Siedziałem przy biurku przeglądając kolekcję nut. Nie szukałem niczego konkretnego, chciałem tylko, by chwyciło mnie za serce. Dawno już nie śpiewałem niczego, ot tak dla siebie, by uwolnić emocje. Brakowało mi tego. Nagle usłyszałem dźwięk otwieranych drzwi. Nie odwróciłem się. Poczułem czyjś oddech na karku, a następnie delikatny pocałunek we włosach. Przymknąłem oczy.
- Blaine – wyszeptałem odwracając się powoli.
- Pudło – usłyszałem znajomy głos.
Krzyknąłem.
Obudziłem się zlany potem w pokoju w internacie. Był to jeden z tych snów o Karofskym, które dręczyły mnie już od jakiegoś czasu. Wstałem z łóżka i udałem się do łazienki, by przemyć twarz wodą. Wcześniej jednak zerknąłem na zegarek – była czwarta trzydzieści dwa.
Wiedziałem, że już nie zasnę, nie wróciłem więc do łóżka. Zapaliłem lampkę nocną i sięgnąłem po Vouge'a, którego nie zdążyłem nawet w całości przejrzeć. Zamyśliłem się. Wcześniej nigdy bym sobie na coś takiego nie pozwolił. Zaskoczyło mnie jak szybko i łatwo system wartości człowieka ulega zmianie. Każdego dnia moja potrzeba wyróżniania się coraz bardziej malała, nie doskwierało mi już tak bardzo śpiewanie w chórkach. Wynikało to z tego, że zwyczajnie czułem się częścią drużyny. Zrozumiałem, że Warblersi nie odbierali mi możliwości do popisywania się, śpiewać przecież mogłem zawsze i wszędzie. Uśmiechnąłem się do swoich myśli. Blaine obiecał, że kiedyś się przyzwyczaję – jak zwykle miał rację. The Warblers sprawiali, że każdy czuł się częścią zespołu, każdy był potrzebny. Jak to kiedyś powiedziała Rachel? „Bycie częścią czegoś wyjątkowego, czyni cię wyjątkowym." Mimo swojej irytującej osobowości, miała swoje momenty. Poza tym naprawdę zaczynałem ją lubić, nie tylko ze względu na Finna. Musiałem przyznać, że wiele nas łączyło poza… no cóż, wyczuciem stylu. Czekałem na odpowiedni moment, żeby przewrócić jej garderobę do góry nogami. Zaraz po śpiewie i irytowaniu innych, jej największym talentem było łączenie ubrań w taki sposób, że jednocześnie wyglądała jak Dorotka z „Czarnoksiężnika z krainy Oz" i tancerka z klubu Go-Go. Nie wiedziałem czy rewolucjonizując jej garderobę oddałbym przysługę Rachel, sobie czy Nowym Kierunkom – czasami od patrzenia na nią bolały mnie oczy. Wciąż jednak czekałem, wiedząc, że osoby takie jak ona tak łatwo przekonać do zmiany stylu, jak księży do homoseksualistów. Poza tym miałem wobec niej dług wdzięczności, nie mogłem o tym zapomnieć. Postanowiłem jej pomóc.
Wiedziałem jak bardzo cierpi z powodu rozstania z Finnem, znałem też ich stanowiska w tej sprawie. Ciężko mi było spojrzeć na całą tę sprawę obiektywnie, wina leżała po części po każdej stronie. Nie negowałem tego, że to, co zrobiła Rachel było złe, czułem jednak, że muszę się za nią wstawić, czego normalnie nigdy bym nie zrobił - mimo, że ją lubiłem, wciąż trzeba było czegoś więcej, żebym bezinteresownie jej pomógł. Ale dług to dług.
Zaraz po lekcjach udałem się do domu, żeby zrealizować swój plan. Finn leżał na kanapie oglądając w telewizji jakiś mecz.
- Cześć – ruchem głowy wskazałem na telewizor. – Coś ważnego?
- Nie, powtórka.
- Świetnie. – powiedziałem siadając w fotelu. - Chciałbym o czymś z tobą porozmawiać.
- Sprawy z Blainem o mały włos nie zaszły za daleko i nie wiesz, co z tym zrobić?
Zaczerwieniłem się i wymamrotałem:
- Nie jesteśmy razem.
- Och.
Zapadła niezręczna cisza.
- W każdym razie… - powiedziałem decydując się na wybaczenie Finnowi jego małego faux pas. – Chciałem z tobą porozmawiać o Rachel.
Poderwał się z kanapy wyraźnie zły. Mimowolnie podskoczyłem nie spodziewając się tak nerwowej reakcji.
- Nie będę o tym z tobą rozmawiał! Nawet nie namawiaj mnie, żebym jej wybaczył, bo wierz mi, nie jesteś pierwszy! Nie sądziłem, że ciebie też uda jej się przekabacić na swoją stronę! Ale cóż, nie powinienem być zdziwiony. Ma wrodzony talent do zdobywania tego, czego chce. Poza tym jest…
- …irytująca, egocentryczna, infantylna, przemądrzała i nie ma wyczucia. – dokończyłem spokojnie. – To cechy ludzi, którzy mają talent i doskonale zdają sobie z tego sprawę. Tobie tych cech brakuje, uzupełniacie się więc wzajemnie. Pod tym względem byliście dobrą parą. Dodatkowo, czego by o niej nie powiedzieć, zależało jej na tobie. I to się chyba nie zmieniło.
- Kurt, zastanów się nad tym co mówisz! Gdyby jej na mnie zależało, nie zrobiłaby mi takiego świństwa. Wiedziała, że jestem wyczulony na tym punkcie, jak bardzo zdrada mnie zaboli, więc wycelowała w sam środek tarczy! Chciała mi sprawić ból i udało jej się. Dałem ciała nie mówiąc jej o Santanie, rozumiem, miała prawo być wściekła. Ale kto robi takie rzeczy? Nie mogła lepiej pokazać, że wciąż bardziej zależy jej na sobie niż na własnym chłopaku! Może jestem głupi, ale nawet ja to widzę.
Zabrakło mi argumentów. Poczekałem aż Finn się nieco uspokoi, a kiedy znów usiadł na kanapę, powiedziałem:
- Zrozum, Rachel jest jedynaczką. Każdego dnia wmawiano jej, że jest ważna, utalentowana i może osiągnąć wszystko. Ale potem okazało się, że to nie takie proste. Nigdy nie była lubiana, nauczyła się więc walczyć o swoje. Mogła polegać tylko na sobie i swoim talencie. Nie możesz oczekiwać, że zmieni się z dnia na dzień. Te cechy są w niej zbyt głęboko zakorzenione.
Finn nic nie powiedział, więc kontynuowałem:
- Słuchaj, nikt nie każe ci być z nią na siłę. To, co zrobiła było dziecinne i rozumiem, że ciężko ci przebywać z nią w jednym pomieszczeniu. Ale daj jej czas, nie przekreślaj tego. Zrozumiała jak złe było to, co zrobiła, kto wie, może w końcu zastanowi się nad swoją osobowością. Nie widzisz jak wiele się w niej zmieniło odkąd zostaliście parą? Stała się troskliwsza, zaczęła zauważać innych. Kiedy byłem prześladowany, bezinteresownie mnie broniła i nigdy jej tego nie zapomnę. Pomyśl o tym jaka Rachel była, a jaka jest teraz. Potem decyduj już sam.
Wstałem i skierowałem się do drzwi.
- Kurt, poczekaj.
Odwróciłem się. Finn był wyraźnie spokojniejszy, na jego twarzy nie było śladu gniewu.
- Czy ktoś już ci mówił, jak bardzo zmieniłeś się w Dalton? Tęsknimy za tobą, ale… chyba dobrze, że tam trafiłeś.
Uśmiechnąłem się lekko.
- Jeszcze jedno – powiedział Finn. - Przepraszam za swoje zachowanie. Rachel to dla mnie ciężki temat. I... Jeśli to nie za dużo, mam do ciebie prośbę.
- Dobrze trafiłeś, gratulacje. Ostatnio jestem jak chodząca fundacja charytatywna. Wymyśliłem już nawet nazwę „Kurtowe pogotowie psychologiczne pod wezwaniem Christiana Diora." Więc… Czym mogę służyć?
Wskazał ręką miejsce obok siebie.
- Może lepiej usiądź.

***
Finn's POV.
Kiedy wszedłem do sali, wszyscy już siedzieli. Tradycyjnie udałem, że nie zauważam wzroku Rachel i usiadłem obok Mercedes, która już od pewnego czasu przestała witać mnie zdziwionym spojrzeniem i uniesionymi brwiami. Chwilę po mnie do sali wpadł pan Schue. Klasnął w ręce i uśmiechnął się szeroko.
- Pomyślałem, że dzisiaj zrobimy sobie lżejszą lekcję, odłóżmy na moment ustalanie repertuaru na zawody. Ostatnio dość ciężko pracowaliśmy, należy wam się wypoczynek. A więc! Waszym zadaniem było przygotowanie piosenki związanej z tematem „Niebo". Ktoś chce się pochwalić?
Uniosłem rękę.
- Chyba mam coś takiego, panie Schue.
- Zapraszamy, Finn.
Wstałem czując na sobie wzrok Rachel, który uparcie ignorowałem. Podałem zespołowi nuty i powiedziałem, żeby chwilkę poczekali. Stanąłem na środku sali.
- Więc… - zacząłem niezręcznie. - Przygotowałem mały mash-up.
Zobaczyłem lekkie zdziwienie na twarzach członków chóru. Wszyscy patrzyli na mnie z niedowierzaniem.
– Ale miałem małą pomoc. – dodałem szybko. - Można by pomyśleć, że dwóch tak różnych piosenek nie da się połączyć. Pozornie tak też wyglądają moje relacje z tą osobą. Tak więc… Chcielibyśmy zaśpiewać to, co udało nam się wymyślić.
Rozległy się dźwięki muzyki.
- Got a picture of your house and you're standing by the door. – zacząłem. - It's black and white and faded and it's looking pretty worn…
- And my heart beats so that I can hardly speak... – na dźwięk tego głosu wszyscy wytrzeszczyli oczy. Kurt wszedł do sali uśmiechając się od ucha do ucha.
- See the factory that I worked silhouetted in the back. The memories are grey but man they're really coming back. – zaśpiewałem.
- Oh… I love to climb a mountain and to reach the highest peak. But it doesn't thrill me half as much as dancing cheek to cheek.
Dołączyłem się do niego i wspólnie zaśpiewaliśmy.
- Heaven isn't too far away, closer to it every day. And I seem to find the happiness I seek.
- No matter what your friends might say…
- When we're out together dancing cheek to cheek.
- Oh.. I love to go out fishing in a river, or a creek…
- But I don't enjoy it half as much as dancing cheek to cheek.
Część osób bujała się w rytm muzyki machając rękami z telefonami zamiast zapalniczek. Uśmiechnąłem się.
- Now the lights are going out… along the boulevard. The memories come rushing back and it makes it pretty hard…
Kurt uśmiechnął się do mnie lekko i zaśpiewał:
- Heaven… I'm in heaven and the cares that hung around me through the week seem to vanish... Like a gamblers lucky streak.
- Heaven… I'm in heaven…
- No matter what your friends might say… We'll find a way.
Muzyka się urwała. Wszyscy patrzyli na nas oniemiali, tylko pan Schuester uśmiechał się szeroko. Przez chwilę nic się nie działo, jednak już po chwili wszyscy zaczęli klaskać. Mercedes podbiegła do Kurta i przytuliła go mocno. Wkrótce dołączyła do niej reszta żeńskiej części New Directions, chłopaki zaś poklepywali go po plecach. Wszyscy przekrzykiwali się wzajemnie, opowiadali coś bez składu i ładu. Kiedy w końcu usiedli, pan Schuester ponownie wyszedł na środek sali.
- Kurt, miło powitać nam cię ponownie. Mamy rozumieć, że wracasz na stałe?
- Nie, to tylko gościnny występ. – uśmiechnął się z lekkim zakłopotaniem, co uświadomiło mi jak bardzo się zmienił. Z wyrazów twarzy reszty grupy, wyczytałem, że nie tylko ja to zauważyłem.
- Cóż, wiedz, że zawsze będziesz tu mile widziany. Czy to jako konkurencja czy jako członek, zawsze powitamy cię z otwartymi ramionami.
Kurt podziękował mu skinieniem głowy. Oczywiście nie było mowy o żadnym śpiewaniu. Jego wizyta niesamowicie podniosła nas wszystkich na duchu, a od czasu remisu z The Warblers było nam to potrzebne. Naprawdę baliśmy się nadchodzących zawodów, a wizyta dawnego przyjaciela była rzeczą, która znów rozbudziła radość i nadzieję w naszych sercach. Wiedzieliśmy, że choćby nie wiem co, będziemy kibicować jego drużynie.
Czas zleciał bardzo szybko, rozmowom nie było końca. Ciężko więc było się rozstać. Odprowadziłem Kurta pod sam internat. Od całej historii z Karofskym wolałem mieć na niego oko.

***
Kurt's POV.
Wróciłem do pokoju czując, że nic ani nikt nie odbierze mi już tego szczęścia. Rzuciłem torbę na łóżko nucąc coś wesoło pod nosem. I nagle cała ta radość uszła ze mnie jak z przebitego balonika. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ktoś tu był. Rozejrzałem się, ale nic nie zwróciło mojej uwagi. Coś jednak było nie tak. Oparłem się ręką o biurko. Mój wzrok padł na stojący na nim niewielki przedmiot. Zamarłem zakrywając drżącą ręką usta, a następnie nie mogąc ustać na nogach osunąłem się na podłogę ogłuszony przez bicie własnego serca.
Tuż obok moich podręczników stała figurka przedstawiająca młodą parę. Ta sama, którą Karofsky zabrał mi jakiś czas wcześniej.