tym gadać - odparł wymijająco, opuszczając nogi na ziemię i pociągając łyk z butelki. Każdy ruch sprawiał, że krzywił się, a miejsca w które otrzymywał ciosy puchły i siniały w oczach.
- Wezwać Zeda? - spytał niepewnie starszy pan, ale łowca pokręcił przecząco głową.
- Nie, nic mi nie złamał, tylko mocno poturbował. Odstrzelił podwójną pokazówkę. Pierwszą, odrywając łeb jakby człowiek był z porcelany i drugą, turbując mnie jak amatora.
- Jest niebezpieczny, prawda?
- Jak skurwysyn, ale znam na niego metodę. Muszę wpierw go dorwać - stwierdził Mordercai, a Hammerlock uśmiechnął się.
- Powiedział, że zamierza załatwić Wiktora, męża Lucky. Jeśli stawia to w pierwszej kolejności, pewnie ruszył na bagna. Z naszych informacji, które zresztą mu daliśmy, jasno wynika, iż ten przeżył masakrę w wiosce i jest gdzieś na podmokłych terenach - powiedział, podobnie jak Mord, otwierając puszkę i upijając łyk. - Sam jednak nie powinieneś jechać.
- Działam sam - przerwał mu Mordercai, a Hammerlock pokręcił przecząco głową.
- On jest szaleńcem, ty w szaleństwo brniesz. Potrzebny ci ktoś, kto będzie cię hamował.
- Absolutnie! Nie potrzebuję pieprzonej niani, wiesz? Żyję tu wystarczająco długo, a...
- Ostatnim razem zastrzeliłeś Lucky, bo miałeś swoje widzi-mi-się. Czyżbyś o tym zapomniał? - spytał nieco zjadliwie Hammerlock. Nie spodziewał się, że Mordercai jedynie westchnie i opuści głowę.
- Kto ze mną jedzie? - spytał, a odpowiedzią było podejście przywódcy do radioodbiornika i wzięcie mikrofonu do ręki.
- Tu główna baza w Fyrestone, który z was, Vault Hunterzy, jest tutaj w okolicy? - spytał, a jedyną osobą, która odpowiedziała był nie kto inny, jak Salvador. Hammerlock zacisnął usta w wąską linię, spoglądając na przyjaciela z nietęgą miną. Mordercai z kolei wyglądał na zadowolonego, rozkładając ręce.
- Więc psychopata ma pilnować psychopatę, który poluje na psychopatę? Cyrk na kółkach, doprawdy - odparł z przekąsem, posyłając kpiące spojrzenie przywódcy. Ciemnoskóry mężczyzna nie skomentował złośliwej uwagi przyjaciela, tylko machnął na niego ręką od niechcenia.
- Pogódź się z tym, że ja się o ciebie martwię. Może nie zauważyłeś, ale twój alkoholizm staje się coraz bardziej niebezpieczny zarówno dla ciebie jak i dla innych.
- Nie jesteś moją matką - przerwał mu Mord, ubierając się.
- Jestem twoim przyjacielem, chyba jedynym, jeśli o tym zapomniałeś - warknął Hammerlock, ale Mordercai jedynie wzruszył ramionami.
- Ja nie potrzebuję przyjaciół - powiedział ozięble, po czym wyszedł na zewnątrz. Przywódca został w budynku sam - z mapami, planami i prawie pełną puszką lodowatego, gazowanego napoju. Wpatrywał się w drzwi, które zatrzasnął za sobą człowiek samotny. Znał go za dobrze, przede wszystkim - za dobrze znał ludzi. Spędzał z nimi tyle czasu, że potrafił ich rozszyfrowywać, w końcu ta Planeta pokazywała ich prawdziwe twarze. Tutaj nie było miejsca na oszustwa, grę aktorką - życie weryfikowało swoje, a nawet najdoskonalsza maska opadała niemalże każdemu.
Hammerlock w końcu dopił napój, wyrzucając puszkę do kosza i ruszając na zewnątrz. Gdy tylko uchylił drzwi, w jego nozdrza uderzył zapach deszczu i specyficzny szum. Z ciemnych chmur spadały krople wielkości piłeczek do tenisa stołowego, a zasuszona, płodna ziemia chłonęła niewiarygodne ilości wody w zastraszającym tempie. Podłoże w krótkim czasie stało się breją, która zasysała stopy i przyczyniała się do spektakularnych upadków. Starszy mężczyzna wpatrywał się w opustoszałą wioskę przez dłuższą chwilę, stojąc na progu jak wędrowiec zastanawiający się nad opuszczeniem schronienia. W końcu ruszył przez błoto do chatki, w której mieszkał ze swoim drugim przyjacielem - ślepym starcem. Ten człowiek niejednokrotnie uratował mu skórę, a teraz, gdy był nieporadny i potrzebował pomocy, Hammerlock z przyjemnością mu jej udzielał.
- Słyszałem co się stało - powiedział, gdy tylko ciemnoskóry mężczyzna przekroczył próg domu. Była to kopuła z dwoma łóżkami przesłoniętymi zasłonami, stolikiem z dwoma krzesłami i piecykiem gazowym. Surowe, ascetyczne wnętrze cechowało obu mężczyzn, którzy stawiali na praktyczność niż wygodę. Baha, starzec siedzący na bujanym krześle i przykryty kocem bujał się, patrząc tępo w sufit. Wyglądał jak wrak - w ciągu kilku ostatnich dób nieznana choroba trawiła jego ciało, pozostawiając jeszcze zdrowy, silny umysł. Hammerlock nie chciał wiedzieć jak długo to mogło trwać, ale wiedział, że wkrótce będzie musiał grzebać przyjaciela.
- I co o tym sądzisz? - spytał, zdejmując kabury na bronie i kładąc je na stole z trzaskiem.
- Trudno orzec - odpowiedział z tajemniczym uśmiechem Baha. - Wysłałeś Mordercaia na bagna, w pogoni za Gregorym i Wiktorem, co? Będzie zabawnie - burknął. Przywódca zmrużył oczy, podchodząc do ślepca i siadając obok na krześle.
- Nie sądzę - odparł, kładąc dłoń na ramieniu człowieka. Ten drgnął jakby wyrwany z letargu, krzywiąc się i gestem prosząc, by Hammerlock zabrał rękę. Przez kilkadziesiąt kolejnych minut ciemnoskóry mężczyzna opowiedział o wszystkim, co widział i czego się dowiedział, włącznie z wtajemniczeniem Bahy w stan Mordercaia, w umiejętności Gregory'ego i kłótni, która miała miejsce na dziedzińcu. Opowiedział wszystko bardzo dokładnie, odwzorowując nawet najmniejszy szczegół. Człowiek, który słuchał tej historii uśmiechał się tajemniczo. Hammerlock w końcu skończył, opierając się plecami o krzesło i patrząc na umierającego człowieka.
- Wiesz coś, o czym ja nie wiem, prawda? - spytał, a mężczyzna zaśmiał się słabo. Nie był w stanie sam się poprawić - nieznany pasożyt żywił się mięśniami człowieka, paraliżując go. Z czasem miał przejść na organy wewnętrzne, pozostawiając jedynie pustą, ludzką skorupę.
- Zrób herbaty przyjacielu, to ciekawa i długa historia - powiedział słabym głosem. - Później będziemy śmiać się sami.
Salvador czekał przy samochodzie z grobową miną. Gdy tylko dostrzegł zbliżającego się, lekko kuśtykającego Mordercaia, posłał mu nienawistne, przesączone pogardą spojrzenie, czym wprawił w osłupienie wysokiego mężczyznę. Następnie zeskoczył z maski jak dziecko, ruszył na około pojazdu i mijając bez słowa towarzysza broni, usiadł na miejscu pasażera, ostentacyjnie zatrzaskując za sobą drzwi.
- No jeszcze mi, kurwa, tego brakowało - burknął Mordercai, spoglądając w ciężkie chmury i mrużąc oczy, chroniąc je przez kroplami deszczu. W ciągu tego krótkiego spaceru od domu Hammerlocka do samochodu przemókł całkowicie, a ubranie przykleiło się do skóry, czym doprowadzało go do jeszcze większej furii. W końcu doczłapał do IVY, czując rozrywający ból w nodze i drętwienie w plecach - zaczynał żałować, że ot tak rzucił się na Gregory'ego.
- Co jest? - spytał, zatrzaskując drzwi kierowcy. Salvador jedynie wydymał usta jak małe dziecko, krzyżując ręce na torsie.
- Jedźmy - warknął.
Mordercai wzruszył jedynie ramionami, odpalając silnik i ruszając. Jechali kilka godzin w kierunku bagien, a przez cały czas Salvador wzdychał, łypał złowrogo na Morda i odchrząkał, jakby zamierzał coś powiedzieć. Łowca zaczynał mieć tego wszystkiego dosyć, aż w końcu nie wytrzymał.
- Co masz za problem? - spytał w końcu wkurwiony Mordercai.
- Nie mam problemu.
- Kurwa, zachowujesz się jak fochnięta pannica na wydania, do chuja! Ogarnij się człowieku i gadaj co masz za problem. Wkurwia mnie te twoje wzdychanie - powiedział Mord, wciskając hamulec do samej deski, a niezapięty pasami Salvador poleciał do przodu jak szmaciana lalka, uderzając twarzą w maskę rozdzielczą. Tylko cud sprawił, że poduszki powietrzne nie zareagowały.
- Pokurwiło cię?! - wrzasnął niski mężczyzna.
- MNIE?! Zachowuj się kurwa! Co masz za problem? - wydarł się Mord, wyskakując z samochodu. Salvador podszedł w jego ślady, zatrzaskując drzwi i w efekcie czego spotkali się przed maską samochodu.
- To nie ja mam problem! To ty go, kurwa, masz! Zabiłeś Lucky! - wrzasnął niski mężczyzna.
- Zbzikowała, pamiętasz? Albo my, albo ona! Zawsze była taka zasada.
- Nie wierzę ci. Od samego początku chciałeś ją zabić, ale zabrakło ci jaj gdy inni patrzyli ci na ręce. Wyczaiłeś moment, w którym byliście sami i puf, zastrzeliłeś ją chuju.
- Nie masz pojęcia co czułem wtedy i nie wiesz co czuję teraz! - syknął wściekły Mord, pochylając się. Natychmiast tego pożałował, bo Salv przypierdolił mu z pięści. Niski mężczyzna był niewiarygodnie silny, a jego umięśniona postura uniemożliwiała wyprowadzenie ciosu w słaby punkt. Może był wolny, a ataki nieprecyzyjne, to jednym uderzeniem nadrabiał wszystko. Mordercai miałby szansę go pokonać, gdyby nie jego aktualny stan.
Upadł w błoto. Leżał na plecach na wznak, całkowicie znokautowany. Patrzył w ciemne niebo, a przez szum w uszach przebijał się dziwny dźwięk. W końcu zmusił się do podniesienia się na łokciach. Rozejrzał się po pustej okolicy, ze zgrozą odnajdując źródło dźwięku - Gregory siedział na dachu IVY i bił brawo.
- Mordi, Mordi, skarbie... Co jak co, ale nigdy bym nie pomyślał, że zabijesz mą kochaną Elizabeth - powiedział zimnym, wyzutym z emocji głosem.
