Trzynastoletnia dziewczyna siedziała na masce samochodu stojącego na pustynnym wzniesieniu. Potężny czterokołowiec zlewał się z otoczeniem, nie wzbudzając niczyjego zainteresowania. Ciemne, gęste chmury unosiły sie nad doliną a z nich na ziemię spadała ściana deszczu, dzięki czemu dziewczynka ze zwiadu była jeszcze mniej zauważalna w nocnych ciemnościach. Nie przejmowała się tym, że jej niebieska sukienka z wyszytym, białym królikiem przemokła do suchej nitki – deszcz był ciepły i przyjemny, zwłaszcza dla kogoś, kto przeszło osiem lat spędził w klatce. Teraz była wolna i korzystała z daru, który ofiarowała jej Generałowa.

- Biją się – stwierdziła dziewczynka, odsuwając od twarzy olbrzymią lornetkę i odwracając się do szyby samochodu, za którą siedziała jej współpracownica oraz przyjaciółka. Gaige cechowała się strzelistą budową ciała, pociągłą twarzą i złośliwym wyrazem twarzy, który z przyjemnością prezentowała napotkanym ludziom. Tkwiła na siedzeniu, przyglądając się czemuś, a słabe światło żarówki jedynie potęgowało upiorne wrażenie, jakie stwarzała jej niezadowolona mina. W końcu uchyliła drzwi, wpuszczając do środka wilgotne powietrze oraz wystawiając się na deszcz.

- Generałowa kazała śledzić działania Hyperionu pomiędzy pustynią a bagnami, tak? Tak. Więc skończ obserwować debilów, którzy zamiast walczyć ze wspólnym wrogiem, napierdzielają się między sobą - zawołała, starając się przekrzyczeć deszcz.

- No ej, weź! Trzeba mieć jakąś rozrywkę w życiu! – fuknęła Tina, robiąc naburmuszoną minę. Gaige siedząca za kierownicą posłała jej kpiące spojrzenie, niewiele rozumiejąc ze słów dziewczyny, po czym wróciła do zabawy radiem.

- Pieprzone radio, nie mamy łączności - warknęła, uderzając dłonią w kokpit. Trzynastolatka przywykła do wybuchowej natury swojej towarzyszki, więc nie przejmując się zbytnio, wróciła do obserwowania dwójki mężczyzn, którzy bili się niecałe sto metrów od nich. Gęsto uderzające krople o karoserię zagłuszały wszystkie dźwięki, zarówno przekleństwa nastoletniej Gaige, jak i odgłosy bijących się ludzi, dzięki czemu nie musiały obawiać się zdemaskowania. O dalszej potyczce mężczyzn świadczyły bezustanne chichoty Tiny, która obserwowała całe zajście przez lornetkę-noktowizor.

- Ty! Kurwa! Tam jest jebany, gigantyczny skag! – zapiszczała dziewczynka, a Gaige natychmiast uniosła głowę i popatrzyła na dziewczynkę.

- Dupcysz! Poza tym, nie klnij!

- Nie, serio! Sama popatrz! – zawołała blondynka. Siedemnastolatka wyszła na deszcz, a jej blada cera wyraźnie odcinała się od mroku przy minimalnym świetle. Wzięła noktowizor od dziewczynki i spojrzała we wskazanym kierunku. Dostrzegła bardzo niewyraźne kształty cieplne trzech osób, dwóch samochodów stojących od siebie w różnych odległościach i krążącego wokół skaga, który trzymał się poza zasięgiem ludzi.

- Powinien już zaatakować – stwierdziła, a po chwili opuściła noktowizor, wzięła głęboki wdech i pacnęła w głowę trzynastolatkę. – Głupia! Wiesz kto jest tam w oddali? – syknęła, a dziewczynka pokręciła przecząco głową. – Niski to Salvador a jego towarzyszem pewnie jest drugi Vault Huter, idiotko.

- Nie znam ich no… - burknęła dziewczynka, a Gaige ponownie ją pacnęła. – Generałowa mówiła o nich ostatnio! Kazała śledzić ich ruchy, pamiętasz? Musimy odpalić radio… - ostatnie zdanie mruknęła bardziej do siebie niż towarzyszki, zeskakując z maski i biegnąc do drzwi. Usiadła za kierownicą, majsterkując w każdy możliwy sposób przy odbiorniku i w końcu ucieszona złapała falę.

- Generałowo, tu Gaige! Odbiór! – odczekała chwilę, a odpowiedział jej szum. Przez kilka minut histerycznie próbowała nawiązać połączenie, co chwilę zerkając na towarzyszkę, która w dalszym ciągu obserwowała trójkę mężczyzn. Czekała na znak, że odjechali, bądź zrobili cokolwiek, poza kłótnią.

- Tu generałowa, słyszę cię. – Siedemnastolatka odetchnęła z ulgą, słysząc przyjemny dla ucha kobiecy głos, przez który przebijała się chłodna, wyparta od emocji nuta.

- Jesteśmy w sektorze S2 w okolicach dojazdu na bagna. Opodal nas są dwa samochody, troje ludzi i jebutny skag, który ich nie atakuje. Podejrzewamy, że to Vault Hunterzy – zdała relację dziewczyna, a kobieta po drugiej stronie nie odezwała się przez chwilę. Do uszu dziewczyny dotarł dźwięk stukania klawiszy w laptopie, co jednoznacznie sugerowało, że Generałowa coś sprawdza.

- Nie macie pewności? – spytała, a Gaige potaknęła. – Nie szkodzi, nie możemy ryzykować. Oni mają kilkanaście godzin marszu w jedną lub w drugą stronę. Uszkodzisz jeden pojazd i jego radio, by nie wezwali pomocy. Tina zabierze drugi pojazd. Potrzebuję tych kilkunastu godzin, jasne?

- Co ze skagiem? – spytała niepewnie dziewczyna.

- Wysyłam wam wsparcie. Teraz migiem załatwcie tę sprawę, liczę na was. Bez odbioru.

Z radia popłynął szum, jasno określający, że połączenie zostało zerwane. Nastolatka otworzyła drzwi, wychodząc na zewnątrz i szturchając Tinę, która w dalszym ciągu obserwowała kolorowe plamy. Gaige wyjaśniła pokrótce plan Generałowej, by po chwili realizować go w idealnej ciszy.

Rozdzieliły się opodal trójki nieznajomych, którzy krzyczeli i bezustannie próbowali prowadzić potyczkę. Tina przebiegła sprintem do najbliżej stojącego, zielonego pojazdu i przytuliła się do zimnej blachy i zajrzała do środka.

Gregory stał nad broczącym krwią Mordercaiem, który leżał nieruchomo u jego stóp. Z kącika ust ciekła krew, a liczne siniaki zdobiły jego twarz, puchnąc i zniekształcając ją. Mokre ubranie przykleiło się do jego ciała, przeszywając je niewiarygodnym chłodem, choć łowcy było już wszystko obojętne. Błoto lepiło się do jego włosów, z otwartego złamania kości udowej intensywnie uciekała czerwona posoka, a człowiek, który wzbudzał lęk w większości pandoriańskiej społeczności, leżał pokonany. I martwy.

- Wiesz… - zaczął Gregory, zerkając na nieprzytomnego Salvadora leżącego opodal, po czym usiadł na ziemi i popatrzył na przyjaciela.

- Przepraszam cię, stary druhu – powiedział w końcu albinos, klepiąc go po klatce piersiowej. – Spędziliśmy w Iraku najlepsze nasze lata, osłaniając wzajemnie swoje plecy. Nie potrafiłem się pogodzić z tym, że wpakowałem cię do tego piekła. Powinienem był ci wtedy uwierzyć – nie byłeś w stanie zabić niewinnego człowieka, nie potrafiłeś dokonać takiej egzekucji na dzieciach i kobietach. Powinienem to wiedzieć, a jednak, nie wiedziałem. Kiedy dotarło to do mnie, było za późno.

Umilkł na chwilę, przyglądając się twarzy Mordercaia i w końcu westchnął, spoglądając na własne dłonie. Blada, lekko zaróżowiona skóra na knykciach była symbolem wszystkich ciosów, które mu isprzedał/i, a których nie kontrolował. Jego umysł krzyczał, że powinien przestać, ale to ciało robiło to, co uznało za słuszne, odcinając się od woli. Świadomy tego, co robi, zabił przyjaciela, a jednocześnie nie potrafił temu zapobiec.

- Wiesz Mord – kontynuował po chwili – w pewnym stopniu ci zazdroszczę. W końcu odpoczniesz. Z dala od problemów, alkoholu, wyrzutów sumienia. Twoje piekło dobiegło końca, jesteś wolny. Moje będzie trwać przez kolejne generacje, przenosząc się w genie i łącząc mnie w tej... Jaźni - ostatnie słowo wypluł z pogardą, jakiej nie sprezentował żadnemu człowiekowi.

Mordercai nie odpowiedział, tylko leżał w kałuży, która mieszała się z jego krwią, a jego niewidzące oczy wpatrywały się w niebo, które przeszywały błyskawice rozświetlające mrok. Milczenie wokół nich przesiąkało wilgocią deszczu i niewypowiadanymi przez wiele lat słowami.

- Wiesz… Kiedy powiedziałeś, że ją zastrzeliłeś, miałem ochotę cię zabić, obedrzeć ze skóry i nie myśląc, rzuciłem się na ciebie. Rzuciłem się świadomie, ale prawie natychmiast zrozumiałem, że... Potem dotarło do mnie, że to patowa sytuacja, podobna do tamtej w Iraku, prawda? Chciałem przestać, chciałem... Chciałbym to naprawić, ale teraz już jest za późno, co? – spytał, podnosząc się powoli z ziemi.

Gregory popatrzył na ciało Mordercaia, po czym westchnął i przetarł twarz dłonią, brudząc bladą cerę błotem i krwią towarzysza broni, którego zabił. Niewiele myśląc, zamknął powieki stygnących w deszczu zwłok człowieka, który jako jeden z niewielu żył na Pandorze za nie swoje winy.

Albinos pokuśtykał do swojego jeepa i gdy otworzył drzwi, ujrzał wyrwane kable z elektryki na siedzeniu oraz nieproszonego pasażera. Młoda dziewczyna z dwoma kucykami i czapką w czaszki zamarła, widząc go i zrobiła wielkie, przerażone oczy. Nim zrozumiał, co się dzieje i nim jakkolwiek zdążył zareagować, brutalnie wyrwała mikrofon z radia, uszkadzając je na dobre. Rzucił się na nią przez siedzenie, ale ta zdążyła wyskoczyć drugimi drzwiami, znikając w mroku. Nie gonił jej, obserwował jedynie, jak pojazd niegdyś należący do Mordercaia odjeżdża z piskiem opon. Wziął głęboki wdech, zamykając oczy i zapamiętując zapach osoby, której będzie musiał spłacić dług wdzięczności.

Nie wiedział, kim były te dziewczyny, ale wiedział, że prędzej czy później je dorwie. Skag, z którym był połączony gonił coś po okolicy, więc nie wyczuł potencjalnych ofiar.

- Kurwa – fuknął Gregory, wracając do pojazdu i oceniając straty. Kilka godzin zabawy kablami z elektryki i silnik może odpali, ale radio już nie do odzysku – dziewczyna zabrała mikrofon ze sobą. Stał chwilę, moknąc na deszczu i zastanawiając się, co powinien zrobić. W końcu zdecydował się na wygrzebanie zardzewiałej łopaty z bagażnika, w której woził strasznie dużo złomu. Trzymał ją w dłoniach, przechodząc obok olbrzymiej kałuży krwi i unikając patrzenia na przyjaciela. Oddalił się, szukając miękkiego gruntu, a gdy go znalazł, wziął głęboki wdech, przeżegnał się i wbił łopatę w ziemię. Rozmoczona ziemia bezustannie zasypywała to, co udało się odrzucić na bok, a jej ciężar męczył albinosa. Nie poddawał się jednak, wykopując głęboki dół w wilgotnym, osuwającym się podłożu. Cały czas układał myśli, odreagowywał emocje, które szargały nim we wszystkie strony. Przez krótką chwilę dał ponieść się dzikiej furii, a teraz czuł wstyd – wstyd, że zabił tego człowieka. Chciał spłacić długi, przeprosić, ale zabił go, choć nie chciał. Pobić, zranić, upokorzyć, ale nie odebrać życie. W pewnej chwili z mroku wyłonił się wielki łeb skaga, który obserwował jego żmudną walkę z żywiołem.

- Musiałaś? – spytał z wyrzutem, prostując się i patrząc na bestię. – Musisz zabijać? To był mój przyjaciel! – krzyknął w mrok, a odpowiedział mu jedynie deszcz. Ciemne oczodoły spoglądały na niego, z nozdrzy unosiła się para, ale kojot nawet się nie poruszył, stojąc nad mężczyzną jak anioł potępienia.

- Zabił Elizabeth! Wiem! Jednak w dalszym ciągu to mój przyjaciel! Powinienem był mu wybaczyć, byłem mu to winien! – krzyknął ponownie Gregory na skaga, który otwarł pysk i zawarczał w wyrazie sprzeciwu. Pełna jednostronnego milczenia kłótnia przerywała mrok, z trudem przebijała się przez ścianę deszczu, jednak słowa opadały na ziemię, nie wnosząc niczego w bezsensowny spór.

- Oczywiście, że mi na niej zależało! W końcu… - urwał na chwilę, biorąc głęboki wdech. – Działasz wbrew mojej woli, nie słuchasz się mnie. Mówiłem, że sam to załatwię. Mówiłem, że poznam prawdę, ale ty… Ty musiałaś wszystko spieprzyć! Musiałaś przejąć kontrolę? Musiałaś go zamordować?

Patrzył na bestię, by po chwili wrócić do kopania grobu. Bezustannie zaciskał zęby, eksponując w ten sposób linię szczęki i drobny zarost, który pojawił się na dawno niegolonej twarzy. Pot mieszał się w deszczem, zapach ziemi uderzał w jego nozdrza, tuszując zapach krwi. Bestia oddychała ciężko, wydając dziwne dźwięki, ale Gregory ignorował ją, zajęty kopaniem dołu. Teraz liczyło się dla niego tylko to, bo tylko tyle mógł zrobić dla przyjaciela.

- Tak, jestem na ciebie wściekły – powiedział chłodno Gregory, wbijając łopatę w podłoże. Następnie wyprostował się, celując w zwierzę oskarżycielsko. – Zabiłaś mojego przyjaciela, zostawiłaś skaga bez kontroli, przez co zepsuto i skradziono auto. Przede wszystkim, zabiłaś mojego jedynego, do kurwy nędzy, przyjaciela! Nie wiesz co znaczy mieć przyjaciela, bo masz tylko mnie! Teraz zejdź mi z oczu.

Skag warknął cicho, uniósł dumnie łeb a następnie zaryczał, plując śliną we wszystkie strony. Gregory patrzył na to bez większych emocji, a obojętność malująca się na jego twarzy zdradzała jedynie głęboko skrywaną pogardę. Gdy skag skończył popisywać swoje rozmiary i możliwości, albinos wzruszył ramionami.

- Nie zabijesz mnie, nie potrafisz zabić statku matki, który jest dla ciebie jedynym, bezpiecznym portem – powiedział chłodno, czym wyprowadził z równowagi zwierzę. Warknęło wściekłe, odwróciło się i uciekło w mrok przecinany deszczem, pozostawiając tym samym Gregory'ego samego. Kiedy dół był wystarczająco głęboki, by pochować człowieka, albinos nie przestawał kopać. Mijały minuty, aż w końcu deszcz przestał padać, jedynie płynąca po zboczu woda zalewała wykopany grób, sięgając mężczyźnie do kostek. Nie przejmował się jej zimnem, nie martwił się swoim stanem zdrowia. Kopał dalej. Pragnął wykopać dół tak głęboki, że żadna bestia ani żaden człowiek nie będzie mieć sił i chęci wygrzebać ciało. W końcu stalowa końcówka łopaty uderzyła o skałę, tym samym wywołując paraliżujący ból w ręce i barku Gregory'ego. Ten stał, patrząc w to miejsce bez wyrazu, aż w końcu wyrzucił narzędzie i rozpoczął wspinaczkę na górę.

Albinos nie spoglądał za siebie, zbliżając się powoli w kierunku martwego towarzysza, który pozostał w tej pozycji, w której go zostawił. Jedynie kałuża, w której spoczywał, zabarwiła się intensywną czerwienią, a ziemia wchłaniała esencję życia niczym krwiopijca. Pandora pochłonęła tysiące istnień, jej grunty spływały krwią, a ta jedna ofiara nie czyniła jej różnicy, gubiąc ją pośród pamięci pozostałych jednostek.

Gregory patrzył beznamiętnie na staczające się po zboczu ciało. W pierwszym momencie chciał je ułożyć jak do prawdziwego grobu, składając dłonie Mordercaia, ale potem przypomniał sobie, że ten był ateistą i nie wierzył w życie pozagrobowe. Teraz, gdy obserwował nienaturalnie powyginane kończyny, żałował swojej decyzji, a jednocześnie nie potrafił zmusić się do zejścia na dół. Nie spoglądając na przyjaciela, zaczął zasypywać jego ciało mokrą, cholernie ciężką ziemią. Ciemne chmury rozstąpiły się, a gwieździste niebo skąpało całą okolicę w przyjemnym, czerwonym świetle, ukazując ciemne rysy gór i światło wschodzącego słońca na horyzoncie. Wiatr niósł ze sobą suche, ciepłe powietrze z pustyni, mieszające się opodal z zimnym, podeszczowym, tworząc kolejne, nadchodzące sztormy.

Słońce powoli wychylało swoje oblicze zza horyzontu, gdy Gregory ubijał ostatnie kawałki ziemi nogą, podczas gdy łopata stała wbita w ziemię. Na jego skórze widniały krwawe krople potu, a z oczu, nosa i uszu powolutku wyciekała krew. Skag, który powinien być przy nim i zapewniać mu przetrwanie uciekł, odcinając się od niego, ale albinos nie płakał nad tym. Stał na grobie przyjaciela i nie był pewien, co powinien zrobić dalej. Pomodlić się? Powiedzieć przemówienie? Nie był przygotowany na taką sytuację, spadła na niego i przygniotła ciężarem do ziemi, niszcząc wszelkie plany.

W końcu westchnął, przecierając twarz dłonią. Błoto, krew i pot wymieszały się, tworząc na bladej skórze grubą maskę, która zacznie powolutku wysychać i odpadać płatami.

- Nie wiem co więcej mógłbym powiedzieć, poza: Przepraszam? - Nie wiedział czy chce pozyskać wybaczenie z ust człowieka, który znajdował się kilka metrów pod ziemią, czy też u samego siebie, że stracił kontrolę, że stał się marionetką w rękach czystej furii. W końcu podniósł oczy na gwieździste niebo, po którym leniwie płynęły galaktyki, a olbrzymie planety krążyły opodal, ukazując swoje piękne i równie mordercze oblicze. Pandora z zewnątrz wyglądała jak raj - unoszący się w przestrzeni kosmicznej olbrzymi kawał asteroidy, zamieszkany przez dzikie stworzenia i ludzi, bezustannie otoczony złotą poświatą najbliższej gwiazdy, sprawiającą wrażenie aureoli. Nie była taka - piekło wypełnione żarem pełnym nienawiści, ludźmi spragnionymi śmierci a jednocześnie tchórzącymi przed nią. Bestie pełniły funkcję strażników i oprawców, a człowiek był tu jedynie rzuconym na wiatr liściem, który nie miał większego wpływu na swoje przetrwanie. Pandora - miejsce pochówku tysięcy istnień, których groby ścielą się gęsto na każdym, przebytym kilometrze.

Gregory wiedział, że Mordercai umarł, ale nadchodził kolejny dzień, a wraz z nim kolejne ofiary.

Stare, opuszczone kopalnie były siedzibą najgorszych stworzeń na Pandorze - nie skagów, nie rakków ani nie stalkerów. Żadna bestia nie była tak groźna, jak oni, Psychole. Społeczność twierdziła, że te ludzkie istoty z wyniszczonymi przez choroby, słońce czy toksyny mózgami posiadały jedynie prymitywne instynkty i nie potrafiły zorganizować się, tworzyć własnych miasteczek. Wszyscy wiedzieli, że tkwią w tych tunelach, mutując, choć naukowcy nazywali to ewolucją na podobieństwo skagów. Psychole, największa plaga tej planety, o której wszyscy wiedzieli, ale nikt o niej nie mówił.

Przez labirynty podziemnych tuneli, przenikających pod górami, miastami, pełnych dzikich lokatorów i oparów siarki, toksyn, morderczych wyziewów metanu, kałuż krwi, wody i substancji smolistych sunęły dwa niewielkie samochody, z trudem mieszczące się między skałami. Wszystko, co stanęło im na drodze, znikało pod kołami, by połamane i poturbowane dogorywać w całkowitej ciemności, skazane na pożarcie przez większe, silniejsze osobniki. Pierwsza jechała Gaige, prowadząc starego, rozklekotanego jeepa, podczas gdy zaraz za nią jechała Tina, ledwie wystając ponad kierownicę zielonego pojazdu, zwanego IVA.

Doskonale znały te tunele, które teoretycznie prowadziły do nikąd, a tak naprawdę na końcu każdego znajdowała się przynajmniej jedna baza zorganizowanych Psycholi, pełniąca punkt kontroli, by nikt nieproszony nie był w stanie zakraść się do głównej siedziby znajdującej się w niedostępnym rejonie gór. Kilkadziesiąt kilometrów przejechanych podziemnymi drogami umożliwiało niezauważalne przemieszczanie się po Pandorze i atakowanie zarówno Hyperionu, jak i wiosek, które były całkowicie nieprzygotowane na wszelakiego typu inwazje. Gaige w końcu zwolniła, zatrzymując się przy wielkiej, stalowej bramie, która blokowała tunel i przede wszystkim, uniemożliwiała przejazd. Żaden pojazd, poza czołgiem, nie był w stanie sforsować tej blokady. Nastolatka nie otwierała okien, wiedząc, że większy podmuch trującego powietrza spali doszczętnie płuca, a na twarzy miała maskę, jaką noszą Psychole, która w większym stopniu neutralizowała toksyny.

Nagle przy szybie zobaczyła Szczura - człowieka, który kiedyś był górnikiem zamieszkującym te tunele, nim doszło do epidemiologicznego skażenia, które wyniszczyło organizmy i zmutowało, dostosowując najsilniejsze jednostki do życia w tym toksycznym środowisku. Ślepia stworzenia, przekrwione, na wpółślepe utkwiły spojrzenie w dziewczynie, a twarz przycisnęła się do szyby, pozostawiając śluzowaty ślad na szklanej powierzchni. Trwało to chwilę, ale w końcu odsunął się, człapiąc w kierunku drugiego samochodu. Gaige obserwowała go w lusterku, czując niechęć do obślizgłego człowieka, który po inspekcji wrócił do bramy. Nastolatka obserwowała, jak stary, zardzewiały mechanizm z trudem unosi bramę. Ilekroć pod nim przejeżdżała, obawiała się, że stare zawiasy puszczą, a kilkutonowy kawał stali zwali się na pojazd, przecinając go na pół.

Brama jednak nigdy nie pękła, a stare technologie dalej funkcjonowały sprawnie, konserwowane przez Szczury. Mimo odpychającego wyglądu i znacznego upośledzenia umysłowego, sprawnie posługiwały się bronią, wszelkiego typu sprzętami i z łatwością przyswajały wszelkie nowości techniczne. Do tego posiadali dar zapamiętywania twarzy, przez co stały na straży w każdym punkcie. Komunikacja z tymi ludzkimi odpadkami była niemożliwa - nie byli w stanie sformułować swoich myśli, a wydawali jedynie chrząknięcia i warknięcia, przypominające prymitywny język.

Tunele za bramą zaczęły piąć się niezauważalnie ku górze, a po kilkunastu przejechanych kilometrach dziewczyny wyjechały na olbrzymią, zamkniętą przez górskie klify przestrzeń. Sięgające nieba kolczaste szczyty tworzyły u nasady otwór jak w wulkanie, uniemożliwiając zauważenie głównej siedziby od zewnątrz, ale ze środka doskonale widoczna była główna baza Hyperionu, unosząca się leniwie na orbicie. Olbrzymią jaskinię powulkaniczną, z podłożem ze zastygłej lawy, wypełniały wszelkiego typu pojazdy przestępców czy Psycholi, a całe gromady dzikich karłów ganiały się między nimi, krzycząc i grożąc sobie wzajemnie. Przy ścianach klifów powstały budki wykonane z wszelkiej maści surowców - od drewna, po blachę, aż po śmieci i wraki samochodów, ulokowane na różnych wysokościach i połączone kładkami, mniej lub bardziej stabilnymi. Na naturalnych, powalająco wielkich stalagmitach, które pięły się ku niebu w równych odległościach, postawiono podobne chaty, tworząc praktycznie doskonale zakamuflowane miasto.

Na ziemi kolejne budynki, mniejsze lub większe, tworzące marną imitację New Heaven, z jedną zasadniczą różnicą - na ulicach nie zalegały żadne śmieci. Psychopaci zajmowali się swoimi sprawami, rozpalając ogniska, kłócąc się między sobą, co bardziej przypominało zwierzęce jazgoty, ale nikt nie skakał sobie do gardeł, nikt nie kąpał się we wnętrznościach ani też nikt nie biegał z wyrwaną ręką, śmiejąc się w niebogłosy. Cywilizacja pełna popaprańców, Psycholi, sadystów, kryminalistów, potworów, mutantów, ale jednak - cywilizacja.

- Generałowa jest w domu - powiedziała ucieszona Tina, która traktowała przywódczynię popaprańców ze swoistym uwielbieniem. Kobieta uratowała dziewczyny, demolując wraz z całą grupą Psycholi jedno z laboratoriów Hyperionu, gdzie z niezwykłą brutalnością zarżnęła lub torturowała ludzi, pozostawiając po sobie specyficzny obraz z najkrwawszych horrorów. Generałowa torturowała ich, obdzierając ze skóry całymi płatami, na żywca, a następnie z chirurgiczną precyzją wycinała ścięgna i mięśnie, przypalając zranione miejsca, by zabawka się za szybko nie wykrwawiła. Omijała wszystkie tętnice i strategiczne organy, by pozostawić żyjącego, przykutego do laboratoryjnego łóżka człowieka. Nie zatykała ust męczennikowi, napawając się jego wrzaskami i strachem, jaki wzbudzała w pozostałych, stojących pod ścianą naukowcach.

Wszystkich, którzy siedzieli w klatkach - kobiety, mężczyźni, dzieci - wypuszczała i dawała wolną rękę, ofiarując wolność i eskortę do najbliższego cywilizowanego miasteczka, albo też służbę u niej. Nie zabijała tych, którzy, przerażeni jej brutalnością i bezdusznym usposobieniem, odmówili współpracy - uśmiechała się wówczas i wydawała dalsze polecenie. Naprawdę nieliczni pozostali przy Generałowej, choć część z nich skapitulowała zaraz po ujrzeniu bazy i armii dzikich ludzi, który słuchali poleceń tylko jednej osoby - właśnie jej. Kobieta wzbudzała respekt i strach w tych prymitywnych umysłach, rzekomo nieodczuwających tego typu emocji.

O tym, że znajduje się w bazie świadczył pupil, olbrzymi Stalker śpiący na głazie opodal najbliższego zabudowania. Kwadratowy, masywny łeb opierał leniwie na przednich kończynach, pełniących funkcję drobnych skrzydeł do szybowania. Smukłe łapy, zakończone ostrym szponem do wieszania się jak nietoperz wyginały się pod nienaturalnym kątem. Błona rozciągająca się między jedną a drugą kością do złudzenia przypominała upośledzone skrzydła fantastycznych wywern. Smukłe, muskularne ciało zdobiły twarde, kolczaste łuski, a dwa rzędy jadowych kolców tworzyły grzebień "śmierci" aż do samego ogona, którego wieńczył pęk drobnych igieł. Stalker bez problemu mógł strzelać nimi na odległość, co upodabniało go do kolejnego, fantastycznego stworzenia - mantykory. Dodatkowo jeden wystający kolec, będący przedłużeniem kręgosłupa, z łatwością mógł przebić każdą stal. Tylne łapy, w przeciwieństwie do przednich, były umięśnione i potężne, ułatwiające mu wyskok do kilkunastu metrów, a przy odpowiednim rozstawieniu skrzydeł mógł szybować przez kolejne kilkadziesiąt metrów.

Pysk stworzenia otwierał się normalnie, ukazując jamę pełną ostrych, haczykowatych kłów wprost stworzonych do szarpania na strzępy. Dolna żuchwa stworzenia rozchylała się na boki jak u filmowego Predatora, przez co mógł on z łatwością połknąć drobnego człowieka w całości, co zresztą z lubością czynił. Czarne, błyszczące dwie pary ślepi znajdujące się na dolnej szczęce, czyli w dość nietypowym miejscu, obserwowały uważnie, a rozchylające się "wargi" umożliwiały obserwację terenu pod różnym kątem. Tak jak w przypadku delfinów, tylko jedna półkula mózgowa spała, podczas gdy druga czuwała, obserwując przechodzących ludzi z milczeniu.

Gaige obserwowała go, idąc przez otwartą przestrzeń, a Stalker musiał wyczuć jej spojrzenie, bo uniósł łeb i patrzył w jej stronę, a następnie nieznacznie otworzył pysk, z którego pociekła ślina. Dziewczyna wzdrygnęła się na jej widok, doskonale wiedząc, że jest to roztwór podobny do kwasu solnego.

- Zostawcie go! - donośny, kobiecy wrzask rozbrzmiał w grocie, niesiony tysiącem ech z komunikatorów, a wszyscy zamarli, spoglądając na najwyżej położony domek z blachy i drzewa, na którego ganku stała kobieta. Znajdowała się za daleko, by ktokolwiek mógł ją rozpoznać, a wszyscy wiedzieli kim ona jest - Generałowa. Stała, a zaraz za nią jej przyjaciel w czarnym uniformie. Tina pierwsza zauważyła człowieka biegnącego po blaszanych mostach, który rozpychał się między Psycholami, krzycząc i płacząc jednocześnie. Musiał być jeńcem kobiety, która pastwiła się nad nim wystarczająco długo, by uzyskać potrzebne informacje. Nieszczęśnik myślał, że odzyskał wolność, ale wszyscy obecni w jaskini wiedzieli, że przywódczyni jest jak kot - lubi się bawić, patrzeć na uciekającą w popłochu mysz, która na oślep wpada w kolejną pułapkę oprawcy.

Człowiek wybiegł spomiędzy zabudowań na otwartą przestrzeń, a pocisk ze snajperki minął go o włos, wbijając się w piasek. Dziewczyny stojące na drodze uciekiniera natychmiast odskoczyły na bok, padając na ziemię i chroniąc się przed kolejnym pociskiem, który przeciął powietrze. Gaige zdążyła zobaczyć skórę zdartą z jego twarzy, odcięte powieki, wyrwany język. Całe ubranie znaczyła stara i świeża krew. Mimo bólu i ran, biegł przed siebie ku wolności, wiedząc, że nikt nie pozwoli mu ot tak odejść. Trzeci strzał okazał się pudłem, podobnie jak poprzednie dwa, ale okrwawiony, na wpół obdarty ze skóry człowieczek nie dobiegł do samochodów.

Stalker skoczył, płynnie lądując tuż przed mężczyzną. Stworzenie górowało nad nim, dorównując wielkością znanej na całej planecie Skagzilli. Potwór potrzebował ledwie ułamki sekund, by otworzyć pysk i pochłonąć głowę człowieka. Nie odgryzł jej jednak, przytrzymując rzędem ostrych kłów i cierpliwie czekał, aż kwas rozpuści mięśnie, kości i strawi mózg. Nieszczęśnik drgał przez cały czas spazmatycznie, próbując się wyrwać, a krew wymieszana z śluzem potwora spływała po jego ciele, paląc ubranie i zwęglając skórę. W końcu na ziemię zwaliły się zwłoki bez głowy, a z szyi unosiła się delikatnie para i smród spalenizny.

Wszyscy stali i obserwowali to bez większego entuzjazmu, aż ponownie odezwały się nadajniki, tworząc echo głosu Generałowej.

- Smacznego - powiedziała, a jej postać zniknęła za drzwiami chaty, w której mieszkała. Przez jej chłodny, niewiarygodnie oziębły ton przebijała się złość, budząca popłoch wśród mieszkańców. Wszyscy wrócili do swoich zajęć, spoglądając niepewnie na jeden, skąpany w cieniu, budynek.

- Musimy zdać raport - stwierdziła Gaige z lękiem, spoglądając przez ramię na Stalkera, który pochłaniał ciało człowieka w taki sposób, w jaki skonsumował jego głowę. Wzdrygnęła się mimowolnie na myśl, że po górskich częściach Pandory krąży niezliczona ilość tych bestii.

- Nie każmy jej czekać - odparła Tina, łapiąc koleżankę za rękę i ciągnąc w kierunku wioski. Mijały Psycholi, którzy w większości przypadków nawet na nich nie spoglądali, wiedząc, że są pupilkami Generałowej. Nikt ich nie zatrzymywał, nikt nie zaczepiał - po prostu szły na samą górę, w kierunku chaty niczym się nie wyróżniającej pośród setek pozostałych. Kiedy znalazły się pod drzwiami, zapukały niepewnie, a w odpowiedzi usłyszały wściekły głos kobiety.

- Czego?! - Tina i Gaige natychmiast zwątpiły, ale starsza dziewczyna zreflektowała się, podczas gdy druga schowała się za nią.

- To my - powiedziała cicho, a następnie odchrząknęła i stanowczym głosem dodała - przyszłyśmy zdać raport.

- Wejść - powiedziała kobieta, a dziewczyny weszły do środka, siadając na wolnych krzesłach. Róg oddzielony był kotarą, za którą mieściła się prowizoryczna łazienka. Przewieszone przez krzesło ubranie świadczyło, że Generałowa właśnie bierze kąpiel. Nie wiedziały czy mają już zdawać relację, czy poczekać, aż Generałowa skończy kąpiel, więc oglądały domek. Wnętrze chatki urządzono w chłodnym, praktycznym stylu, odejmując jakiekolwiek ciepło czy rodzinny klimat. Na prawo pod ścianą leżał materac z pościelą i poduszkami, obok niego puste butelki i na współ spalona świeczka. Mała kuchenka gazowa naprzeciwko, na samym środku stolik z czterema krzesłami. Przez wielkie, na wpół zasłonięte okno wpadało trochę światła, rozświetlając mrok. Wewnątrz jednopokojowej chaty panował upał, a nagrzana blacha tylko potęgowała skwar.

- Co tak milczycie? - spytała kobieta, próbując zabarwić swoją wypowiedź na żartobliwy ton, ale dziewczyny natychmiast drgnęły zlęknione.

- Udało nam się zabrać jeden samochód, drugi uszkodzić - powiedziała natychmiast Tina.

- Co z ludźmi? - spytała jakby od niechcenia kobieta za zasłoną. Nie widziały jej, ale słyszały plusk wody w wannie za kotarą.

- Nieprzytomny karzeł, Salvador. Drugi taki z dredami, wysoki, szczupły. Bródkę miał i czerwoną chustę, którą się owinął - zaczęła mówić Gaige, a Generałowa zaśmiała się.

- Mordercai.

- Nie żyje - wypaliła dziewczyna Tina ucieszona, ale jej radości nie podzieliła Generałowa.

- A więc nie żyje? - spytała sama siebie, trochę nieobecnym głosem. Po chwili usłyszały parsknięcie. - No, mówi się trudno. Mówiłyście, że było ich troje - upomniała delikatnie swoje rozmówczynie, które drgnęły niepewnie, a następnie Gaige opowiedziała o spotkaniu w samochodzie.

- Jak wyglądał?

- Biały albinos, prawie na biało ubrany. On...

- Gregory Abraham Lincoln - powiedziała kobieta i zaśmiała się na głos, budząc grozę w dziewczynach. Jej zimny, pełen wyrachowania głos zjeżył włoski na głowie nastolatek. - Mogłam się go tu spodziewać. Martwy Mordercai, żywy Gregory, nieprzytomny Salvador... Cóż za oczywista, patowa sytuacja.

Po jej słowach zapadła długa chwila milczenia, uporczywie się przeciągająca, jednak ani Gaige, ani Tina nie otrzymały pozwolenia na odejście, więc siedziały i czekały. Upał stawał się coraz bardziej uporczywy, kropelki potu spływały im po twarzach, wpadały do oczu, wypełniały usta słonym smakiem, a Generałowa w tym czasie korzystała z kąpieli w zimnej, źródlanej wodzie przyniesionej przez Psycholi.

- Idźcie do Steve'a i powiedzcie mu, że ma śledzić tego albinosa. Chcę znać każde jego położenie, co robi i co zamierza zrobić. Chcę wiedzieć o wszystkich bestiach, które mu towarzyszą i je też ma śledzić, włącznie z tym skagiem, o którym mówiłyście przez nadajnik. Potem idźcie do Kriega, on już ma dla was rozkazy. Teraz żegnam. - Przez cały czas Generałowa mówiła oziębłym, wypranym z emocji głosem, by następnie zakończyć swoją wypowiedź pluskiem wody. Dziewczyny wiedziały, że wyszła z wanny i chce pozostać sama w swoim "mieszkaniu", więc zasalutowały i opuściły blaszaną puszkę, z radością przyjmując skwar, jaki panował na zewnątrz. W porównaniu z chatą, upalne słońce i ciepły wiatr dawały ochłodę i poczucie spełnienia. Ruszyły na dół spokojnym, miarowym krokiem.

- Dziwnie zareagowała na wieść o tym albinosie - powiedziała nagle Tina, zatrzymując się i odwracając w stronę koleżanki. Ta podążała za młodszą towarzyszką, a myślami błądziła gdzieś daleko. Nie pociągnęła tematu, praktycznie go ignorując, jedynie obdarowując trzynastolatkę spojrzeniem "Nie wtrącaj się w sprawy dorosłych". Steve, jeden z niewielu kryminalistów, który z radością służył Generałowej, posiadał swoją własną bandę bandytów za kółkiem. Znalazły go przy jego ulubionych samochodzie, kiedy grzebał w silniku, klnąc na cieknący olej.

- Pomóc? - spytała Gaige, opierając się leniwie o pancerny mini-czołg, nazywany fachowo Light Runner. Wysokie nadwozie, silne zawieszenie, koła wysunięte przed maskę i za bagażnik, tworzący odporny na zderzenia pojazd, który sunął po pustynnych równinach z zawrotną prędkością.

Brunet o całkiem przyjemnej twarzy uśmiechnął się do towarzystwa i odsunął się od maski, wskazując na silnik zapraszająco.

- Proszę, panienko Mechromancer.

Podczas gdy brunetka naprawiała pojazd, Tina przekazała kryminaliście polecenia od szefowej, a on zagwizdał cicho pod nosem, kręcąc głową.

- Mam nadzieję, że wie o co prosi - powiedział, a obie dziewczyny ulokowały w nim spojrzenie. Mężczyzna zaczesał kosmyk półdługich włosów za ucho, spoglądając na niebo swoimi zielonymi oczami i zaśmiał się.

- Głośno o nim. O nim, o skagu, jego umiejętnościach. Całe Fyrestone huczy od tego, że odkręcił kolesiowi łeb ot tak, jakby to była nakrętka z butelki - powiedział, klepiąc się po kieszeniach czarnych bojówek w poszukiwaniu papierosów. Kiedy wyciągnął fajkę, nie potrafił znaleźć zapalniczki, choć dla nie był to problem.

- Wiesz co jest najlepsze? - spytała ucieszona Tina, chcąc się podzielić nowiną na temat Mordercaia, ale Steve dłonią nakazał jej milczeć.

- Sekundka złotko - powiedział - Ej, ty, kurdupel - zawołał do jakiegoś karłowatego Psychola, który odwrócił się natychmiast z wrzaskiem i zaczął wykrzykiwać swoje groźby - skocz sie po ogień, jeśli łaska. - O dziwo, ten posłusznie ruszył w poszukiwaniu jakiegoś źródła ognia.

- Więc, co jest najlepsze? - spytał Steve , opierając sie o maskę samochodu, a Tina przeskoczyła z nogi na nogę, biorąc głęboki wdech.

- Mordercai nie żyje - uprzedziła ją Gaige z uśmiechem, wycierając dłonie w szmatę. - Zatkałam dziurę.

- Czekaj, stop stop! Mordercai nie żyje? - spytał zaskoczony facet, zrywając sie na nogi jak oparzony i wlepiając zaskoczone spojrzenie w dziewczyny. - Nie żartujecie sobie?

- Prawdopodobnie jest sztywny, zakopany w sektorze S2. Generałowa powiedziała kto to na podstawie opisu, jaki jej wystosowałyśmy - odparła Gaige, mrużąc oczy. - Rozumiem, że to ktoś ważny?

- Mordercai? Przejebany skurwysyn. Najlepszy strzelec, rajdowiec. Miałem u niego dług wdzięczności, szkoda, że gryzie ziemie - powiedział Steve, ale jego beztroski i pogodny ton przeczył jego słowom. Dziewczyna natychmiast pojęła, że "dług" to nie koniecznie coś pozytywnego. Nagle mężczyzna zaczął się śmiać, ukrywając twarz w dłoniach, a po chwili dołączyły do niego dziewczyny, odsuwając się na bezpieczną odległość.

Karzeł wrócił z płomieniem, będąc jednocześnie pochodnią. Biegł w ich stronę, paląc się i śmiejąc. Zatrzymał się obok Steve'a, podskakując z bólu, a równocześnie wywijając kończynami w dzikim tańcu.

- Zjeżdżaj - powiedział kryminalista do Psychola, gdy odpalił już papierosa. Mały karzeł ruszył w swoją stronę, ale nawet gdy znikł im z oczu, do ich uszu docierał histeryczny śmiech przemieszany z okrzykami bólu, a swąd palonego ciała unosił się w jaskini jeszcze długo.

Steve siedział przez krótką chwilę zamyślony, po czym wyprostował się i zaśmiał.

- No nic, muszę przypilnować naszego kochanego Gregory'ego. Coś czuję, że z tym białym kutasem będą jakieś problemy - powiedział, żegnając się z dziewczynami. Tinę poklepał po głowie jak małe dziecko, na co zareagowała z oburzeniem, a Gaige zdążyła się cofnąć, co zostało przyjęte ze śmiechem. Kiedy odjechał, nastolatki zgodnie stwierdziły, że to najbardziej pogodny człowiek na Pandorze. Dostał chyba najgorszą robotę z wszystkich, a jednak widział w tym pozytywne aspekty.

- No, to teraz Krieg - powiedziała Gaige, łapiąc młodszą towarzyszkę za ramię i ciągnąc ją w przeciwnym kierunku jaskini. Drugi ulubiony bandyta Generałowej był Psycholem, a jednak wyróżniał się z całej armii imbecyli faktem, że posiadał intelekt. Dostrzegły go - niewiarygodnie wysokiego, napakowanego człowieka, który chodził to w jedną, to w drugą stronę i podrzucał swoją bronią. Duży kawał drzewa, wyprofilowany idealnie na jego potężne ręce wieńczyła stalowa tarcza do cięcia drewna wraz z mechanizmem napędzającym, która równie dobrze rozdrabniała ludzkie ciało, spektakularnie tryskając krwią we wszystkie strony. Człowiek ten nie przejmował się morderczym słońcem, chodząc bez jakiejkolwiek koszulki, ale za to w pomarańczowych, więziennych spodniach i butach wzmacnianych stalowymi elementami. Rękawice, również wzmacniane, sięgały mu do łokci, a twarz przesłaniała biało-pomarańczowa maska posiadająca jedynie otwory na oczy.

- Oj, będzie jazda - mruknęła Tina ucieszona, ale Gaige nie wyglądała na szczęśliwą z tego powodu.

- W pizdę dzień, chuje muje dzikie węże! - zawołał Krieg do nich, choć trudno było powiedzieć czy się cieszy, czy też złości na widok dziewczyn. Krieg - psychol z czymś, co można nazwać najsilniejszą odmianą syndromu Tourreta, nie uwzględniającą żadnego, kulturalnego słowa.