│ Rozdział 11 – Bird Song

│ Autor: aleksandra006

│ Beta: mała_nessi

-Myśl Swan, myśl. Co teraz? Może będziesz udawać, że nic nie pamiętasz? Nie, to nie wypali! Może on będzie udawać, że nic się nie stało? Boże spraw, żeby to zrobił! Dobrze wiesz Swan, że to tylko twoje marzenia. Sama wpakowałaś się w ta kabałę, więc musisz coś z tym sama zrobić. Zachowaj się jak kobieta i go po prostu przeproś. Będzie cię dręczył, poniżał, dobijał przy każdym spotkaniu, ale będziesz miała przynajmniej czyste sumienie. Tak, przeproszę go. Ale jak?- Po całonocnym płaczu Bella wzięła się w końcu w garść. Zdawała sobie sprawę, że tym razem poległa na całej linii. Alkohol uwolnił wszystko to, co skrzętnie ukrywała przed światem, puściły wszelkie hamulce. Kiedy zegar wybił piątą rano i słońce powoli zaczęło wychodzić zza horyzontu, zaczęła myśleć jak z twarzą wyjść z tej sytuacji. Ona nie tylko całowała się z Edwardem Cullenem, ona się prawie z nim kochała. I wcale nie żałowała tego, o nie. Wiedziała jednak, że on żałuje i nie chciała wyjść na idiotkę zakochaną po uszy w facecie, który jej nawet nie lubi, nie mówiąc już o szacunku.

- Masz szczęście Swan, że byłaś pijana. Zawsze możesz zrzucić winę na alkohol.

O godzinie szóstej z ociąganiem wstała z łóżka, poprawiła swoją sukienkę i skierowała się do drzwi. Miała szczerą nadzieję, że Edward jeszcze śpi i nie usłyszy jak skrada się po salonie i wraca do swojego pokoju. Nie próbowała nawet zakładać swoich horrendalnie wysokich szpilek, nie była by w stanie przejść w nich nawet dwóch kroków, nie robiąc przy tym ogromnego hałasu.

Salon był pusty, odetchnęła więc z ulgą. Ze zgrozą przyjrzała się swojemu odbiciu w dużym lustrze, jej włosy sterczały niemiłosiernie, czarne smugi będące pozostałością tuszu do rzęs rozmazały się po całej twarzy, sukienka była pognieciona i gdzie niegdzie poplamiona. Jeżeli do tego dodać pulsujący ból głowy, jaki ją dręczył od kilku godzin, obraz nie przedstawiał się optymistycznie.

Poczuła się dużo lepiej, kiedy opuściła apartament Cullena. Z dość dużym trudem dotarła wreszcie do swojego pokoju, z jękiem opadła na niepościelone łóżko. Rosalie jeszcze nie wróciła, co było jej z resztą na rękę. Nie potrafiłaby jej wytłumaczyć, dlaczego w takim stanie pojawiła się w pokoju o piątej rano.

Zegar wybił w pół do siódmej. O ósmej zaczynał się oficjalnie drugi dzień zdjęć. Bella nadal nie czuła się najlepiej, wydawało jej się, że w tym stanie nie powinna pokazywać się nikomu. Nie miała jednak wyboru. Powlokła się pod prysznic, aby zmyć z siebie nie tylko brud i resztki kosmetyków, ale również zażenowanie i wstyd. To była dla niej noc pełna wrażeń, zarówno tych przyjemnych, jak i strasznych.

Nie pojawiła się na śniadaniu, nie miała ochoty jeść, a tym bardziej skonfrontować się z facetem swoich marzeń, przed którym tak się poniżyła. Próbowała skupić się na czekającej ją pracy, otworzyła swój zeszyt, w którym zapisywała wszystkie pomysły i z dużą determinacją zaczęła przygotowywać się do kolejnego trudnego dnia na Trynidadzie.

Edward Cullen prawie przez całą noc nie zmrużył oka. Nie był w stanie zapomnieć tego, co się stało późnym wieczorem. Jego umysł nie pozwalał mu wyzbyć się obrazu Belli, półnagiej, uległej, zatopionej w rozkoszy. Nie tylko umysł odmawiał mu posłuszeństwa, ciało już dawno przestało z nim współpracować. To ono zdradziło go w najbardziej nieodpowiedniej chwili. Jak on mógł w tak perfidny sposób wykorzystać tą dziewczynę? Była pijana, nie panowała ani nad swoimi słowami, ani nad swoim ciałem. On był trzeźwy i zachował się jak prawdziwy bydlak. Zawsze pogardzał mężczyznami, który korzystali z nadarzającej się okazji i wykorzystywali nieświadome tego kobiety, a teraz okazało się, że on nie jest od nich lepszy.

Nieprawda, nigdy cie nie znienawidzę. Przecież wiesz że cię kocham. Tak powiedziała i do jasnej cholery, podobało mu się to. A co gorsza, nie wiedział czemu. Isabella nie była kobietą, która wpasowywała się w jego gusta, zwykle interesował się wysokimi, bardzo szczupłymi kobietami o nienagannej urodzie i stylu. Jego przyjaciółki były wyrafinowane zarówno w życiu codziennym jaki i w łóżku. Delikatna i rozważna Bella zupełnie nie pasowała do tego profilu, a jednak nie był w stanie przestać o niej myśleć. Kiedy w końcu wstał z łóżka, Belli już nie było. Był pewien, że wymknęła się nad ranem, akurat wtedy przysnął zmęczony nocnymi rozważaniami.

Zmusił się do szybkiego prysznica, chciał jak najszybciej pojawić się na dole i porozmawiać z Bellą. Nie zastał jej jednak ani w pokoju, ani w hotelowej restauracji. Martwił się, nie wiedział jak jego dziewczyna zareagowała na wczorajsze zdarzenie, miał tylko nadzieje, że nie zrobi niczego głupiego i nieprzemyślanego. I tak czuł już się wystarczająco winny.

Edward Cullen nie poddawał się jednak tak łatwo. Wiedział, że cokolwiek by się stało, Isabella nie zostawiłaby pracy. Była profesjonalistką w pełnym tego słowa znaczeniu. Tak więc pełen nadziei pojawił się na planie zdjęciowym razem z pracownikami i modelkami. Ona już tam była, przygotowywała aparaty, klisze, lampy błyskowe. Wydawało się, że jest całkowicie zaprzątnięta swoim zajęciem, jednak on widział, że jej ręce drżą a twarz jest nienaturalnie blada. Nie był tylko pewien, co było powodem jej kiepskiego stanu, kac czy on. Kiedy wydawała polecenia asystentom i oświetleniowcom mówiła nienaturalnym, cichym głosem. Nie chciał się jej narzucać i rozpraszać w pracy, usiadł więc przy stoisku wizażystów i przyglądał się jej z ukrycia.

- Witam panie Cullen. Jak samopoczucie dzisiaj?- zapytała go ładna blondynka, prawdopodobnie jedna z wizażystek.

- Dziękuje, w porządku. – odparł przyjaźnie, jednak bez większego zainteresowania. Cały czas obserwował Bellę.

- Ma dzisiaj zły dzień. Chyba wczorajszy wieczór nie był dla niej udany.- zagadnęła go dziewczyna, kierując wzrok w tym samym kierunku co on.

- Słucham? – zapytał lekko zdezorientowany.

- Bella. Chyba wczorajsza impreza nie była dla niej udana. Nie miałam za bardzo czasu dzisiaj z nią pogadać, kiedy wróciłam do pokoju już jej nie było.

- Ty pewnie jesteś Rosalie?

- Och, widzę że Isabella już mnie wspominała. Mam nadzieję, że pozytywnie! – zaśmiała się blondynka.

- Oczywiście. – Edward nie był w stanie powstrzymać uśmiechu, kiedy przypomniał sobie pijacki bełkot brązowowłosej o swojej współlokatorce i jej chłopaku. A raczej o ich nocnym zajęciu.

- Musze się koniecznie dowiedzieć co się stało. Szkoda, aby dziewczyna martwiła się do końca pobytu jakąś drobnostką. – odparła pewnie Rose. Cullen zamyślił się. Bał się, że Bella nigdy nie weźmie tego co się stało za drobnostkę, a tym bardziej tego nie zapomni. I raczej jej nie pomoże rozmowa z koleżanką.

- A może to z pana winy jest taka przygnębiona?

- Co? – tym razem zaskoczyła go. W pierwszej chwili pomyślał, że Bella powiedziała blondynce o tym małym incydencie, ale dalszy ciąg wywodu dziewczyny zaprzeczył tej teorii.

- Niech pan nie udaje naiwniaka, z całym szacunkiem panie Cullen, ale Bella reaguje na pana bardzo gwałtownie. Oczywiście ona myśli, że jej uczucia i emocje są niewidoczne dla nikogo z zewnątrz, ale przede mną bardzo trudno cos takiego ukryć. Tym bardziej, że bardzo ją lubię i życzę jej jak najlepiej.

- Wiesz Rosalie, chyba za bardzo nie zrozumiałem o co ci chodzi.

- To bardzo proste, panie Cullen. Nich pan przestanie łamać tej biednej dziewczynie serce.

W tym momencie wszystko w Edwardzie zamarło. Miał wrażenie, jakby krew w jego żyłach przestała płynąć, mózg przestał pracować, a serce zamarło. Czuł tylko tępy ból u podstawy czaszki. Nie wiedział czemu tu stoi i słucha reprymendy od obcej dziewczyny, ba, jego pracownicy.

- Nie chcę łamać jej serca.- odparł tylko, lekko zawstydzony tematem tej rozmowy. Jak nie patrzeć zeszła ona na bardzo osobiste tory.

- To niech pan w końcu coś zrobi, aby tego nie robić. Jest pan już dorosłym mężczyzną, chyba nie musze pana pouczać w jaki sposób mężczyzna może uczynić kobietę szczęśliwą. I mi chodzi mi o seks, jakby miał pan wątpliwości. - dodała na koniec z uśmiechem blondynka.

- Jesteś bardzo bezpośrednia. – stwierdził po chwili oszołomienia Edward – I szczera. Lubię ludzi szczerych. Skoro rozmawiamy już o takich prywatnych sprawach, to wypadałoby się oficjalnie przedstawić. Jestem Edward Cullen, ale w tej sytuacji mówi mi po prostu Edward.

- Jestem Rosalie Hale, a ten oświetleniowiec o posturze niedźwiedzia to mój narzeczony, Emmett. Wczoraj mi się oświadczył.

- Gratulacje. – pogratulował szczerze. – Wszystkiego dobrego dla was obojga.

- Dziękuje, ale teraz to powinien pan zając się szczęściem Belli, no i może swoim.

- Wiesz, przypominasz mi moją siostrę, Alice. – Nie był w stanie powstrzymać uśmiechu.

- Już to słyszałam od Belli, więc coś w tym musi być. Mam nadzieje, że ją poznam, z opowiadań naszej pani fotograf wynika, że to moja pokrewna dusza. – odparła z wielką powagą Rosalie. – Będziemy musiały wybrać się razem na zakupy.

- Coś mi się wydaje, że Bella ma rację. Z pewnością się polubicie. – odparł że śmiechem i powrócił do obserwowania osoby, wokół której kręciła się ta dziwna rozmowa.

Każda minuta pracy dłużyła się jej niemiłosiernie. Starała się nie okazywać tego, jednak nie była w stanie ukrywać, że jest w paskudnym humorze. Nigdy nie potrafiła udawać dobrego nastroju, uważała się z resztą za kiepską aktorkę. Zawsze zazdrościła Alice jej umiejętności teatralnych, były bardzo przydatne w życiu, chociażby w takim momencie jak ten. Niestety, jak to mówiła jej świętej pamięci babcia, „nie można mieć wszystkiego, trzeba zaakceptować siebie wraz ze swoimi wadami i zaletami".

Z każdą godziną czuła się coraz gorzej, jednak nie pod względem fizycznym, ale psychicznym. Czuła jak kac po alkoholu przekształca się w kaca moralnego. Kiedy zakończył się czterogodzinny maraton pracy, była wykończona, jakby pracowała bez przerwy dwanaście godzin. Czuła, że jeżeli się nie położy chociaż na godzinę, nie będzie w stanie pracować po popołudniowej przerwie. Zostawiając cały rozgardiasz swoim asystentom, udała się szybkim krokiem w kierunku hotelu. Marzyła się jej chłodna kąpiel i ożywcza drzemka. Nie zauważyła, że jak cień za nią podąża pewien mężczyzna. Nie zdawała sobie sprawy, że wszedł za nią do hotelu, ani że obserwował ją aż nie doszła do drzwi pokoju..

Udała się wprost do łazienki, zrzuciła szybki ruchem ubrania i weszła do kabiny prysznicowej. Szum wody zagłuszył dźwięk otwieranych drzwi oraz trzask charakterystyczny przy ich zamykaniu. Zmywając z siebie trudy pracy nie słyszała, że niezapowiedziany gość rozsiada się wygodnie w fotelu. Nieświadoma Bella odprężała się pod strumieniami wody. Po piętnastu minutach owinięta w biały, bawełniany ręcznik weszła do części sypialnej, aby zażyć chwili snu. Odwrócona tyłem do fotela nie zauważyła swojego gościa, o swej obecności postanowił więc sam ją powiadomić.

- Jak się czujesz, Bello?

Dziewczyna wydała z siebie krótki, głośny krzyk. Gwałtownie odwróciła się w stronę, z której dobiegał znajomy głos.

- Boże Cullen, co ty tutaj robisz? Chcesz abym dostała zawału.

- To był jedyny sposób, aby z tobą porozmawiać, dobrze o ty wiesz. – Jego głos był cichy i spokojny. Jego wzrok łagodny. Nie biła z niego ta pewność siebie co na co dzień .

- Nie mamy o czym rozmawiać.

- Owszem, mamy.

- Nie chcę, nie zmusisz mnie. Proszę, daj mi odpocząć. Obiecuje że wykonam ten projekt najszybciej jak się da. Wyniosę się stąd i postaram się nigdy więcej nie wchodzić ci w drogę.

- Nie! – głośny okrzyk protestu wyrwał się z jego ust. Nie wiadomo kogo bardziej zaskoczył, ją czy siebie samego.

- Co nie? – drżącym głosem zapytała Bella.

- Nie chcę, abyś wyjeżdżała, a tym bardziej, abyś mnie unikała.

- A masz lepszy pomysł? – Dziewczyna stała na środku pokoju, okryta jedynie wąskim skrawkiem materiału i bezradnie patrzyła na Edwarda, próbując wyczytać intencje, którymi się kierował.

- A czy musi być jakiś pomysł. Po prostu…dajmy szanse, aby wszystko samo się ułożyło.

- Ja nie wiem, czy to samo się naprawi.

- Po prostu spróbujmy. – Edward nie był w stanie oderwać oczu od jej ciała. Zgrabne nogi, kruche ciało, jędrne piersi okryte tylko skrawkiem ręcznika. Był tylko mężczyzną, wiedział, że jeżeli zaraz nie wyjdzie, szlak trafi jego próbę porozumienia się z Bellą.

- Szaraczku, mam pomysł, odwołam popołudniowe zdjęcia. I tak jesteśmy do przodu z planem, wybierzemy się na karnawał. Weźmiesz aparat, zrobisz zdjęcia, odprężysz się. Co ty na to?

- Nie wiem, Edward, ja…Czuję się taka…Wstyd mi. Ja przepraszam za moje zachowanie. – Bella jąkała się i drżała. Czuła się obdarta z godności przyznając się do swojego żenującego według niej zachowania. Nie zauważyła, że Cullen podszedł do niej bliżej, że znajdują się twarzą w twarz.

- Nigdy więcej mnie za to nie przepraszaj. To ja powinienem błagać cię o przebaczenie, to ja zachowałem się nie niewybaczalnie.

- Ale to ja…

- Nie. Byłaś lekko wstawiona, a ja byłem trzeźwy. Byłem świadom tego co robie, więc to ja ponoszę pełną odpowiedzialność.

- Wiesz co Cullen? Ty nawet nie pozwalasz mi się przyznać do winy. Jesteś apodyktyczny.

- Widzę, że wraca mój szaraczek, to co, pójdziesz ze mną do centrum Port-of-Spain, aby zobaczyć słynny trynidadzki karnawał?

Isabella zastanowiła się chwilę, mimo że umysł mówił jej, żeby tego nie robiła, nie była w stanie się powstrzymać.

- Dobrze.

- Nawet nie wiesz jak się cieszę, w takim razie odpocznij, a tak koło trzeciej wpadnę po ciebie.- Na jego twarzy zagościł chłopięcy uśmiech, który zrobił na niej piorunujące wrażenie. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz widziała wyraz takiego zadowolenia na jego twarzy.

- Ale nie wyobrażaj sobie za dużo.

- Nie martw się na zapas, szaraczku.

Wychodząc z pokoju nie mógł się jednak opanować i na wychodne rzucił z szelmowskim uśmiechem:

- Ładnie ci w tym ręczniczku.

- Spadaj, Cullen! – Z ust Belli znów wyrwał się głośny krzyk, ale tym razem złości. Dopiero w tym momencie uświadomiła sobie jak specyficzny strój ma na sobie.

- Jak dobrze, że wróciłaś, szaraczku. – szepnął i wyszedł, zostawiając zdezorientowaną dziewczynę na środku pokoju.

Edward czuł się, jakby z jego ciała zdjęto ogromny ciężar. Nie był w stanie wytłumaczyć co spowodowało tak diametralną zmianę w jego nastroju. Czy to, że w pewnym sensie dogadał się z Isabellą, czy to, że przez kilka minut mógł bezwstydnie przyglądać się jej ciału. W każdym razie, czuł się świetnie.

Jego decyzję o odwołaniu popołudniowych zdjęć przyjęto bardzo entuzjastycznie. Większość osób odczuwała skutki wieczornej zabawy, więc możliwość wyleczenia się z uporczywych bólów głowy była im na rękę.

- Edward, kochanie! Masz jakieś plany na popołudnie? Może byśmy spędzili ten czas razem, co ty na to? – Tanya dopadła go jeszcze na korytarzu. Ta dziewczyna szczerze działała mu na nerwy. W prawdzie zjadł razem z nią kilka kolacji przez ten krótki okres czasu jaki się znali, jednak ona zupełnie inaczej widziała ich znajomość.

- Przykro mi, mam już zaplanowane wyjście.

- To może zabrałbyś mnie ze sobą? – Była nie do zdarcia, nie znała słowa „nie"!

- Niestety, mojej towarzyszce nie spodobało by się, gdybym przyprowadził na nasze spotkanie kogoś jeszcze. Mnie zresztą też. – postanowił grać w otwarte karty, skoro nie rozumie aluzji, trzeba jej to powiedzieć bardziej dosadnie.

- Towarzyszka?- zapytała skrzekliwe. – Czyżbyś się mną już znudził? Daj mi szanse kochasiu, a pokaże ci jaka mogę być interesująca.

- Chyba się nie zrozumieliśmy. Ja nigdy nie byłem tobą zainteresowany, więc nie mogłem się tobą znudzić. Po drugie, nie jesteś w moim typie, Taniu.

- Ja nie jestem w twoim typie? – Głos kobiety przybrał złowieszczy ton. – Ja? To jakie kobiety są w twoim typie, Edwardzie Cullenie? Skoro ja ci się nie podobam…

- Takie jak Bella. – odpowiedział bez zastanowienia. Kiedy jednak się opamiętał było już za późno, wypowiedział to na głos. Sam był zdziwiony swoją ripostą, jednak po krótkim zastanowieniu przyznał w duchu prawdę, która była ukryta w głębi jego duszy, zawsze podobała mu się Isabella Swan. Bardzo.

- Chcesz powiedzieć, że gustujesz w prowincjonalnych panienkach, takich jak nasza pani fotograf? Nie rozśmieszaj mnie, nigdy w to nie uwierzę. Ja tak łatwo się nie poddaję, pamiętaj!

- Skończ już, nie mam czasu na twoje bezsensowne groźby.

- To jeszcze okaże! – powiedziała już sama do siebie Tanya patrząc na odchodzącego mężczyznę – Mnie nikt nie zostawia na lodzie, nawet wielki Edward Cullen. Już ja się dowiem, kto miał czelność zabrać mi z pod nosa taką dobrą partię, bo na pewno nie parweniuszka Isabella Swan A kiedy to zrobię, pożałuje tego do końca życia.

Bella nie wiedziała jak ma rozumieć zaproszenie Edwarda. Chciał, aby zapomniała o wszystkim i pozwoliła, aby wszystko ułożyło się samo. Nadal czuła się zażenowała jego towarzystwem, trudno było przyzwyczaić się do myśli, że widział więcej jej ciała, niż ktokolwiek przed nim. Nie mówiąc już o intymnych pieszczotach.

Teraz szła obok niego, wśród roztańczonego tłumu i nie mogła oprzeć się wrażeniu, że zalazła się w jakimś innym wymiarze. Edward entuzjastycznie opowiadał jej o historii wyspy, karnawale i tutejsze kulturze. Zaskoczył ją swoją rozległą wiedzą, nie przypuszczała, że interesuje się tak Karaibami.

- Kobiety podczas karnawału noszą stroje w siedmiu podstawowych kolorach, ma to upamiętać rajskie ptaki, jakie kiedyś mieszkały na wyspie. Zostały wybite, kiedy pojawili się kolonizatorzy z Europy. Zostały jednak w pamięci rodowitych mieszkańców. – Jego opowieści były barwne i szalenie interesujące. Nie była w stanie ignorować go, bądź co bądź całe życie marzyła, aby w ten sposób spędzić z nim czas.

- Czemu jesteś taka milcząca? – zapytał nieoczekiwanie.

- Po prostu cię słucham.

- Boże, myślałem, że nigdy nie doczekam tego dnia. Bella Swan słucha tego, co do niej mówię.

- Nie bądź taki dowcipny!

- Nie denerwuj się malutka, ja tylko się cieszę, że cała twoja atencja skupiona jest na mnie.

- Jesteś najbardziej zarozumiałym bubkiem jakiego znam. I przy okazji, nie jestem malutka!

- Ależ jesteś! – Edward uwielbiał się z nią droczyć, kiedy się złościła jej oczy migotały jak gwiazdki, a policzki stawały się uroczo czerwone, jak rumiane jabłko.

- Zdaję sobie sprawę, że znajdujesz chore spełnienie w dokuczaniu mi, ale skoro jestem tu na twoje zaproszenie mógłbyś powstrzymać się od komentarzy. – odparła zaczepnie Isabella. Choć nie chciała się do tego przed sobą przyznać, znajdywała satysfakcję w słownej konfrontacji z Cullenem.

- Obrażasz mnie twierdząc, iż sprawiają mi perwersyjną przyjemność utarczki słowne z twoją osobą. Nie jestem maniakiem ani psychopatą.

- Jakby spojrzeć na to głębiej, to coś w tym jest. – drażniła się z nim. – Pomyśl, twoja chora potrzeba kontrolowania wszystkiego w około…

- Hej, nie przesadzaj. A ty może jesteś lepsza? Masz spaczone poczucie samodzielności, nie pozwalasz, aby twoi przyjaciele pomogli ci, kiedy tego potrzebujesz.

- Nieprawda, umiem prosić o pomoc. Po prostu na razie jej nie potrzebuję.

- To czemu nie powiedziałaś mi o swoich kłopotach finansowych, albo o tym, że musiałaś odwołać ważne dla ciebie zlecenie, aby pojechać ze mną do Forks? – Edward chciał wykorzystać okazję, aby pogadać z Bella o jej sytuacji finansowiej, miał nadzieję, że w końcu zrozumie pewne oczywistości. Chociażby to, że od tego są przyjaciele, aby wesprzeć w trudnych chwilach.

- Zaraz, zaraz, a ty skąd o tym wiesz? – żachnęła się.

- A jak myślisz, od Alice. Jezu szaraczku, wiem, że uważasz mnie za drania, ale gdybyś mi powiedziała, że potrzebujesz tej forsy to nie wyciągnął bym cię na tą nieszczęsną wycieczkę.

- Tak, na pewno. Z tego co pamiętam to nie słuchałeś mnie w tym momencie w ogóle. Cud, że jeszcze dałeś mi szansę spakować się. – Bella zaśmiała się ponuro, nigdy wcześniej nie widziała Edwarda tak wkurzonego jak tamtej nocy.

- Może gdybyś wspomniała, że ostatnio interesy idą ci gorzej, nie nalegał bym tak.

- Ale za to wytknął byś mi, że próbuje wyciągnąć od ciebie i Alice pieniądze na rozkręcenie interesu. I nie zaprzeczaj, zawsze podejrzewałeś, że chcę wyłudzić trochę forsy od twojej siostry.

- Myślę, że nasza rozmowa zaszła już za daleko. – westchnął ciężko – Może skupimy się na karnawale. Zrobimy kilka fotek, może coś ciekawego nada się do magazynu. Chodź, wejdziemy głębiej w tłum.

Bella zesztywniała lekko, czując jak ręka Edwarda zaciska się mocno na jej dłoni. Próbowała ją uwolnić, ale jego mocny uścisk nie pozwolił jej na to. Po kilku minutach odprężyła się. Czy to nie było spełnienie jej snów? Czy w tym momencie nie mogła udawać sama przed sobą, że coś łączy ją i Cullena, że spędzają razem wakacje na bajecznej wyspie, że podziwiają wspólnie uroki barwnego i roztańczonego karnawału. Uśmiech wykwitł na jej twarzy. Czemu by nie zatopić się w świat fantazji i choć przez kilka godzin być naprawdę szczęśliwą.

- Masz rację, czas, aby być po prostu szczęśliwą. – Kiedy usta mężczyzny dotknęły jej warg, serce jej zamarło. Delikatny pocałunek przypominał muśnięcie motyla. Jego odpowiedź uświadomiła jej, że ostatnie zdanie mimo woli wypowiedziała na głos. Nie czuła jednak zażenowania, wręcz odwrotnie czuła się radosna. I chciała aby ten stan trwał jak najdłużej.