Pochylałem się nad podręcznikiem od francuskiego nie zdając sobie sprawy, że powoli zapadam w lekką drzemkę. Zdecydowanie za dużo się uczyłem. Powinienem zacząć słuchać Blaine'a. Z letargu wyrwał mnie dzwoniący telefon. Na wpół przytomny wymacałem go i zmusiłem się do otwarcia oczu. Mercedes. Mimo lekkiego rozdrażnienia, ucieszyłem się. Odebrałem połączenie.
- Hej, Mercedes.
- Kurt, nie mam zbyt wiele czasu, ale mam do ciebie prośbę. Mógłbyś się ze mną spotkać o siódmej w Breadstix?
- Jasne – odpowiedziałem nieco zaskoczony. Ucieszyła mnie jednak myśl o spotkaniu z nią. Nie widzieliśmy się od tak dawna.
- Świetnie. Mam ci coś do przekazania. Do zobaczenia.
- Na razie.
Zastanowiłem się, o co może chodzić. Mercedes nie należała do osób, które ot tak dzielą się swoimi problemami, więc raczej nie chodziło o poradę. Bezmyślnie zacząłem coś kreślić po kartce papieru. Ciszę przerwało pukanie do drzwi. Po chwili wyjrzała zza nich głowa Wesa.
- Kurt, masz chwilkę?
Uśmiechnąłem się przyjaźnie.
- Entrée vous.
Spojrzał na mój podręcznik i zaczął:
- Czy…
- Wiem, za dużo się uczę. – przerwałem mu lekko się uśmiechając. – Nie jesteś pierwszą osobą, która mi to mówi i zapewne nieostatnią.
- W zasadzie nie to chciałem powiedzieć. Choć… Celna uwaga. Przyszedłem tu z prośbą.
- Zamieniam się w słuch.
Przysiadł na moim łóżku.
- Moja dziewczyna niedługo będzie miała urodziny. A ja cóż… Nie mam zielonego pojęcia, co mógłbym jej kupić. Zazwyczaj prosiłem o pomoc Blaine'a, ale powiedział, że nie ma czasu.
Zdusiłem w sobie chęć zadania pytania, czym Blaine jest tak zajęty.
- Opowiedz mi coś o niej. – powiedziałem. Przeszło mi przez myśl, że ostatnio wiele osób prosi mnie o pomoc.

***
Okazało się, że jego dziewczyna jest wielką fanką Madonny. Zdziwiło mnie, że nie wyciągnął z tego żadnych wniosków. Czy naprawdę tak ciężko było wpaść na trop? W każdym razie, pojechaliśmy razem do galerii, gdzie pomogłem mu wyborze odpowiedniego prezentu. Podczas gdy Wes płacił, wyciągnąłem telefon z torby i spojrzałem na zegarek. Musiałem się spieszyć, jeśli nie chciałem się spóźnić na spotkanie z Mercedes. Przeprosiłem Wesa i pobiegłem do Breadstix.
Kiedy wszedłem do lokalu, już czekała. Przywitałem ją szerokim uśmiechem i usiadłem. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, wyciągnęła z torebki niewielką kopertę i powiedziała:
- Mam ci to przekazać.
Zmarszczyłem brwi i spojrzałem na nią pytająco. Machnęła ręką.
- Otwórz, pewnie jesteś ciekawy.
Podziękowałem jej i szybko rozerwałem kopertę. Moje serce na moment stanęło.

Nigdy ode mnie nie uciekniesz, pedałku.
List nie był podpisany, ale doskonale wiedziałem, kto go napisał. Poczułem jak dopada mnie uczucie, z którym nigdy nie umiałem sobie poradzić – panika. Spróbowałem powstrzymać drżenie rąk. Wziąłem kilka głębokich oddechów i wciąż się telepiąc zamknąłem oczy. „Odwagi, Kurt. Odwagi." – powtarzałem sobie.
- Kurt, co… - usłyszałem przestraszony głos Mercedes.
- Kto ci to dał? – wykrztusiłem.
- Anthony. Powiedział mi tylko, że nie może zdradzić od kogo jest ten list, miałam przekazać go tobie. To wszystko. Kurt, co jest?
„Jak mogłem być takim idiotą? Ucieczka niczego nie rozwiązuje. A ja byłem na tyle głupi, by sądzić, że ze mną będzie inaczej." – myślałem gorączkowo. „Z drugiej strony, jak niby miał mnie dopaść? Wystarczy, że nie będę sam wychodził z domu i nic mi nie grozi." Mimo, że sam się oszukiwałem, poczułem się trochę lepiej. Wiedziałem jednak, że jak tylko stąd wyjdę, znowu zacznę panikować. Postanowiłem zmienić temat.
- Zostawmy to.
- Ale…
- Słyszałem o waszym zadaniu. – przerwałem jej ignorując podejrzliwe i zmartwione spojrzenia, które mi rzucała. Plotłem nieco bezsensownie. - Cóż, temat „Żal z powodu odejścia" udowadnia, że lekcje pana Schue charakteryzuje niesamowita wręcz powtarzalność, ale jestem przekonany, że zaśpiewałaś coś nieziemskiego.
Mercedes zmarszczyła brwi.
- O czym ty gadasz?
Lekko zdezorientowany wyjaśniłem:
- Niedawno była u mnie Quinn. Poprosiła mnie o pomoc w wyborze piosenki i mówiła, że taki jest temat.
Wytrzeszczyła oczy.
- Jasne, dostaliśmy temat. Z tym, że brzmiał on „Sunshine". Skąd… - zamyśliła się. Nagle na jej twarzy pojawiło się zrozumienie. – No tak… Teraz to ma sens.
- Co ma sens?
- A, przecież ty nie wiesz! Kolejny chórowy dramat. Sam i Quinn zerwali.

***
Postanowiłem nie wracać dzisiaj do internatu. Zgodnie z moimi przewidywaniami, atak paniki powrócił, gdy tylko pożegnałem się z Mercedes. Nie byłem w stanie myśleć o niczym innym, jak o liście ciążącym mi w kieszeni. Wydawałem bliżej nieartykułowane odgłosu przy każdym szeleście, kuliłem się przechodząc koło ciemnych zakątków. Miałem wrażenie, że z każdej strony obserwują mnie małe, obrzydliwe oczka Karofsky'ego. Nie wiem, jakim cudem doczołgałem się do domu. Kiedy tylko się tam znalazłem, przemknąłem cicho do pokoju. Osunąłem się po ścianie ukrywając twarz w dłoniach. Nie miałem nawet siły, by doczołgać się do łóżka. Położyłem się na podłodze i cicho łkając błagałem o sen. Miałem wrażenie, że ktoś wyrywa mi serce kawałek po kawałku, a z każdym spazmem ból się pogarszał. Krzyczałem bezgłośnie nie mogąc się uspokoić. Słony smak łez wysuszał mi gardło i powodował mdłości. Rozbolała mnie głowa, jak zawsze gdy wpadałem w histerię. Szlochałem w brudną podłogę przyciskając kolana do brzucha. Dreszcze przechodziły przez całe moje ciało, włosy przykleiły się do mokrego od potu czoła. Zagryzłem wargi tak mocno, że poczułem na języku żelazny smak krwi. W końcu nie wytrzymałem – nie mogąc już płakać zacząłem krzyczeć. Nie potrafiłem przestać, wtuliłem więc twarz w rękaw zagłuszając nieco dźwięk. Aż wreszcie poczułem, że podłoga, na której leżę robi coraz wygodniejsza, coraz mniej do mnie docierało. Osunąłem się w objęcia Morfeusza, który w moich snach miał paskudną twarz Karofsky'ego.

Z perspektywy Blaine'a.
Po pierwszej lekcji tradycyjnie udałem się pod klasę Kurta. Ku mojemu zaskoczeniu, nie znalazłem go tam. Zapytałem jednego z jego kolegów czy nie wie czasem, gdzie się znajduje, ale ten powiedział, że Kurt nie przyszedł dzisiaj do szkoły. Nie, nie znał powodu. Miałem mętlik w głowie. Nigdy nie należałem do ludzi, którzy łatwo ulegają emocjom, jednakże nieobecność Kurta nieco mnie zaniepokoiła. Po raz pierwszy od dawna, nie mogłem skoncentrować się na lekcjach, więc z ulgą przywitałem koniec ostatniej. Po przemyśleniu całej sytuacji, postanowiłem popytać w internacie. Zawahałem się jednak. „A co jeżeli przesadzam? Może po prostu zachorował?". Postanowiłem się jednak upewnić, ale w internacie nikt nie był w stanie udzielić mi informacji. Dowiedziałem się jedynie, że nie wrócił na noc, co tylko pogłębiło mój niepokój. Zabrakło mi pomysłów. Postanowiłem odetchnąć trochę świeżym powietrzem, wyszedłem więc na zewnątrz i usiadłem na jednej z ławek. Nagle mnie olśniło. Miałem przecież numer do najlepszej przyjaciółki Kurta. Na pewno znała adres jego rodziców. Wyciągnąłem telefon i wyszukałem odpowiedni numer.

***
Z perspektywy Kurta.
Znacie to uczucie, kiedy zaraz po przebudzeniu, nie pamiętacie poprzedniego dnia? Wszystko wydaje się być w porządku. Jednakże już po kilku sekundach problemy znów przygniatają wasze barki przygważdżając do łóżka. Tak też było ze mną.
Kiedy się obudziłem, szybko zrozumiałem, że ktoś musiał mnie przenieść. Nie miałem pojęcia jak długo spałem. Nie chciałem z nikim rozmawiać, postanowiłem więc udawać, że śpię. Po chwili jednak ciekawość zwyciężyła, uchyliłem nieco powieki. Ku mojej uldze, byłem sam.
Ostrożnie wstałem z łóżka. Nie chciałem myśleć, nie chciałem czuć. Włączyłem po cichu płytę od Blaine'a i znów się położyłem. Wydawało mi się, że zasnąłem jeszcze zanim moja głowa uderzyła w poduszkę. Osunąłem się w nicość.
Gdy znów się przebudziłem, poczułem czyjąś dłoń troskliwie, ale nieco nieśmiało gładzącą mnie po włosach. Po otworzeniu oczu zobaczyłem Carol. Uśmiechnęła się smutno. Usiadłem i otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć, ale przerwała mi.
- Nie musisz nic mówić. Wiem, że w takich chwilach nie ma się ochoty na rozmowy.
Patrzyłem na nią bezmyślnie. I wtedy poczułem, że dłużej nie wytrzymam. Rozpłakałem się histerycznie łkając. Miałem wrażenie, że do moich płuc dociera zbyt mało powietrza, co chwila zaciągałem się nim łapczywie. Nic już nie widziałem, nic nie słyszałem. Carol przytuliła mnie nic nie mówiąc. Zrozumiałem, że również płacze. Po raz pierwszy do bardzo dawna poczułem, że mam mamę.

***
Otworzyłem oczy. Carol już nie było, zostawiła mi tylko kubek z wystygłą już herbatą. Po chwili zrozumiałem, co mnie obudziło. Z góry dochodziły odgłosy kłótni – uniesiony głos ojca niósł się po całym domu. Co chwila odzywał się również jakiś spokojny głos, który starał się coś wytłumaczyć. W końcu ojciec jakby się uspokoił. Usiadłem na łóżku nic nie rozumiejąc. Usłyszałem kroki, a następnie dźwięk otwieranych drzwi.
Blaine.
Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Jak zwykle był uosobieniem spokoju.
Wiedziałem, że wyglądam okropnie – miałem pogniecione ubranie, potargane włosy i rzęsy zlepione od łez. Blaine usiadł koło mnie tradycyjnie zachowując dystans. Nie stykaliśmy się nawet ramionami. Po chwili przerwał ciszę:
- Twój ojciec myślał, że ja ci to zrobiłem. Chwilę zajęło mi przekonanie go, żeby nie zabijał mnie nożem kuchennym.
Nic nie powiedziałem.
- Nawet nie wiesz jak cieszę się, że masz kogoś takiego. Kogoś, kto zawsze będzie stał za tobą murem, nieważne, co zrobisz.
Przyglądał mi się uważnie. Po chwili poczułem, jak zaczyna udzielać mi się jego spokój. Wciąż jednak milczałem.
- Ale niektórych rzeczy nie mówi się rodzicom, prawda? - kontynuował. – Nawet, a raczej zwłaszcza, tym, których kocha się bardziej niż własne życie.
Wiedział, że uspokaja mnie jego głos. Cierpliwie czekał aż zacznę mówić.
W końcu coś we mnie pękło. Zaczął wylewać się ze mnie potok słów, nawet nie wiedziałem czy to, co mówię ma jakikolwiek sens. Nie musiało. Blaine był dla mnie nie tylko przyjacielem, był także terapeutą. Przed nikim nie otwierałem się tak jak przed nim.
A on po prostu siedział przy mnie słuchając mojej nieskładnej paplaniny. Nic nie mówił, od czasu do czasu kiwał tylko głową. Chciałem, żeby powiedział, że przesadzam. Że to tylko list, że nic złego mi się nie stanie. Ale w tamtej chwili obaj wiedzieliśmy, że to było coś więcej. Te kilka słów na kartce papieru miało na długi czas zburzyć mój spokój i poczucie bezpieczeństwa. List Karofsky'ego przyniósł wspomnienia dawnego terroru, sprawił, że znów zacząłem bać się własnego cienia.
Blaine nie musiał nic mówić. Nie miało to znaczenia. Po raz pierwszy poczułem radość z tego dystansu, który był niemal namacalny w naszych relacjach. Bo w tamtej chwili nie potrzebowałem chłopaka, nie potrzebowałem flirtu. Potrzebowałem zrozumienia i… przyjaciela.