Pół godziny spóźnienia. Jak na mnie to i tak mało. Ktokolwiek czekał za tymi błękitnymi drzwiami na moje przybycie, powinien się cieszyć, że w ogóle przyszedłem. Myślałem, że ten podejrzany koleś, Hiden (czy jakoś tak), daje adresy do podejrzanych miejsc, a tu zaskoczenie. Normalne blokowisko (nawet nie z rodzaju tych patologicznych), normalni ludzie na osiedlu, i chyba tylko te błękitne drzwi dawały jakąś namiastkę szaleństwa. Postanowiłem nie bawić się w pukanie i wejść po gwiazdorsku. Niech od razu wiedzą z kim mają do czynienia! Nacisnąłem klamkę. Stało się. Kości zostały rzucone. Przekroczyłem Rubika. Już nie ma odwrotu...
Od razu zapowiedziały mnie dźwięczne dzwoneczki-aniołki przy drzwiach. Wkroczyłem do niebieskiego korytarza i natychmiast zwróciłem się w stronę rozmów z salonu. Przy stole siedziało mnóstwo ludzi. Na krótką chwilę zmiękły mi nogi, ale dzielnie patrzyłem przed siebie i starałem się wyglądać możliwie najbardziej swobodnie. W przytulnym pokoju, pełnym papierowych rupieci z origami, siedziało chyba z dziesięć osób. Większość z nich pofarbowała sobie włosy na tak niemożliwe kolory, że mogliby się równać z Pokoleniem Cudów z „Kuroko no basket". Nagle poczułem się bardzo zwyczajnie i żałośnie.
- O, siema! - Hiden odwrócił się od jakiegoś zakapturzonego człowieka i przywitał mnie z taką radością i ulgą, jakbym właśnie uratował mu życie swoim przybyciem.
- Masz szczęście, że przyszedł – zakapturzony nieznajomy zwrócił się do niego – już myślałem, że znowu dałeś dupę. Beznadziejny z ciebie headhunter, ale... Chyba tym razem miałeś nosa...
Zakapturzony zwrócił ma mnie swoje zielone oczy o niezdrowo przekrwionych białkach. Jedno jego spojrzenie sprawiło, że poczułem się jak żywy towar w sklepie.
- Witaj. Miło nam gościć nowego członka w naszych progach – odezwał się rudzielec, którego twarz cała pokryta była kolczykami. Gdyby nie ten złom, byłby naprawdę przystojny. Siedział w szczycie stołu i w jego spojrzeniu widać było, że ma ambicje co najmniej tak wielkie, jak władza nad światem.
- Ej, ja się w sumie jeszcze na nic nie zgodziłem, hm. Nawet nie wiem o czym będzie ten film.
- Nie powiedziałeś mu, Hidan? - rudy zwrócił się do Hidana (czyli nie Hidena) z łagodną, aczkolwiek dobitną reprymendą w głosie.
- Za dobrze być nie może. I tak oczekujemy od niego zbyt wiele elokwencji – zauważył zakapturzony jegomość. Hidan coś im buntowniczo odburknął i wsadził sobie w usta całego pączka. Parę osób jednocześnie zaproponowało mi, abym usiadł i poczęstował się herbatą z ciachami. Jedna zakapturzona osoba zaproponowała spisanie umowy o dzieło, bez uwzględniania ubezpieczeń. Od razu się zorientowałem, kto tu rządzi majątkiem.
- Jesteśmy wytwórnią filmową „Akatsuki" - zaczął rudy, złączając palce w piramidkę. Widać po nim, że ma zadatki na polityka.
- Wytwórnią artystyczną, dlatego hermetyczną – dodała dziewczyna z niebieskimi włosami siedząca obok niego. To chyba ona była właścicielką domu; była równie spokojna i niebieska co mieszkanie.
- Artystyczną? - ucieszyłem się automatycznie na to słowo – To znaczy, że...
- To znaczy, że bez pieniędzy – zakapturzony szybko uciął temat.
- A powtórzcie, jak się nazywacie, hm?
- Akatsuki. To po japońsku „Świt" albo „Brzask" - wyjaśnił cierpliwie rudy.
- Raczej „Czerwony Księżyc" - dodał zaczepnie młody chłopak o urodzie Królewny Śnieżki, siedzący po prawicy rudego lidera.
- Bardziej pasowałoby „Czerwona Latarnia" - zaśmiał się Hidan, krztusząc się przy tym pączkiem.
- „Świt" to dobra nazwa dla sekty, hm – dodałem.
- „Aka suki – czerwone suki" - albinos popisał się po raz wtóry.
- A może być też „Rano" zamiast „Świt"? - zapytał inteligentnie wysoki mężczyzna o małych, przerażających oczach i z postawionymi na żel włosami – Bo wtedy moglibyśmy być jak „Teleranek".
Na tą sugestię zapadła niezręczna cisza. Przerwał ją dopiero rudzielec z kolczykami:
- Jesteśmy „Akatsuki". Tego się nie tłumaczy. I tak nikt nie dojdzie do źródła.
- A ty jesteś... - Hidan zwrócił się do mnie, wyraźnie ciekawy odpowiedzi.
- Nazywam się Damian Nietoperz i... Hm... Przyszedłem tu bo... - spanikowałem trochę nie wiedząc co mówić.
- Ja jestem Pein i jestem szefem wytwórni – wybawił mnie rudzielec – W „Akatsuki" posługujemy się pseudonimami. Pomyśl, jak mógłby brzmieć twój.
Wkurzało mnie, że od razu zakładał, że do nich dołączę. Jednak... Miałem ku temu parę powodów. Chociażby kasa. I ten chłopak z długimi, czarnymi włosami, o niesamowicie fascynującej aurze. Taki nieszczęśliwie artystyczny...
- Konan, dyrektorka kreatywna – dziewczyna z niebieskimi włosami uśmiechnęła się lekko i wymuszenie.
- Kisame, miło mi – wysoki i napakowany koleś od „Teleranka" uścisnął mi rękę. Przeraziłem się, kiedy moja chuda i mała dłoń zginęła w czeluściach jego wielkiej łapy. Groźne wrażenie potęgowały jeszcze jego ręce całkowicie pokryte tatuażami przedstawiającymi podwodny świat. Ale... Delikatność tej dłoni była niesamowita.
- Itachi – Królewicz Śnieżek nawet kiedy szeptał, robił każdą głoską piorunujące wrażenie.
- Sasori – mruknął niski, nieludzko blady rudzielec o wyglądzie odpychającej, beznamiętnej lalki. Ledwo co go usłyszałem.
- My już się znamy – wyszczerzył się Hidan.
- Bez przesady, hm – upiłem łyk herbaty, starając się nie myśleć o tym, jak domniemaną znajomość z Hidanem ocenią tu obecni, szczególnie pewien Królewicz. Napój pozwalał nie myśleć o niczym, bo był wyjątkowo paskudną mieszanką ziół i upicie tego łyku kosztowało mnie dużo woli i samozaparcia.
- Ja jestem Zetsu, operator i oświetleniowiec, takie dwa w jednym – przestraszony odwróciłem się w stronę chłopaka, który wyrósł obok mnie jak spod ziemi. Miał na sobie hippisowską koszulkę i zielone, podziurawione spodnie, bardzo podobne do moich. Pogratulowałem sobie w duchu, że założyłem dzisiaj czerwone. Kiedy Zetsu się obrócił zauważyłem, że prawie połowa jego twarzy jest pokryta ciemnym znamieniem, co dodawało mu upiornego wyglądu. Dobrze, że oglądałem te wszystkie programy na TLC, to się uodporniłem na takie niecodzienne znamiona...
- Kakuzu – zakapturzony skarbnik zdradził swoją tożsamość, tym samym kończąc przedstawianie się. Co prawda i tak nie pamiętałem kto co powiedział, ale czego się spodziewali, wymyślając sobie takie ksywy?
- Zapiszcie swoje imiona na kartkach i postawcie przed sobą – Pain (Pein?) ewidentnie czytał w moich myślach. Aż mnie dreszcz przeszedł.
- Jak w przedszkolu – wymarudził z siebie Sasori. Nie wiem dlaczego, ale jego akurat zapamiętałem – Powiedzcie mu lepiej o czym będziemy kręcić. Bo jak się dowie, to pewnie i tak zrezygnuje.
- Taki mądry jesteś, hm?! Może nie zakładaj co zrobię!
- Ja tylko przewiduję – spojrzał na mnie z dezaprobatą i wszystko zaczęło się we mnie gotować. Ton, jakim się do mnie zwracał, bardzo działał mi na nerwy.
- Spokojnie – przerwała Konan – Już mówię: nakręcimy feministyczno - gejowski film erotyczny.
- Haha... Hm...? - zlustrowałem twarze wszystkich obecnych i dotarło do mnie, że ona nie żartuje – Feministyczny to nie powinien być o kobietach, a nie o gejach?
- Feministyczny, czyli łamiący zasady stereotypowego pojmowania atrakcyjności seksualnej i roli płci społecznej, na rzecz autentycznego, swobodnego wyrażania swej indywidualnej seksualności wolnej od ucisku patriarchalizmu.
- Aha...
- Będziesz grał główną rolę – zawyrokowała, na co wszyscy popatrzyli na mnie z uznaniem – Twój wygląd jest bardzo queer i masz niepodrabialną osobowość.
- Nie, stop – postanowiłem interweniować, zanim wplątam się w coś, w co nie chciałbym się wplątać – Darujcie, ale nie będę tanią gwiazdką porno.
- Tanią to też bym nie chciał – przyznał Kakuzu.
- Zresztą... Nie no, ja nawet nie jestem gejem, hm. Sorry, ale...
- Jesteś – Itachi spojrzał na mnie z taką pewnością, że sam zwątpiłem – Widzę to. Widzę, moimi oczyma.
- Pan Itachi ma gej-radar w oczach – zdradził Kisame, szczerząc się przy tym potwornie – Przejrzał cię, złotko.
- Walcie się, hm! - wstałem gwałtownie z krzesła, trzymając w ręce gorący wywar, na wypadek, gdybym musiał się bronić przed tą bandą zdemoralizowanych zboczeńców.
- Jeżeli to udowodnię, to zostaniesz? - w głosie Itachiego dźwięczał jakiś dziwny, wschodni akcent. Być może przez to sens jego wypowiedzi dotarł do mnie dopiero, kiedy stanął tuż przede mną, tak że dzieliły nas centymetry. Patrzył na mnie intensywnie, hipnotycznie. Nie wiedziałem co się dzieje, nic nie słyszałem, ani nie czułem. W czarnych tęczówkach błysnęło coś magicznego. W tej sekundzie, to spojrzenie było esencją namiętności. Zawładnęła mną ta szaleńcza hipnoza i nie zauważyłem nawet, kiedy jego usta złączyły się z moimi. Delikatnie, ale pewnie, zresztą to i tak nie ważne. Itachi całował spojrzeniem...
Dotarło to do mnie za późno. Porażka na całej linii, kompromitacja życia! Przecież on mnie tym pocałunkiem poniża, udowadnia, że ma rację! Jego chłodna warga w ostatniej chwili uciekła przed moimi zębami. Ale i tak już było za późno.
- Ale odleciałeś – skomentował Hidan, za co dostał herbatką ziołową po głowie – Co ty do cholery odpierdalasz?! Na mózg ci padło, debilu zjebany?!
- Ojej, przepraszam, hm. Celowałem w Itachiego – spojrzałem na niego z nienawiścią, z jaką patrzą tylko upokorzeni ludzie. Jednak on wyglądał na całkowicie wypranego z emocji. Zerknąłem spanikowany na lustro stojące na komodzie. Jestem cały czerwony. Pięknie... Nie ma się co wypierać, trzeba wyjść z tego z godnością.
- Ten szczeniacki incydent nie ma wpływu na moją decyzję, hm – zastrzegłem, na co kilka osób zachichotało. Ale kiedy chwyciłem następną filiżankę, wszyscy umilkli – Ile zgarnę hajsu?
- 10% - odpowiedział pospiesznie Kakuzu.
- 10% to ja mogę mieć w winie, hm – spojrzałem na niego krytycznie – Ja się pytam ile zarobię. Konkrety, hm, konkrety!
- To zależy, ile zarobi film – mruknęła Konan, która nagle weszła do pokoju z toną ręczników papierowych i zaczęła je układać na plamie z herbaty, która leniwie rozciągała się na panelach.
- A może zarobić sporo, bo kręcimy dla dużej, niemieckiej firmy – podchwycił Zetsu – rozkręca się moda na porn... - ugryzł się w język, najprawdopodobniej dosłownie, bo kontynuował z lekkim grymasem bólu – na filmy obyczajowe o zabarwieniu erotycznym.
Naszły mnie trochę wątpliwości:
- Ej, ja mam uprawiać seks przed kamerą?
- Nie wyglądałeś mi wcześniej na taką cnotkę – mruknął Hidan, rozwieszając na balkonie swoją zmasakrowaną przez herbatę bluzkę – Szczególnie twoje koszulka mówiła co innego.
Cholera, więc przeczytał! Jak wrócę do domu, to od razu ją wywalę!
- Spokojnie, scenariusz na pewno ci się spodoba – zapewniła Konan – już mam parę pomysłów. Jak tylko napiszę, to przedstawię go wam wszystkim i przedyskutujemy go, a następnie wprowadzimy ewentualne poprawki.
- To wszystko na dziś? Bo zaraz mam autobus i trochę mi się spieszy – przemówił Sasori głosem pełnym wyrzutu, że marnujemy jego cenny czas. Chciałem mu coś odpyskować, aby tak nie gwiazdorzył, ale dotarło do mnie, że ja też muszę się już zbierać. Ostatni autobus odjeżdża mi o osiemnastej. W sumie to zawsze jakaś wymówka, aby wyjść stąd z godnością!
- Ja też już idę, hm.
- Spotykamy się co sobotę – powiedział Pein do moich pleców – co sobotę, o piętnastej. Do zobaczenia.
- Ta, hm. Do zobaczenia...
