To byłby naprawdę piękny dzień. Ptasi śpiew mieszał się z zapachem trawy w lekkim, wrześniowym powietrzu. To byłby naprawdę piękny dzień, gdyby nie ten maruda z którym właśnie szedłem na przystanek. Szliśmy ramię w ramię już z jakieś dziesięć minut, ale on nie odezwał się do mnie ani słowem. Chyba powinien zacząć rozmowę, jako że to ja jestem tym nowym? Wściekłem się na niego za to milczenie i sam postanowiłem się nie odzywać. Wydawało mi się, że wytrwałem w tym zamiarze następne dziesięć minut, ale kiedy spojrzałem na zegarek okazało się, że minęły dopiero niecałe trzy... I to od samego wyjścia! Nie no, jak ten czas się wlecze! Trzeba działać.

- Nakręciliście już jakiś film, hm?

Sasori nawet się nie odwrócił. Szedł cały czas przed siebie z lekko nieprzytomnym wzrokiem.

- Ej, słyszysz? - postanowiłem dać mu drugą szansę na odpowiedź, ale nie skorzystał. Rany, co on sobie myśli, że może tak bezkarnie ludzi olewać? Albo... A co jeżeli z jakiegoś powodu wstydzi się odpowiedzieć? Może zmienię temat.

- Jak myślisz, jaki mógłbym sobie wybrać pseudonim?

Znów brak odpowiedzi, widocznie nie ma pomysłu. Albo przeprowadza jakąś schizową próbę sił...

- A w sumie to gdzie dokładnie mieszkasz? Może jesteśmy sąsiadami, hm.

Zero reakcji.

- Czy jak Pein wchodzi do sklepu, to pikają bramki?

Jak grochem o ścianę.

Co za pieprzony megaloman! Nie jestem godny usłyszeć jego głosu?! Ta okropna, zimna obojętność przeszyła moje serce mnóstwem gorzkich igieł. Odrzucenie, pozornie nie mogące zranić, było jednak kroplą goryczy, która przelała czarę. Na dziś miałem już dość upokorzenia. Moje oczy stały się już całkowicie wilgotne. Nawet nie starałem się powstrzymywać. Pewnie będzie miał jakąś chorą satysfakcję z tego, że doprowadził mnie do płaczu, sadysta psychiczny. Ale wtedy chociaż wzbudzę w nim jakiekolwiek emocje! Chwyciłem go brutalnie za nadgarstek i szarpnąłem w swoją stronę. Zdążyłem zauważyć, że ma wyjątkowo szczupłe ręce. Jeżeli kiedyś między nami dojdzie do rękoczynów, to z pewnością wygram. A chyba dojdzie, i to zaraz.

- Możesz odpowiadać, jak mówię do ciebie?! - wyrzuciłem z siebie patrząc prosto w jego czekoladowe oczy pełne... zdziwienia? Sasori jednym, nieludzko szybkim ruchem wyswobodził się z mojego uścisku po czym ściągnął słuchawki...Ściągnął...SŁUCHAWKI. Nie pomyślałem o tym wcześniej...

- Co ty odwalasz? Weź nie zachodź mnie tak od tyłu.

Chciałem to wyjaśnić, ale prawda wydawała mi się zbyt kompromitująca, więc zdobyłem się tylko na bezmyślne „sorry". Widocznie Sasori miał zdolność przełączania się w tryb autyzmu i nawet nie zauważył, że idę tuż przy nim...

- Czego ryczysz? - spojrzał na mnie raczej z dezaprobatą niż ze współczuciem.

- Nie, nic. Po prostu słońce mnie razi w oczy – skłamałem beznadziejnie i już byłem przygotowany na wyśmianie, kiedy nagle Sasori podchwycił temat:

- To prawda, słońce jest paskudne. Tak naprawdę to przynosi nam więcej strat niż zysków. Promienie UV są rakotwórcze, ale jakoś nikt się tym nie przejmuje, bo ludzie są karmieni durną propagandą, że smażenie się na słońcu jest zdrowe. Tryb życia ludzi powinien się obrócić o 180 stopni i powinniśmy spać w dzień. Niedobory witaminy D spokojnie można nadrobić, w końcu mamy XXI wiek. Syntetyczna witamina w niczym nie ustępuje naturalnej, a wykluczamy czynnik kancerogenny, jakim są promienie UV i...

Właściwie to nie słuchałem o czym Sasori mówi. Bardziej interesowało mnie to, że nagle w jego martwych oczach pojawił się jakiś interesujący blask. W promieniach tego zabójczego, kancerogennego słońca jego skóra była mlecznobiała i zdawała się być bardzo delikatna.

- A mówiłeś coś wcześniej do mnie? - wyrwał mnie z zamyślenia. Pytanie brzmiało prawie jak zarzut, być może dlatego, że przewiercał mnie dociekliwym spojrzeniem. Na pewno mnie ocenia.

- A, tak chciałem pogadać, hm. Czy ta wytwórnia, Akisuki...

- Akatsuki.

- Czy Akatsuki ma już na koncie jakieś filmy?

- Nie.

- A... Wiesz o czym ten film będzie?

- Konan przemyśli scenariusz i nam powie za tydzień.

- Nie boisz się? - jeszcze zanim dokończyłem pytanie, zdałem sobie sprawę z tego, jakie jest głupie.

- Nie, ja nie mam czego – Sasori uśmiechnął się smutno – ciekawe jak z tobą.

- Co masz na myśli, hm? Że nie dam rady zagrać w pornosie?

- A robiłeś to kiedyś?

- No nie, ale ja jestem istotą bezwstydną. Poza tym mam bardzo ciężką sytuację finansową, hm.

- Gra w pornosach to nie jest wyjście dla wszystkich, jest w końcu tyle innych prac, jak na przykład...

- Praca w Tesco?

- Chociażby.

- Hahaha! Daruj sobie, hm! Poza tym... Czemu mnie tak od tego odciągasz?

- Bo widzę, że się nie nadajesz – powiedział, patrząc pusto w przestrzeń. Nie było w tym nawet cienia pogardy, ale postanowiłem udawać, że odebrałem to inaczej:

- Patrz na siebie, hm! Ja jestem wystarczająco sexy.

- Nie nadajesz się psychicznie. To cię może zniszczyć.

- Boisz się o mnie? - zapytałem słodziutkim głosikiem.

- Nie schlebiaj sobie – odciął szybko. Dalsze sześć minut (które okazały się być dwoma) przeszliśmy w zupełnej ciszy, która zdążyła mnie już doszczętnie wnerwić.

- A ty dlaczego zdecydowałeś się zagrać w filmie, hm?

- Nie twoja sprawa – powiedział to niby grzecznie, ale czuć było czającą się na końcu wypowiedzi gburowatość – Po prostu też chcę mieć kasę.

- Nie myślałeś o Tesco?- zażartowałem, ale odpowiedziała mi cisza. Może jak zacznę opowiadać trochę o sobie, to Sasori stanie się bardziej rozmowny.

- Ach, ciągle tylko kasa i kasa... To jest tak cholernie męczące. Zero awangardy, zero spontaniczności, życie to zarabianie i wydawanie. Chciałbym się z tego systemu wyrwać, ale nie ma jak, hm... Fajnie byłoby być całkowicie wolnym i żyć bogactwem żyjącej sekundy, zamiast martwić się, czy starczy do pierwszego.

- Nie wiem, czy życie chwilą jest dobrym pomysłem – odparł Sasori w jeszcze gorszym humorze niż sprzed chwili – System systemem, ale sekunda jest niczym wobec wieczności.

- A kogo obchodzi wieczność? Liczy się tu i teraz – poczułem, że coraz bardziej się nakręcam, Sasori chyba zresztą też, bo jego twarz nareszcie nabrała jakiś śladowych ilości mimiki – Zarówno w życiu jak i w sztuce...

- Nie mów o sztuce, jak nie masz o tym pojęcia – Sasori po raz kolejny prześwidrował mnie spojrzeniem, ale już nie bolało, jak na początku. Być może to szczęście zagłuszyło częściowo ból. Szczęście, że mam z kim rozmawiać o sztuce. Zwykle ludzie nie wiedzieli co o tym powiedzieć, zmieniali temat, brali mnie za wariata, a tu nagle trafia mi się ktoś gotowy do dyskusji! Sasori miał nieprawidłowy obraz sztuki i zaraz mu go zniszczę - podrę jego światopogląd i wrzucę do koryta świń z ASP. Zaraz się przekona o mym geniuszu! Na samą myśl czuję podniecenie.

- Sztuka jest nierozerwalnie złączona z ulotnością życia, hm. Przeplata się z sekundami i napawa pięknem, a kiedy już nie jest w stanie nas wypełnić znika, by dać miejsce nowemu wcieleniu. Coś co trwa, jest tylko śmieciem niemogącym pomieścić emocji, hm.

- Sztuka jest wiecznym pięknem – zaczął Sasori, ale od razu przerwałem mu napadem śmiechu.

- Sztuka ma wzbudzać emocje, a emocje nie są wieczne, hm! - zawyrokowałem triumfalnie.

- Nieprawda – pewność Sasoriego zbiła mnie z tropu – sztuka to doskonałość piękna. Emocje nie są doskonałe, więc nie są skutkiem prawdziwej sztuki. Prawdziwa doskonałość nie wzbudza nawet zachwytu, raczej przenosi w inny stan myślenia i postrzegania.

- Od tego jest alkohol i dragi, hm – mruknąłem kąśliwie.

- Myśl dalej tym przyziemnym myśleniem, ale sztukę zostaw artystom – w tym momencie przekonałem się, że Sasori jest mistrzem ciętej riposty. Przed oczami pojawili się egzaminatorzy z ASP. Zabolało, ale nie mogłem dać tego po sobie poznać.

- Jestem artystą, hm. I nie obchodzi mnie twoja ocena moich poglądów.

- A mnie nie obchodzi, jak sam siebie oceniasz. A jak chce się być artystą, to trzeba produkty swojego myślenia zaprezentować światu. Nie wierzę w sztukę konceptualną, zgodnie z nią każdy może być artystą, nawet Kisame. Chociaż nie, może przesadziłem...

- Lubisz odmawiać innym bycia artystą, co? - postanowiłem zaatakować z innej strony. Kancerogenne słońce zniknęło za chmurami i włosy Sasoriego stały się niepokojąco bordowe.

- Ciężko to obiektywnie ocenić – szala zwycięstwa delikatnie drgnęła w moją stronę, ale wiedziałem, że zaraz z powrotem wróci do początkowego stanowiska – ale artysta jest jednostką ponadprzeciętną, która może zaoferować pozostałym coś pięknego, czego one same nie potrafiłyby jednak stworzyć.

- Tworzy się dla siebie, nie dla innych, hm.

- Tak chyba pocieszają się osoby, którym nie udało się zaistnieć – posłał mi ironiczny uśmiech, lustrując mnie ze wszystkich stron.

Dość. Teraz przesadził. Nie mam zamiaru słuchać go ani sekundy dłużej. Jednak będą rękoczyny. Chwyciłem go za nadgarstki i przyszpiliłem do ściany bloku. Wydawał się być zaskoczony, nawet nie zareagował. Zdążyłem zablokować jego ręce i nogi i oprzeć się na nim, udaremniając ucieczkę. Spojrzałem w jego ciemne oczy i napotkałem wzrok równie zdeterminowany, jak mój. Pochyliłem się nad nim i wyszeptałem wściekle w jego twarz:

- Masz coś do mnie, hm? Co to mają być za insynuacje, do cholery? Myślisz, że kim jesteś, że wolno ci oceniać ludzi? Pieprzonym profesorem ASP? Nie zdefiniujesz sztuki! Nie zdefiniujesz mojej sztuki!

- Jesteś szalony – powiedział nerwowo, widać było, że się bał. Spojrzał na mnie potulnym wzrokiem i to właśnie ten wzrok sprawił, że poczułem się strasznie głupio. Instynktownie poluźniłem uścisk na jego nadgarstkach i odsunąłem się trochę. I to był mój błąd. Sasori (pieprzony, mały manipulator) wyciągnął szybko z kieszeni jakiś przedmiot, zamachnął się i...

Bolało. Cholernie bolało. Ból z głowy pulsował na całe ciało. Jednak głupota boli, naprawdę. Przez chwilę myślałem, że umrę w tym zaułku blokowiska z czerwonowłosym aniołem śmierci nad głową. Tym razem dwie minuty były dziesięcioma. Sasori mówił coś do mnie, najpewniej mnie ochrzaniał, ale nie byłem w stanie do końca tego stwierdzić – za bardzo bolało. Wydawało mi się, że moja głowa staje się naprzemiennie lekka i ciężka. Strasznie mi słabo, świat się rozmazał. Wycieczka po krainie bólu, wzdłuż wszystkich granic i z darmowymi biletami przejazdu.

- Argument siły jest używany, kiedy innych argumentów brak – wycedził Sasori, beznamiętnie obserwując moją agonię na osiedlowym chodniku.

- Chcesz mnie zabić? - wykrztusiłem, chcąc podnieść się z ziemi, ale błędnik chwilowo odmówił reakcji.

- Tak – aż przeszły mnie ciarki, póki nie dokończył – ale poszedłbym za to siedzieć, a nie chcę marnować swoich cennych lat życia z tak trywialnego powodu. Chociaż... to była obrona własna. Każdy sąd ci tak powie.

Nazwał zabicie mnie „trywialnym"?!

- Będziesz tak stać nade mną i się znęcał, czy zostawisz wreszcie w spokoju? Hm.- druga próba wstania powiodła się, ale tylko z pomocą ściany.

- Przecież widzę w jakim jesteś stanie, nie zostawię cię. Akatsuki nie może stracić takiej gwiazdy. Gdybym wiedział, żeś taki wydelikacony, to bym cię uderzył co najwyżej piórkiem.

- Właśnie, czym ty mnie walnąłeś? Paralizatorem?

- Dłutem.

Zrobiło mi się słabo, już nie tylko z bólu, ale też od myśli, co moja cenna główka musiała przed chwilą przeżyć. Dotknąłem delikatnie pulsującego miejsca nad skronią i... Jezu, przecież to jest krew!

- Rozjebałeś mi głowę dłutem, hm! Idź się leczyć, popaprańcu!

- To była obrona własna – wymamrotał i podszedł do mnie, aby przyjrzeć się swemu

makabrycznemu dziełu – Opatrzę cię. Chodźmy do mojego domu.

- Nie, sam się opatrzę, hm. I żadna obrona, prowokowałeś mnie! – nie uśmiechało mi się przekraczać progi domostwa tego socjopaty. Chociaż z drugiej strony wiedziałem, że sam raczej nie dam rady.

- Zaufaj mi – w ustach Sasoriego zabrzmiało to dziwnie – jestem na pierwszym roku medycyny.

- Nigdzie cię kurwa nie zatrudnią. Chyba że w prosektorium, hm.

- A odnośnie prowokacji... Nie można zwalać winy na ofiary. To właśnie takie zachowanie sądów i społeczeństwa dodatkowo poniża ofiary gwałtu, mówiąc...

- Jakiego gwałtu, hm?! - wydarłem się wściekły, ale głos mi się załamał i organizm oznajmił, że nie da rady się drzeć.

Sasori już nic nie mówił, tylko podparł mnie o siebie. Objął mnie jedną ręką w talii, a moją rękę położył na swoim ramieniu. Mimo to wcale nie czułem się zabezpieczony przed upadkiem.

- Może pojedziemy do mnie, hm? - nie ma nic gorszego niż wizyta w domu podejrzanego człowieka, kiedy nie ma się siły na obronę.

- Do mnie jest bliżej.

- No ok... - niechętnie się zgodziłem. Musiałem wyglądać raczej paskudnie, bo mijający nas ludzie gapili się na mnie. Znaczy – zwykle się gapią, nic dziwnego, w końcu jest na co – ale tym razem gapili się ze wstrętem i obrzydzeniem. Wolałem nie wyobrażać sobie tego, jak wygląda teraz moja głowa. Weszliśmy z Sasorim do autobusu i przez całą drogę już nie odzywaliśmy się do siebie ani słowem. Autobus był niemalże pusty, więc przedzieraliśmy się tą milczącą, metalową beczką przez zewnętrzny świat. Momentami miałem wrażenie, że zaraz stracę przytomność, ale na szczęście nic się nie stało. Nie wybaczyłbym sobie następnej chwili słabości przed Sasorim... Może żałuje tego, że tak mnie walnął i chce za to odpokutować? Nie znam go dobrze (praktycznie tylko od dwóch godzin) ale nie wydaje mi się, żeby żałował... Jakie więc są jego ukryte motywy? Zakładając, że je ma, oczywiście... Nie, znów popadam w jakąś paranoiczną obsesję. Przecież jak ktoś ci rozwali głowę i chce cię zabrać do domu to nie oznacza to od razu, że jest psychopatą... Mordercą... Gwałcicielem... Może jest po prostu dobrym i odpowiedzialnym człowiekiem, nie...?

- Wysiadamy – zakomunikował Sasori i odkleił mnie od okna. Tak smutno było opuszczać bezpieczny fotel i znów powrócić do groźnego zewnętrza. Powiew świeżego powietrza wybudził mnie z otępienia, a co za tym idzie – wzmógł uśpiony chwilowo ból. Sasori znowu mnie chwycił i zaczęliśmy iść w stronę jakiegoś nowego osiedla strzeżonego. Bloki wyglądały prawie jak apartamentowce. A może to były apartamentowce, w sumie nie wiem jaka jest różnica...

- Daleko jeszcze, hm? - zapytałem dla zasady. Podróż bez tego pytania nie jest pełna.

- Nie, już blisko.

Już blisko... Zaraz...Jezu, co on mówił wcześniej, po wypadku?! Że do niego jest bliżej, niż do mnie!? Skąd wie, gdzie mieszkam?! Ja pierdolę, ratunku!

- Sasori, hm... Wiesz, gdzie mieszkam? Skąd...?

Jednak szybciej od niego odpowiedziała mi zamykająca się furtka...