Rozdział XII

Wszystko wydawało się snem. Ten Edward Cullen nie dość że przed chwilą ją pocałował, to jeszcze cały czas trzymał mocno jej dłoń i razem zatapiali się w roztańczony i podekscytowany tłum. Wszyscy wkoło ubrani byli w barwne stroje, przyozdobione w moc piór, cekinów i falban. Karaibskie karnawałowe kreacje porażały swoją zdobnością i blaskiem. Bella nie wiedziała gdzie powinna skupić wzrok, czy na roztańczonych karaibskich kobietach czy na platformach specjalnie zbudowanych na karnawał. Dodatkowo dotyk skóry Edwarda sprawiał, że temperatura jej ciała podniosła się o kilka dobrych stopni. Napawała się gładkością jego dłoni, jego siłą i pewnością siebie.

- Jesteś wariatką, zachowujesz się jak bohaterka jakiegoś romansu. – zganiła samą siebie, kiedy jej myśli zbłądziły w kierunku bardziej intymnym. – Ciesz się tym co masz, a nie jeszcze marzysz o niebieskich migdałach, których nigdy nie zdobędziesz. Spójrz prawdzie w oczy, Edward Cullen nigdy nie zainteresuje się dziewczyną taką jak ty na serio. Nie jesteś w jego typie.

Isabella próbowała zbagatelizować całą zaistniałą sytuację, starała przekonać samą siebie, że to wszystko jest tylko ulotną chwilą, którą będzie mogła jedynie wspominać podczas swojego samotnego życia. Nie była jednak w stanie powstrzymać uczucia radości, jakie z mocą opanowywało jej ciało. Po kilkunastu minutach nie myślała już o niczym, skupiała się na otaczającej ją zabawie oraz na NIM. Przede wszystkim na nim. Starała się zapamiętać każdą sekundę ich wycieczki, zapisywała w swojej pamięci fakturę jego skóry, zapach jaki wydzielało jego ciało, jego uśmiech – który w tym momencie nie schodził mu z ust. Nie mówili nic do siebie, muzyka zagłuszyłaby i tak wszelkie rozmowy, radowali się swoim towarzystwem, razem chłonęli atmosferę, razem tańczyli w rytm latynoskiej samby, razem robili zdjęcia, uwieczniając najciekawsze postacie i momenty, wszystko robili RAZEM.

Zniknęły gdzieś kłótnie i pretensje, zapomnieli o tym co ich dzieli. Dystans, jaki zwykle utrzymywali między sobą, rozmył się w karaibskim tłumie. Edward również chciał zapomnieć o rzeczywistości i zanurzyć się w radości życia. Całował jej twarz, muskał rękoma jej plecy i talie, przytulał ją mocno podczas tańca. Podobał mu się lekki rumieniec dziewczyny, podniecał go jej niewinny uśmiech. Nie pamiętał kiedy ostatnio był aż tak szczęśliwy, może to było jeszcze za czasów liceum, a może na studiach. W każdym razie podobało mu się to co czuł, nie chciał aby skończyło się to po powrocie do hotelu. Był zdeterminowany aby przedłużyć to na tak długo jak się da.

Pochód karnawału miał się już ku końcowi, zbliżał się wieczór. Słońce nie prażyło już tak mocno, ludzie powoli rozchodzili się do domów. Jeszcze nieliczne jednostki tańczyły na placu centralnym a oni byli wśród nich. Edward nie chciał wypuścić jej ze swoich objęć, nigdy nie uważał się za dobrego tancerza ale przy nie wszystko wydawało się proste i naturalne. Wprawdzie to co oni wyczyniali ze swoimi ciałami nie przypominało latynoskich tańców a bardziej przytulanie się w rytm bębnów, nikt nie zwracał jednak na to uwagi. Ludzie uśmiechali się widząc ich twarze, podziwiali spojrzenie jakim obdarzali siebie nawzajem, w tej części świata ludzie są bardziej otwarci i przyjaźni, cieszy ich szczęście innych.

- Zostańmy tu jeszcze trochę! – szepnął jej do ucha, kiedy próbowała w końcu zakończyć ich taniec. Na placu w centrum Port-of-Spain nie było już prawie nikogo.

- Nikt już nie tańczy. – zaśmiała się, rozglądając się wokoło. – Zobacz, ludzie się na nas patrzą.

- A niech się gapią, zapewne zazdroszczą mi.- odparł tylko i powrócił do całowania jej twarzy i szyi. Bella nie była w stanie powstrzymać cichego jęku, mimo iż pocałunki Cullena były niezwykle delikatne, sprawiały że jej całe ciało drżało w oczekiwaniu na więcej.

- Edward! – nie była w stanie powstrzymać chichotu.

- Bella! – przedrzeźnił ją, ledwo odrywając usta od jej skóry.

Isabella nie chciała powstrzymywać go, podobało jej się wszystko, od pocałunków po delikatne muśnięcia jedno dłoni, ale krępowała ja obecność innych ludzi. Zawsze krępowały ją spojrzenia obcych, nie była w stanie zapomnieć o tym nawet w tym upojnym momencie. Cullen wyczuł jej wahanie. Na początku pomyślał, że za bardzo się pośpieszył, że przesadził w okazywaniu swojej radości , dopiero po chwili zorientował się, co jest prawdziwą przyczyną jej niepokoju.

- Jak chcesz, możemy przenieść się w bardziej ustronne miejsce, wrócimy do hotelu i zjemy kameralną kolację, bez tych wszystkich tłumów. Co ty na to?

- Pewnie. – odparła cicho i zarumieniała się po same uszy.

- Jezu, szaraczku, tylko ty potracisz się czerwienić w ten sposób. – zachichotał Edward. Nie puszczając jej dłoni.

- Wcale nie!

- Ależ tak!

- Nie!

- Tak!

- Jesteś wstrętny.

- Nieprawda, jestem cudowny.

- Raczej przemądrzały i nie mający ani krzty skromności.

- Jestem skromny.

- Chyba w twoich snach!

- Masz ostry języczek, musisz uważać co mówisz. Wpadniesz kiedyś przez to w kłopoty. – zaśmiał się Edward.

- Jeżeli masz nadzieje, że mnie przestraszysz to się grubo mylisz. Nie mam zamiaru cofnąć tego co powiedziała.

- Czyli nic nie wskóram? – zapytał, próbując powstrzymać się od głośnego parsknięcia.

- Nic a nic.

- Szkoda, ale pamiętaj możesz obrażać w ten sposób tylko mnie. – odparł, udając powagę.

- Nie przypuszczałam, że jesteś kimś w rodzaju mentalnego masochisty. – Tym razem to Bella nie mogła przestać chichotać.

- Nie jestem, poświęcam się aby reszta świata nie musiała znosić twoich cynicznych uwag. Powinni mi dać pokojową nagrodę Nobla.

- Ależ oczywiście! Ale tak dla jasności, nie jestem cyniczna tylko rozsądna i dojrzała.

- Raczej uparta i nie reformowalna.

- Teraz to ja czuję się urażona.

- To znak, że powinnaś wziąć to sobie do serca i się zmienić.

- I kto to mówi. Jesteś najbardziej upartym człowiekiem jakiego znam, jeżeli mam w sobie trochę uporu, oczywiście w dobrym znaczeniu tego słowa, to jest to ułamek tego co ty posiadasz. – Bella dumnie uniosła głowę i popatrzyła na niego zalotnie. – Musisz się z tym pogodzić.

- Dobra, koniec. Bo jeszcze z tej naszej przyjacielskiej sprzeczki, narodzi się prawdziwa kłótnia. Ja nie jestem uparty, tylko konsekwentny.

- Ok., ok., masz rację. Zaraz będziemy się kłócić. Chodźmy w końcu coś zjeść, umieram z głodu.

- Trzeba cię porządnie nakarmić. Wyglądasz jak zabiedzona sierotka z bajek dla dzieci.

- Hej, powoli przesadzasz. Po prostu jestem szczupła. A na pewno nie zabiedzona.

- I płaska jak deseczka…- nie mógł się powstrzymać przed wypowiedzeniem tego komentarza, pożałował jednak tego po chwili, gdy poczuł jak łokieć Isabelli z zadziwiającą siłą uderzył go w splot słoneczny. Z bólu aż zgiął się w pół.

- Coś mówiłeś? – zapytała słodkim głosem.

- Ależ nie, nie. To musiał być szum wiatru. – wycharkał bardzo wysokim głosem. – Muszę tylko pamiętać, aby więcej cię nie denerwować. Masz cholernie mocne uderzenia, aż się boje pomyśleć co potrafi zrobić twoja zaciśnięta pięść.

- Słuszna uwaga Cullen! A teraz chodźmy w końcu coś zjeść.

- Wiesz, że używanie przemocy jest zakazane prawda.

- Cullen, idziemy coś jeść!

- Tak jest, wasza wysokość.

To był niezapomniany dzień, zarówno dla niej jak i dla niego. Naprawdę zapomnieli o wszystkich przeciwnościach, różnicach i wzajemnych nieporozumieniach. Zapomnieli o pracy, o całej ekipie, z którą pracowali, zapomnieli nawet po co przyjechali na Trynidad. W tym momencie liczyła się tylko zabawa i przyjemność. Zachowywali się czule względem siebie, nie było w tym namiętności czy żądzy. Oboje zdawali sobie sprawę, że jeszcze za wcześnie na takie zachowania. Nie znaczyło to, że nie pragnęli siebie nawzajem, po prostu czekali na odpowiedni moment, aby ujawnić aż tak poważne odczucia względem siebie.

Rozmawiali, śmiali się, bawili bardziej jak przyjaciele niż przyszli kochankowie. Wprawdzie od czasu do czasu całowali się niezwykle delikatnie i przytulali, ale te momenty były w tym dniu sporadyczne. Zacieśniali więzy w bardziej konserwatywny sposób.

Kolacja w hotelowej restauracji przebiegła w bardzo przyjemniej atmosferze, zjedli niezwykle ostre krewetki zanurzone w sosie chili i cierpko-słodką zupę z małży. Śmiali się wspominając dawne lata, przypominając sobie niektóre wybryki Alice. Uśmiechy nie schodziły im z twarzy przez cały wieczór. Koło północy nadszedł czas na rozstanie. Oboje musieli być wypoczęci przed nadchodzącym dniem. Zostało im niewiele czasu, do końca tygodnia musieli wszystko skończyć. Bella liczyła, że uda się jej znaleźć coś interesującego pośród fotografii jakie zrobiła podczas wycieczki z Edwardem.

- To był naprawdę wspaniały dzień, Cullen. Dzięki za wszystko.

- Nie ma za co, ja też bawiłem się świetnie. – Edward czuł się jak nastolatek, odprowadzający dziewczynę po pierwszej randce. Opanowało go zażenowanie ale i przemożna chęć pocałowania jej na dobranoc.

- No tak, było fajnie. Może jeszcze kiedyś to powtórzymy? – Belli również udzieliła się owa atmosfera, czuła się równie zawstydzona co Cullen.

- Koniecznie.

- Tak, no więc dobranoc. Zobaczymy się jutro? – zapytała cicho.

- Oczywiście, na pewno! Dobranoc Isabello.

Edward w końcu przemógł się. Przysunął się bliżej dziewczyny, pochylił się w jej kierunki i złożył na jej ustach delikatny, romantyczny pocałunek. Oprócz ust, żadna część ich ciała nie dotykała się, mimo tego oboje czuli jak przez ich ciała przechodzą setki a może tysiące impulsów elektrycznych. Oboje zadrżeli pod wpływem lekkiej pieszczoty, żadne z nich nie chciało kończyć pocałunku. W końcu jednak z trudem oderwali się od siebie.

- Dobranoc. – zdołała tylko wyszeptać Bella.

- Słodkich snów, kociaku! – odpowiedział równie cicho Edward i z dziwnym uśmiechem na twarzy skierował się do swojego apartamentu.

- Co to było? – Gdy Bella zamknęła za sobą drzwi pokoju, dobiegł do niej ni to zbulwersowany ni to radosny okrzyk Rosalie.

- Co? – zapytała zdezorientowana dziewczyna, jeszcze nie otrząsnęła się po tym niezwykłym pocałunku.

- Jeszcze się pytasz. Muszę przyznać, że pocałunki Cullena nawet z boku wyglądają podniecająco. Dziewczyno, rozkochałaś w sobie najbardziej nieprzystępnego kawalera w Nowym Jorku.

- Rozkochałam?- zapytała głupkowato Isabella

- Boże, chyba jeszcze nie pozbierałaś się po ty pocałunku pod pokojem. Wiedziałam że ci się uda. Zuch dziewczyna. – roześmiała się Rose.

Do Belli doszedł w końcu sens słów koleżanki. Onieśmielona trochę tym, że ktoś widział jak Edward całuje ja na dobranoc, usiadła na łóżku i wzięła głęboki oddech. W jej ustach nadal pozostał smak ust Cullena i to sprawiało, że czuła się w pewien sposób przez niego naznaczona.

- Mylisz się Rose, na pewno nie rozkochałam go w sobie.

- Żartujesz, nie znam faceta który całuje w ten sposób kobietę nic do niej nie czując. Zwykle obmacują cię jak się da i gdzie się da. Myślą tylko o jednym. Widziałam was, facet pokroju Edwarda Cullena nie ogranicza się tylko do romantycznego pocałunku, chyba że zależy mu na wybrance.

- Co masz na myśli, pokroju Edwarda Cullena?

- No wiesz, bogaty, boleśnie przystojny, mogący mieć co chce i kogo chce. Tacy mężczyźnie nie patyczkują się, od razu pokazują czego chcą.

- Edward zawsze pokazuje czego chce, w tym momencie również.

- Sama siebie oszukujesz, może i jest despotyczny i uparty, ty sama jesteś odpowiednią osobą aby to potwierdzić. Ale wiem, że również nie możesz zaprzeczyć temu że traktuje cie wyjątkowo. – Rosalie spojrzała na nią wymownie. Bella nie była w stanie się z nią nie zgodzić.

- To trochę inna sytuacja Rose, znamy się od wielu lat. Zapewne to skłania go…

- Gówno prawda, Isabello Swan. Nie masz się czego bać, od początku widać było że ten mężczyzna budzi w tobie cieplejsze, żeby nie powiedzieć gorące uczucia. Skoro on odczuwa to samo w stosunku do ciebie, to powinnaś raczej skakać do góry z radości a nie negować wszystko co jest pozytywne.

- Nie chcę się tylko oszukiwać. Co będzie jak się zaangażuje a później okaże się że to wszystko to było tylko fikcja? Co się stanie, gdy wrócimy do Nowego Jorku a on mnie po prostu oleje i będę tylko widywać jego zdjęcia z innymi kobietami w jakiś szmatławcach. – zbierało się jej na płacz. Musiała jednak wyżalić się komuś, opowiedzieć o swoich obawach.

- Bello, kochanie, życie to jedna, wielka niespodzianka. Znasz takie powiedzenie: Nie zaryzykujesz, nie żyjesz? Możesz udawać że nic się nie dzieje i wszystko zostanie tak jak było, możesz również zaryzykować a jeżeli ci się uda nagroda będzie wspaniała. Nie zmienisz nic w swoim życiu jeżeli nie spróbujesz. Myślisz, że mój związek z Emmettem był prosty? O nie, on myślał że nie ma szans u takiej dziewczyny jak ja, ja natomiast byłam pewna że taki wspaniały facet widzi we mnie tylko pustą blondynkę. To cud, że udało nam się w końcu dogadać. Ale nie bylibyśmy teraz razem, gdybyśmy nie zaryzykowali. Stawka może jest duża, ale profity są jeszcze większe. A jeżeli się nie uda, to trudno. Ale nigdy w życiu nie będziesz mogła wytknąć sobie że nie zrobiłaś wszystkiego aby zmienić swoje życie. Oprócz Cullena istnieje na świecie mnóstwo wspaniałych mężczyzn, którzy tylko czekają na taką kobietę jak ty. Ale teraz ty masz inne zadanie, wiem że ci na nim zależy. Powiedz mu to i zażądaj deklaracji z jego strony. To nic trudnego, jesteś twardą babką. Dasz sobie radę.

- No nie wiem, nie mam wystarczająco odwagi.

- Nie mowie że masz to zrobić dzisiaj czy jutro. Ale musisz mieć świadomość, że trzeba to zrobić.

- Znów się przed nim ośmieszę, tak jak kiedyś.

- To znaczy?

- Wiesz, jako nastolatka byłam po uszy w nim zakochana. Wodziłam za nim oczami od samego początku, od chwili gdy go poznałam. Ja byłam jeszcze w liceum, on już studiował. Przyjeżdżał do Forks, do domu, na weekendy i święta. Alice zawsze zapraszała mnie wtedy do siebie, myślę że podejrzewała co czuje do jej brata choć nigdy o to nie zapytała.

Gdy miałam siedemnaście lat postanowiłam powiedzieć mu co do niego czuję. I wiesz co, to był jeden z najgorszych dni mojego życia. Nigdy nie zapomnę jego śmiechu, wyrazu oczu i drwin. Zawsze mi dokuczał ale od tamtej pory stał się nie do wytrzymania. Wprawdzie nigdy więcej nie wspominał o tym, ale ja i tak wiedziała że bardzo ubawiło go moje wyznanie. Nie chcę przezywać tego po raz kolejny.

- Bello to było wieki temu. Jak sama mówisz, byłaś wtedy nastolatką a on był młodym mężczyzną. Wtedy może było to dla niego zabawne ale wszystko się zmienia. Tak jak jego uczucia do ciebie mogły się zmienić. Nie jesteś już zahukaną licealistką, Bella. Jesteś piękną, mądrą i zaradną kobietą.

- I zahukaną kobietą. – zaśmiała się leciutko.

- Może troszeczkę, ale ty się zmieniłaś i on się zmienił. Teraz wszystko może być inaczej.

- Wiesz Rose, cieszę się że jesteś. Nigdy nie mogłam porozmawiać o tym z Alice a naprawdę potrzebowałam tego.

- Może błędnie oceniasz tą swoją Alice, skoro jest twoją przyjaciółką zrozumiała by cię.

- Pewnie tak, ale to takie krępujące. Al nie należy do osób które potrafią trzymać język za zębami, próbując mi pomóc raczej by wszystko pogmatwała. Uwielbia rolę swatki a ja jestem jej nieudanym projektem.

- Z tej twojej przyjaciółeczki musi być niezłe ziółko. Mam nadzieje że ją kiedyś poznam.

- Bardzo bym chciała, myślę że się polubicie. – Uśmiech w końcu zagościł na twarzy Isabelli.

- Na pewno, a teraz weź się w garść. Pomyśl wszystko zaczyna się układać tak jak trzeba.

- Obyś miała rację Rose.

Po orzeźwiającym prysznicu, Edward postanowił nie pracować już tego dnia . Po tym co przed chwilą zaszło nie dał by zresztą rady robić cokolwiek. Pocałunek był niesamowity, uczucia jakie go ogarnęły w tym czasie były niepokojące i tak nieznane. Czuł zauroczenie, pragnienie, namiętność, czułość, opiekuńczość, chciało mu się jednocześnie śmiać i płakać.

Przerażało go to, lubił Bellę. Zawsze ja lubił, choć była cyniczna, mimo że działała mu na nerwy, lubił ją nawet wtedy, gdy była nastolatką. Od samego początku, kiedy ja poznał wiedział że mały szaraczek się w nim podkochuje. Nie potrafiła ukryć tego w swoich wielkich, pięknych brązowych oczach. Peszyło go to wtedy, uważał się za dorosłego a ona była jeszcze dzieckiem. Kiedy wyznała mu że się jej podoba, że go bardzo lubi, nie wiedział co ma zrobić. Zareagował więc śmiechem i teraz wiedział, że to był najgorszy możliwy sposób. Zranił ją wtedy bardzo dotkliwie, do dzisiaj żałował swojego zachowania. Od tamtej pory ignorował ją, starał się nie wchodzić jej w drogę, marząc o tym aby zapomniała o tamtym przykrym incydencie. Uważniej wsłuchiwał się w relacje siostry o swojej przyjaciółce, czekał na moment kiedy jego mały szaraczek odnajdzie się w końcu w dorosłym świecie, znajdzie sobie chłopaka albo jakąś sympatie. Jednak im dalej czas płynął, tym bardziej Bella zamykała się na sprawy damsko-męskie. Martwiło go to, miał ogromne wyrzuty sumienia. Bał się, że swoją reakcją na jej wyznanie sprawił że Isabella straciła te reszki wiary w siebie, jakie posiadała.

Kto by pomyślał że Bella Swan wyrośnie na taką kobietę? Cullen westchną przeciągle. Wiedział już co go czeka tej nocy, erotyce sny z piękną Isabellą w roli głównej.

I nie mylił się. Choć na pewno nie spodziewał się aż tak wyrafinowanych fantazji.

Był w jakimś domu, nie znał go, nie pamiętał aby kiedykolwiek był tu przedtem, mimo to czuł się tu jak u siebie. Wystrój wnętrz wskazywał że mieszka tu jakaś rodzina. Na kanapach położone były kolorowe kapy, leżały na niej poduszki i poduszeczki. Na kominku stały ramki ze zdjęciami ale postacie na nich rozmazywały mu się przed oczami. W różnych miejscach salonu porozrzucane były dziecięce zabawki.

Coś go skłoniło aby wejść schodami na piętro. Korytarz pokryty był mnóstwem rodzinnych zdjęć, ale i tutaj nie był wstanie rozpoznać kto się na nich znajduję. Nie wiedział czemu ale znał rozkład pokoi w domu, pamiętał że po lewej jest pokój Lily a po prawej Sama. Ale nie mógł sobie przypomnieć kim są Sam i Lily.

Na końcu korytarza znajdowała się sypialnia. Na środku pokoju stało duże, mahoniowe łoże, a na satynowej pościeli leżała Bella. Spała. Nie mógł oprzeć się pokusie, zrzucił buty ze swoich stóp i położył się obok niej. Cudownie było tulić się do jej miękkiego i ciepłego ciała. Nie zastanawiał się skąd ona wzięła się w tym domu, w tym momencie było to nie ważne. Chciał się tylko do niej tulić.

- Edward? – doszedł do niego zaspany głos Belli.

- Tak kochanie, to ja. – odpowiedział szybko.

- Wróciłeś już z pracy? – zapytała.

- Tak.- szepnął bez namysłu.

Bella przytuliła Się do niego mocnej, wtuliła swoją twarz w zagłębienie jego szyi.

- Cieszę się, tęskniłam za tobą.

Zaczął ją całować, po twarzy, po szyi. Muskał ustami jej barki i piersi. Napawał się dźwiękami jakie wydobywały się z je ust. Nie zauważył kiedy oboje pozbyli się ubrań. Chciał tylko jak najszybciej znaleźć się w niej, dać Belli rozkosz i sam jej zaznać. Po chwili jego marzenie się spełnił. Uwielbiał to uczucie kiedy łączyli się ze sobą, była wilgotna i ciasna i tak szalenie znajoma. Mimo namiętności kochali się czule i delikatnie, oboje dyszeli i jęczeli, szeptali swojej imiona i błagania o jeszcze. W końcu nadeszło spełnienie, było obezwładniające i cudowne. Oboje poszybowali wysoko a teraz spokojnie spadali na ziemię. Razem. Po wszystkim tulili się do siebie, całowali delikatnie, pieścili.

- Edward?

- Słucham kotku.

- Musimy się ubrać.

- Po co? Jest cudownie.

- Nie chcesz chyba żeby dzieci nakryły nas nago w łóżku.

- Nie chcę.

- No to w takim razie, musimy się ubrać.

Edward na początku nie wiedział o jakie dzieci chodzi ale nagle go olśniło. Jego dzieci! Myśl że ma dzieci nie napełniła go strachem ale wielkim uczuciem miłości. Nie zdążył nawet o tym dobrze pomyśleć, kiedy nagle po pokoju wpadła dwójka rozbrykanych dzieciaków w wieku przedszkolnym. Chłopiec i dziewczynka, Lily i Sam. Teraz wszystko działo się w zastraszająco szybkim tempie, dwójka maluchów wpełzła do łóżka rodziców i wtuliła się w ich ramiona.

Cudownie było tulić do siebie małe ciałko swojej córeczki i całować główkę swoje syna, cudownie było śmiać się w czwórkę z jakieś głupoty i cudownie było zasypiać mając wszystkich najbliższych koło siebie. Bo tuląc do siebie dzieci i Bellę zasnął.

Dźwięk budzika wyrwał go z głębokiego snu. Otumaniony rozglądał się wkoło siebie szukając Isabelli i swoich dzieci, po chwili paniki dotarła do niego nie ma córki ani syna a Bella nie jest jego żoną i nie śpi w jego łóżku. Ogarnęło go wielkie poczucie straty i smutku. Ale naszła go jeszcze jedna myśl, nic na razie nic nie jest stracone. Humor od razu mu się poprawił.