Obudziłem się z twarzą w okładce najnowszego Vouge'a. Z trudem się od niej odklejając powędrowałem do toaletki i nałożyłem codzienną warstwę kremów. Zrobiłem szybką rozgrzewkę śpiewając „Come what may" z Moulin Rouge. Tak naładowany włożyłem mundurek (Westchnąwszy głęboko nad przymusem noszenia co dzień tego samego) i poszedłem na lekcje. Poziom nauczania w Akademii był dużo wyższy niż w McKinley High, wciąż miałem dużo zaległości. Nigdy nie byłem kiepskim uczniem, ale nie byłem też kujonem. Starałem się, więc o wiele bardziej niż w dawnej szkole. Inną rzeczą było, że chciałem pokazać tacie i Carol, że pieniądze, które przeznaczyli na czesne, nie poszły na marne. Z jednej strony wiedziałem, że przecież nie musieli tego robić, z drugiej zaś ciężko mi było się z tego nie cieszyć. Akademia Dalton była pod każdym względem spełnieniem moich marzeń. By być szczerym, nie tylko ona…
Po pierwszej lekcji zdecydowałem się, by wysłać SMSa do Mercedes. Już od pewnego czasu, gryzło mnie, że miałem dla niej coraz mniej czasu. Chwile, których nie spędzałem z Blainem, poświęcałem na naukę. Byłem świadomy, że nie wiem jak bardzo musiałabym ją ignorować, żeby zaczęła się skarżyć – wiedziała, jak wiele znaczy dla mnie przyjaźń z nim i jak długo czekałem na kogoś jakiego jak on. Ale wciąż była moją przyjaciółką i mimo swojego wrodzonego egocentryzmu, wiedziałem, że to, że nie mam dla niej czasu, jest nie w porządku. Wyjąłem telefon.
K: Co słychać u mojej diwy? Jak chór?
Odpowiedź przyszła po niecałej minucie.
M: Oblewanie napojem, lekcje, przerwy, chór, oblewanie, lekcje… A, Santana obmyśla plan „Zabić Rachel i nie pójść do więzienia." Wszyscy zgodziliśmy się, że sędziowie uznaliby, że oddała ludzkości przysługę i potraktowaliby ją łagodniej. Czyli po staremu. A jak u Ciebie?
Westchnąłem lekko, po czym odpisałem:
K: Nieważne. Jak sprawy z Anthonym?
Nowa wiadomość.
M: Kurt, co jest? „Nieważne"? Obydwoje wiemy, że zazwyczaj rozpisujesz się na swój temat na dwa SMSy. Niech zgadnę, Blaine? Co do Anthony'ego, to chwilowo go zlewam. Niech nie myśli, że jestem zdesperowana.
Uśmiechnąłem się smutno.
K: Zgadłaś.
M: Tylko nie mów mi, że mu się nie podobasz.
K: To, że obydwaj jesteśmy gejami, nie znaczy, że ot tak będziemy razem.
M: Nie to miałam na myśli. Kurt, jesteś niezwykły. I zasługujesz na to, co najlepsze. Ciężko mi sobie wyobrazić, że ktoś mógłby Cię nie pokochać.
Zanim zdążyłem odpisać przyszedł kolejny SMS od Mercedes.
M: Pomyśl o czymś zabawnym.
Ustawiłem się pod klasą.
K: Nie bardzo mam czas.
M: Rachel i jej fetysz białych skarpetek.
Roześmiałem się.
K: Miało być zabawne, a nie obrzydliwe.
- Widzę, że w końcu przypomniałeś sobie jak się uśmiechać.
Odwróciłem się i machinalnie schowałem telefon do torby.
- Aż taki melancholijny nie jestem.
Blaine przekrzywił głowę.
- To prawda. Ale ostatnio jesteś jakiś inny. Wszystko w porządku?
Zadzwonił dzwonek, byliśmy więc zmuszeni przerwać rozmowę. Pokiwałem tylko głową i wszedłem do sali. Nie mogłem się skoncentrować. Zdania wygłaszane przez nauczyciela zwyczajnie odbijały mi się od czaszki. Nagle poczułem jak coś wibruje mi w torbie. Dyskretnie wyciągnąłem telefon.
Skarpetki Rachel, pamiętaj!
Stłumiłem śmiech. Wiadomość od Mercedes poprawiła mi nastrój do tego stopnia, że czas zaczął jakby szybciej lecieć. Nim się obejrzałem, rozległ się dzwonek. Pospiesznie wyszedłem z sali.
Po chwili dołączył do mnie Blaine i podjął przerwaną rozmowę.
- Wiesz, wpadłem na pewien pomysł. Zdałem sobie sprawę, że jeszcze nie odwdzięczyłem ci się za pomoc przy „Baby, it's cold outside." Jak wiem, nie masz nic do nauki na jutro, więc może zostaniesz ze mną po próbie i zaśpiewamy coś, co poprawi ci nastrój?
Serce zabiło mi szybciej. Szybko się jednak opanowałem. Jeżeli chodzi o moje relacje z Blainem, nie mogło być nawet mowy o sprzecznych sygnałach. Jasno dawał do zrozumienia, że mogę liczyć tylko na przyjaźń. Zero flirtu. Ale z drugiej strony, kiedy śpiewałem „Don't cry for me Argentina", mógłbym przysiąc, że coś widziałem w jego oczach. Coś… na co długo czekałem. A jeżeli tylko mi się wydawało?
- Jasne – uśmiechnąłem się by zakryć targające mną emocje.
Blaine odwzajemnił uśmiech, po czym poklepał mnie przyjaźnie po ramieniu i pobiegł na następną lekcję.
***
Czas znów wlókł mi się nieubłaganie. Wydawało mi się, że od rozmowy z Blainem minął miesiąc, a nie kilka godzin. Kiedy w końcu dotarłem na próbę zacząłem się stresować. Czułem się jakby miał w sobie jakieś małe ruchliwe zwierzątko, które robiło wszystko, co mogło, by wydostać się na powierzchnię. Blaine uśmiechał się do mnie swoim zwykłym, uprzejmym uśmiechem. W końcu próba się skończyła. Poczekaliśmy aż wszyscy wyjdą. Blaine klasnął w ręce, wyciągnął z torby jakąś płytę i podszedł do magnetofonu. Rozległy się dźwięki dość dobrze znanej mi piosenki.
- Uncle Kracker? Kto by pomyślał… - mruknąłem.
Blaine roześmiał się tylko. Zaczął śpiewać:
- You're better then the best. I'm lucky just to linger in your light.
Podniosłem się z podłogi i dorzuciłem:
- Cooler then the flip side of my pillow… that's right.
- Completely unaware. Nothing can compare to where you send me, lets me know that it's okay…
- Yeah, it's ok. And the moments where my good times start to fade.
Nagle Blaine chwycił mnie za rękę i zaśpiewał:
- You make me smile like the sun, fall out of bed. Sing like bird, dizzy in my head. Spin like a record, crazy on a Sunday night.
Byłem zbyt zszokowany by wydobyć z siebie dźwięk, więc Blaine kontynuował dalej sam:
- You make me dance like a fool, forget how to breathe. Shine like gold, buzz like a bee. Just the thought of you can drive me wild… Oh, you make me smile.
Wyłączył magnetofon. Chyba wciąż miałem zszokowany wyraz twarzy, bo Blaine zapytał:
- Nie spodobało ci się? Wiem, że nie takie piosenki lubisz, ale…
- Nie – przerwałem mu. – Ta piosenka jest idealna.
Uśmiechnął się szerzej niż zwykle.
- A więc misja została wykonana – wziął płytę i torbę, po czym ruszył w stronę wyjścia. Przystanął.
- Uśmiechaj się tak często, jak tylko możesz. Życie jest wystarczająco kwaśne samo w sobie, więc trzeba je słodzić, kiedy tylko się da.– powiedział odwracając się. - Nigdy o tym nie zapominaj.
Nucąc coś pod nosem wyszedł z sali.
***
- Kurt, to do ciebie! – krzyknęła Carol.
Zaintrygowany podniosłem się z krzesła. O cholera! A jeśli to Blaine? Zmiękły mi nogi. Zdałem sobie sprawę, że moje ręce idiotycznie zwisają po bokach, w dodatku zapomniałem nasmarować dłonie kremem nawilżającym. „Jak zazwyczaj trzymam te cholerne ręce? Czy zawsze stawiam takie duże kroki? Boże drogi, choć w ciebie nie wierzę, ratuj!" – myślałem coraz bardziej bredząc. Nagle coś mnie uderzyło. „Przecież Blaine nie ma pojęcia, gdzie mieszkasz, kretynie" – powiedział cichy głos w mojej głowie. Moje serce zwolniło, a poszczególne części ciała przypomniały sobie ich zwykłe położenie.
Gdy podszedłem do drzwi, zobaczyłem, że w progu stoi ostatnia osoba na ziemi, jaką spodziewałbym się tu widzieć.
Quinn Fabray.
Chwilę zajęło mi otrząśnięcie się z szoku. Uniosłem jedną brew do góry i powiedziałem:
- Zdajesz sobie sprawę, że byłbym mniej zaskoczony, gdyby stała tutaj Coco Chanel pod rękę z Ronaldem McDonaldem?
Zapadła niezręczna cisza.
- Mogę wejść?
Zmierzyłem ją wzrokiem szukając w jej postawie, czegoś, co by świadczyło, że to pomyłka, albo nowy rodzaj żartu.
- Oczywiście.
Zaprowadziłem ją do mojego pokoju. Rozglądała się z ciekawością i rzuciła parę komplementów, co do wystroju. Nie rozładowało to jednak napięcia. Obydwoje wiedzieliśmy, że jej nieoczekiwana decyzja miała jakiś cel.
- Pewnie zastanawiasz się, po co przyszłam – „Istotnie" – pomyślałem, ale postanowiłem nie mówić tego na głos.
Po chwili milczenia podjęła ponownie:
- Przejdę więc do sedna. Pan Schue dał nam kolejne zadanie na tydzień: zaśpiewać piosenkę wyrażającą żal z powodu czyjegoś odejścia.
- Tradycyjnie schematyczny – westchnąłem głęboko.
Stłumiła uśmiech.
- Pomyślałam sobie, że mógłbyś mi pomóc z doborem repertuaru.
Zmarszczyłem brwi.
- Dlaczego akurat ja? Ostatnim razem, przyszłaś prosić mnie o „Jak się nie ubierać" dla Rachel. A to, jak obydwoje wiemy, nie skończyło się dobrze.
Tym razem uśmiechnęła się szeroko i usiadła. Spojrzała na pierścionek, który jak już wcześniej zauważyłem, nosiła od jakiegoś czasu. Wydawała się zamyślona i jakby nieco smutna.
- Wiele się od tego czasu zmieniło, prawda?
Przytaknąłem.
- Wiesz, brakuje nam ciebie – spojrzała na mnie. - Poza tym, w jakiś sposób temperowałeś Rachel. Nawet nie wiesz, jak nieznośna się stała. Uważa, że wraz z twoim odejściem pozbyła się jedynej konkurencji.
Tym razem ja się uśmiechnąłem.
- Mercedes wspominała, że chcecie ją zamordować.
- Dobrze powiedziane – roześmiała się.
Atmosfera znacznie się rozluźniła.
- Skupmy się na twojej solówce. Masz już jakieś pomysły?
Skinęła głową.
- Myślałam o „Goodbye my lover" Jamesa Blunta.
- Dobry pomysł. Ale to trochę za mało. Co powiesz na mały mash up?
***
Ostatecznie zdecydowaliśmy się na remiks „Goodbye my lover" i „Because You Loved Me" Celine Dion. Quinn wydawała się być zadowolona. Podziękowała za pomoc, obiecała pozdrowić wszystkich z chóru i w wyraźnie lepszym nastroju wyszła.
Wróciłem do pokoju. Był piątkowy wieczór, a weekendy tradycyjnie spędzałem w domu. Postanowiłem po prostu położyć się na łóżku i posłuchać muzyki, nigdzie jednak nie mogłem znaleźć mojego iPoda. Zajrzałem do jednej z szuflad biurka. Nie znalazłem tego, czego szukałem, moją uwagę zwrócił jednak przyklejony do kartki napis ułożony z liter wyciętych z gazety.
CÔURAGÉ
Uśmiechnąłem się do siebie.
- Oh, you make me smile. – zanuciłem.
