Rozdział drugi: Rozwiązanie fabularne #1: Śmierć głównego bohatera

Orihime Inoue biegła ciemną uliczką Karakury na umówione spotkanie. Była obwieszona bronią (prewencyjnie zasłoniętą zielonym szlafroczkiem), na głowie miała noktowizor, a w kieszeni sześć kartek tajnego notesu z kontaktami Urahary. Siódmą miała w ręce – i już zdążyła ją wykorzystać. Zadzwoniła pod podany numer telefonu i po długiej, wypełnionej obustronnymi groźbami rozmowie doszła do porozumienia z jego właścicielem. Podała mu wiele racjonalnych argumentów, kilka nieracjonalnych, groźby przemocy fizycznej, psychicznej i obietnicę zrzucenia ukradzionej Uraharze bomby atomowej na miejsce jego zamieszkania. Zgodził się, że sprawa jest interesująca i warta rozpatrzenia.

Potraktowała go z ostrożnością i nie podała nazwiska Kurosakiego. Swojego zresztą też nie. Miała dziwne przeczucie, że może mu zaufać, ale mimo to postanowiła tego nie robić. Do cholery, zaufała temu rudemu kretynowi i jak to się skończyło?! A ten Urahara go tego wszystkiego nauczył! Orihime naprawdę się ucieszyła, wypróbowując nową maczetę na jego kapeluszu.

Po chwili dotarła na miejsce. Jej… przyjaciel już na nią czekał. Szkarłatne oczy spojrzały na nią złośliwie, więc odpłaciła mu się tym samym. Zmierzyła go wzrokiem (metr sześćdziesiąt osiem centymetrów) i uśmiechnęła się przyjaźnie.

- Miracle, tak? – prychnął do niej. – Bardziej byś się spóźniła tylko i wyłącznie idąc w przeciwnym kierunku.

- Albo ty mógłbyś przyjść wcześniej tylko wtedy, gdybyś istniał przy stworzeniu świata – odpowiedziała z uśmiechem – Acceleratorze.

Grzmot błyskawicy rozdarł pochmurne niebo, zagłuszając radosny śmiech narratora na widok jego dwóch ulubionych postaci. Zaczęła się burza.


Zebranie trwało od dziewięciu godzin (już bez poruczników), gdy generał Yamamoto w końcu podjął temat, do którego dążył.

- Ichigo Kurosaki – powiedział dobitnie i zamilkł. Jego głos był wystarczająco głośny, by obudzić śpiącego kapitana Kyouraku, uciszyć rozmowę kilku kapitanów i oderwać żeńską część kadry od podziwiania wyraźnie zniesmaczonego ich postawą kapitana Hitsugayi.

- No, Kurosaki – potwierdził Shinji Hirako. – I co z nim niby?

- Nie rozumiesz? – Mayuri Kurotsuschi uniósł brwi. Czy raczej uniósłby, gdyby miał. – Soul Society nie może być na łasce jednego człowieka! A zresztą, on nawet nie jest człowiekiem! Składam wniosek o stałe przydzielenie go do Gotei 13. Sprawdziłby się w dziale eksperymentów mojej dywizji.

- Jako trup czy eksperyment? – zainteresowała się uprzejmie Unohana.

Odpowiedziało jej wiele mówiące milczenie.

- Nie rozumiem – przyjazny głos Rose'a oplótł głosy innych niczym kamienny jedwab oplatał twarz Mistrza Eliksirów. – Pomógł Soul Society wiele razy…

- …Nieproszony – wpadł mu w słowo kapitan Kuchiki. – Jak zwykle, zresztą.

- Ale ratuje nam tyłki, nie? – Shinji wsparł współvizarda swoim ciężkim argumentem.

- Jest niepewny – zripostował Byakuya – Powinien umrzeć. Co o tym sądzisz, Zaraki?

Kenpachi Zaraki uśmiechnął się krwiożerczo i pogładził rękojeść swojego zanpaktou.

- Dajcie mi z nim walczyć.

Yamamoto stuknął laską w podłogę i zarządził głosowanie:

- Kto za, ręka w górę. Kto przeciw, obie.

I tym chytrym sposobem Soul Society skazało zastępczego shinigami na śmierć.


Po codziennej musztrze Soldat nastąpiło zebranie Stern Ritterów. Haschwald wyjął z torby nieskazitelnie biały stół, nieskazitelnie białe krzesła oraz zabrane swoim towarzyszom wcześniej urządzenia elektroniczne. Ustawił stół i krzesła, rozdał iPody, komórki i służbowe tablety, a następnie polecił innym usiąść. Ishida wpatrywał się w niego z wyraźnym niedowierzaniem. SKĄD DO CHOLERY TO ZMIEŚCIŁO SIĘ W ZWYKŁEJ TORBIE?,pomyślał.

Zebranie się rozpoczęło.

- Przed najazdem na Soul Society powinniśmy osłabić ich morale. Zrobimy to, zabijając zastępczego shinigami. – stwierdził Yhwach.

Elita Vandenreich pokiwała zbiorowo głowami. Usłyszano kilka wybuchów śmiechu, klaskanie i pojedyncze „hip hip hurra!", które zadziwiająco szybko umilkło.

- Całe życie na to czekałem – szepnął Uryuu Ishida, ocierając kryształową łzę wzruszenia. – Wasza wysokość, pozwól mi być tym, który wykona to zadanie!

- Ty? – prychnął Buzz-B – A ty to nie jesteś jego znajomy jakiś przypadkiem?

- Kurosakiego? – upewnił się Uryuu – KUROSAKIEGO? Nienawidzę go! Jest shinigamim, wrogiem naszej rasy! Z tymi włosami mógłby robić za znak drogowy! Gdyby zasnął na ulicy, wzięliby go za bezdomnego! Jego fryzura wygląda jak śpiący jeż, jego oczy jak suszone winogrona, a ja ich nienawidzę! Traktuje innych jak popychadła, uważając, że w jego planach pełnią wyłącznie marginalną rolę! Bezustannie polega na innych, sam zgarniając wszelkie zaszczyty, pazerny władzy i potęgi! Sugerujesz, że przyjaźnię się z kimś takim, Bazz-B?

Zapadło milczenie.

- I rozpieprzył mi kiedyś arcydzieło życia, taka ładna koszulka... – dodał ciszej.

Przerwał, widząc dziwny wyraz twarzy swoich współquincych, a w szczególności Bazza-B, który to odsunął z rozmachem krzesło i uklęknął na jedno kolano przed Yhwachem.

- Wasza wysokość! – powiedział ceremonialnym tonem Bazz-B, wciąż klęcząc. – Pragnę przeprosić za to, że ośmielałem się wątpić w twoją mądrość! Nigdy już nie zakwestionuję autorytetu twojego lub twojego dziedzica i wystąpię przeciwko każdemu, kto myśli inaczej!

- No, już, już, dziecko – mruknął Yhwach i głośniej dodał: - Jestem dumny z twojej mądrości, Bazzie-B. Mam nadzieję, że dotrzymasz słów swej przysięgi.

- No, dobra, dobra – Uryuu przygryzł wargę. – To mogę go zabić, czy nie?

- Nie, Uryuu – Yhwach z żalem pokręcił głową. – Zabijanie to zadanie dla zawodowca.

Uśmiechnął się i przesunął spojrzeniem po swoich podwładnych.

- Wystąp, zabójco.

Wystąpił.

Uryuu przyjrzał się stojącemu przed Yhwachem mężczyźnie. Nie wyglądał groźnie. Nosił czarny beret i owalne okulary – i to były jego znaki szczególne. Innym znakiem szczególnym była długa i puszysta biała broda, a jeszcze innym gruby brzuch. Najbardziej jednak rzucały się w oczy dwie rzeczy: jego złowieszczy uśmiech i równie złowieszcze oczy. Ogółem rzecz biorąc, sprawiał on niepokojące wrażenie nie tylko na Uryuu, ale także na innych, choć nie wyglądał na utalentowanego w walce.

Oprócz Yhwacha jedynie Haschwald wydawał się odporny na jego dziwną aurę, więc to właśnie jego Uryuu zdecydował się zapytać o owego zabójcę.

- To prawdziwy fachowiec – szepnął Haschwald – Zabił już około miliona osób. Na całym świecie ludzie boją się wypowiedzieć jego imię, bo przynosi to pecha. Wiele osób sławi jego imię, podziwiając to, jak biegły jest w swoim zawodzie. Wszyscy jednak się go boją. Uwielbia zabijać na weselach i nikt nie jest przed nim bezpieczny. Czasem wskrzesza ludzi, dla samej zabawy, lecz rzadko i w tak okrutny sposób, że ludzie wolą już popełnić samobójstwo niż go spotkać. Potrafi zabić w każdy sposób… Spala ludzi za pomocą smoków, truje, wywołuje wojny, urządza masakry i rzezie dla własnej chorej radości. Powiadają, że żywi się łzami swoich wielbicieli, nieustannie przedłużając ich męki. To Stern Ritter „M", „Murder".

- A jego imię? – spytał słabym z przerażenia głosem Uryuu. – Jak ma na imię?

Haschwald uśmiechnął się upiornie, wyraźnie wczuwając się w klimat kiczowatej grozy.

- Nazywa się George R.R. Martin.


Aizen był wolny.

Przyszli shinigami i wypuścili go z więzienia („zaszła pomyłka, przepraszamy!"), co wcale nie było częścią jego planu. Prawdę mówiąc, nie wtedy najmniejszego pojęcia, co ma zrobić, ale zdążył już się ogarnąć i skontaktować się z kilkoma osobami, których numery posiadał właśnie na taki „wszelki wypadek".

To dlatego przebywał właśnie w pewnym liceum, siedząc w fotelu i pijąc herbatę, nalaną mu przez lokaja. I rozmyślając nad losem, który przywiódł go w to miejsce.

[retrospekcja]

Miejsce akcji: Obskurny Bar, w którym zwykle spotykają się typy spod ciemnej gwiazdy.

Czas akcji: Ciemna, burzliwa noc.

- Mamy pewne… problemy – rzekł niebezpiecznie cichym tonem półnagi facet, z którym rozmawiał Aizen. – Dziura w fabule #1, Brak Głównych Bohaterów. Obiekt tajemniczo zniknął, więc druga główna bohaterka nie ma powodu, aby się ujawnić. Grozi nam całkowite zniszczenie fandomu. Nasza organizacja potrzebuje twojej pomocy. Nie tylko jako figuranta. Musimy zniszczyć niebezpieczeństwo, zanim ono zniszczy nas.

- Aktywna rola? – Aizen zamieszał słomką w swoim drinku. – To jeszcze większe niebezpieczeństwo niż to, co was czeka. Jeśli nie dopasuję się do scenariusza…

- Wiem – przytaknął facet, zdejmując buty. – Ale scenariusz nie istnieje. Został zniszczony na polecenie Firmy. Nie możemy używać prawdziwych nazw, ufam więc, że domyślisz się o kogo chodzi.

- Rozumiem twoje środki ostrożności – odpowiedział Aizen, gestem powstrzymując rozmówcę od zdjęcia spodni. – Wracając do tematu… Szefowa zniszczyła scenariusz, by całkowicie zawładnąć fabułą? Sprytne. Sam powinienem był to zrobić w swoim fandomie. Ale z drugiej strony… Gdy nie ma scenariusza, trzeba improwizować, a improwizacje są trudniejsze do przewidzenia. Zwiększyła wasze… nasze szanse na wygraną. Pomogę wam, udając wasz zaginiony Obiekt. Musicie tylko załatwić Dziurę w fabule #2 – Zagięcie Czasoprzestrzeni, Całkowicie Wymazujące Bohatera z Rzeczywistości oraz Dziurę w fabule #3 – Nowy Bohater Na Miejsce Starego. Użyję swoich iluzji, by zagrać idealnie, ale bez tych Dziur mogą pojawić się problemy.

- Zgoda – facetowi, mimo wysiłków Aizena, udało się zdjąć spodnie. – Czego żądasz w zamian?

Aizen uśmiechnął się z wyraźnym wysiłkiem, odwracając wzrok od rozbierającego się mężczyzny.

- Zamierzam zrobić coś, co nie udało się jeszcze nikomu – odparł – Załatwić autora Bleacha. Gdy on zginie, fabuła pozostanie przerwana, nie zniszczona, a ja będę mógł przejąć nad nią władzę.

- Szczęście, że nie mamy tu ciebie za antagonistę, tylko tą wariatkę – roześmiał się facet, rezygnując ze zdjęcia bokserek i zamiast tego zdejmując skarpetki – Umowa stoi. A, tak z ciekawości, co według ciebie przerwie fabułę Bleacha i zniszczy jej autora?

Aizen posłał mu uśmiech seryjnego mordercy.

- Rozwiązanie fabularne #1: Śmierć głównego bohatera.

[/retrospekcja]

- Panienko Satsuki? Matka panienki chce się z panienką widzieć – poinformował lokaj.

Aizen otrząsnął się z zamyślenia.

- Dziękuję, Soroi. Natychmiast pójdę się z nią zobaczyć. Czy mógłbyś przygotować Junketsu?

- Oczywiście, panienko.

Aizen odstawił na srebrną tacę filiżankę herbaty i uśmiechnął się do siebie. Jego nowa rola była dosyć problematyczna, ale dawała satysfakcję.

I nadzieję na pomyślne przejęcie władzy nad światem.


PS. Naprawdę przepraszam pana George'a R.R. Martina za zbezczeszczenie jego wizerunku. NAPRAWDĘ.