Rozdział II

- Przestań się tak wiercić szaraczku, i tak mi nie uciekniesz.- Ironiczny głos Edwarda odbił się we wnętrzu samolotu. Ton jego wypowiedzi wprowadził Bellę w jeszcze większe zdenerwowanie i przygnębienie. Siedziała właśnie w prywatnym odrzutowcu, cała zestresowana i oblana potem. Cullen działał jej na nerwy. Co chwila rzucał jakąś ironiczną wypowiedź skierowaną w jej kierunku. Podjudzał ją, prowokował do walki na słowa, a ona była już tym zwyczajnie zmęczona. Nie miała siły, aby wymyślać równie błyskotliwe odpowiedzi na jego prowokacje.

- Zamknij się Cullen. – rzuciła cicho i odwróciła się do niego plecami. Gdyby nie ten stres, przespałaby się chwilkę. Oczy same jej się zamykały, co chwila tłumiła dłonią silne ziewnięcia, ale obecność Edwarda sprawiała, że jej umysł buntował się przed odżywczą drzemką.

Ku jej zaskoczeniu, mężczyzna nic nie odpowiedział. Spodziewała się jakiegoś odzewu z jego strony, ale nic takiego nie nastąpiło. W końcu zapadła między nimi ożywcza cisza, a Isabella zamierzała z niej skrzętnie skorzystać. Z minuty na minutę, napięcie opuszczało jej ciało i dziewczyna zapadła w głęboki sen.

Śpiąca Bella nie zdawała sobie sprawy, że jest bezustannie obserwowana. Żaden jej oddech, dźwięk jaki wydawała podczas snu, czy bezwiedne ruchy ciała, nie umknęły uwadze Edwardowi Cullenowi. Lubił patrzeć na nią podczas snu. Ten zwyczaj narodził się wiele lat temu, kiedy Bella, jeszcze jako nastolatka, zostawała u nich w domu na noc. Zdarzało się, że razem z Alice zasypiały przed telewizorem w salonie, a wtedy on ukradkiem obserwował jej, zazwyczaj spokojny sen. Oczywiście nigdy nikomu o tym nie powiedział, jeszcze wzięliby go za jakiegoś zboczeńca. Szczerze mówiąc, trochę wstydził się swojego zachowania, nie potrafił sam sobie wyjaśnić, dlaczego tak bardzo lubił obserwować dziewczynę w tak intymnej sytuacji. W każdym razie, jednego był pewien, w tym procederze nie było żadnego podtekstu erotycznego, był pięć lat starszy od niej i takie niewinne małolaty jak ona w ogóle go nie podniecały. Ale teraz Bella nie była już nastolatką, wyrosła na piękną, ale piekielnie upartą kobietę, która działała na niego jak płachta na byka. Głębokie westchnienie ukradkiem wydarło się z piersi mężczyzny, problemy dnia codziennego wraz z pomysłami jego młodszej siostry zaczynały powoli go przerastać. Jeszcze ta ucieczka z Jamesem Hunterem. Na samą myśl o chłopaku Alice, podniosło mu się ciśnienie, a rysy twarzy automatycznie się wyostrzyły. Ktoś, kto nie zna Edwarda mógłby się na serio przestraszyć, nie wyglądał teraz przyjaźnie.

- Nie odpuszczę tak łatwo Hunter, zapewniam cię, że nie pozwolę ci wyrolować mojej siostry. – szepnął sam do siebie i zacisną mocno pieści na oparciu fotela.

Lekkie chrapnięcie, jakie wydarło się z ust Belli przywróciło go do rzeczywistości. Zaśmiał się lekko, kiedy dźwięk się powtórzył. Dziewczyna zaczęła chrapać jak smok.

- Musiała być naprawdę zmęczona, skoro zaczęła wydawać z siebie te zabawne dźwięki. –pomyślał natychmiast i poczuł lekkie wyrzutu sumienia, w końcu to on nie pozwolił jej wyspać się tej nocy.

Każde chrapnięcie wywoływało u niego koleją falę śmiechu. Wstawszy z fotela, sięgnął po koc leżący na specjalnej półce i okrył nim dziewczynę. Przez kilka minut stał nad nią i przyglądał się każdemu szczegółowi, każdej rysie jej twarzy. Nigdy nie zwracał na Isabellę Swan szczególnej uwagi, znał ją od piętnastego roku życia, widział jej młodzieńcze wzloty i upadki, i widział jak dobry wpływ ma na Alice. A teraz wydawało mu się, jakby patrzył na nią pierwszy raz w życiu.

* * *

- Zobacz! Pogoda jest okropna.

- Co masz na myśli? – rzucił ironicznie Edward, patrząc na przerażoną twarz dziewczyny. Po wylądowaniu na lotnisku w Seattle od razu znaleźli się w eleganckim samochodzie przysłanym przez filię wydawnictwa. Ich kierowca, młody chłopak o wdzięcznym imieniu Alvin, niemal kłaniał się do ziemi na widok Cullena, a każde jego słowo traktował prawie jak świętość. Działało to dziewczynie na nerwy, tym bardziej, że Edward widocznie chlubił się w okazywanym mu ślepym uwielbieniu chłopca. Teraz, siedząc niebezpiecznie blisko niego, ze zgrozą przyglądała się szalejącej za oknem burzy śnieżnej.

- Jesteś ślepy?! Śnieg. – odpowiedziała oschle Bella. - Nieprzejezdne drogi. A jak zostaniemy odcięci od świata?

— Dobry Boże! — odrzekł z nutką szyderstwa w głosie Edward. — To nie może się nam

przydarzyć, prawda?

— To nie jest śmieszne — odburknęła Bella. — Nie mam zamiaru utkwić

tam w twoim towarzystwie. — Na samą myśl o czymś takim dostała gęsiej skorki.

Niewątpliwie istniały całe zastępy kobiet, które dałyby sobie rękę uciąć, żeby

tylko znaleźć się w takiej sytuacji. Na pewno właśnie w tej chwili Edward też o

tym pomyślał, bo patrzył na Bellę z irytującym wyrazem rozbawienia.

Postanowiła więc postawić sprawę całkiem jasno. Nie zamierza być jedną z nich!

— Był czas — gładko odparował — gdy taka perspektywa bardzo by cię ucieszyła.

Natknęła się na jego wzrok i speszona spojrzała w bok.

- O czym ty mówisz? - zapytała nieswoim głosem.

— Och, wiesz dobrze, Bello. Pamiętasz, jak się we mnie kochałaś? Miałaś wtedy...

piętnaście lat? Szesnaście? Słodka szesnastka, a jeszcze się nie całowała, co?

Powinno mi to wtedy schlebiać, ale sama wiesz jakie to było krępujące.

Belli zaschło w ustach. Pragnęła, żeby ziemia rozstąpiła się i pochłonęła

ją. Żeby stało się cokolwiek, co oszczędziłoby jej tego strasznego, koszmarnego

wstydu.

- Musiałaś wtedy...

— Przestań! — krzyknęła. Wzięła głęboki oddech i policzyła do dziesięciu. Gdy

przemówiła znowu, z ulgą stwierdziła, że panuje nad głosem. — Byłam

młoda i głupia. Bardzo głupia. Na szczęście szybko wyleczyłam się z tego. Więc

nie ma powodu, żeby to wywlekać. Prawda? Oświadczam natomiast, że nie zamierzam

ryzykować jazdy w taką pogodę. Dlatego byłabym wdzięczna, gdybyśmy zawrócili.

Nie potrafiła zmusić się do spojrzenia Edwardowi prosto w oczy. Przyglądała się

więc swoim palcom. Tysiące myśli przelatywało jej przez głowę. Ale wszystkie

sprowadzały się do przykrych wspomnień, których usiłowała się pozbyć. Była wtedy

taka naiwna. Dosłownie rzuciła się na niego, a on się śmiał. Zachowanie

Isabelli zaskoczyło go, a jednocześnie ogromnie rozbawiło. „Jesteś dzieckiem",

powiedział wtedy. A tak naprawdę myślał o tym, że brak jej naturalnego wdzięku i

urody kobiet, które już wówczas go pociągały.

Rzeczywiście, w porównaniu z blondynkami, brunetkami i rudymi, odwiedzającymi z

niebywałą regularnością dom jego rodzicowi podczas wakacji studenckich, musiała

wypaść bardzo blado.

— Oczywiście — powiedział. — Też bym nie chciał utkwić w trzymetrowej zaspie.

Nie musisz również obawiać się przy mnie o swoją cześć. Jesteś przyjaciółką

Alice i... — urwał nagle w połowie zdania.

Nie dopowiedziane słowa zawisły w powietrzu. Ich znaczenie było oczywiste.

Chciał powiedzieć, że Bella jest nieatrakcyjna, więc może się nie martwić.

Jednak zamiast uspokoić ją tymi słowami, sprawił, że łzy napłynęły jej do oczu.

Przypomniała sobie, co czuła, gdy jej nastoletnia miłość została z uśmiechem

odtrącona. A ponadto wykorzystywał jej przywiązanie do jego siostry, podjudzał jej sumienie.

- Dobra, zaryzykuję, ale odpowiadasz osobiście za wszystko co może się stać.

- Zaraz powinno się poprawić. Tutejsze instytuty meteorologiczne bardzo precyzyjnie potrafią przewidzieć pogodę na trzy dni z góry. – Śmiało wtrącił się Alvin, prawdopodobnie chcąc popisać się przed szefem.

— Pogoda nie zmieni się — zapewniła pewnym głosem Bella, jednak każde jej słowo przesiąknięte było sarkazmem.— Pan Cullen poinstruował kogo trzeba, że ma być sucho.

Chłopak oblał się rumieńcem, nie bardzo pewien, do czego odnosi się ta uwaga, a Edward uśmiechnął się rozbawiony.

— Speszyłaś faceta jak diabli — mruknął do niej, pochyliwszy się uprzednio

w jej stronę

— Naprawdę? — odpowiedziała głosem niewiniątka. Patrzyła na śnieżny, wietrzny

krajobraz i marzyła, by znaleźć się teraz w Nowym Yorku i fotografować psy pani

Molton. — A już myślałam, że faktycznie rozmawiałeś z najwyższymi mocami i

wydałeś odpowiednie instrukcje na najbliższe trzy dni. Rozczarowałeś mnie,

Edwardzie!

— Tak? A ty mnie nie. Zawsze potrafisz mnie rozśmieszyć. Nawet gdy jest mi

zimno, padam z nóg ze zmęczenia i udaję się w podroż, na którą wcale nie mam

ochoty.

Dziewczyna popatrzyła na niego ze zdziwieniem. Czy naprawdę uważał, że jest

zabawna? Dotychczas nie dał tego po sobie poznać.

Nie bardzo wiedział, czy to komplement, czy też raczej powinna poczuć się

obrażona. Zastanawiała się, czy woli uchodzić za osobę zabawną, czy za

atrakcyjną, seksowną kobietę.

Zmarszczyła czoło, zażenowana faktem, iż w ogóle śmiała pomyśleć, że Edward mógłby

uznać ją za osobę pociągającą. Było to równie prawdopodobne, jak ewentualność, że

pani Molton odda psy komuś innemu.

— Miejmy nadzieję, że warto — odparła beznamiętnie, ignorując uwagę Edwarda na

temat jej osoby. Wolała przesunąć rozmowę na bezpieczniejsze tory.

— Alice może się uprzeć i nie zgodzić, by nią rządził starszy brat.

— Dlatego ty tu jesteś. Alice ceni twoje zdanie.

— Wspaniale — mruknęła Bella. — O ile mogę być autorytetem w sprawach

sercowych.

— Wiem od mojej siostry — rzucił jej krótkie spojrzenie — że między filiżankami

kakao a wczesnym zasypianiem było miejsce na miłość.

— Słucham? — wydukała, czerwieniąc się i przysięgając, że udusi tą Chochlice, jak tylko

ją dopadnie. — Nie, lepiej nie powtarzaj. Doskonale słyszałam i mogę tylko

powiedzieć, że to nie twoja sprawa.

— Fakt — zgodził się. — Możesz to określić, jako naturalną ciekawość.

— Nie ma nic naturalnego we wtrącaniu się w moje prywatne sprawy. To nie

ciekawość lecz wścibstwo. Ja cię nie pytam, co robisz ze swoimi sympatiami.

— Tak Ale zamiast tego wiele rzeczy uogólniasz.

Rozmowa wymykała się Belli spod kontroli. Wydęła usta, patrząc uparcie przez okno. Czuła,

że Adam szczerzy zęby w uśmiechu i miała chęć go uderzyć.

* * *

Forks okazało się tak samo szare i bezbarwne jak osiem lat temu, kiedy Bella ostatni raz była w granicach rodzinnego miasta. Stacja benzynowa stała w tym samym miejscu i wyglądała tak samo obskurnie jak kiedyś, a biały budynek szkoły średniej majaczył w ten sam odrażający sposób, jak za czasów jej dzieciństwa. Od momentu śmierci rodziców nie zaglądała w te strony, przestała czuć jakiekolwiek przywiązanie do tego miejsca. Nie przypuszczała nawet, że kiedykolwiek więcej tutaj się pojawi. Do tego jeszcze w towarzystwie Edwarda Cullena.

Isabella wpatrywała się w przesuwające się krajobrazy. Pomyślała, że Alice nie

przepada za takimi miejscami, a już z całą pewnością nie odpowiadały one

Jamesowi. O ile dobrze go znała, gustował w eleganckim otoczeniu. A podrzędny hotel, z resztą jedyny w Forks, do luksusowych nie należał.

Zanim dotarli na miejsce, zrobiło się już ciemno.

- Więc co szaraczku? Zostajesz tutaj z naszym uprzejmym Alvinem, czy też decydujesz się na konfrontację? – zapytał ją Edward przyglądając się uważnie jej twarzy.

- Wolę iść z tobą. Kto wie, może w końcu zobaczę twoja klęskę, nie pozwolę, aby ten widok mnie ominął. – Bella starała się być równie irytująca co on, pozwalało to jej zapanować nad dziwnymi uczuciami, jakie pojawiały się wraz z tym chamskim, ale jakże przystojnym mężczyzną.

- Raczej idziesz pocieszać Alice. Doskonale zdajesz sobie sprawę, że wywlokę ją stamtąd choćby siłą. Jednak jestem pewien, że do tego nie dojdzie, moja młodsza siostra zdaje sobie sprawę, że mam kontrolę nad jej pieniędzmi. Nie zaryzykuje straty swojego majątku, a nawet jeśli coś takiego przyjdzie jej do głowy, to dla Huntera nie będzie ona już interesująca bez określonej sumy na koncie bankowym.

- Zrobisz to własnej siostrze, zagrozisz jej odebraniem części spadku? – Wprawdzie spodziewała się wszystkiego po Cullenie, ale jego plan wydal jej się nie tylko brutalny, ale i pozbawiony jakiegokolwiek pierwiastka moralnego.

- To dla jej dobra. Jeżeli siła moich argumentów nie zadziała, to niestety będę musiał zastosować najbardziej radykalne środki. – Edward nie rozumiał oburzenia dziewczyny. Według niego to najbardziej skuteczny sposób na pozbycie się żerującej na Alice pijawki.

- Jesteś draniem Cullen.

- A ty jesteś niewinna dziewicą. Wiem, że dla ciebie jestem jak ziejący ogniem smok, ale zapewniam cię, że ja akurat nie gustuje w pruderyjnych, nietkniętych dziewuszkach. – Własny komentarz niezwykle go rozśmieszył, szczególnie, że twarz Belli zrobiła się cała czerwona, a sama dziewczyna wyglądała, jakby miała zaraz wybuchnąć.

- Wiesz co, skończmy wreszcie tą rozmowę, wejdźmy do tego cholernego motelu i zakończmy tę sprawę. Im szybciej wrócę do domu, tym szybciej będę mogła się zająć moją pracą. – Bella z ledwością panowała nad swoim głosem, w tym momencie miała po prostu ochotę walnąć go czymś mocno w głowę i patrzeć na jego powolne męki. Edward instynktownie wyczuł, że trochę przeholował. Zmysł biznesmena nauczył go, że w pewnych momentach trzeba przerwać gierki słowne, a w przypadku tej kobiety, czas ten właśnie nadszedł.

Razem weszli do holu motelu. Edward zbliżył się do kąta, w którym stało niewielkie biurko służące za recepcję.

- Nazywam się Cullen. Czy w waszym motelu zameldowała się niejaka Alice Cullen albo James Hunter?

- Mój drogi chłopcze, ostatni gość zameldował się, jak dobrze pamiętam, pod koniec listopada. Ostatnio mamy przestój. Forks nie jest miasteczkiem turystycznym. – Starsza kobieta, siedząca za biurkiem spojrzała na niego z politowaniem. Jakby fakt, że o tej porze roku nikt nie korzysta z usług hotelarskich był oczywisty.

- Jest pani pewna?- Edwarda powoli ogarniała wściekłość.

- Może i jestem stara, ale zapewniam cię że wiem, czy ktoś mieszka w moim motelu. – Tym razem staruszka odpowiedziała silnym i głośnym tonem, widocznie poczuła się urażona.

- Oczywiście, przepraszam. Dziękuje za informację. – Kiedy Cullen odwrócił się w stronę stojącej przy drzwiach Belli, dziewczyna od razu wiedziała, że jest wściekły. Jego zielone oczy stały się prawie czarne, a sama twarz wyrażała frustrację. Pociągnął ją mocno za ramię i wyprowadził na zewnątrz.

- Oszukałaś mnie szaraczku! Zapewniam cię, że gorzko pożałujesz swojego podstępu.

- Ty chyba żartujesz! To ty wyciągnąłeś mnie na drugi koniec kraju. Poinformowałam cię, że Alice wspominała coś o Forks, ale nie byłam pewna czy tu jest. – Isabella próbowała wyrwać się z mocnego uścisku, ale dłonie Edwarda zacisnęły się na jej barku jak imadła.

- Nie ciągnęłam cię tutaj! Jak w ogóle możesz mówić coś takiego. To nie moja

wina!

— A więc czyja? Przecież powiedziałaś, że Alice tu jest. Prawda? A może wszystko

to sobie z góry ukartowałaś, wiedząc, że moja siostra jest gdzie indziej...

zapewne tysiące kilometrów stąd! Chyba oszalałem, skoro uwierzyłem twoim słowom.

Mogłem przypuszczać, że to spisek. Może nawet to był twój pomysł, żeby

wyjechali? Może uwagi o różnicach dzielących Alice i Jamesa miały mnie tylko

zmylić? Przecież jesteś sprytna. Wiadomo, cicha woda brzegi rwie! — Przyglądał

się jej bacznie, aż poczuła się nieswojo. — A może był inny powód, dla którego

mnie tu ściągnęłaś?

— Na litość boską, o czym ty mówisz? — wysapała nerwowo.

— Nie domyślasz się? — Skrzywił się cynicznie.— Może ściągnęłaś mnie, bo myślałaś, że na tym odludziu zrodzi się uczucie, którego kiedyś pragnęłaś...

Czuła, jak blednie. Drżała, bliska utraty panowania nad sobą. Ale na to nie

mogła sobie pozwolić. Trudno, niech gada, co chce.

— Nawet nie zamierzam odpowiadać na te bzdury. Ale wiedz, że trzeba być

niesłychanie zarozumiałym, żeby wymyślić coś takiego!

— Pragniesz mnie jeszcze po tych wszystkich latach?

— No pewnie! Jakżeby inaczej! Ja... — Wzięła głęboki oddech. — Skąd mogłam

wiedzieć, że Alice zrezygnuje z przyjazdu tutaj?

— A kobieca intuicja? Czy to może jedna z tych rzeczy, których ci brak?

Zapadła martwa cisza. Bella zarumieniła się. Jedna z tych rzeczy? Pewnie

jeszcze wygląd. Seksapil. Czy o to mu chodziło? Czy to były te rzeczy, których

ponoć brakowało w jej życiu? Po kilku minutach ciszę przerwał Edward.

- No więc dobrze, co teraz mamy twoim zdaniem zrobić? Alvin odjechał na moje życzenie, Alice nie ma w Forks. Masz jakiś plan B?

- Rób co chcesz, nie mam zamiaru przebywać ani minuty dłużej w twoim towarzystwie, prześpię się w domu, zabiorę przy okazji kilka pamiątek, a jutro wracam do Nowego Yorku. – Głos Belli wydał się pusty, zaczęły mu dosiewać lekkie wyrzuty sumienia. Może niepotrzebnie tak na nią napadł?

- Nie sprzedałaś jeszcze domu? Byłem pewny, że nie zamierzasz tu nigdy wrócić? – zapytał szczerze zainteresowany.

- Jeszcze nie! Rzeczywiście czas i pora, aby to zrobić. A teraz, żegnam. – Szybkim krokiem zaczęła oddalać się od stojącego mężczyzny i skierowała się w stronę rodzinnego domu, znajdującego się zresztą niedaleko.

- Bello, poczekaj! – Dziewczyna odwróciła się gwałtownie, minęło dużo czasu odkąd ostatni raz zwrócił się do niej po imieniu.

- Przepraszam za mój wybuch, jestem zmęczony i wszystko odbiło się na tobie. – Edward Cullen ją przeprasza. Zbliża się apokalipsa.

- Nic nie szkodzi, ja tez jestem zmęczona. A teraz jeśli pozwolisz, pójdę już.

- Pozwolisz, abym zanocował w twoim domu. Będzie to na pewno o niebo lepsze, niż nocleg w tym obskurnym motelu.

- Jeśli chcesz. – dziewczyna była naprawdę zdumiona zmianą jego zachowania, mówił grzecznym i miłym głosem, gdyby nie to, że była pewna, iż nic nie pił, powiedziałaby, że jest pijany – Ale nie byłam w nim od ośmiu lat, leżą tam zapewne tony kurzu, nie mówiąc nic o chłodzie jaki tam panuje. No i to raczej skromny dom…

- Nic nie szkodzi. Wiem na co się piszę, szaraczku.

- Powrócił dawny Cullen – pomyślała Bella i oboje równym krokiem ruszyli w kierunku głównej ulicy.