~~Nie zapomnij mnie~~
Rozdział XII
~~Twarzą w twarz~~
- Gdzie jest mój dziennik? - Harry wpadł do kuchni tak gwałtownie, że drzwi się zatrzęsły.
Hermiona spojrzała na przyjaciela niepewnie. Harry nie wyglądał na wściekłego. Wyglądał na kompletnie załamanego. Jakby stracił coś o wiele cenniejszego niż stary dziennik.
Może jednak popełniłam błąd?, pomyślałam dziewczyna, ale szybko odrzuciła to rozumowanie – teraz i tak nie mogła już nic zrobić.
- Gdzie on jest? - pytał Harry ze łzami w oczach. Hermiona naprawdę się przestraszyła – chyba jeszcze nigdy nie widziała go w takim stanie.
- Uspokój się, stary. Na pewno go znajdziemy - Ron próbował uspokoić jakoś zdenerwowanego przyjaciela. - Przecież nie mógł się rozpłynąć w powietrzu.
Harry chyba niezbyt wierzył w te słowa, bo z jękiem wybiegł z kuchni i zaczął biegać po pokojach, przerzucając każdą poduszkę, krzesło i dywan, jaki napotkał na drodze. Przejrzał wszystkie szafy i komody, a nawet przesunął starą kanapę w salonie. Ron i Hermiona z trudem powstrzymali go przed wybiegnięciem z domu bez peleryny-niewidki, bo Harry chciał sprawdzić, czy ktoś przypadkiem nie wyrzucił dziennika.
Ten stan trwał przez kilka następnych dni. Potem Harry się uspokoił, ale to niepokoiło Hermionę jeszcze bardziej niż poprzednia rozpacz. Wyglądało na to, że Harry ma jakiś plan. Przez cały powtarzał, że muszą zabić węża. Gdy pewnego ranka zapowiedział przyjaciołom, że musi wrócić do Hogwartu, ci myśleli, że żartuje. Przecież to było stanowczo zbyt niebezpieczne. Ktoś mógł ich zobaczyć i zawiadomić Voldemorta. Kiedy Hermiona wykazała mu ten wyraźny mankament planu, Harry tylko uśmiechnął się gorzko, jakby mówił „O to mi właśnie chodzi".
Prośby nic nie dały i kilka dni później znaleźli się w Hogsmeade. Ich przybycie aktywowało alarm i uniknęli Śmierciożerców tylko dzięki pomocy młodszego brata Dumbledore'a. Ten ostatni pokazał im tajne przejście do zamku, patrząc na nich sceptycznie. Harry przyjmował wszystko z takim spokojem, że Hermiona zaczęła się martwić jeszcze bardziej. Po ich przybyciu do zamku było jasne, że Voldemort już wie.
- Harry, naraziłeś nas wszystkich - przyjaciółka próbowała mu przemówić do rozumu.
- Czy ty nic nie rozumiesz? - zapytał chłopak. - Inaczej nigdy by się tu nie zjawił. Musimy zabić węża.
Hermiona spojrzała na niego z osłupieniem:
- Wąż? Ty... zrobiłeś to celowo?
- Nie spodziewałaś się tego po mnie, prawda? - Harry posłał jej przygnębione spojrzenie. Zapewne jeszcze kilka tygodni wcześniej obróciłby zdziwieni Hermiony w żart. - Zabijcie węża. Voldemort jest mój.
- Ale Harry... Przecież ty... - Ron próbował coś powiedzieć, ale niewiele mu z tego wyszło.
- Harry... - próbowała go powstrzymać Hermiona.
Ale on już schodził po schodach. Mijał swoich nauczycieli i kolegów, ale wydawało się, że wcale ich nie widzi. Harry Potter patrzył w dal, ku swojemu nieuniknionemu przeznaczeniu.
…
Nigdy nie podejrzewał, że przyjdzie mu umrzeć w Zakazanym Lesie. Zawsze myślał, że to on zwycięży. Mimo tego, że Voldemort był niezaprzeczalnie potężny, Harry zawsze widział dla siebie nadzieję, a nawet żył z niezłomną pewnością, że będzie górą. Aż do teraz - dzisiaj nie miał zamiaru walczyć.
Podejrzewał, że to Hermiona zabrała dziennik i z pewnością go zniszczyła. Nie było innej możliwości. Najwyraźniej dziewczyna wszystkiego się domyśliła. Ale jak mogła to zrobić? Nie pozwoliła mu się nawet pożegnać. Czy w ogóle wiedziała, jaka była prawdziwa istota dziennika? Nie śmiał pytać, a teraz i tak nie miało to najmniejszego znaczenia.
Tom odszedł. Zniknął.
Co Harry mógł zrobić? Nie chciał już żyć. Nic nie miało sensu, od kiedy to się stało.
W ciągu tych kilku tygodni kilka razy przebiegła mu przez głowę myśl, że Tom z pewnością nie chciałby jego śmierci. Wolałby, żeby Harry żył, założył rodzinę, ułożył sobie jakoś przyszłość. Ale ta osamotniona myśl, ostatni głos rozsądku, nie miała siły, by przebić się ponad oszałamiającą i przygniatającą falę wspomnień. Dobrych wspomnień, zabawnych wspomnień; takich, które przywoływały na twarz Harry'ego uśmiech i takich, które sprawiały, że znów się rumienił. I płakał. Na początku nie obchodziło go, czy Ron i Hermiona widzą, w jakim jest stanie. Potem zaczął ukrywać swoją rozpacz, jakby dzielenie jej z kimkolwiek bezcześciło pamięć o Tomie.
Nie zdążył mu powiedzieć, jak bardzo mu zależy.
Nie zdążył powiedzieć, że...
... że co?
Sam nie był pewien. Wiedział tylko, że nie może żyć w świecie, w którym nie ma Toma.
Szedł przez Zakazany Las, rozpamiętując każde słowo, każdą kpinę i uśmiech. Wydawało mu się, że są to gesty odległe o całe lata i mile od czasu i miejsca, w którym się znajdował.
- Harry Potter - usłyszał zimny głos i ujrzał przed sobą Voldemorta.
Czy on naprawdę mógł być kiedyś Tomem? To niemożliwe. Tom nigdy by go nie skrzywdził. Może lubił zabawiać się jego kosztem, ale nigdy celowo nie sprawił mu przykrości.
- Chłopiec, który przeżył - ciągnął Lord Voldemort, a choć jego głos brzmiał zupełnie inaczej niż głos Toma, Harry nie mógł się powstrzymać od myślenia, że jest w nim jakaś dziwnie znajoma nuta.
- Tom - wyszeptał, ledwie otwierając usta.
- Co takiego powiedziałeś? - Usłyszał w głosie swojego niedoszłego mordercy poirytowanie i jakby... ciekawość?
- Tom - powtórzył, tym razem głośniej, starając się panować na drżeniem głosu. Kiedy ostatnio wypowiadał to imię?
Wydawało mu się, że wśród śmierciożerców zapanowało coś w rodzaju oburzonego poruszenia. Do jego uszu doleciał rozwścieczony głos Bellatriks Lastrange, gotowej rozszarpać mu gardło paznokciami za taką zniewagę Czarnego Pana.
- Kto pozwolił mu tak mówić? Jak śmie? Skąd wie? Skąd zna to imię? - Wyłapywał z zagniewanego szumu pojedyncze pytania.
- Cisza! - syknął Voldemort, nie mniej zdziwiony niż jego poplecznicy. - Kto ci powiedział? - Machnął różdżką w stronę Harry'ego, tak że ten wylądował na ziemi. - Dumbledore?
- Kto? - roześmiał się chłopak, a jego nieco szalony śmiech poniósł się echem po cichym lesie. - Sam mi powiedziałeś, Tom.
Podniósł wzrok i z niemałą satysfakcją spojrzał na osłupiałą twarz Lorda Voldemorta. Warto było tu przyjść choćby tylko dla tego widoku.
- Jak śmiesz?! - Powietrze przeciął kolejny wrzask Bellatriks, a jego kierunku poleciała klątwa.
Chybiła. Przecież Czarny Pan musiał go zabić osobiście. Wystarczająco długo na to czekał. A teraz chłopak zachowywał się tak, jakby ostatecznie postradał zmysły.
- W co ty pogrywasz, Potter? - Harry usłyszał kpiące pytanie. Jeśli zamknąłby oczy, mógłby przy odrobinie wysiłku udawać, że rozmawia z Tomem.
- W nic nie pogrywam, Tom. A może powinienem powiedzieć "dziedzicu Slytherina"? Wiem, że to ty zabiłeś tę dziewczynkę dawno temu, a potem obarczyłeś winą Hagrida. Wiem też, że nigdy nie lubiłeś soku dyniowego ani eliksirów, ale chodziłeś na herbatki Slughorna, żeby dowiedzieć się, co to horkruksy. Widzisz, ich już nie ma. Ani diademu, ani czary, ani medalionu, ani pierścienia... Dziennika też nie. Tego twojego węża też wkrótce dopadniemy. A wtedy... umrzesz.
Sam nie bardzo wiedział, po co mówił to wszystko.
- Panie, co on... - zaczął ktoś, chyba Lucjusz Malfoy, jeśli chłopak dobrze słyszał, ale Voldemort musiał go uciszyć gestem.
Harry usłyszał zbliżające się kroki.
Wstał. Mimo wszystko nie chciał umierać na ziemi. Miał też nadzieję, że nie będą się nad nim za długo znęcać, zanim to wszystko się skończy.
Zobaczył przed sobą twarz Czarnego Pana. A może twarz Toma? Nie był już pewien, kogo ma przed sobą.
Spojrzał w te dziwnie czerwone, zimne oczy, które widział kiedyś u Toma pochłonięte gorączką i szaleństwem.
Jakie to dziwne, pomyślał. Przyszedłem po śmierć do samego Lorda Voldemorta, by móc rozstać się z życiem bez niego. To niedorzeczne.
Czy to już ta chwila? Nigdy nie myślał, że będzie czekał na śmierć. I że to czekanie będzie tak długie.
Czarny Pan nadal na niego patrzył, jakby się nad czymś zastanawiał. Przecież nie mógł pamiętać, że znali się tak długo i tak blisko.
A potem nagle podniósł różdżkę. Czy to już teraz?
Dla kogo to robisz?, zapytał znajomy głos w jego głowie.
Dla siebie. Choć raz zrobię coś dla siebie.
…
AN: Epilog prawdopodobnie jutro ;)
