Komnaty Lokiego były imponujące i, jak można się było spodziewać, utrzymane w zielonym tonie. Wszędzie dookoła panowały zieleń i lśniący metal. Mały płomyk, który do tej pory unosił się nad dłonią boga oświetlając im drogę, w odpowiedzi na ruch nadgarstka Kłamcy pomknął do przodu i rozpalił kilka lamp znajdujących się w pokoju. Zaawansowane czy nie, asgardzkie społeczeństwo wydawało się przekładać ogień nad światło elektryczne. Tony'emu wydawało się to nieco dziwne i nie omieszkał podzielić się swoimi myślami chwilę później.

- Chodzi o estetykę i wcale się tego nie wstydzimy, – wyjaśnił Loki, uśmiechając się nieco pod nosem, jednocześnie zrzucając z ramion oficjalny płaszcz. Odwiesił go na pobliskie krzesło i zabrał się do pracy nad zdejmowaniem zdobionego napierśnika.

Tony oparł się o najbliższą kolumienkę zdobiącą łóżko (musiał przyznać, że rozmiar i luksus ogromnego, czterokolumnowego łoża były kuszące. A raczej wizja Lokiego rozłożonego na pościeli i kończącego noc wysokim tonem) i skupił wzrok na bogu.

- Żadnej magii tym razem?

- Narzekasz?

- Nic, a nic. Poza tym, że nie mam zielonego pojęcia jak to ściągnąć.

Loki posłał mu zawadiacki uśmiech i odłożył na bok własną zbroję, żeby zająć się rozmaitymi warstwami obecnymi nad tuniką Starka, ani na moment nie zrywając kontaktu wzrokowego.

Asgardzkim ubraniom brakuje pewnego stopnia rozciągliwości, zwłaszcza w kluczowych regionach, pomyślał Tony i nagle stanął nieco prościej, żeby zmniejszyć nacisk na pewne cenne części swojej anatomii, które Loki rozmyślnie prowokował.

- Teraz to jest po prostu nieuczciwe.

Loki zdążył rozebrać się do pasa i zdjąć buty, zanim wreszcie zlitował się, podszedł do wynalazcy i zaczął pracować nad zbroją drugiego mężczyzny.

- W istocie do ciebie pasuje, – wymruczał z aprobatą.

- Nawet w połowie nie tak bardzo jak nagość.

Stwierdzenie wywołało szeroki uśmiech na twarzy boga, który zaraz stracił cierpliwość i reszty zbroi Tony'ego pozbył się przy pomocy skomplikowanego gestu. Chwilę później wynalazca przyparty był do kolumienki.

- Muszę się zgodzić.

Tony dochodził jeszcze do siebie po ostatnim orgazmie, kiedy Loki zapytał go jak wiele chce wiedzieć o jego wcześniejszej konwersacji z Odynem. Miliarder przeciągnął się mamrocząc coś niezrozumiałego i zaczął wiercić pod prześcieradłem. Ostatecznie skończył z głową opartą na złożonych ramionach, a te z kolei leżały na nagiej piersi Lokiego.

- Chciałbym znać całość, wiesz o tym, – powiedział cicho, unosząc brew.

Bóg chaosu uniósł kąciki ust w zmęczonym uśmiechu.

- Myślę, że naprawdę nie miał pojęcia kim byłem, dopóki nie przywleczono mnie z powrotem w łańcuchach, – zaczął i spokojnie kontynuował opowieść o swojej własnej obronie i targowaniu się tamtego dnia w sali tronowej. Zorientował się, że słowa przychodziły mu łatwiej kiedy wplótł palce we włosy Tony'ego i przeczesywał je machinalnie.

– Byłem tak skupiony na Thorze, że nie byłem w stanie dostrzec tego, czego tak naprawdę szukałem.

- Uznanie staruszka?

- Coś więcej niż to, – Loki zmrużył nieco oczy. – Nie chodziło tylko o to, żeby na mnie spojrzał. Pragnąłem, żeby wiedział, że powinien lękać się tego do czego Thor i ja jesteśmy zdolni. A skoro o Thorze mowa, byłby beznadziejnym przywódcą. Jedyne do czego się nadaje, to walka, wojna i picie w towarzystwie przyjaciół. Jego zdolności dyplomatyczne co prawda się poprawiły, jednak wciąż nie jest nawet w połowie tak zręczny w odczytywaniu ludzi i atmosfery jak nasz ojciec.

- A kiedy chodzi o ciebie?

Loki milczał przez dłuższy czas, wpatrując się w sufit.

- Ty najlepiej wiesz do czego jestem zdolny, Tony, – powiedział lekko i obojętnie, ale wypuścił szybko powietrze, kiedy poczuł usta wynalazcy na swoim gardle. – Jestem świadom tego, że jestem szalony. Jestem świadom tego, że wiele razy przyjdzie chwila, w której nie będę w stanie się powstrzymać mimo tego, że powinienem.

- Jak ten pomysł z niszczeniem planety?

- Tak, dokładnie, – Kłamca prychnął rozbawiony.

- I poruszyliście ten temat w dzisiejszej rozmowie?

- Owszem.

- A zaczęło się ode mnie? Tak dla jasności.

- Miałem nadzieję, że już się tego domyśliłeś, – usta Lokiego wykrzywiły się w smutnym uśmiechu.

- Gdybym tego nie zrobił powinieneś zacząć się martwić, czy nie doznałem ostatnio jakichś urazów głowy, – odparował Stark.

- Tak, zaczęło się od ciebie. Odyn jest przenikliwy i odkąd ostatnimi dniami doszliśmy do względnego porozumienia, obserwował mnie o wiele uważniej. Porozmawiał ze mną na temat różnych praw, które złamałem, zaczynając od okradnięcia Idunn.

- Jabłka?

- Owszem. A także przyprowadzenie cię tu. Generalnie, istnieje pewna procedura dotycząca przyprowadzania śmiertelników do Asgardu. Otrzymują jabłka tutaj, a wzmocnieni przechodzą liczne testy odwagi, po zdaniu których stają się obywatelami Asgardu. Są też upoważnieni do korzystania ze wszystkich przywilejów wynikających z ich długiego, długiego życia. Tylko jeden, czy dwóch ludzi zdołało temu podołać, – Loki wzruszył ramionami. – Szczerze mówiąc uznałem, że jesteś bardziej niż wykwalifikowany, takim rzeczom brakuje subtelności, a ja jestem niecierpliwy. Dlatego wszystko pominąłem.

- Bardzo w Twoim stylu, – Tony stłumił śmiech.

Kłamca skinął głową i na moment zamknął oczy.

- Więc, tak. Był tym raczej zirytowany i rzucił mi wyzwanie, – zmarszczył brwi i otworzył oczy skupiając wzrok na czymś odległym. – Pomocne może okazać się wspomnienie o tym, że na samym początku rozmowy nakazał mi zdjąć maskę, co jest bardzo ryzykowną rzeczą, kiedy omawia się taki, a nie inny temat.

- Rozumiem, - odparł zamyślony miliarder i napotkał wzrok Lokiego. Obydwoje wiedzieli co skrywa się pod maską drugiego i obydwoje uważali, że elementy bezwzględnych, domagających się dreszczyku i powszechnie mściwych osób, które pod nimi trzymali miały wspólne korzenie. Mówili wspólnym językiem, nie pieprz się ze mną i tym co moje.

– Więc całkiem szybko zmieniło się to w rozmowę o ogólnym łamaniu zasad i punkcie, w którym powinno się to skończyć?

- Tak. Możliwe, że zagroziłem ponownym obróceniem się przeciwko Asgardowi, gdyby poczuł potrzebę traktowania cię jak śmiertelnika, który nie znajduje się w odpowiednim dla niego miejscu.

- Oh.

Tony zamrugał.

- Wyjaśniłem, że to mogło by uczynić mój ogólny cel uniknięcia jego zniszczenia z tej konkretnej ręki nieco trudniejszym, ale z punktu widzenia logistyki nie jest to wielka zmiana. Mógłbym łatwo pozmieniać moje plany tak, żeby pasowały roli antagonisty.

- Ale znowu stanąłbyś naprzeciw rodziny, – dopowiedział wynalazca.

- Są jedynymi, którzy są w stanie mnie powstrzymać. Może poza naszym strażnikiem bramy. Poza tym są za mnie odpowiedzialni…. Więc tak.

- Jak poszło?

- Odyn jest przynajmniej praktyczny. Był złodziejem, krętaczem, a w pewnym stopniu nawet oszustem. Stare opowiadania o jego dawnych dniach są źródłem wielu moich pomysłów, – wymamrotał Loki. – Dopasował świat, zbyt inteligentny i zbyt potężny, do własnych praw, żeby mu odpowiadał.. Uznał mnie za coś podobnego, jednak mniej prawego.

- Ah, - wymruczał Tony. – Stąd fragmencik o tym, żeby wiedzieć kiedy przestać.

Loki skinął głową.

- Skoro teraz mogę konsultować się z tobą, będziesz moim głosem rozsądku. A jeżeli zapędzę się tak daleko, że nie będę słuchał, to natnę się na mojego ojca, – wzdrygnął się. – Albo jeżeli jakimś cudem stracę ciebie.

- Ja… Polegasz na mnie jako twoim moralnym kompasie?

- Nie wiem, czy „moralny" to słowo, którego bym użył. Raczej chodzi tu o dobry smak i styl, - Kłamca powtórzył poprzednią wypowiedź. – Poza tym, jesteś na tyle sprytny, żeby zauważyć braki w moich planach, na przykład: „Gdyby chciał, żeby planeta wybuchła, sam by ją wysadził".

- Jesteś szalony.

Po usłyszeniu tego Tony nie był w stanie powstrzymać uśmieszku.

- Owszem. Tak samo jak ty, – bóg chaosu ponownie przeczesał dłonią krótkie włosy wynalazcy. – Właściwy rodzaj szaleństwa, który fascynuje mnie przez cały czas.

W odpowiedzi Stark nachylił się nad nim i delikatnie do tego stopnia, że nieomal niewinnie pocałował.

- Mogę z tym żyć, – pocałował kącik ust Asgardczyka, następnie kraniec szczęki. – Jeżeli kiedykolwiek zaczniesz oddalać się ode mnie, i siebie, mogę ci obiecać, że dam ci znać i ściągnę cię z powrotem, nawet jeżeli obaj przez to zginiemy.

- Tony, przestań… - Loki zadrżał i zamknął oczy.

- To ty wytknąłeś liczne możliwości tego, do czego mogę być zdolny w swoim czasie, – zerknął znacząco w dół na swój reaktor łukowy. – Mogę oszukać śmierć i wyryć drogę wyjścia ze wszystkiego. Dzięki tobie mam teraz całą masę środków do tego, prawda?

Bóg kłamstwa patrzył się na niego z dołu, z rozszerzonymi, ciemnymi źrenicami. Wydał z siebie cichy, nieco niezrozumiały, wyrażający zgodę odgłos.

Tony odpowiedział nagłym uśmiechem.

- Tylko tego potrzebuję, Loki. Czas, moja osobista rozmaitość szaleństwa i ty, żebym mógł skupić na czymś jego część.

- Wierzę w to, - wydyszał Loki, brzmiąc na zdumionego.

- Dodatkowo, pozwól, że przypomnę ci jako twój moralny kompas: niszczenie planet jest złe.

Bóg roześmiał się bezradnie, nieco zasapany.

- Jeżeli jesteś moim moralnym kompasem, to czym u diabła jestem ja?

- Moją muzą, moim kochankiem, moim oderwaniem się, moją fiksacją i natychmiastowym lekarstwem na wszystko, co przypomina nudę nawet w najmniejszym stopniu, – odparował Tony.

- Wiesz, że też cię kocham, – Loki pozwolił głowie opaść, uśmiechając się przy tym od ucha do ucha.

- Wiem, – wymamrotał Stark pochylając się, żeby znowu go pocałować. – Naprawdę wiem.