Tony odbywał akurat sparing ze Stevem, kiedy po raz pierwszy zauważył, że coś jest nie tak. Nie tak nawet dla Avengera, co znaczy, że było to trochę bardziej niespodziewane niż łucznicy chowający się w suficie, gigantyczne, zielone, rozwścieczone potwory i nordycki bóg piorunów noszący kapcioszki w króliczki. Tony dostrzegł to, kiedy udało mu się cisnąć Stevem przez pokój na jakieś dwadzieścia stóp, bez zbroi. Nie wgniótł, co prawda, ściany, ale na pewno zaskoczył Kapitana Sopla, a Natasha i Clint przerwali nawet własny sparing, żeby się na nich pogapić.
– Stark, brałeś witaminy Bruce'a, czy coś? – zapytał Clint.
Natasha zaledwie patrzyła się na niego zmrużonymi oczami, milcząc wymownie.
– Uh… Nic, o czym bym wiedział? – odchrząknął. – Steve, w porządku?
– Jasne, jestem tylko trochę ogłuszony.
– Uderzyłeś się w głowę?
– Nie, ale ty mną rzuciłeś. Bez stroju. Pracuję nad odzyskaniem dumy.
Tej nocy Tony przeprowadził w laboratorium trochę badań. Siłę zazwyczaj testował będąc w zbroi, a choć wyniki były nieco niepokojące, wyjaśniły, jakim cudem udało mu się rzucić pieprzonym Kapitanem Ameryką przez salę. Postanowił być nieco ostrożniejszy podczas sparingów, przynajmniej dopóki nie dowie się skąd, jak i dlaczego się to wzięło, i zabrał się za następne w kolejce testy wytrzymałościowe, każdy przeprowadzając po dwa razy.
Te też okazały się imponujące, patrząć chociażby na fakt, że Tony ledwo się spocił po przebiegnięciu na bieżni trzech mil. Temperatura podskoczyła mu do 37,7º C, ale poza tym nie miał żadnych innych objawów gorączki, badania wzroku wypadły dobrze, prawdopodobnie nawet lepiej niż te wcześniejsze, nawet ciśnienie krwi polepszyło się ni z tego ni z owego. Mimo wszystko brak odpowiedzi na pytanie "Dlaczego?" doprowadzał Starka do szału.
Przeprowadził analizy chemiczne całego jedzenia, jakie było w lodówce, nie znajdując ani niczego nienormalnego, ani dowodów na to, że ktoś przy nim majstrował, a następnie sprawdził najczęściej używane źródła kawy, zanim dotarło do niego, że powinien zacząć od wszystkich swoich pracowni. Na pierwszy ogień poszła ta w Stark Tower, potem w Malibu, i wreszcie w należącym do niego i Lokiego legowisku, w którym powstawał rzadki pierwiastek. Akurat sprawdzał poziom promieniowania w pomieszczeniu i prowadził badania nad paroma produktami ubocznymi, kiedy Loki pojawił się znikąd w towarzystwie głośnego odgłosu pękania, który o mało co nie przyprawił wynalazcy o zawał serca. Licznik Geigera stuknął, uderzając się o podłogę, a Tony wyrzucił z siebie barwną wiązankę, prawie zleciał z krzesła i właśnie miał powiedzieć coś uszczypliwego, kiedy zdał sobie sprawę z tego, jaka ilość krwi pokrywa Asgardczyka i jak uszkodzona jest jego zbroja.
Loki potknął się i podparł na akceleratorze cząstek, ale wciąż było widać, że ledwo trzymał się na nogach. Wyglądał strasznie mizernie i bardziej niż trochę niebiesko w niektórych miejscach, chociaż kolor wydawał się szybko znikać. Powietrze wokół niego było mgliste do takiego stopnia, że Tony nie był w stanie określić, co unosiło się ze skóry boga – dym, czy para. W przeciągu sekundy opuścił krzesło i podbiegł do niespodziewanego gościa.
– Co ci się do ciężkiej cholery stało? Wyglądasz jakbyś wrócił z piekła! – Złapał mocno ramię Lokiego, upewniając się wcześniej, czy nie było złamane i zarzucił je sobie na szyję, jednocześnie oplatając go ręką w pasie, żeby pomóc mu utrzymać równowagę.
– Nie do końca piekła, z Muspelheimu, – wymamrotał Loki zachrypniętym głosem. – Spora część krwi nie jest moja, przysięgam. Byłoby o wiele łatwiej, gdybym mógł ich po prostu zabić.
– Zdejmuj zbroję, – powiedział Tony twardo.
– Nie dam rady zrobić tego w szybki sposób, zostało mi za mało magii. Teleportacja między królestwami nie jest tak łatwa, jak może się czasem wydawać, – wybełkotał bóg, znowu zaczynając chwiać się na nogach. – Przynajmniej nie pomiędzy tym i całą resztą…
– Jasne. Tutaj, mam łóżko, na którym możesz się trochę powykrwawiać.
Loki wydał z siebie nieskładny dźwięk, ale pozwolił się poprowadzić i zwalił na łóżko, kiedy Tony kazał mu usiąść. Nagły ruch wywołał grymas na jego twarzy i nagle wyglądał bardziej szaro, niż blado. Nie otworzył oczu, dopóki mętnie nie zdał sobie sprawy z tego, że geniusz ściąga z niego resztki zbroi.
– Potrzebujesz czegoś? – spytał Tony w zamyśleniu, biorąc się za ścieranie ręcznikiem krwi ze skóry boga, żeby uważnie przyjrzeć się położeniu i głębokości rozcięć. Zazwyczaj chłodna, teraz skóra Lokiego zdawała się mieć parę dziwnie rozpalonych miejsc, jednak poza nimi sprawiała wrażenie lodu. – Wyglądasz jakbyś miał za sobą kilka rund z czymś sporym i pazurzastym.
– Trafne, – odpowiedział Asgardczyk. – Potrzebuję tylko odpoczynku.
– Wypij to, – Tony podał mu butelkę wody. – Straciłeś więcej krwi niż się wydaje, prawda?
– Zaczynam przypuszczać, że znasz mnie zbyt dobrze, – wymamrotał bóg, ale i tak opróżnił butelkę. Woda pozwoliła mu pozbyć się posmaku krwi i popiołu z ust. – Wiedziałem, że powinienem rąbnąć więcej jabłek.
Tony potrząsnął głową, nie widząc w tym żadnego sensu.
– Połóż się.
– Wciąż krwawię.
– Nie obchodzi mnie to.
Loki prychnął, ale położył się posłusznie. Zmarszczył brwi czując, jak Tony kończy go rozbierać.
– Znalazłeś coś ciekawego?
– W lewym udzie masz sztylet.
Loki usiadł gwałtownie i zaraz tego pożałował, krzywiąc się z bólu.
– Naprawdę?
Tony wskazał na niego palcem.
Bóg chaosu syknął, sięgnął ku dołowi i bezceremonialnie wyrwał ostrze, nie patrząc na minę miliardera.
– Czy przypadkiem w tej okolicy nie znajduje się jakaś ważna tętnica?
– Nie trafili w nią. I tak niewiele by to zmieniło. – Opadł z powrotem na poduszki.
Nagle Tony zrozumiał jak czuła się Pepper w tych wszystkich chwilach, kiedy zmywała mu głowę za obrażenia, z którymi wrócił. Z Lokim sprawa miała się nieco inaczej, skoro był w stanie wrócić do pełni sił po prawie wszystkim, ale wciąż nie było to właściwe. Po długiej chwili westchnął drżąco i wcisnął się w wolne miejsce koło Asgardczyka.
– Mogę wiedzieć, co robisz?
Tony pociągnał go, układając w takiej pozycji, że Loki prawie całkiem się na nim rozłożył.
– Po prostu się zrelaksuj, w porządku? Potrzebujesz odpoczynku, to odpoczywaj. – Westchnął we włosy boga, które pachniały siarką, węglem i dziwnymi minerałami. – Tu jesteś bezpieczny.
Loki wymamrotał coś, co mogło zacząć się, jako protest, a skończyło westchnieniem, kiedy znalazł wygodniejszą pozycję z czołem opartym o szyję Tony'ego i ramieniem wokół jego pasa.
Miejsce, w którym urządzili pracownię skończyło umeblowane miejscami jak najzwyklejsze w świecie mieszkanie. Stało się to mniej więcej po tym, gdy Loki zdał sobie sprawę z tendencji Tony'ego do pracowania bez przerwy całymi dniami i zapadania nagle w kilkugodzinną śpiączkę, przez co niezbędnym było posiadanie małej kuchni do celów kawowych i jedzeniowych. Mieli tam lodówkę, stół i kilka krzeseł służących za przedpokój, poza tym mikrofalówkę, ekspres do kawy, szafkę na kółkach, zmywarkę do naczyń i zlew – rzeczy niezbędne do życia.
Kiedy następnego ranka Tony zawędrował tam w celu zrobienia kawy, czekał już na niego Thor, co było zdecydowanie niezręczne biorąc pod uwagę, że wciąż pokryty był smugami krwi Lokiego.
– Uh. Mogę wszystko wyjaśnić, – zapewnił szybko.
– Mój brat, czy czuje się dobrze?
– Uhm. Zdarzyło mu się wspomnieć w kontrakcie… – Tony zaczął się wiercić.
– Dlategóż właśnie nie jestem w pracowni, – wyjaśnił Thor niecierpliwie. – Czy mój brat czuje się dobrze?
Najpierw Tony uruchomił ekspres do kawy i dopiero potem zdecydował się zmierzyć z bogiem piorunów.
– Tak, po prawdzie wyglądał jakby walnął w niego pociąg. A potem jeszcze kilka. A potem Bruce po ciężkim dniu. Najwidoczniej to odsypia.
Thor westchnął i opadł na jedno z krzeseł.
– Mówi ci coś Muspelheim? – Tony nie spuszczał z niego oczu, czekając przy ekspresie.
– Demony, – odparł Thor, jakby to wszystko tłumaczyło.
– Oczywiście, – parsknął Stark. – Wy, bogowie, jesteście walnięci. Wszyscy.
– Loki bardziej niż większość z nas, jednak wydajesz się bardzo lubić mojego brata.
Kącik ust Tony'ego drgnął.
– Ta, lubię. – Zmarszczył nieznacznie brwi, bo wyszło to nieco łagodniej, niż miał w zamierzeniu. Zbeształ się zaraz w myślach, daremnie próbując zignorować ciepłe uczucie w piersi i nie myśleć o terminach i o tym, czy musiał, czy nie musiał martwić się o to, że Loki postanowi bawić się w złoczyńcę po wygaśnięciu kontraktu.
Thor przypatrzył mu się trochę bardziej przenikliwie, po czym wypalił:
– Jest w tobie coś, czego do tej pory nie czułem, Tony Starku.
Wspominając niedawną serię testów siłowych, wynalazca wygiął usta w zawadiackim uśmiechu.
– Mhm, wiem. Pracuję nad tym.
Loki wybrał właśnie tę chwilę na wkroczenie do pomieszczenia, przy czym miał na sobie tylko parę czarnych spodni od piżamy, które zazwyczaj, nawet w lepsze dni, zatrzymywały pracę mózgu Tony'ego. Wyglądał jakby dopiero co wyszedł spod prysznica, na co wynalazca zmrużył oczy, bo jedyny, jaki mieli w tym obiekcie, służył jako zabezpieczenie podczas zabawy pewnymi chemikaliami. Skóra boga chaosu wciąż była mocno posiniaczona, ale wszystkie rany wyglądały na zasklepione.
– Tony. Bracie. – Zatrzymał się widząc, że kawa była już prawie gotowa i oparł się o blat. W dłoni trzymał na wpół zjedzone jabłko o znajomym złotym kolorze, które ugryzł jak gdyby nigdy nic, zmuszając brata do odwrócenia zwroku.
Mina Thora zdawała się wyrażać coś pomiędzy zaskoczeniem, oburzeniem i dezorientacją.
– Loki. Skąd je masz?
– To? Oh, zgarnąłem je kiedyś, przy okazji, – powiedział bóg niewinnie, machając jabłkiem w lekkoduszny, łobuzerski sposób.
Thor rzucił okiem na Tony'ego, ale po chwili znowu wpatrywał się w swojego brata.
– Nic dziwnego, że zdołałeś przetrwać Jotunheim. Mimo to, powinieneś wziąć mnie wtedy ze sobą.
– Tak, Thor, zwłaszcza, że jedynym słowem, które przychodz mi na myśl, kiedy na ciebie patrzę jest tajny, – odparł Loki tonem ociekającym sarkazmem. – To wymagało subtelności.
– Jabłko? – zapytał Tony ostrożnie.
– Przypomnij mi potem, – powiedział bóg chaosu, patrząc nie na swojego kochanka, ale rzucając bratu ostrzegawcze spojrzenie.
Thor wyglądał na dogłębnie speszonego i pełnego dezaprobaty.
-0-
Dopiero kiedy Doktor Doom zjawił się po raz kolejny, Tony zaczął podejrzewać, że działo się coś naprawdę, cholernie zdrowo, cudacznego, chociaż połączenie faktów zajęło mu sporo czasu. Na początku był zbyt zajęty myśleniem o kurna, zaraz zginę, zaraz zginę, zaraz zginę.
Obawa była uzasadniona. Znajdował się właśnie pod zawalonym budynkiem i aż za dobrze czuł, jak stalowy dźwigar ociera się o jego klatkę piersiową z każdym nieznośnym i zbyt płytkim oddechem. Wiedział, że stracił sporo krwi i czekał, aż świat powoli się rozmyje, ale nie, wciąż się trzymał – uparty i nieustępliwy, i bolesny. Słyszał, że walka oddala się od miejsca, w którym się znajdował, ale przynajmniej połączenie radiowe w resztkach hełmu wciąż działało. Natasha poinformowała o zawaleniu budynku i wezwała ekipę ratunkową. Clint właśnie w tej chwili przekazywał, że Iron Man się pod nim znajdował. Tony próbował coś powiedzieć, albo chociaż wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, ale czuł, że właśnie te części ciała odmawiają mu posłuszeństwa.
Stracił przytomność.
Pierwszym co poczuł, kiedy zaczął się budzić, był ogromny ból. Kiedy odsunął palące uczucie na dalszy plan, zdał sobie sprawę z mruczącego mu przy uchu głosu, który dodawał otuchy, podczas gdy on wędrował pomiędzy różnymi stanami świadomości, nigdy nie budząc się do końca.
– Wszystko będzie dobrze, Tony, no dalej. Obudź się dla mnie. – Halucynacje, pomyślał Tony. Na bank. Przed śmiercią wyobrażam sobie Lokiego. Wpadłem z tym tutaj w większe gówno niż sądziłem. Myśl dodała kolejną niewygodę do wystarczająco już długiej listy cierpienia; tępy ból zaraz za mostkiem, zawieszony pomiędzy ulgą i żalem.
Ale głos Lokiego pozostał przy jego uchu, szeptając ciągłą serię dźwiękow, które Tony mógł rozszyfrować tylko w połowie.
– Musisz dla mnie wrócić, jeżeli to nie podziała, to już nie wiem co… Nie waż się. Nie waż mi się tu umierać… Musisz, jesteś wart tyle więcej… Proszę. Proszę, Tony.
Po chwili słowa połączyły się w długi dźwięk, a Stark wyrwał się z otępienia, rozpaczliwie łapiąc powietrze. Jęcząc złapał się kurczowo za żebra i z niedowierzaniem rozejrzał dookoła. Nie znajdował się już pod gruzami, co było niemożliwe. Dodatkowo, nie miał na wpół zmiażdżonych płuc, co też zresztą było nieprawdopodobne. Zbroja została zdjęta i ułożona obok w schludny stosik, co było conajmniej bardzo mało prawdopodobne. Ktoś siedział na ziemi obok niego, ktoś, kto położył dłoń na wierzchu jego dłoni – chłodną, w porównaniu z rozpaloną skórą. Tony spojrzał na dłoń, nadgarstek, ramię, a zaraz potem na twarz Lokiego.
– Co tu robisz?
– Mój brat uznał za potrzebne zaalarmowanie mnie w chwili, w której dowiedział się, że znajdujesz się pod zawalonym budynkiem, – odpowiedział cicho. Jego oczy były nieco rozszerzone i to by było na tyle, jeżeli chodziło o odczytanie targających nim emocji; chociaż Tony był w stanie wyczuć gromadzące się za maską spokoju ciemne chmury. Przybył w tym swoim nienagannym garniturze, chociaż brakowało mu szalika, a marynarka leżała złożona obok zbroi geniusza. Rękawy czystej, białej koszuli podwinięte były do łokci i zarówno one, jak i jego skóra, pokryte były smugami krępująco sporej ilości krwi. – Jak się czujesz?
– Jakbym powinien być martwy.
Grymas bólu przemknął przez twarz Lokiego, zanim zdążył go powstrzymać. Dłoń, która wciąż spoczywała na tej Tony'ego, nieco zacieśniła uścisk.
– Nie jestem martwy, prawda?
– Nie. Nie jesteś. – Coś w łagodności tych słów wytrąciło go z równowagi.
– Mówiłeś do mnie. – Nie do końca pytanie.
Loki i tak skinął głową.
– Uleczyłeś mnie. – Zdecydowanie nie pytanie.
Bóg zawahał się, po czym powoli potrząsnął głową.
Tony wbił w niego wzrok.
– Nie… To niemożliwe. Było cholernie wielkie żelastwo, czy coś i nie mogłem nawet… – Obejrzał się przez ramię i w pobliżu zobaczył bardzo wypaczony, stalowy dźwigar, pokryty krwią, sterczący z wąskiej, głębokiej dziury w całym tym gruzowisku. Przełknął ciężko ślinę. – Oh.
– Tak. To było sporym zmartwieniem, kiedy znalazłem cię pod tym wszystkim – odparł Loki zwyczajnie, wyglądając na opanowanego do nieludzkiego wręcz stopnia. – Na pierwszy rzut oka wydawało się, że byłeś na niego nadziany. – Głos zmienił mu się podczas wypowiadania kilku ostatnich sylab i część burzy wyciekła zza maski, napinając mięśnie jego twarzy.
Tony spojrzał w dół, na stosik ułożony z jego pogruchotanej i zakrwawionej zbroi, potem na dźwigar, a potem na Lokiego.
– Ty. To twoja sprawka.
– Hmm?
– Zrobiłeś coś. To musiało być jakiś czas temu, kiedy to mogło…
Loki zamrugał, maska na jego twarzy gładka i znowu na swoim miejscu.
– Parę tygodni temu rzuciłem Stevem o ścianę. Przez przypadek. Bez zbroi.
Brwi boga powędrowały do góry.
– Imponujące, przyznaję.
– A teraz przeżyłem coś, po czym zbierają się do kupy tylko bogowie i Kapitan Ameryka, – kontynuował Tony ostro.
Asgardczyk zaczął się wiercić, spuszczając nagle wzrok.
– Oh. Cholera. Złote jabłka. Seryjnie? – Zaczęło do niego powoli docierać.
– Ah. Cóż. Tak. – Loki odkaszlnął pod nosem.
– Dlaczego po prostu… – Tony przerwał, rozszerzając oczy. – Zaraz. Nie powinieneś ich mieć. Jasne, to było tak oczywiste. Thora to podminowało, a ja nawet nie pomyślałem, żeby… Jak mogło mi to umknąć?
– Wynoszenie ich z Asgardu jest stanowczo zabronione, – wyjaśnił Loki cicho, ignorując jakiekolwiek inne pytania, wciąż patrząc gdziekolwiek, tylko nie na Tony'ego. – Bardzo stanowczo.
Powoli, powoli do niego dotarło. Tony się gapił. I gapił. Trwało to przez jakieś dwie minuty – ciche gapienie się. Możliwe nawet, że szczęka opadła mu do ziemi. Gapił się tak, dopóki ciekawość Lokiego nie wygrała z jego powściągliwością i nie rzucił okiem na miliardera, po czym nie udało mu się już odwrócić, bo zaczął próbować zrozumieć wszystkie emocje, tak bardzo czytelnie wymalowane na jego twarzy.
– Ty…. dałeś mi tę samą prawie–nieśmiertelność, którą wszyscy macie?
Bóg skinął głową.
– Tak po prawdzie, ukradłeś ją dla… dla mnie?
Loki przełknął ślinę i znowu pokiwał głową, przybierając wyraz twarzy, który u kogokolwiek innego opisać by można było jako porządnie zaniepokojony.
W tej chwili Tony poczuł przypływ czegoś jak złość i uczucie, i budzący strach podziw – euforię, nagłe ciepło w piersi za reaktorem łukowym i to wszystko razem sprawiło, że serce zatrzepotało mu w szczerze zawstydzający sposób. Roześmiał się niepewnie, niski i odrobinę złamany dźwięk przepełniony nieodwierzaniem i czymś na wzór poddania się.
– Loki…
– Tak? – Asgardczyk odchrząknął.
– Ja… tak jakby też cię kocham wiesz? – To była prawda. Nie powinna, bo było to obłąkane i śmieszne, ale bóg kłamstwa i chaosu właśnie uczynił go praktycznie nieśmiertelnym, a Tony wiedział dlaczego. Żadnych terminów. Żadnych ograniczeń czasowych.
Oczy Lokiego rozszerzyły się jeszcze bardziej.
– Powtórz to. – Zawahał się, mrugając, jakby zdezorientowany własną reakcją. Nagle sprawiał wrażenie, jakby się z tym pogodził i dodał ciszej, – Proszę.
– Jesteś nieznośny i cię kocham, wariacie.
Nagle owinięty był bogiem, który siedział na nim okrakiem, oddychając nierówno i, krótko mówiąc, całował, nieznośnie małe porcje, pomiędzy którymi nabierał powietrza. Tony złapał przód koszuli Lokiego i pociągnął go w dół. Kiedy wreszcie mu się to udało, pogłębił pocałunek, wydobywając z obydwu krótkie, rozpaczliwe dźwięki. Bóg wplótł delikatnie dłoń we włosy wynalazcy, ale druga, z tyłu jego szyi, była znacznie bardziej energiczna.
Co w sumie było w pewnym stopniu zawstydzające, bo tak znalazła ich Natasha.
Głośno odchrząknęła, żeby zwrócić na siebie uwagę.
Loki zaledwie podniósł wzrok, nie odsuwając od swojego kochanka ust dalej, niż na szerokość włosa. Tony miał przynajmniej tyle przyzwoitości, żeby wyglądać na zmieszanego, kiedy wreszcie odwrócił głowę, żeby na nią spojrzeć. Dłoń boga usadowiła się zaborczo na jego ramieniu.
Natasha rozejrzała się po pobliskim gruzowisku, dźwigarze wysmarowanym krwią Tony'ego i wreszcie zatrzymała spojrzenie na Lokim.
– Wnioskuję, że ty go znalazłeś.
– W istocie. – Bóg zdawał się być zupełnie niewzruszony skrytobójczynią pytającą go o to, kiedy siedział okrakiem na biodrach Tony'ego Starka.
– Cześć Natasha.
– Dobrze widzieć cię wciąż oddychającym, Tony. – Nawet na moment nie spuściła wzroku z Lokiego. – Sporo tu twojej krwi.
– W rzeczy samej.
Uścisk Lokiego na ramieniu geniusza zacisnął się tylko trochę.
– Zdajesz sobie sprawę z tego, że Thor wyściska cię, jak tylko wypapla mu, że to ty mnie tu znalazłeś? – wyszeptał ostentacyjnie Tony, rozładowując nastrój.
– To trochę komplikuje sprawy, – bóg zmarszczył brwi.
Natasha uśmiechnęła się do nich zawadiacko i natychmiast wydała oświadczenie przez radio,
– Znalazłam Tony'ego. Wydaje się, że wszystko z nim w porządku, ale na wszelki wypadek będziemy potrzebować małej jednostki medycznej.
Kapitan odparł, że z ich strony walka jest skończona i będą teraz szukać cywili w ruinach i gruzowiskach podobnych temu.
– Jasne. Dajcie znać Fury'emu, jeżeli kogoś znajdziecie.
Loki westchnął i stanął na nogach, oferując Tony'emu pomocną dłoń, z której ten skorzystał. Wciąż czuł każde stłuczenie i parę prawdopodobnie pękniętych żeber, ale żył. I wyglądało na to, że zakochał się w bogu. I, co zaskakujące, bóg wydawał się odwzajemniać to uczucie. Pociągnął za kołnierzyk Lokiego i pocałował szyję wyższego mężczyzny, bo mógł i dlatego, że rozproszyło go to na tyle, aby powstrzymać jakiekolwiek plany teleportacji, gdy jego brat pojawił się w zasięgu wzroku.
Thor w istocie parę razy próbował przytulić swojego brata, który za każdym razem teleportował się z drogi i obrzucił go serią nadzwyczaj obraźliwych wyrazów. Kiedy ta dwójka się sprzeczała, Natasha podeszła do Tony'ego i powiedziała:
– Uleczył cię, czy to kolejna umiejętność warta odnotowania razem z twoim ostatnim wzrostem siły?
Tony zawahał się.
– I tak, i nie.
– Na które?
– Wciąż nad tym pracuję. Ale, tak czy siak, muszę mu podziękować.
Natasha skinęła głową.
-0-
Teczka SHIELD–u dotycząca boga chaosu oznajmiała, że został zresocjalizowany, co w opinii Tony'ego było stekiem bzdur. Loki nie został zresocjalizowany. Po prostu posunął się naprzód i dopracował swój wizerunek. W końcu jaki byłby z niego Kłamca, gdyby nie potrafił przekonać ludzi do tego, żeby mu zaufali? Nie wypracował u siebie do końca wyrzutów sumienia, jeśli chodzi o parę z jego poprzednich poczynań, a inni, co było oczywiste dla Tony'ego, nie czuli się komfortowo siedząc z nim w ciszy.
Wciąż był w nim pewien rodzaj zła, a raczej bezwzględna, bezduszna strona, która czyniła go zdolnym do popełniania złych czynów, co Tony rozumiał lepiej niż reszta, i wciąż nosił w sobie sporą ilość szaleństwa. Jedyną prawdziwą różnicą, którą można było pomylić z resocjalizacją, było to, że zdecydował, że jego przyszłość będzie o wiele ciekawsza z Ziemią, niż bez niej.
Być może Loki miał nigdy nie wyzdrowieć po tym wszystkim, co zobaczył w czasie swojego upadku, czy zdradach, które go dotknęły, ale byłby o wiele mniej interesujący i mniej cwany bez tych poszarpanych krawędzi. Tony chichotał za każdym razem, kiedy ktoś sugerował, że brat Thora może być „tym dobrym" ; ale z drugiej strony Tony śmiał się, kiedy ludzie w ten sam sposób opisywali jego. Iron Man wciąż czasem prychał szyderczo, gdy ludzie nazywali go bohaterem, przynajmniej, dopóki nie stał twarzą w twarz z prasą.
Poszarapne krawędzie były czymś, co towarzyszyło też wynalazcy. Po prostu zdarzyło im się dopasować do tych Lokiego, jak dwa kawałki układanki, jeżeli każdemu fragmentowi zdarzyć się mogło składać z czegoś tak skomplikowanego, jak trójwymiarowy fraktal.
– Uważają, że przeszedłeś resocjalizację, – powiedział, kiedy Loki wkroczył do pracowni. Wyszczerzył się, kiedy w odpowiedzi uzyskał zszokowany, szczery wybuch śmiechu.
– Więc, czego będziesz bogiem?
– Żelaza?
– Zajęty, tak sądzę. Możliwie. Najprawdopodobniej.
– Celnych ripost? Doskonałego gustu? Podrasowanych samochodów?
Wargi Lokiego otarły się o jego tak lekko, że nawet nie dało się tego zakwalifikować do pocałunków, i na tyle czule, żeby rozproszyć wynalazcę.
– Przebiegłości i inspiracji brzmi świetnie.
– Oh, uważasz, że jestem inspirujący.
– Nieskończenie, – wyszeptał intrygant nisko i ciepło.
Kiedy wreszcie, prawie miesiąc po incydencie z zawalonym budynkiem, udało im się nagromadzić dwie i pół tony świecącej na jasnoniebiesko materii, Tony był prawie pewien, że obudzi się z długiego, dziwnego snu i naprawdę nie uśmiechała mu się wizja kaca. Loki zrobił z materiałem coś nieco niemożliwego, pozornie mieszcząc go do dużej, drewnianej skrzyni, i przekazał wynik Thorowi.
Tony patrzył, jak Thor przygotowywał się do ponownego użycia Tesseractu, ze względu na jego niesamowie moce podnoszenia, czy coś w tym stylu, kiedy zauważył, że stanął obok niego Loki.
– Wątpię, żebyś był zainteresowany wycieczką do Asgardu?
Wynalazca zamrugał kilka razy.
– Nie ma przypadkiem zasady, albo kilku, które by tego wzbraniały?
– Dla śmiertelników. – Loki rzucił mu spojrzenie obiecujące sporą porcję spustoszenia do zasiania. – Nie zaliczasz się teraz do tej kategorii.
– Myślisz, że to zaakceptują?
– Mówiono mi, że potrafię być bardzo przekonujący.
– Bracie!
Loki pomachał mu na pożegnanie.
– Nie musisz dodawać mojego ciężaru do swojego brzemienia. Pójdę własną drogą.
– Ojciec…
– Wszechojciec może poczekać godzinkę. Nie sądzisz chyba, że planuję uciec właśnie w tej chwili ze wszystkich możliwych. Wiesz, że chcę, żeby zdjął te przeklęte ograniczenia moich zdolności do samoobrony. – Loki postukał w przedramię, na którym umieszczone zostały utkane zaklęcia tropiące i monitorujące.
Thor potrząsnał głową, ale uniósł Tesseract i mimo wszystko zniknął.
– Możliwe, że wystarałem się dla ciebie o odpowiednie ubranie, – powiedział Loki.
Tony nachylił się bliżej.
– Samo to jest przerażające. Wszyscy nosicie przeważnie metal i skórę, co nie?
– Dość często latasz dookoła w metalowej zbroi.
– To kompletnie inna sprawa. Nie udzielam się w tym socjalnie. Ostatnio. Poza robotą Avengersów.
– Więc chodź. Nawet pozwolę ci wybrać skóry.
– Naprawdę chcesz mnie zabrać do Asgardu?
Loki obrócił się błyskawicznie i przyciągnął Tony'ego bliżej siebie.
– Pomyślmy. Mam zostać zwolniony z warunków mojej legalnej spłaty, większość ludności w Asgardzie właściwie mną gardzi, a ty i ja do mistrzostwa opanowaliśmy wywoływanie skandali. Dlaczego miałbym się choćby zawahać?
– Dlaczego w ogóle kłopotać się ubieraniem mnie w asgardzkie stroje?
– Bo mogą ci pasować. – Na jego twarzy pojawiło się pożądanie i coś w rodzaju głodu.
Tony roześmiał się, lekko zadyszany.
– Jesteś szalony. Pozbawiony pieprzonych zdrowych zmysłów, i zwariowany, i… i…
– Lubisz to.
– Owszem. – Uśmiech Tony'ego stał się jeszcze szerszy, kiedy pociągnął złoty kołnierz codziennego, asgardzkiego wdzianka Lokiego. – Bardzo, bardzo, lubię.
– Nawet kochasz, – dodał bóg łagodniej.
– A ty kochasz mnie, – wymruczał Tony, biorąc głęboki wdech. – W porządku, władco chaosu. Pokaż mi Asgard. Ukradnę tylko kilka technicznych zabawek, obiecuję.
Loki roześmiał się, kołysząc nieco bardziej, jakby był ogłuszony, albo pijany. Jego uśmiech był całkowicie zadziwiający i zupełnie zapierający dech w piersiach; to był ten rodzaj uśmiechu, który wkradał się na jego twarz tuż przed tym, gdy miało zdarzyć się coś katastroficznego w skutkach. Ale niektóre katastrofy były naprawdę piękne, kiedy dyrygował nimi najlepszy z rzemieślników chaosu.
Tony poczuł chłodny dreszcz, wywołane przez nagły przypływ adrenaliny, wywołujący u niego uśmiech nieomal tak samo szalony.
– Oh, masz plany.
– Tak. – Krótka pauza. – A raczej, mam kilka pomysłów. Przedstawię ci je, kiedy będziemy wsadzać cię w coś, muszę przyznać, mniej wygodnego. – Przejechał palcem po klatce piersiowej Ton'ego, ciesząc się delikatnym, cienkim materiałem podkoszulka.
– Więc jestem teraz konsultantem do spraw intryg?
– Jeżeli sądzisz, że dasz sobie radę na tym stanowisku.
Uśmiech Tony'ego stał się chytry, dopasowując wyzwanie do wyzwania.
– Sprawdź mnie.
