Musiałem stracić przytomność. Kiedy otwierałem oczy, głowa wydawała się być nieznośnie lekka, jakby wypłynęła z niej cała krew.

- O, nareszcie żyjesz - usłyszałem głos Sasoriego i podążyłem za nim wzrokiem. Leżałem na jakiejś niewiarygodnie długiej (i pewnie drogiej) kanapie, a Sasori siedział na jej drugim końcu i grał w coś na telefonie. Nawet nie podniósł na mnie wzroku, ale widziałem po nim, że się zmartwił moim zemdleniem. No, może nie tyle moim zemdleniem, co nie chciał mieć trupa w domu...

- Już cię opatrzyłem. Na ławie masz herbatę, już trochę ostygła – zakomunikował sucho, gapiąc się nieprzerwanie w ekran.

- To nic, lubię zimną, hm – usiadłem ostrożnie i rozejrzałem się po pomieszczeniu. To najbardziej snobistyczny salon, jaki w życiu widziałem, jakby wyciągnięty z katalogu. Wszystko było w odcieniach szarości, tylko gdzieniegdzie widniały jakieś czerwone akcenty, oczywiście ustawione według drobiazgowego zamysłu projektanta. Nie było widać absolutnie żadnego, osobistego akcentu, wszystko ociekało chłodem, doskonałością i niewiarygodną kasą. Wziąłem do rąk kubek, najdelikatniej jak mogłem. Pewnie kosztował z pięć razy więcej niż normalny, mimo że wyglądał na normalny. Herbata miała zadziwiająco miły, waniliowy zapach. Przypomniałem sobie, o co miałem zapytać Sasoriego, zanim zemdlałem.

- Mówiłeś coś, że... Hm... Powiedziałeś, że mieszkasz bliżej ode mnie. A skąd właściwie wiesz, gdzie mieszkam?

W powietrzu popłynęła zawiedziona melodyjka, informująca o końcu gry. Mimo to Sasori nadal patrzył się w ekran, jakby się nad czymś zastanawiał.

- W sumie... Mogę ci powiedzieć – zaczął, podnosząc na mnie wzrok – Widziałem cię w dzień egzaminów na ASP i od razu pomyślałem, że się nadasz.

- Co?! - wybuchnąłem, ale boląca głowa kazała mi się uspokoić – A przecież mówiłeś, że się nie nadaję, że to mnie zniszczy, że...

- Tak cię tylko sprawdzałem – uśmiechnął się na pozór przepraszająco. Poczułem chęć, aby go znów udusić – Konan się upierała, że Itachi nie ma dobrego partnera. A że byłem winny przysługę Hidanowi, powiedziałem mu, aby do ciebie poszedł. Hidan ostatnio podpadł w czymś Kakuzu, a teraz miał szansę się zrehabilitować.

- Ale... Skąd wiedziałeś, gdzie mieszkam? Szpiegowałeś mnie?!

- No co ty, ja mam od tego ludzi – powiedział, jakby to było całkowicie normalne – wystarczy popytać paru plotkarzy.

- Jesteś chory – oznajmiłem gniewnie i upiłem łyk herbaty, by choć trochę złagodzić tępy ból w skroni – Czyli to, że się tam znalazłem... Wszystko to uknułeś już wcześniej, tak?

- Nie uknułem. Nie lubię tego słowa. Zaplanowałem.

Uśmiechnąłem się do siebie, zasłaniając się kubkiem. Jak ja nienawidzę takich zimnych skurwysynów, którzy myślą, że ludzie to ich pionki! Że będę tańczyć, jak mi zagra! Może i jego plan zakładał, że jestem niedomyślnym idiotą, ale sam fakt, że się trochę domyśliłem i musiał mi powiedzieć... To zawsze coś, nie? Ale nauczka mu się należy – nie będzie za mną pogrywał. Wyprostowałem rękę z kubkiem i spokojnym ruchem wylałem herbatę na tą niesamowicie drogą kanapę. Spojrzałem Sasoriemu buntowniczo w oczy, ale on spokojnie patrzył na rosnącą plamę. Niepokojące, powinien się choć trochę zmartwić.

- Lubisz rozlewać herbatę? Takie hobby? Ciekawe jak Freud wytłumaczyłby twój przypadek.

- Nie rusza cię to, hm? - spytałem spokojnie, chociaż wewnątrz gotowałem się z wściekłości.

- Wiesz... To nie jest mój dom. Mieszkam tu, ale nic z tego nie jest moją własnością.

Na tą szokującą wiadomość przestałem wylewać herbatę i wypiłem pozostałą resztkę.

- Więc czyj to dom, hm?

- Nie interesuj się – uciął krótko i znów chwycił za telefon – Jak już się tak dobrze czujesz, to do widzenia.

- Jakiś twój sponsor?– strzeliłem w ciemno i bez przekonania, ale po braku zaprzeczenia zorientowałem się, że chyba trafiłem – Prostytucja jest nielegalna – uśmiechnąłem się wrednie.

- Niektórzy muszą mieć kasę i dach nad głową, bo się uczą. Uczą się na studiach, na które się dostali, w przeciwieństwie do innych – podniósł na chwilę głowę, akurat w feralnej sekundzie, kiedy mój wzrok wyrażał niepohamowaną gorycz – Poza tym nie udawaj strażnika moralności. Lada dzień zaczniesz karierę w branży porno, hipokryto.

- ASP jest bez sensu – mruknąłem z przekonaniem, które już dawno sobie wpoiłem – prawdziwi artyści byli samoukami. Szkoła tylko podcina skrzydła, hm. Tak, czy siak – nikogo dobrego tam nie przyjmą, bo nie będzie się mieścił w ich ograniczonej wizji świata, hm!

- Mnie przyjęli – Sasori uśmiechnął się, wyraźnie ucieszony. Spojrzałem na niego z po wątpieniem.

- Mówiłeś, że studiujesz medycynę, hm.

- Bo studiuję.

- Więc niby jak?

- Można studiować dwa kierunki jednocześnie, geniuszu – Sasori wyraźnie delektował się swoim samouwielbieniem - Zwykle są to kierunki pokrewne, ale ja uznałem, że dam radę i jak na razie naprawdę daję. Na semestr miałem szóstkę i z tego, i z tego.

Normalnie nie uwierzyłbym w taką rewelację, ale Sasori wydawał się być do tego zdolny.

- Pokaż mi jakieś swoje prace – niemalże rozkazałem i wstałem, podpierany przez ciekawość.

- Skoro inaczej mi nie uwierzysz...

Przeszliśmy przez przestronny korytarz i weszliśmy do ostatniego w nim pokoju. W środku było przeraźliwie czysto, powietrze przesycone było zapachem drewna, tempery i środków czystości. Można się tą mieszanką spokojnie znarkotyzować. Dwie, prostopadłe do siebie ściany były całe w oknach, a na każdym z nich były przymocowane matowe żaluzje. Sasori podszedł do dużej teczki i wyjął z niej stertę wielkoformatowych rysunków. Podszedłem bliżej i... Myślałem, że to fotografie, ale to były najprawdziwsze rysunki! Na jednych były niesamowicie realne portrety (pewnie rysują na zaliczenie), a na innych całkowicie fantazyjne, wijące się rośliny. Był też błękitno-fioletowy motyl z wyrwanymi skrzydłami, tak smutny i piękny, że aż chciało przeniknąć się do świata rysunku i poskładać jego poszarpane skrzydła. Każdy rysunek, bez wyjątku, był niesamowicie realny, ale jednocześnie niepokojąco nieludzki. Nie było przypadkowych linii, przypadkowych cieni, przypadkowych barw. Wszystko było idealne, a przez to tak bezbarwne, że nie wywoływało żywych emocji. Więc to jest jego sztuka. Pieprzony geniusz.

- Ale bardziej od rysunku wolę lalkarstwo – głos Sasoriego wybudził mnie z zamyślenia. Patrzył na mnie wyraźnie ucieszony, że udało mu się mnie zgasić. Obok niego, na biurku, siedziała lalka tak dokładna, że wyglądała jak najprawdziwsze dziecko. Chociaż z tym pustym wzrokiem, to było raczej dziecko autystyczne.

- To jest idealne – przyznałem, na co Sasori uśmiechnął się lekko. Z jakiegoś niepojętego dla mnie powodu, moja opinia wydawała się dużo dla niego znaczyć – Ale twoja sztuka jest zbyt martwa, bym mógł się czymkolwiek tutaj zachwycić...hm.

Nic nie odpowiedział, a w pokoju zaczęła dźwięczeć cisza. Skoro dźwięk jest falą w powietrzu, to tutaj nic się nie ruszało. Utknęliśmy na martwym oceanie ciszy. Sasori patrzył pusto na swoją lalkę i ona odpłacała mu tym samym spojrzeniem. Poczułem się trochę jak intruz ze świata żywych, który wtargnął do sanktuarium wegetacji.

- Chłopaki zwykle nie bawią się lalkami, hm – powiedziałem, aby przełamać tą martwą atmosferę. Sasori spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem, jakby się właśnie wybudził ze snu, ale szybko wrócił do standardowego, beznamiętnego wyrazu twarzy.

- No i nie wiedzą, co tracą.

- To jakieś zboczenie? - zażartowałem, ale jego ciężkie spojrzenie natychmiast mnie zgasiło – Wiesz... Sam trochę wyglądasz jak lalka, hm.

- To komplement? Bo nie za bardzo wiem, jak się do tego ustosunkować – wyczułem, że chce się już wycofać i nie ma ochoty dalej rozmawiać, ale to nie w moim stylu, tak grzecznie zostawiać ludzi w spokoju.

- Laleczka~ Z saskiej porcelany~ Twarz miała bladą jak pergamin~ - zacząłem śpiewać cicho z wrednym uśmiechem, obserwując bacznie, jak Sasori stoi niewzruszenie, wtopiony w swój beznamiętny pokój, który odbijał dźwięk z lekkim echem – Nie miała taty, ani mamy~ I nie tęskniła~ Ani, ani...

Wykonałem serię amatorskich piruetów i znalazłem się tuż przed lekko skonsternowanym Sasorim. Chwyciłem jego lodowate ręce i z szerszym już uśmiechem zaśpiewałem drugą zwrotkę: „Aż dnia pewnego na komodzie~ Prześliczny książę nagle stanął~ Kapelusz miał w zastygłej dłoni~ I piękny uśmiech z porcelany~ A w niej zabiło małe serce, co nie jest taką prostą sprawą~ I śniła, że... Dla niego tańczy... A on ukradkiem bije brawo~"

Sasori zaczął odwzajemniać delikatne kołysanie rąk, które miało imitować taniec. Zanim zdążyłem otworzyć usta do refrenu, zaczął szybko trzecią zwrotkę:

- Lecz jakże kruche bywa szczęście~ W nietrwałym świecie z porcelany~ Złośliwy wiatr zatrzasnął okno~ I książę rozbił się... Na amen – jego czysty, martwy głos idealnie pasował do tej piosenki. Ostatnie wersy o śmierci księcia zaśpiewał jednak z jakąś nutą sadystycznej przyjemności.

- I znowu stoi obok lustra~ Na toaletce, całkiem sama~ - podchwyciłem i śpiewaliśmy już razem – I tylko jedna... Mała kropla... Spłynęła w dół, po porcelanie...

Ściany tego pokoju chyba jeszcze nigdy nie były świadkami czegoś takiego jak śpiew, bo miałem wrażenie, że przypatrują się nam ze zdumieniem. Aby zgorszyć je jeszcze bardziej, pociągnąłem Sasoriego do wspólnego tańca (a właściwie kręcenia się). Refren zaśpiewaliśmy już głośniej i z ulgą uznałem, że udało mi się sprawić, aby Sasori wykrzesał z siebie trochę życia.

- Laleczka! Z saskiej porcelany! Twarz miała bladą jak pergamin! Na zawsze odszedł ukochany! A ona wciąż tęskniła za nim!

Zaczęło kręcić nam się w głowach i czułem się trochę tak, jakbym był pijany. Być może przez ten straszny wypadek, albo przez te narkotyczne zapachy w powietrzu. Nie byłem w stanie stwierdzić, czy nie jestem teraz w swoim chorym śnie.

- Jej siostrą! Była dumna waza! A bratem zabytkowy lichtarz! Laleczka z saskiej porcelany...

- Maleńka, smutna... Pozytywka... - dokończyłem już sam, tak cicho, że właściwie ostatnie słowo nie było dźwiękiem, tylko ruchem ustami. Sasori cofnął swoje dłonie i usiadł na biurku, obok swojej lalki. Naprawdę wyglądali trochę jak rodzeństwo.

- Zmęczyłeś się, hm? - zapytałem zadziornie, przypatrując się jego opadającej i wznoszącej klatce piersiowej. Mało mu trzeba.

- Patrz na siebie. Nie powinieneś się przemęczać z rozwaloną głową – odpowiedział rzeczowo i specjalnie wyjął z kieszeni owo śmiercionośne dłuto. Zaczął się nim bawić, turlając je zręcznie między palcami, a mi momentalnie zrobiło się niedobrze. Niepotrzebnie byłem dla niego taki miły i otwarty. Jednak skurwiel zawsze pozostanie skurwielem, gotowym wbić ci dłuto w plecy.

- Fajnie tu masz – udałem, że rozglądam się po pokoju, ale tak naprawdę jedyne co mnie interesowało, to jego nieziemskie prace - A właśnie. Gdzie mieszkają twoi rodzice, hm?

- Na cmentarzu.

Poczułem, że tą feralną piosenką popełniłem największe faux pas życia.

- Sorry, nie wiedziałem, hm! – zacząłem się tłumaczyć gorączkowo - Gdybym wiedział, to...

- Nie przepraszaj. Jasne, że nie wiedziałeś, skąd niby miałbyś? Nie jesteś mną, aby wiedzieć wszystko o wszystkich.

- Fakt, hm – przyznałem z pewną dozą oburzenia. W pokoju na powrót zrobiło się cicho, jeszcze ciszej niż wcześniej. W myślach podstawiłem sobie do głowy karabin i wystrzeliłem sobie z głowy całą zawartość (której po wypadku pewnie i tak dużo nie ma). Tak się właśnie zabija wyrzuty sumienia, kiedy się powie coś głupiego. Tym razem nie przełamywałem ciszy. Odczekam troszkę czasu, dla przyzwoitości, i powiem, że zmywam się do domu.

- Moi rodzice zginęli podczas drugiej Intifady – powiedział nagle, owijając sobie jasne włosy lalki wokół palca – Po tym razem z babcią wyemigrowaliśmy do Polski. Nie mam pojęcia dlaczego ludzie w Polsce tak narzekają na pomoc społeczną. W Palestynie jest gorsza.

- Dobrze mówisz po polsku, hm – pochwaliłem go, przyglądając się jednocześnie lalkom siedzącym równym rzędem na parapecie.

- Bo mieszkam tu, odkąd pamiętam – odpowiedział lekko zirytowany – Nawet dobrze nie znam arabskiego.

- To w Afryce się mówi po arabsku? - zdziwiłem się, a Sasori natychmiast rzucił we mnie jakimś kawałkiem drewna, który leżał na biurku. W ostatniej chwili się odsunąłem! Gdybym to zrobił ułamek sekundy później, to dostałbym w drugą skroń i głowę miałbym do wymiany! Wyszedłem z szoku, dopiero jak usłyszałem głuchy klekot drewna o podłogę.

- Co cię kurwa napadło?! - wściekłem się na niego i dla bezpieczeństwa złapałem się za głowę – Człowieka chcesz zabić?! Arabski terrorysta!

- Tak, w północnej Afryce mówi się po arabsku – wyjaśnił, ignorując moje oskarżenie – Ale Palestyna nie leży w Afryce.

- Nie? - tą informacją naprawdę zbił mnie z tropu.

- Rany, nic dziwnego, że cię na studia nie przyjęli. To i tak cud, że zdałeś maturę! - teatralnie spojrzał w górę, demonstrując całym sobą pogardę dla mej osoby.

- A właściwie to czego mi się zwierzasz, hm? - powinien być wdzięczny, że słucham jego rodzinnych opowieści, a nie mieć wąty o nie wiadomo co.

- Jesteś bezpieczny – stwierdził już poważnie, wracając do standardowego stanu wyprania z emocji.

- To znaczy...?

- I tak nikt nie uwierzy takiemu wariatowi, jak ty.

Nie wiedziałem do końca jak mu odpowiedzieć, więc tylko uśmiechnąłem się lekko. Jak by nie patrzeć – zostałem obdarzony pewnym zaufaniem i to chyba dosyć łatwo. Sasori nie wyglądał na kogoś wylewnego, więc należało to traktować jako szczególny rodzaj zaszczytu. Wychodząc z apartamentowca dopadło mnie mętne wrażenie, że to może jeszcze nie być koniec jego gry. Kiedy byłem przy nim nie zastanawiałem się nad tym... Ale nieważne. Czas pokaże, czy Sasori jest kimś z kim warto się przyjaźnić.