Autor: aleksandra006

Beta: mała_nessi

Rozdział III

Dom, należący do rodziny Swanów, znajdował się w opłakanym stanie. Deski, będące podłogą ganku przegniły i zostały zjedzone przez korniki. Okiennice, które Renee Swan malowała co roku z ogromną zawziętością, teraz ledwo się trzymały. Cały ten niewielki budynek po prostu się rozpadał, czas był dla niego nieubłagany. Widok ten sprawił, że serce Belli rozsypało się na tysiące kawałków, raniąc przy okazji inne części ciała.

Osiem lat, to szmat czasu, ale dziewczyna nie była jeszcze przygotowana, aby zobaczyć cień własnego dzieciństwa, by przypomnieć sobie tamte szczęśliwe lata. Gdyby obok niej, nie stał teraz Edward, zapewne rozpłakała by się. Nie chciała jednak pokazać słabości, nie życzyła sobie pogardliwego spojrzenia i litości, która zapewne zalśniła by w jego szmaragdowych oczach.

- Masz klucze, szaraczku? – prychnął Edward. – Robi się coraz chłodniej i było by milo, gdybyśmy weszli do środka.

- Tak, oczywiście. – Bella ocknęła się w końcu ze smutnych myśli i zawzięcie zaczęła przeszukiwać swoją przepastną torebkę. Po minucie, trzymała już w reku pąk mosiężnych kluczy. Szybkim ruchem otworzyła dębowe drzwi, które przy każdym ruchu wydawały przerażające dźwięki.

- Wow. – Tylko tyle wyrwało się z piersi mężczyzny na widok wnętrza. Meble przykryte były płachtami białego materiału, kurz znajdował się niemal wszędzie, łącznie ze ścianami i sufitem. – Jak z jakiegoś horroru!

- Jak ci się nie podobna Cullen, to możesz wracać do motelu. Uprzedzałam cię, że dom nie jest w najlepszym stanie.- Bella od razu przyjęła pozycje obronną, nie czuła się na siłach, aby nadal prowadzić z nim potyczki słowne. Tego dnia i tak dał jej w kość.

- Spokojnie, Swan. Nie denerwuj się tak, bo przed trzydziestką dostaniesz jeszcze zmarszczek mimicznych. Nie oczekiwałem apartamentu, wystarczy mi jakiś koc i kawałek podłogi.

- Zapewniam cię, że dostaniesz łóżko, nie musisz się martwić, że będziesz spał na podłodze. Kiedy byliśmy na stacji benzynowej zrobiłam drobne zakupy, więc jak będziesz grzeczny to załapiesz się rano na jeden kubek kawy i tosty. –Nie czekając na reakcję Edwarda, Bella skierowała się w kierunku salonu. Rzuciła płaszcz na stary bujany fotel, zapaliła świece, które nadal znajdowały się w szufladzie w holu i zaczęła uporządkowywać otaczającą ja przestrzeń.

- Może ci w czymś pomóc? – pytanie to zupełnie ją zaskoczyło. Edward Cullen miał by sprzątać?!

- Jesteś pewny, że chcesz ubrudzić sobie ręce? Z tego co pamiętam, nigdy nie skalałeś się czymś tak prozaicznym jak sprzątanie. – ironicznie zaśmiała się Bella.

- Co ty możesz wiedzieć, szaraczku? Przyznaję, że w domu od zawsze mieliśmy gosposie i obecnie również zatrudniam osoby do sprzątania, zapewniam jednak, że mój wybitny intelekt, pozwala mi wyobrazić sobie do czego służy miotła czy ścierka. – Atmosfera zagęszczała się, oboje patrzyli na siebie z nieufnością.

- Dobra Cullen, może rzeczywiście niedoceniałam twojego mózgu. W każdym razie mam prośbę, jestem zmęczona i nie mam najmniejszej ochoty się z tobą użerać. Obiecuje trzymać gębę na kłódkę, jednak od ciebie oczekuje tego samego. Chcę doprowadzić dom do znośnego wyglądu i położyć się spać. – Głos dziewczyny rzeczywiście zdradzał zmęczenie i zrezygnowanie. Edward również czuł się zmęczony wielogodzinną podróżą, nieprzespaną nocą i okalającymi go problemami. Jakkolwiek lubił dokuczać Isabelli, tym razem się z nią zgadzał.

- Dobra, nie traktuj mnie jednak za zło konieczne. Ja również nie przepadam za tą dziurą. Prześpimy się, zjemy coś i wracamy do NY.

- Umowa stoi. – skinęła Bella. – Przy okazji, będziesz spał w pokoju rodziców, zaraz przygotuje ci pościel i ogarnę trochę pokój. Za pół godziny będziesz mógł się rozgościć.

- Spokojnie szaraczku, jeszcze wczesna godzina, dopiero zmierzcha. Chociaż ty zapewne sypiasz i budzisz się razem z kurami. – zaśmiał się głośno Cullen.

- Coś mi obiecałeś! – zimnym głosem przypomniała mu dziewczyna.

- No już dobrze, będę grzeczny. – odparł ze śmiechem.

Edward naprawdę lubił drażnić się z nią. Pamiętał, jak w któryś weekend wrócił do domu, a tam zastał Alice i Bellę nad domowym basenem. Bella mimo swoich siedemnastu lat, wyglądała jak trzynastolatka. Miała chłopięcą urodę. Nawet drobna Alice wyglądała przy niej bardziej kobieco. Drażnił ją, wyśmiewając jej ciało, ukryte za bardzo rozbudowanym, jednoczęściowym kostiumem. Tak, przypomniały mu się stare dobre czasy

Forks, 9 lat wcześniej

- Hej szaraczku, nie potrzebujesz tego kostiumu, nie masz przecież czego ukrywać.

Policzki Belli pokryły się szkarłatnymi plamami. Dziewczyna gwałtownie okryła się znajdującym się nieopodal ręcznikiem, próbując w ten sposób ukryć się przed roześmianymi oczami Edwarda.

- Z przykrością muszę przyznać, że nawet Alice ma większe piersi niż ty. Nie wiedziałem, że w ogóle jest to możliwe. Byłem pewny, że mniejszych już nie można mieć. – Edward ciągnął dalej swoją tyradę, szczerze ubawiony coraz większym rumieńcem Isabelli. Teraz nawet jej szyja była szkarłatna.

- Hej, wcale nie mam małych cycków – żachnęła się Alice, wymownie patrząc na swoje ,,walory" ukryte za miseczkami bikini. – I nie zawstydzaj Belli, ma wszystko na swoim miejscu.

- Ja na twoim miejscu, szaraczku zaczął bym poszukiwania. Bo wątpię czy cokolwiek tam istnieje, a może pozwolisz mi się przekonać, co tam kryjesz? – Tego dziewczyna nie wytrzymała, potykając się o własne nogi, uciekła do budynku mieszkalnego.

Edward nie mógł powstrzymać śmiechu, sam widok uciekającej Belli był prześmieszny.

- No i widzisz co zrobiłeś. Wiesz, że dwa tygodnie ją namawiałam, żeby posiedziała ze mną nad basenem, ubrana z kostium kąpielowy. Teraz już za żadne skarby jej tu nie zaciągnę. – krzyknęła z wyrzutem Alice. –Dlaczego tak ją dręczysz, czy ty nie widzisz, że ona się ciebie po prostu boi. Nie mogę się doczekać, kiedy w końcu wrócisz na uniwerek, przynajmniej Bella będzie się lepiej czuła w naszym domu.

- Nie przesadzaj kruszynko, przecież nie robię nic złego, tylko tak się drażnię. Musisz jednak przyznać, że natura hojnie jej nie obdarzyła. – chłopak skrzywił się lekko, kiedy wymawiał te zdanie.

- Nie wszyscy gustują w piersiastych, pustych blondynkach, jak ty. – odparowała Alice, broniąc przyjaciółki.

- No dobrze, waleczny chochliku, nie denerwuj się tak. Obiecuje być grzeczny….

* * * *

Bella zaciekle sprzątała sypialnie rodziców, w której miał dzisiejszej nocy spać Edward. Bezustanne krzątanie się, zamiatanie, ścieranie, pozwalało jej zapomnieć o bólu, jaki czuła patrząc na te wszystkie sprzęty, meble i bibeloty znajdujące się w domu. Nie było jej tu osiem lat, była przekonana, że uporała się już ze wszystkimi demonami z przeszłości. Jednak już po pierwszym spojrzeniu na tak ukochany niegdyś budynek, wiedziała, że ból po tragicznej śmierci rodziców nie zmniejszył się nawet odrobinę.

Obecność Cullena tylko pogarszała sprawę. Wkurzał ją, irytował, męczył i sprawiał, że podnosiło się jej ciśnienie. Jednak nie była w stanie zaprzeczyć, uczucie, które narodziło się jeszcze gdy była nastolatką nie do końca wygasło. A im dłużej przebywała obecnie w jego towarzystwie tym bardziej była przekonana, iż nie będzie wcale tak łatwo o tym zapomnieć.

- Jesteś cholerną masochistką, jak możesz podkochiwać się w kimś kto tobą gardzi, wyśmiewa się z ciebie i prawdopodobnie ma do ciebie chłodne uczucia. Tylko ty Swan mogłaś to zrobić. Zawsze podejrzewałam, iż z moją głową jest coś nie tak. – Bella bardzo często mówiła sama do siebie, czasami na głos, jednak zazwyczaj w myślach. Nigdy nie była za bardzo towarzyska. Gdy była małą dziewczynką, wymyślała sobie niewidzialnych przyjaciół, rozmawiała z pluszowymi misiami. Nie przepadała za ludzkim towarzystwem, zawsze była odludkiem. Dopiero kiedy rodzina Cullenów wprowadziła się do Forks, kiedy poznała Alice, zaczęła bardziej otwierać się na świat. Do końca życia nie zapomni tej chwili, kiedy w szkolnej stołówce, czarnowłosy chochlik zamiast przysiąść się do miejscowej elity, wybrał samotnie siedzącą dziewczynę.

- Daj spokój Bello, nie musisz aż tak tutaj sprzątać. – Edward stał w progu i przyglądał się jej poczynaniom. Jej ruchy były nerwowe i chaotyczne – nie podziewał się, że dziewczyna aż tak zareaguje na pobyt w Forks.

- Ale chcę.

- No dobra szaraczku, wiem że nie byłem nigdy za bardzo uprzejmy dla ciebie, ale znamy się od lat. Powiedz mi, co cię dręczy? – Bella nie słyszała nigdy, aby zwracał się do niej tak spokojnym i miłym głosem. Łzy zebrały się jej pod powiekami.

- Od kiedy interesują cię moje problemy, Cullen? – Atak to najlepsza forma obrony.

- Nie bądź melodramatyczna, jesteś przybita, więc chce po prostu wiedzieć, co się stało?

- Nic. Jestem po prostu zmęczona zastanawiam się nad zamówieniami, które nade mną wiszą i chciałabym uwolnić się w końcu od twojego towarzystwa. – Ironicznie rzuciła dziewczyna, odwracając się do niego tyłem. Nie chciała, aby wyczytał z jej twarzy co naprawdę czuje.

Nie zauważyła nawet, kiedy Edward podszedł do niej, złapał ją za ramiona i mocnym ruchem usadził na łóżku.

- Nie mam zamiaru bawić się z tobą w kotka i myszkę. Nie jestem ślepy. Nadal przeżywasz śmierć rodziców? Dlatego nie chciałaś wracać do Forks? – Zasypywał ją pytaniami, ale nie potrzebował na nie odpowiedzi, jej spojrzenie, ból w oczach, mówiły same za siebie.

Bella nie była w stanie wydusić z siebie słowa, każdy oddech sprawiał jej ból. Nie chciała myśleć ani o mamie ani o tacie, nie chciała pamiętać tamtej nocy, kiedy samochód spadł z klifu, i kiedy jej ukochana rodzina zginęła na miejscu. Nie chciała pamiętać wydarzenia, które tylko ona przeżyła. Już nie powstrzymywała łez, pozwoliła sobie na chwilę słabości i wybuchła przejmującym szlochem.

Jakkolwiek mogła spodziewać się swojej reakcji na wspomnienia, tak nigdy nie przyszłoby jej do głowy, jak zachowa się w tym momencie Edward. Nie patrząc na spływający po policzkach tusz i ubrudzone kurzem ubranie, przytulił dziewczynę mocno do siebie. Jej twarz znalazła się na wysokości jego torsu, ukryła ją więc w przesiąkniętej jego zapachem koszuli. Ramiona Cullena były silne i mocne, trzymały Bellę tak mocno, że nie miała nawet możliwości, aby się uwolnić.

- Już dobrze szaraczku, już dobrze. Nie płacz, proszę. Nienawidzę jak kobiety płaczą. No już, ciii…ciii kotku. – szeptał jej do ucha. Kołysał ją jak małe dziecko, próbują przynieść jej ulgę.

Dzięczyna nadal łkała, ale jej oddech powoli się uspokajała. Przeraźliwe obrazy nadal jednak nie chciały jej opuścić. Wszystko to, co tak starannie próbowała zapomnieć, wróciło do niej z nową mocą

Forks, 8 lat wcześniej

Pogoda była okropna, deszcz zacinał niemiłosiernie, a wiatr dął co najmniej 120 km/h. Nie była to żadna anomalia, wszyscy mieszkańcy tego zapomnianego miasteczka w stanie Waszyngton byli przyzwyczajeni do takiego stanu rzeczy.

Tego właśnie dnia Charlie Swan wraz z żoną i córką wracali do domu z Port Angels.

- Tato, mamo, jeszcze raz dziękuję, że pozwoliliście kupić mi tą furgonetkę. Jest cudna, obiecuję, że będę o nią dbała. – Bella trajkotała radośnie. Ojciec kupił jej tego dnia samochód.

- Zasłużyłaś na to kochanie, masz dobre stopnie i przede wszystkim sama zarobiłaś pieniądze na ten cel. Choć na początku nie byłam przekonana co do twojego wyboru, jednak teraz cieszę się, że jesteś zadowolona- Matka Belli, Renee była miłą i prostą kobietą. Sama skończyła tylko liceum, zależało jej więc, aby kochana córeczka miała szanse na dobre wykształcenie.

Podziwiała Bellę za to, że z taką uporczywością walczy o swoje marzenia, była utalentowana artystycznie, od dziecka marzyła, aby studiować fotografię.

- Byłem pewien, że za te pieniądze, będziesz chciała kupić sobie lepszy sprzęt fotograficzny. – Do rozmowy wtrącił się Charlie, z dumą patrzył na swoje pierworodne dziecko.

- Aparat, który dostałam od Alice jest świetny. Na razie mi wystarczy. Trochę głupio się czuję, że ona kupuje mi takie drogie prezenty, nie mogę się jej przecież odwdzięczyć tym samym. – Bella uwielbiała swoja przyjaciółkę, było jej przykro, że nie stać jej, aby chociaż na urodziny Alice, kupić jej porządny prezent.

- Rozumiem cię córciu, sam na początku miałem pewne wątpliwości, ale Alice to taka mila i bezinteresowna dziewczyna. Nie oczekuje od ciebie niczego w zamian. Cieszę się, że masz takich znajomych. – Na początku znajomości Alice z Bellą, Charlie nie był przekonany co do tego, czy dziewczęta powinny się spotykać. Cullenowie byli bardzo bogaci, Carlisle Cullen prowadził wydawnictwo, które miało filie w całych stanach. Nikt nie wiedział, dlaczego zamieszkał z całą rodziną w takim małym, szarym miasteczku, i dlaczego pozwolił dzieciom chodzić do zwykłej, publicznej szkoły. Ale rezolutna Alice zawojowała jego serce, miała dobry wpływ na jego córkę, która bardziej otworzyła się nią świat.

- Masz rację, Alice jej niesamowita. – zaśmiała się Bella.

- Kochanie, długo jeszcze, wleczemy się dzisiaj niemiłosiernie. – Zwróciła się z pytaniem do męża Renee. – Chciałabym już być w domu i napić się gorącej kawy.

- Zawsze narzekasz kotku, za dwadzieścia minut powinnyśmy już być na miejscu. – zaśmiał się Charlie i były to ostatnie słowa jakie padły w samochodzie. Kilka sekund później na drogę wpadło, przestraszone leśne stworzenie. Prawdopodobnie jeleń. Komendant Swan próbując wyminąć zwierze stracił panowanie nad kierownic., Koła samochodu wpadły w poślizg i maszyna spadła z niewielkiego klifu.

Bella nie pamiętała samego zajścia. W pamięci utkwił jej tylko krzyk matki, dźwięk rozszarpywanego metalu i zimno wody. Nie wiedziała jakim cudem wydostała się z wraku samochodu i nie pamiętała kto wydostał ją z wody. Ocknęła się dopiero w szpitalu. Tego dnia straciła wszystko, co było dla niej najważniejsze.

Edward nie spodziewał się, że ciało Belli będzie takie delikatne i miłe w dotyku. W pewnym momencie przez myśl przeszło mu nawet, że idealnie pasuje do niego. Każda jej wypukłość wpasowywała się w jego wklęsłość i odwrotnie. Po prostu wszystko było na swoim miejscu.

Dziewczyna łkała prawie pół godziny. W pewnym momencie przestraszył się nawet, że może przyjazd tutaj za bardzo wykończył ją psychicznie. Bella, którą znał, nie zbliżała się do niego, odpowiadała ironicznie na jego zaczepki albo rumieniła się zaciekle. Nigdy nie płakała.

- Już dobrze? – zapytał zatroskanym głosem, intensywnie się jej przyglądając.

- Tak. Przepraszam.

- Za co szaraczku, dla każdego, to co przeżyłaś, byłoby trudne. Czasami trzeba się wypłakać, wtedy człowiek czuje się lepiej.

- Od kiedy jesteś specjalistą od rozpaczy? – zapytała cicho, ale Edward już wiedział, że dziewczyna wraca do normy.

- Znasz Alice, ryczy z każdego możliwego powodu, od rozlanego mleka, do śmierci rodziców. Kiedyś mnie to wkurzało, nie rozumiałem po co wylewać tyle bezsensownych łez, ale w końcu zrozumiałem, że ona w ten sposób się oczyszcza. Dzięki temu nie popada w rozpacz i odrętwienie. – odpowiedział jej całkiem poważnie, to nie był najlepszy moment, aby kpić. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak Bella cierpiała po śmierci rodziców.

- Nie wyobrażam sobie Alice w stanie odrętwienia. – zachichotała leciutko. – Zawsze mam wrażenie, że jest w ciągłych ruchu. Nawet jak siedzi.

- To prawda, moja siostra ma sprężynki w swoich chudych nóżkach. – zawtórował jej mężczyzna.

- Ja naprawdę nie wiedziałam, że Alice ma zamiar wyjechać, czy też jak wolisz, uciec. – westchnęła i jej twarz znowu nabrała podejrzanie smutny wygląd.

- Wiem, szaraczku, wiem. Miałem jednak nadzieje, że ją tu znajdę. Naprawdę martwię się o nią.

- Powinna niedługo się odezwać, jak nie do ciebie to do mnie. – pocieszyła go Bella.

- Miejmy nadzieje, że masz rację. Zgłodniałem, co powiesz na kubek kawy i coś do zjedzenia? – zapytał uprzejmie, uśmiechają się zapraszająco.

- Czemu nie. Nie mam na nic innego siły.

Oboje zeszli do małej, zakurzonej kuchni znajdującej się na parterze. Po raz pierwszy w ich całej znajomości, spędzili godzinę razem i nie zarzucali siebie obelgami, czy też ironicznymi uwagami. To była nowość dla nich obojga.