Znowu nie przyszedłem punktualnie, mimo że tym razem naprawdę się starałem. Z godziną spóźnienia wpadłem do mieszkania Konan, gdzie już wszyscy byli i albo na mnie czekali, albo gapili się w telewizor.

- Sorry za spóźnienie, hm! - wypaliłem już na progu, zanim jeszcze ktokolwiek zdążył się obrócić – Siła wyższa, nie moja wina! To jak, zaczynamy?

Patrzyli na mnie, jakby jeszcze nie do końca do nich dotarło, że oto jestem. Pierwszy ocknął się Sasori, mimo że nawet nie podniósł wzroku znad telefonu:

- Po kimś takim jak ty, oczekiwaliśmy tak prostackiego naruszenia fundamentalnych zasad społecznego...

- Nie ma sprawy, właź! - rzucił Hidan, nie przejmując się Sasorim, który wycedził nienawistnym głosem do ekranu, że nienawidzi jak ktoś mu przerywa.

- I tak jeszcze nie ma Itachiego – powiedziała Konan, spoglądając ukradkiem na pogrążonego w myślach Peina – Nie możemy się do niego dodzwonić, nie mamy pojęcia, co z nim jest... Kisame właśnie poszedł do jego domu, sprawdzić, czy tam go nie ma. Obawiamy się, że... - zawiesiła głos. Wszyscy zamilkli. Pokój pogrążony w półmroku zatonął w ciszy, nawet Doktor House w telewizorze zamilkł. Poczułem, że nie powinienem drążyć, że to jakaś tajemnica spowijająca społeczność, której nadal nie jestem pełnoprawnym członkiem... Ale co się dzieje z Itachim? Zaryzykować i zapytać...?

- To coś poważnego, hm...? - wydusiłem cicho, o wiele ciszej niż zwykle. Tylko tym zagęściłem i tak już ciężką atmosferę.

- Nie – Pein odpowiedział zbyt szybko, tak szybko wypowiada się tylko wytrenowane kłamstwa. Podszedłem do kanapy i usiadłem na jej szerokim ramieniu, obok Sasoriego. Moja bliska obecność chyba go trochę krępowała, bo zaczął tracić życia w strzelance, w którą grał. Tymczasem telewizor odzyskał głos, a Konan i Zetsu zaczęli rozmawiać o przełożeniu kręcenia. Czyli niepotrzebnie przyszedłem, fajnie...

- O co chodzi z Itachim? - wyszeptałem cicho w czerwone włosy. Palce lekko mu zadrżały, a na ekranie pojawiło się „Game Over".

- Co cię to? - mruknął trochę głośniej niż powinien, pewnie wszyscy to usłyszeli!

- To trochę przerażająco brzmi, to wszystko... Chciałbym wiedzieć, o co chodzi, bo jak nie wiem, to mój mózg produkuje różne przerażające obrazy, hm.

- Martwisz się o Itasia? - uśmiechnął się krzywo i spojrzał na mnie – Miłość od pierwszego wejrzenia?

Wejrzenie Itachiego jest w stanie zrobić wiele, ale nie zamierzałem dzielić się tym z Sasorim. Nienawidzę tej jego ironicznej postawy.

- To normalne, martwić się o ludzi. Jako psychopata, nie masz o tym pojęcia, ale uwierz mi, że tak to właśnie jest, hm.

Sasori nagle wstał z kanapy i zakomunikował, że pójdzie do kuchni, zrobić wszystkim herbatę. Mówił to tak, jakby porwał się na jakiś heroiczny czyn. Wyszedł z pokoju, a ja natychmiast za nim. Kuchnia Konan była dosyć mała, a w szafkach skrywała nieprzyzwoite ilości herbaty i ziół. Same liściaste, zero szajsu typu Saga, czy Minutka. Sasori napełnił jakieś dwa dziwne dzbanki wodą.

- Co ty robisz, hm? - przez chwilę zapomniałem, że jestem tu, by wypytywać go o Itachiego.

- To się nazywa filtr do wody. Wodę z kranu się filtruje przed ugotowaniem, aby pozbyć się zanieczyszczeń – spojrzał na mnie z dezaprobatą – W cywilizowanych domach się tak robi.

Jego ciężkie spojrzenie sprawiło, że poczułem się naprawdę jak idiota, który nie filtruje wody przed ugotowaniem. Sasori wlał wodę z filtrów do dwóch czajników (Konan jest dobrze przygotowana na inwazję gości) i włączył je jednocześnie. Hałas skutecznie zagłuszał to, co właśnie mówił:

- Itachi ma naprawdę duże problemy rodzinne – zaczął beznamiętnie, wsypując earl grey do następnych dwóch szklanych czajniczków – A właściwie to nie duże, tylko ogromne. Większe niż Rosja.

Sasori odwrócił się do mnie i z satysfakcją obejrzał moją cholernie zaciekawioną twarz.

- Liczysz na to, że ci powiem? - no nie, będzie się ze mną droczył... Nie w takim momencie! - Naucz się nie spóźniać, to pogadamy.

- Żartujesz?! - wstałem z krzesła i niemalże się na niego rzuciłem, ale przypomniałem sobie czym to może się skończyć, więc tylko stanąłem przy nim, delektując się swoją fizyczną wyższością (niewielką, ale jednak!). Sasori spojrzał mi w oczy już odrobinę poważniej.

- Nie żartuję. Nienawidzę spóźniania.

- Nie powiesz mi czegoś, bo... - zacząłem agresywnie, ale jego zdecydowane spojrzenie kazało mi zmienić ton. Niech mu już będzie, poniżę się przed nim, skoro tak bardzo tego pragnie... - Przepraszam. Przepraszam, już się nigdy, przenigdy nie spóźnię! Obiecuję, hm.

Sasori uśmiechnął się, jednocześnie smutno i z rozbawieniem.

- Naprawdę musi ci na tym zależeć... Ok, niech będzie, w sumie to nic mi do tego – wzruszył ramionami i oparł się o szafki, odsuwając się trochę ode mnie – Itachi... A właściwie Iwan Władimirowicz Ustimowicz pochodzi z rodziny powiązanej z rosyjską mafią. Jego rodzina zginęła w jakiś podejrzanych porachunkach, jakaś wendeta czy coś... Podobno ocalał tylko on i jego młodszy brat, Siergiej. Ale z tego, co wiem, nie ma on najlepszych kontaktów z Itachim. Tak czy siak, zawsze istnieje zagrożenie, że mafia ich znajdzie i zabije.

- Ale – nie nadążałem za tym, a moje serce nie nadążało z uderzeniami – po co niby mieliby go zabić? Przecież on teraz nic nie robi, nie?

- Mafia to mafia – hałas czajników ustał i nagle zrobiło się o wiele ciszej. Podświadomie zniżyłem głos do szeptu:

- A ty jak myślisz? Co się z nim dzieje, hm...? - nie wiem dlaczego, ale zapytałem go o opinię. Ze zdenerwowania wyginałem sobie palce.

- Nie denerwuj się, nic to nie da – powiedział sucho i zaczął szykować kubki – Jeżeli cię to uspokoi, to Pein ma jakieś wtyki w mafii pruszkowskiej, więc Itachi nie jest tak całkowicie bez ochrony.

- Pein? - powtórzyłem tępo, bezwiednie. Myślałem tylko o tym, gdzie jest teraz Itachi. Nachodziły mnie obrazy rosyjskich tortur, ale wymiatałem je z pamięci, najszybciej, jak mogłem.

- Pein i Konan byli w jakimś gangu, jak jeszcze byli dzieciakami. Wychowali się w najciemniejszych zakątkach tego kraju...

- Na Podlasiu?

Sasori spojrzał na mnie z pobłażliwą konsternacją.

- Myślałem o Pradze Północ.

Może rzeczywiście nie ma się co martwić? A właściwie to czemu miałbym? Przecież i tak nie znam tego skurwysyna, nic o nim nie wiem... Oprócz tego, że świetnie całuje i jeszcze lepiej wygląda. Ale to ciągle nic.

- Pomóc wam? - zza ściany wychylił się Zetsu, znów niemalże powodując u mnie zawał.

- Możesz się tak nie skradać?! - wyładowałem na nim nagromadzoną frustrację. Od razu trochę lepiej.

- Nie ma co – powiedział Zetsu, jakby do siebie. Zmienił mu się zupełnie głos, stał się bardziej szorstki i głęboki. Odwrócił się ostentacyjnie na pięcie i wrócił do salonu.

- Obraził się, hm? O coś tak błahego? - spytałem Sasoriego, który trzymał już osiem kubków.

- On ma takie wahania. Przyzwyczaisz się. A jako że przepędziłeś nam pomoc, niesiesz cięższą część – wskazał wzrokiem na dwa szklane czajniczki pełne herbaty. Rzeczywiście było ciężko, czułem się jak kelnerka na Oktoberfest.

Weszliśmy do salonu podczas bloku reklamowego. Telewizor był ściszony i wszyscy rozmawiali. Z ulgą odłożyłem czajniczki na ławę i wcisnąłem się na kanapę, między Sasorim i Konan. Nalałem sobie herbatę i już po pierwszym łyku poczułem, że jest zdecydowanie za gorzka i cierpka.

- Przydałoby się coś do tego, hm... - posłałem napojowi niepewne spojrzenie.

- Mogę ci przynieść – zaoferował się Sasori, podejrzanie miło jak na niego – Chcesz herbatkę z cukrem, cytryną czy cyjankiem?

Haha, bardzo śmieszne... Konan spojrzała na mnie z troską:

- Słodzenie takiej herbaty to czysta profanacja. Cukier zabija głębię smaku – powiedziała to aż zbyt poważnie, po czym nalała herbatę sobie i Peinowi. W takim towarzystwie to się nawet człowiek nie może odezwać, bo albo go wyśmieją, albo pouczą, albo otrują.

- Myślałeś już nad pseudonimem? - zapytał Zetsu, już w zdecydowanie lepszym humorze. Przerażony obserwowałem, jak pije tą cierpką lurę.

- Tak, hm. Myślę, że Deidara do mnie pasuje.

- Ale pedalsko! - zaśmiał się Hidan i chyba chciał powiedzieć coś jeszcze, ale przypomniał sobie, że jak mam gorący napój, to jestem potencjalnie niebezpieczny.

- Pedalsko, więc pasuje – podchwycił Sasori, który w ogóle nie bał się herbaty.

- Ładnie – zawyrokowała Konan, jak zwykle bez zbędnego entuzjazmu – A powiedz, Deidara, co myślisz o scenariuszu? Jestem ciekawa twojej opinii.

No pięknie, wiedziałem, że o czymś zapomniałem.

- Nie przeczytałem go, hm... - przyznałem cicho i wziąłem nienaturalnie duży łyk herbaty – Ale i tak nie będziemy dziś kręcić, więc co za różnica, hm!

Konan chyba było przykro, ale to tylko moje odczucie. Być może wcale się tym nie przejęła.

- Powinieneś być przygotowany – mruknął Sasori, który nie wiadomo kiedy włączył Angry Birdsy – Jesteś beznadziejny, naprawdę...

- Nie za bardzo się przykładasz, Dei – zaśmiał się Hidan, wyszczerzając się po swojemu – My się wszyscy staramy, abyś się poczuł komfortowo a ty se nic nie robisz z tego. Bez nas zostaniesz na lodzie, pamiętaj.

- Wal się, hm. Nie zginę, potrafię na siebie zarobić! - założyłem nogę na nogę i posłałem mu buntownicze spojrzenie. Hidan siedział na podłodze przed telewizorem, więc siłą rzeczy musiał patrzeć na mnie z dołu – Nie chcę się chwalić, ale ostatnio zarobiłem też sporo na rękodziele, hm!

Z nieskrywaną dumą upiłem łyk paskudnej herbaty.

- Rękodziele, haha! Rękodzieła to będziesz w porno robić!

- Hidan, że też ty zawsze musisz mieć takie skojarzenia – Pein w końcu coś powiedział. Cały czas siedział przybity, pewnie martwił się Itachim. A skoro on się martwi, to... Nie, stop! Ja nie będę się martwił!

- Pracujemy w porno, więc nie dziwota – Hidan wytknął język – a każdy wie co to rękodzieło, haha! W dodatku Dei robi ptaszki gwizdki! Już bardziej pedalsko się nie da, bo nie dość, że ptaki, to jeszcze gwizdki!

- Te pedalskie ptaki zadziwiająco dobrze się sprzedają – powiedziałem z chłodną wyższością – Wiem, że mi zazdrościsz i dlatego tak mówisz, hm. Ludziom się podoba to, co robię i to jest najważniejsze, więc się kurwa zamknij.

- Ta, ludziom się podoba, śmiechu warte! To Sasori kazał nam...

- Hidan, morda – wycedził Sasori, ale już było za późno. Poczułem, że zaraz dowiem się czegoś druzgocącego.

- Sasori... - zwróciłem się do rudzielca, który nie raczył nawet podnieść wzroku znad ekranu – O co chodzi, hm?

- Tak, zaplanowałem to – przyznał cicho po dłuższej chwili, a wszyscy obecni przytaknęli z rezygnacją – Chciałem, abyś poczuł się lepiej, to wszystko. Dałem kasę każdemu z Akatsuki i moim znajomym i wysłałem ich, aby to wykupili.

Zabrałem mu telefon z rąk i przysunąłem się do niego, by spojrzeć mu prosto w oczy:

- Znowu się bawisz w reżysera mojego życia, hm?! Oszukałeś mnie, myślałem, że...

- Chciał dobrze – Zetsu załagodził sytuację swoim aksamitnym głosem, ale zaraz potem dodał dobitnie: - ale dał dupę.

- Kakuzu – Sasori zwrócił się nagle do milczącego dotąd skarbnika – powinieneś wiedzieć, że to ja znalazłem Deidarę, nie Hidan.

Aha, więc Sasori jest z tych, co lubią się mścić. W sumie mnie to nie dziwi. Dziwi mnie tylko moja naiwność... Jak mogłem uwierzyć, że pospólstwo doceni moje rzeźby i wykupi je w takiej ilości? Dlaczego nie wychwyciłem spisku, oszczędzając sobie wstydu...?

- Ej! - albinos odwrócił się spanikowany do Kakuzu – Kaziu, to nie tak! Ja się starałem, naprawdę!

- Zamknij się - „Kaziu" uciszył go natychmiastowo – Wiedziałem, że do niczego się nie nadajesz. Aż się zdziwiłem, jak przyprowadziłeś taki dobry okaz.

...Dobry okaz?

- Deidara... - usłyszałem Sasoriego, tuż przy swoim uchu – Chciałem, abyś był szczęśliwszy. To wszystko.

- To miłe – przyznałem cicho... Jak by nie patrzeć...W końcu ten plan musiał go drogo kosztować, a zrobił to tylko po to, aby mnie uszczęśliwić! Poczułem, że się rumienię.

- Dobre samopoczucie przekłada się na zwiększoną efektywność pracy – już przestałem się rumienić. Czyli to tyle, jeżeli chodzi o romantyzm w wykonaniu Sasoriego.

Odpowiedziałbym mu coś zapewne, gdyby nie przerwał nam stukot ciężkich butów w przedpokoju. Przyszedł Kisame.

Postawione na żel włosy opadły żałośnie, zmęczone deszczem i wiatrem. Cały przemoczony, nie zdjął nawet butów i kurtki, zanim stanął w drzwiach salonu. Odwróciliśmy się wszyscy nerwowo i nasze wyczekujące spojrzenia napotkały jego zrozpaczone. Jezu. Coś strasznego musiało stać się z Itachim. Twarz Kisame wyrażała bezgraniczne zmartwienie, a zaciśnięte pięści bezsilność wobec okrutnego losu. Wszyscy w pomieszczeniu skoncentrowaliśmy się na posłańcu. Ręka Peina zadrżała niebezpiecznie i strąciła stojący na ławie kubek.

- Itachi dzisiaj nie przyjdzie... - wysapał Kisame, łapiąc jeszcze oddech po niedawnym biegu w deszczu. W moich oczach pojawiły się krople jak zza okna. Kisame spuścił głowę i zacisnął wargi. Płakał? Nieświadomie złączyłem dłonie jak do modlitwy, oczekując końca strasznej wiadomości... Jak to wszystko mogło stać się tak szybko...? Tak nagle...? Kisame spojrzał na nas z niewymownym smutkiem w oczach. Wyglądał jak osierocony pies, którego pan wybrał się już w zaświaty, a on pozostał na ziemskim padole tylko po to, by trwać... By opłakiwać... Powiódł po wszystkich tym spojrzeniem, przygotowując każdego z osobna do wysłuchania reszty gorzkiego poselstwa: „Itachi dzisiaj nie przyjdzie... Ma gorączkę...".

Wstrzymaliśmy oddechy, przetwarzając zbiorowo tą informację.

- E? - wykrztusiłem szybko marszcząc brwi i niemalże krztusząc się nieuwolnionymi jeszcze łzami - Gorączkę?!

- Prawie czterdzieści stopni – żałobny wzrok Kisame wcale się nie zmienił. Widocznie dla niego gorączka Itachiego już była końcem świata. Pewnie gdyby Itachi nie żył, to nie przyszedłby tu to nam obwieścić, tylko zabiłby się z rozpaczy na miejscu. Wszystkim zrobiło się jakby trochę głupio, że już mentalnie byli na pogrzebie Itachiego, który wszak żyje i ma się (niemalże) dobrze.

- No dobra! Koniec tego siedzenia, bierzemy się do roboty – Pein odzyskał nagle siły. Widać było, że spadł mu z serca wielki ciężar – Taki zleceniodawca nie trafia się codziennie, nie możemy kazać im czekać.

- Ale nie ma Itachiego... - powiedział Zetsu trochę niepewnie.

- No i ten debil nawet nie zna scenariusza – Sasori posłał mi protekcjonalne spojrzenie znad swoich Angry Birdsów.

- Mogę improwizować, hm – powstałem z kanapy, czując taki sam zastrzyk energii, co wcześniej Pein – Nie ma nic gorszego niż scenariusze! Najważniejsza jest autentyczność, naturalność, hm! Tu chodzi o pasję i namiętność, tu chodzi o rozkosz chwili, nie o zaplanowane zdarzenia, wyprane z emocji! To jest życie, a nie papier, hm!

Zakończyłem przemowę w tryumfalnej pozie, z nogą wspartą na ławie i dłonią wzniesioną ku sufitowi. W oczach Konan wychwyciłem chłodny, ale autentyczny podziw.

- Masz rację – zwróciła się jednocześnie i do mnie i do Peina- Deidara, jesteś pewien, że dasz radę improwizować?

- Nie masz pojęcia, kogo pytasz, hm! - nie byłem do końca pewien swojej pewności, ale nie mogłem się już wycofać. Poza tym po coś tu przyszedłem – Z kim będę... Hm... Grać?

- Jak to z kim? - Odpowiedziała lekko, mając już zapewne w głowie nowy plan – Z Sasorim.