AN: ostatnimi czasy jestem mistrzem wielkich i niespodziewanych powrotów, łapcie i ten nowy rozdział c:
~~Forget me not~~
Rozdział III
~~Święty Jerzy~~
Harry'ego obudził ból głowy. Nie potrafił stwierdzić, co go spowodowało. Nie przypominał sobie, żeby grał w quidditcha czy robił coś równie niebezpiecznego. Po chwili do jego świadomości dotarł także promieniujący ból z lewej nogi i poczuł się jeszcze bardziej zdezorientowany. Co się właściwie stało?
Usłyszał dochodzące z niedaleka odgłosy i postanowił otworzyć oczy. Ze zdumieniem stwierdził, że nie znajduje się w dormitorium Gryffindoru, ale w jakimś niezidentyfikowanym, pogrążonym w ciemności pokoju. Podniósł się na łokciu i przez cienkie zasłony zobaczył okno. Chyba było już późno, bo na zewnątrz panował mrok. Jak długo spał? I gdzie był? Zerknął na ciemnoniebieskie ściany i nie rozpoznał żadnego z wiszących w pokoju obrazów. Co więcej zobaczył kolejne nieznane przedmioty - staromodną szafę, lustro w ciężkiej ramie, półki na książki... Szczerze powiedziawszy książki były porozrzucane na całej powierzchni pokoju. Harry'emu przyszło na myśl, że to miejsce przypadłoby do gustu raczej Hermionie niż jemu.
Już miał wstać z łóżka i przyjrzeć się bliżej temu nieznanemu miejscu, kiedy zlokalizował źródło słyszanych wcześniej dźwięków.
Tuż przy oknie w bladym świetle gwiazd stał mężczyzna. Harry poczuł ogarniający go strach. Co ten facet robił w jego pokoju? No cóż, może nie do końca była to jego sypialnia, ale nie potrafił pojąć, dlaczego jest tu z jakimś nieznajomym, w dodatku późno w nocy i nie pamięta niczego z ostatnich kilku godzin. Mózg podsyłał mu najnieprzyjemniejsze hipotezy - może został porwany? Albo ten gość był mordercą czy kimś w tym rodzaju?
Nie miał czasu rozważać innych możliwości, ponieważ mężczyzna (czy może raczej chłopak) odwrócił się w jego kierunku i Harry go rozpoznał. Cóż, może nie był w stanie powiedzieć, kim właściwie jest chłopak, ale miał dziwną pewność, że już się kiedyś spotkali. Nieznajomy uśmiechnął się do niego zachęcająco, choć nieco słabo.
- Cieszę się, że się obudziłeś.
Ten głos... Gdzie go wcześniej słyszał?
- Czy my się znamy? - zapytał Harry, próbując jednocześnie wyplątać się z koca i pościeli. Rezultaty tych działań były raczej marne - nadal bolała go głowa, a koc jak na złość owinął się wokół nóg.
- Nie powinieneś jeszcze wstawać - chłopak w dwóch krokach znalazł się tuż przy Gryfonie i stanowczym ruchem zatrzymał go w łóżku. Harry'ego zdziwiło takie zachowanie. Już kiedyś się potkali, był tego pewien. Kim był ten gość? Przypomnienie sobie czegokolwiek było takie trudne...
- Gdzie jestem? I co się stało? Miałem jakiś wypadek? Noga mnie strasznie boli... - stwierdził Harry zmęczonym tonem i nieznajomy spojrzał na niego z troską.
- Ty... niczego nie pamiętasz?
- A co powinienem pamiętać? - zapytał Gryfon ze złością. Nie znosił takich głupich pytań. - Nie możesz mi po prostu powiedzieć, gdzie jesteśmy?
- Och, oczywiście... - chłopak wydawał się nieco zmieszany. - Jesteśmy w moim domu, a przynajmniej tak mi się wydaje.
- Tak ci się wydaje? Co przez to rozumiesz? - Harry'ego powoli zaczynała irytować ta dziwaczna rozmowa.
- Cóż, kiedy byłem tu po raz ostatni, wszystko wyglądało nieco inaczej... Podejrzewam, że dom przystosował się do ciebie.
Harry spojrzał na nieznajomego jakby brakowało mu piątej klepki. Co on przed chwilą powiedział? I dlaczego tak się gapił?
Próbując choć na chwilę odwrócić uwagę tego dziwaka od własnej osoby, zadał pierwsze pytanie, które przyszło mu do głowy, wskazując na wiszący przy łóżku obraz:
- Co to takiego? Dość interesujący wybór jak na sypialnię...
Malowidło przedstawiało coś w rodzaju dwugłowego smoka. Siedział na nim mężczyzna, który chyba próbował pokonać potwora, a w tle stała dziwnie zdeformowana kobieta. Całość prezentowała się dość makabrycznie, przynajmniej według gustu Harry'ego.
- To jedna z rzeczy, które mnie zdziwiły - odparł chłopak, najwidoczniej zadowolony z nagłej zmiany tematu. - Wcześniej z pewnością nie było tu tego obrazu. Widziałem go już dawno temu, ale nigdy nie pomyślałbym, że zawiśnie w mojej sypialni.
- Co przedstawia? - drążył niewinnie Harry, a jego myśli pobiegły w kierunku drzwi. Jak mógłby się stąd wydostać?
- To święty Jerzy w czasie walki ze smokiem - odpowiedział nieznajomy, patrząc w zamyśleniu za malowidło. - Nie mam pojęcia, dlaczego to tu trafiło...
- Kim był ten cały Jerzy? - Gryfon miał nadzieję, że tym razem uda mu się z powodzeniem wyplątać z pościeli i jego towarzysz tego nie zauważy.
Na szczęście ten ostatni był w tej chwili zbyt zajęty obrazem.
- Jerzy był rycerzem. Pewne miasto było dręczone przez smoka. Każdego dnia jego mieszkańcy oferowali smokowi owce, a gdy ich zabrakło, musieli oddać mu niewinne dziewczęta. Ofiary wybierano w drodze losowania i pewnego dnia los wskazał córkę króla. Choć monarcha błagał o jej życie, nikt go nie słuchał i dziewczynę ofiarowano smokowi. Na szczęście pojawił się Jerzy, pokonał smoka i uratował królewnę... Co ty robisz, Harry?
Chłopak zastygł w bezruchu. Udało mu się już wygramolić z łóżka i właśnie próbował założyć prawy but - nigdzie nie mógł znaleźć swoich ubrań, więc doszedł do wniosku, że musi mu wystarczyć ucieczka w piżamie i butach.
- Już i tak jestem spóźniony - odparł Harry i poderwał się szybko na nogi, kierując się w stronę drzwi.
Nie przewidział jednak, że niezawiązane sznurowadła mogą stanowić aż taki problem i po kilku chwilach leżał na podłodze, rozcierając z jękiem czoło.
...
- To nie było zbyt mądre - powiedział starszy chłopak, podając Harry'emu rękę. Ten pozwolił się podnieść i stanął twarzą w twarz z obcym, który był jednocześnie dziwnie znajomy. Spojrzał w szare oczy i, choć bardzo się starał, nie potrafił sobie przypomnieć, gdzie widział je wcześniej.
Było wtedy ciemno, na pewno. Ta myśl pojawiła się w jego umyśle nagle i niespodziewanie. Było nawet ciemniej niż w tym pokoju, a na niebie nie widział gwiazd.
Trzymał mnie wtedy za rękę, ale dlaczego?
Kim on jest? Zastanawiał się nad tym, patrząc na nieodgadnioną twarz nieznajomego.
Chłopak chyba zauważył zamyślenie Harry'ego, ponieważ zapytał:
- Czy coś cię martwi, mój drogi?
Cholera jasna!
Harry gwałtownie odskoczył, wpadając przy tym na stolik i zrzucając z niego bursztynową lampkę, samemu o mało nie zaliczając kolejnego bliskiego spotkania z podłogą.
- Czy coś się stało? - zapytał nieznajomy, który wcale nie był już taki nieznajomy i wyciągnął dłoń w kierunku Gryfona, próbując mu pomóc.
- Nie zbliżaj się! - Harry usłyszał w swoim głosie złość i strach. - Wiem, kim jesteś!
Po twarzy chłopaka przebiegł nagły grymas. Harry poczuł się zagrożony.
- Wydaje ci się, że możesz stąd uciec?
- To się nie dzieje naprawdę, to nie może się dziać naprawdę! To wszystko jest w mojej głowie! Ty nie istniejesz!
- To, że jesteśmy w twojej głowie, wcale nie przeczy mojemu istnieniu - odparł Tom Riddle z szelmowskim uśmiechem i Harry pomyśl, że swego czasu jego śmiertelny wróg wyglądał nie najgorzej i w dodatku miał poczucie humoru.
...
- Harry, słyszysz mnie? - miły głos wzywał go w ciemności.
Otworzył oczy i zobaczył czerwone zasłony. Odetchnął z ulgą. Mimo wszystko to był tylko sen. Nigdy nie spotkałem żadnego Toma Riddle'a, bo ktoś taki zwyczajnie nie istnieje.
Jesteś pewien?, odezwał się natrętny głos w jego głowie, ale tymczasowo postanowił go zignorować. Miał inne problemy.
Zobaczył, że Hermiona przygląda mu się z troską i przypomniał sobie młodzieńca o dziwnie podobnym spojrzeniu. Dlaczego tak się na niego gapił? Przecież byli wrogami, a wrogowie tak na siebie nie patrzą. Wrogowie powinni raczej rzucać w siebie nawzajem śmiertelne klątwy, albo chociaż udawać, że walczą, a nie sobie pomagać.
A on mimo wszystko ci pomógł. No cóż, przynajmniej próbował. Może powinieneś zachować się nieco delikatniej?, zapytał ten sam głos, ale Harry szybko sam sobie odpowiedział: To jest Voldemort. Nie, nawet nie Voldemort - to tylko jego wspomnienie. Nie ma się czym martwić. Lepiej zapomnieć o tym wszystkim, o wizycie na cmentarzu, o Riddle'u...
Nie okazało się to jednak takie łatwe.
Następny dzień przyniósł kolejne troski. Na korytarzach uczniowie i ich rodzice przyglądali mu się wrogo i musiał znosić ich zimne spojrzenia. Czuł, że obwiniają go o śmierć Cedrica i z pewnością nie wierzą w to, co powiedział o powrocie Voldemorta. Nie rozumiał, jak mogą być tak głupi. Ministerstwo magii też mu nie wierzyło, co tylko pogorszyło sytuację. Było mu szkoda Dumbledore'a, który stanął po jego stronie i z pewnością czekały go wkrótce różne nieprzyjemne konsekwencje. Harry nie miał już siły. Kilka razy minął też na schodach Cho, ale nie potrafił wytrzymać jej spojrzenia - rozdzierało mu serce. Ron i Hermiona też nie byli zbyt pomocni: ciągle zapewniali go tylko, że wszystko będzie w porządku, ale on nie potrzebował ich zapewnień. Wolałby, żeby ktoś go zwyczajnie wysłuchał i być może spróbował zrozumieć. Czasami wręcz żałował, że uciekł ze wspomnienia Voldemorta - tam przynajmniej było względnie spokojnie. Pomijając oczywiście fakt, że byłby skazany na towarzystwo Czarnego Pana.
Od czasu do czasu spoglądał w kierunku kufra. Na samym dnie leżał dziennik Riddle'a i Harry już kilka razy chciał go wyciągną, ale coś go powstrzymywało. Chyba miałby wyrzuty sumienia. Może rzeczywiście Riddle nie był w tym wspomnieniu Voldertem, ale nie zmieniało to faktu, że kiedyś się nim stał. Jak mógłby spojrzeć w oczy Dumbledore'owi, utrzymując potajemne kontakty z Voldemortem? Czasami Harry próbował przekonać samego siebie, że mógłby czerpać jakieś korzyści z używania dziennika, na przykład poznać słabości Czarnego Pana, ale jakoś sam nie bardzo w to wierzył. Wątpił, by Tom powiedział mu cokolwiek po jego ostatniej spektakularnej ucieczce. Poza tym Riddle nie wyglądał na kogoś, kto chętnie dzieli się swoimi sekretami. Musiałby zdobyć jego zaufanie, co praktycznie równało się z zostaniem bliskimi przyjaciółmi.
Nie był zbyt dobry w utrzymywaniu kontaktów. Patrząc na przypadek Cedrica można by dojść do wniosku, że bycie przyjacielem Herry'ego Pottera nie jest najszczęśliwszym pomysłem.
Jego życie było ostatnimi czasy agonią. Najchętniej poddałby się i po prostu zniknął, ale wiedział, że nie może. Był przecież Cholernym Chłopcem, Który Przeżył, a nie Chłopcem, Który Umarł, Bo Nie Chciało Mu Się Już Żyć. Godziny uciekały i kiedy po kilku dniach musiał się spakować przed wyjazdem do Dursleyów, czuł się tak, jakby nie minęła nawet doba od czasu powrotu z cmentarza.
Gdy kładł na dnie kufra pelerynę niewidkę i mapę huncwotów, jego wzrok padł na dziennik. Przez moment się wahał, ale potem wyciągnął rękę. Czy miał coś jeszcze do stracenia?
...
Jesteś?
Halo, czy jest tu kto?
No dobra, przepraszam, że na ciebie nakrzyczałem.
Naprawdę mi przykro.
Myślisz, że możesz tak po prostu przestać ze mną gadać?
Zamknę cię w tym przeklętym kufrze na kolejne czterdzieści lat!
Nie żartuję.
Dlaczego od razu nie powiedziałeś mi, kim jesteś? Może wtedy to wszystko inaczej by się potoczyło.
Zrozum, byłem dość zaskoczony, kiedy okazało się, że jesteś nim.
Dobrze, dobrze, może nie jesteś nim. Przynajmniej tam mi się wydaje...
Co ja tu właściwie robię? Gadam do wspomnienia. W dodatku wspomnienia Voldemorta. Jak tak dalej pójdzie, skończę u Munga nim się obejrzę. W sumie to nie byłoby takie złe.
Wspomnienie się na mnie obraziło. Jaki numer...
Proszę, Tom, nie rób mi tego...
Naprawdę mam już Ciebie dosyć!
Dlaczego się tak zachowujesz?
Tom, potrzebuję Cię!
Do usług, Harry, jak zawsze. To dość interesujące, że zawsze mówisz do mnie, kiedy mnie potrzebujesz. Jak mogę Ci pomóc tym razem? Może zrobić Twoje zadanie na eliksiry? Może mógłby dla Ciebie zabić jakiegoś bazyliszka? To nic trudnego. Chyba że chciałbyś, żebym zabił Voldemorta - to może być trochę problematyczne, bo tak się składa, że jestem tylko jego wspomnieniem!
Jesteś na mnie zły?
Nie, czasami po prostu lubię sobie pokrzyczeć na ludzi.
Tom, naprawdę mi przykro.
Cóż za ironia losu - Harry Potter przeprasza wspomnienie Czarnego Pana.
Nie jesteś nim, Tom.
Ty tak uważasz. Skąd możesz wiedzieć, kim jestem?
Próbowałeś mi pomóc. On by tego nie zrobił.
Może tylko chciałem Cię wykorzystać?
Nie wierzę.
Kompletnie straciłeś rozum.
Dlaczego tak sądzisz?
Jesteś psychicznie niestabilny. Trzy dni temu uciekłeś ode mnie z krzykiem, bo byłeś taki pewien, że jestem Voldemortem, choć tylko próbowałem pomóc, a teraz, kiedy mówię, że nim jestem, Ty mi nie wierzysz.
Nie brzmi zbyt dobrze, nie?
Czego chcesz?
Nie zostawiaj mnie.
Lubisz takie melodramatyczne teksty, co nie?
Nadal się gniewasz?
Kto powiedział, że się gniewam?
Tom, nie zostawiaj mnie samego.
Dobrze, jeśli Ty też mnie nie zostawisz.
I już zawsze będziesz przy mnie?
Może powinienem przyrzec jeszcze wierność i uczciwość małżeńską i że Cię nie opuszczę aż do śmierci?
A mógłbyś?
Tom?
