- Kurt…
- Nie.
- Zrozum…
- Nie.
- Nie masz wyjścia, to zabrnęło za daleko.
- Powiedziałem, że tego nie zrobię.
Mercedes patrzyła na mnie z niedowierzaniem. Otworzyła usta, żeby jeszcze coś powiedzieć, ale zrezygnowała zaciskając wargi.
Był czwartkowy wieczór. Siedziałem na łóżku Mercedes podciągając kolana pod brodę, ona zaś patrzyła na mnie z niepokojem słuchając mojej relacji. Musiałem komuś powiedzieć o włamaniu, a z jakiegoś powodu nie chciałem o tym rozmawiać z Blainem. Z jednej strony był jedyną osobą, która znała całą prawdę o Karofskym, z drugiej zaś nie chciałem znów obarczać go moimi problemami. Cóż, może nie o to chodziło, w końcu nigdy wcześniej nie miałem z tym problemu. Tak naprawdę powodem było to, że coraz mocniej dusiłem w sobie uczucie do niego i bałem się, że kiedy raz się przed nim otworzę, powiem parę słów za dużo. Dwa słowa w zasadzie. A na to nie mogłem sobie pozwolić, zbyt dużo znaczyła dla mnie nasza przyjaźń.
- Nie rozumiem, dlaczego nie chcesz tego gdzieś zgłosić – powiedziała Mercedes przerywając ciszę. – To już nie jest szkolny terror. List z pogróżkami, teraz ta figurka… Nie sądzisz, że to zaczyna wymykać się spod kontroli?
Uparcie milczałem.
- Kurt, coś jest nie tak, czuję to. Czegoś mi nie mówisz, prawda? Jest powód, dla którego siedzisz bezczynnie i pozwalasz się terroryzować.
Nic nie powiedziałem. Nawet nie mrugnąłem.
- Ukrywasz coś, prawda?
Zamknąłem oczy.
- Proszę, przestań drążyć. – wyszeptałem błagalnie. – Nie mieszaj się do tego, to nie twoja sprawa.
Wiedziałem, że często to mówię i wiedziałem jak bardzo ją to denerwowało. Dlatego też nie otwierałem oczu czekając na wybuch. Nic takiego jednak nie nadeszło. Kiedy podniosłem powieki, zobaczyłem, że Mercedes ma zaciśnięte wargi. Nigdy nie widziałem, żeby zachowywała się w ten sposób. Zawsze reagowała gniewem dając upust swojemu ognistemu temperamentowi. Teraz jej twarz nie wyrażała żadnych emocji – ani wściekłości, ani nawet smutku. Czysta kartka. Zrozumiałem jak bardzo ją zraniłem tymi słowami.
- Przepraszam, nie to miałem na myśli…
- Nie przepraszaj. – powiedziała cicho. – Nie masz do mnie pełnego zaufania, trudno. Zastanawia mnie tylko czy zawsze tak było, czy to sprawa tego, że tak bardzo się od siebie oddaliliśmy. Nie chcę ci robić wyrzutów, naprawdę. Po prostu… co się z nami stało, Kurt?
Zamilkła. Nie miałem pojęcia, co zrobić. Tak bardzo chciałem ją przytulić, opowiedzieć jej o wszystkim, sprawić by była szczęśliwa, by znów mi zaufała. Ale nie mogłem. Nie mogłem rozporządzać cudzą tajemnicą, nawet jeżeli należała do Karofsky'ego. Nie chodziło już nawet o to, że się go bałem, po prostu… Nie mogłem tego zrobić.
Podszedłem do niej i pocałowałem ją w czubek głowy. Zero reakcji.
- Kiedyś, kiedy to wszystko się skończy… O wszystkim ci opowiem. Obiecuję.
Skierowałem się w stronę drzwi czując, że jeśli zaraz nie wyjdę, zacznę płakać.
- Kurt…
Odwróciłem się.
- Będę czekać.
Posłałem jej uśmiech pełen wdzięczności i zostawiłem ją samą.
***
Wracałem do internatu z duszą na ramieniu. Zaczynałem wpadać w paranoję. Nie mogłem pozbyć się obsesyjnej myśli, że Karofsky tu był, być może postawił stopę w tym samym miejscu, co ja. Przerażało mnie to, a jednocześnie napawało obrzydzeniem. Karofsky pozbawił mnie jedynego miejsca, gdzie czułem się bezpiecznie, miejsca, które dotychczas symbolizowało uwolnienie się od jego terroru. Zawsze byłem racjonalistą, ale w jakiś sposób wierzyłem, że mój prześladowca może wejść wszędzie, posądzałem go niemal o nadnaturalne zdolności. Oczyma wyobraźni widziałem jak wynurza się ciemności z obrzydliwym uśmiechem przyklejonym do twarzy. Wszedłem do pokoju i zamknąłem drzwi z zamiarem odpowiedzenia sobie na pytanie „Co powinienem zrobić"?
***
Blaine's POV
- Kurt, wiem, że tam jesteś!
Stukałem w drzwi jego pokoju od jakichś pięciu minut. Zero odzewu. Nie słyszałem nawet szmeru. Opierając się czołem o drzwi westchnąłem i przymknąłem oczy.
Trudno. Zdenerwowany postanowiłem złamać wszelkie zasady dobrego wychowania i bezceremonialnie wszedłem do pokoju.
- Kurt, unikasz mnie od kilku dni, co…
Przerwałem dojrzawszy wyraz jego twarzy. Ściślej mówiąc, nie mogło być mowy o wyrazie. Kurt patrzył tępo w przestrzeń zdając się nie zauważać nikogo i niczego. Podszedłem bliżej.
- Kurt…
Położyłem mu rękę na ramieniu i potrząsnąłem nim lekko. Spojrzałem mu w oczy i zamarłem. Taki wzrok widziałem tylko raz w życiu, kiedy byłem z tatą na spacerze w lesie i zobaczyliśmy zranioną sarnę. Z tym, że w oczach Kurta było więcej strachu i coś… coś, co przyprawiało mnie o dreszcze.
- Kurt, co…
Wcześniej nie zauważyłem, że się trzęsie. Gdyby nie to, pomyślałbym, że wpadł w katatonię.
Nagle mnie olśniło. Kurt wcale nie wpatrywał się w ścianę.
Podążyłem za jego wzrokiem. Pierwszy raz w życiu poczułem wszechogarniającą mnie furię, chęć zemsty. Zacisnąłem wargi.
Jedyne okno w pokoju zakrywał napis:
TO DOPIERO POCZĄTEK
Bez słowa wstałem i zabrałem się do mycia szyby. Wiedziałem, że być może nie był to najlepszy pomysł, ale musiałem zrobić wszystko, by wyciągnąć Kurta z tego koszmaru. Nie chciałem by na to patrzył. Przez cały ten czas nie reagował. Zastanawiałem się czy w ogóle wie, że jestem w pokoju. Zawzięcie szorowałem okno starając się uspokoić i oczyścić umysł. W chwili kiedy zobaczyłem napis, cały mój racjonalizm odpłynął zostawiając jedynie furię. To ja poradziłem Kurtowi, żeby nie wydawał Karofsky'ego. Ja kazałem mu się postawić. To wszystko moja wina.
Kiedy skończyłem spojrzałem na niego. Patrzył na mnie, co uznałem za dobry znak, wciąż jednak się nie odzywał. Wtedy zauważyłem, że trzyma coś w zaciśniętej ręce. Przykucnąłem przy nim i delikatnie wyjąłem mu przedmiot z dłoni. Nie protestował. Okazało się, że trzymał niewielką figurkę przedstawiającą młodą parę. Na białej sukni kobiety zobaczyłem czerwone ślady krwi. Zrozumiałem, że mimo tego, że Kurt tak mocno ją trzymał, nie odczuwał bólu. A może właśnie odczuwał? Poszedłem do łazienki i znalazłem niewielką apteczkę. Ostrożnie przemyłem zranioną dłoń i założyłem opatrunek. Kiedy uniosłem wzrok spostrzegłem, że Kurt nie spuszcza ze mnie oczu. Ulżyło mi, gdy zobaczyłem, że powoli dochodzi do siebie.
Nie wiedziałem, co mam zrobić. Zbyt wiele emocji gromadziło się teraz w moim sercu. Usiadłem obok niego na łóżku i delikatnie przytuliłem. Był to pierwszy raz, kiedy byliśmy ze sobą tak blisko, ale było to tak naturalne, że czułem, jakbyśmy siedzieli tak od początku świata.
Chciałem, żeby się rozpłakał. Chciałem, żeby dał upust wszystkim tym uczuciom. Nic takiego jednak się nie stało. Po chwili zaczął oddychać bardziej stabilnie, zrozumiałem, że śpi.
Trzymałem go w ramionach aż do świtu. Przez cały czas nie zostało wypowiedziane ani jedno słowo. Sam nie wiem kiedy zasnąłem.
Gdy otworzyłem oczy, Kurt już nie spał. Wydawał się być zamyślony.
- Kiedy się obudziłeś? – zapytałem zaniepokojony. Wciąż nie wypuszczałem go z objęć.
- On tu był – powiedział cicho ignorując moje pytanie. – To znaczy… Zastałem go tu, kiedy wszedłem do pokoju. Zdążył już napisać na szybie wiadomość, zbierał się do wyjścia.
Zamilkł.
- Czy… on cię zranił? – spytałem ledwo panując nad głosem. „Spokojnie, Blaine." – powiedziałem do siebie. Musiałem być opanowany, takiego mnie potrzebował.
Kurt pokręcił głową.
- Był zszokowany tak samo jak ja. Nic nie mówił, tylko… patrzył na mnie.
- Tylko? Kurt, kiedy tu wszedłem wyglądałeś… - zabrakło mi słów. Przełknąłem ślinę. – Nie wierzę, że tak po prostu stał, a następnie zostawił cię w spokoju.
- Bo tak nie było.
Przestraszyłem się. Zdałem sobie sprawę, że głos Kurta nie wyraża żadnych emocji, a to nigdy nie oznaczało niczego dobrego. Chwyciłem jego dłoń.
- Więc…?
Po raz pierwszy od dłuższego czasu Kurt spojrzał mi w oczy.
- Powiedział, że ojciec wyrzucił go z domu.
Zatkało mnie. W końcu wykrztusiłem:
- Co… Jak… dlaczego?
- Ktoś powiedział mu… o naszym pocałunku.
Wytrzeszczyłem oczy.
- Kurt wiesz, że ja nigdy…
- Wiem – przerwał mi.
- Więc skąd…
Zobaczyłem coś dziwnego w jego oczach. Coś ukrywał.
- Sam chciałbym wiedzieć.
Westchnąłem.
- Nie chcę naciskać, ale… Jest coś o czym nie wiem, prawda?
Milczenie.
- Czy mówiłeś komuś poza mną o tym… co naprawdę się wydarzyło między tobą a Karofskym?
Kurt zacisnął powieki. Chwilę zajęło mu złożenie w miarę składnej wypowiedzi.
- Powiedziałem Carol. Tamtego wieczoru, kiedy dostałem list od Karofsky'ego. Musiałem komuś powiedzieć, czułem, że zwariuję… I, i…
- Myślisz, że ona…
- Nie wiem. Ale jeśli tak… To wszystko moja wina – wyszeptał Kurt ukrywając twarz w dłoniach.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Siedzieliśmy w milczeniu, obaj pogrążeni we własnych myślach.
- Kurt, po pierwsze nie masz pewności… Po drugie, nie mogłeś wiedzieć jak sprawy się potoczą ani jak zareaguje jego ojciec. Po trzecie, nie widzisz w tym wszystkim dobrej strony?
Spojrzał na mnie ze zdziwieniem pomieszanym z lekką irytacją.
- A jest taka?
Westchnąłem.
- Gdyby Karofsky miał zrobić ci krzywdę, zrobiłby to. Coś jednak go powstrzymało. Wszystko to… list, figurka, napis na szybie… Wszystko to miało za zadanie cię wystraszyć – nie wyrządzić krzywdę.
Kurt zaczynał rozumieć.
- Myślisz, że… to koniec?
Skinąłem głową zamyślony.
- Ale dlaczego? – zapytał patrząc na mnie jak na człowieka, który zna wszystkie odpowiedzi. – Jeśli uważa, że to wszystko moja wina, to… dlaczego nie szuka zemsty?
Uśmiechnąłem się lekko.
- Wiedziałem, że o to zapytasz. Kiedy spałeś cały czas zastanawiałem się, co ci powiedzieć. Jak podnieść cię na duchu, jak cię przekonać… I sam nie wiem… Może jesteś mu potrzebny? Jesteś jedynym gejem jakiego zna i podczas gdy on zdecydował się ukrywać w szafie, ty byłeś dumny ze swojej odmienności. Właśnie dlatego cię dręczył – irytowała go twoja otwartość, bo sam nie miał odwagi, by wyznać światu prawdę. Ale jednocześnie… Dawałeś mu odwagę. On cię potrzebuje. Dlatego właśnie nic ci nie zrobi.
Kurt nie wyglądał na przekonanego. Podziękował mi jednak za słowa otuchy i pogrążył się w rozmyślaniach.
***
Kurt's POV
Powiedziałem Blainowi, że może mnie spokojnie zostawić samego, nie chciał jednak o tym słyszeć. Rozmawialiśmy więc o wszystkim, co przyszło nam do głowy, starannie omijając temat Karofsky'ego. W zasadzie, nie był to jedyny temat, którego nie poruszaliśmy. Blaine zawsze unikał dyskusji o swojej rodzinie – nie wiedziałem czy ma rodzeństwo, jak dogaduje się z rodzicami czy… jak zareagowali na wieść o jego orientacji. Nie chciałem jednak naciskać, pozwoliłem więc Blainowi mówić o czym chciał. Opowiadał mi o filmach, które lubił, książkach, które zmieniły jego osobowość, musicalach, które chciałby zobaczyć. Nie był to pierwszy raz, kiedy rozmawialiśmy na ten temat, szybko więc zrozumieliśmy, że tak naprawdę nie ma sensu znów o tym wszystkim dyskutować. Siedzieliśmy więc w ciszy ciesząc się swoim towarzystwem. Blaine nie trzymał mnie już w swoich ramionach, wróciliśmy do stałego dystansu.
Po pewnym czasie przerwał milczenie.
- Mogę Cię o coś zapytać? - spytał nie odrywając wzroku od ściany. - Tylko nie zrozum mnie źle.
Spojrzałem na niego zaintrygowany. Odwrócił głowę i nasze oczy się spotkały. Jak zwykle nie mogłem z nich nic odczytać. Poczułem jednak delikatne mrowienie, coś jakby iskierki prądu. Odwróciłem gwałtownie wzrok, wiedząc, że jeśli tego nie zrobię, zawszę piszczeć jak dziewczyna, albo co gorsza, rzucę się na niego. Mimo wszystkich emocji, które teraz odczuwałem, Blaine wciąż trzymał mnie pod swoim urokiem.
- O co tylko chcesz. – powiedziałem od razu tego żałując. Co jeśli zada mi pytanie, na które nie będę mógł odpowiedzieć? Kłamać? Zemdleć? Udać zawał? Musiałem się uspokoić. „Jak tak dalej pójdzie nie będę musiał niczego udawać" – pomyślałem.
Blaine milczał najwidoczniej zastanawiając się, jak ubrać w słowa to, o co miał mnie zapytać.
- Więc… - zaczął i znowu spojrzał mi w oczy. Zobaczyłem w nich troskę. – Ostatnio ciągle mnie unikałeś, właściwie dlatego tu dzisiaj… wczoraj przyszedłem. Jesteś na mnie zły? Coś się stało?
Zaskoczył mnie. Mimo wszystko nie sądziłem, że cokolwiek zauważył.
- Nic mi nie jest - powiedziałem jak coś wyuczonego i znów odwróciłem wzrok.
- Jasne – westchnął. - Proszę, powiedz, co się dzieje.
Zamyśliłem się wykorzystując ten czas na mentalne przygotowanie się do tego, co miało się za chwilę wydarzyć.
- To nie tak, że jestem na ciebie zły – powiedziałem powoli udając zainteresowanie butami. Czułem na sobie wzrok Blaine'a mając wrażenie, że zaraz zapali mi się od niego skóra. Nie było to jednak niekomfortowe uczucie. Pomyślałem, że gdybym teraz faktycznie spłonął, byłaby to najprzyjemniejsza śmierć na ziemi. – To… skomplikowane. Nie wiem czy chcesz tego słuchać.
Uważnie słuchał tego, czego mówię. Uśmiechem zachęcił mnie bym kontynuował. Westchnąłem. „Odwagi, Kurt."
- Chodzi o to, że… Od początku naszej znajomości, non stop proszę cię o radę. Gdyby ktoś mnie zapytał o pierwsze słowo, które przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o tobie, tym słowem nie byłoby „przyjaciel." „Mentor, terapeuta". To bardziej odpowiednie wyrazy.
Blaine roześmiał się cicho.
- A więc w końcu porozmawiamy o tym wielkim słoniu znajdującym się w pokoju?
Zaczerwieniłem się. Mimo wszystko nie chciałem by rozmowa obrała ten kierunek. Zacisnąłem powieki.
- W porządku, Kurt. Mów dalej.
- Więc… Nie chcę, żebyś zrozumiał mnie źle – ciągnąłem nie otwierając oczu, zbyt przerażony tym, co miałem zamiar powiedzieć. – Po prostu… Nigdy nie spotkałem kogoś takiego jak ty. Kogoś, kto w pełni rozumiałby przez co przechodzę. Nie chcę tego stracić. Boję się, Blaine. Boję się, że jeśli teraz otworzę oczy, ciebie nie będzie. Nie mam na tyle ładnych snów, by wierzyć, że byłeś i jesteś wytworem mojej wyobraźni, po prostu boję się, że pewnego dnia odejdziesz. Dlatego wolę teraz myśleć, że mnie słuchasz niż otworzyć oczy, żeby przekonać się, że dawno wyszedłeś.
Wsłuchiwałem się w ciszę. Przez chwilę byłem przekonany, że faktycznie jestem sam. Poczułem jednak, jak ktoś chwyta mnie za nadgarstki.
- Otwórz oczy – usłyszałem ciepły głos Blaine'a. Po tonie, jakim to wypowiedział, wyczułem, że się uśmiecha. Spełniłem jego prośbę. Choć może bardziej był to rozkaz.
- A teraz posłuchaj mnie uważnie – powiedział nie puszczając moich rąk. – Nie mogę ci niczego obiecać. Nie mogę powiedzieć ci, jak będzie wyglądało jutro, nie jestem nawet w stanie przewidzieć następnych pięciu minut. Widzisz, to jest trochę tak jak powiedziałeś… Ja też nie chcę tego stracić. Daj nam czas. Daj nam się ze sobą oswoić, pobyć jeszcze przyjaciółmi. Kiedy obydwaj będziemy w pełni gotowi, wrócimy do tej rozmowy. Nie rezygnujmy z przyjaźni zbyt wcześnie.
Przesunął palcami po moich nadgarstkach i puścił moje ręce. Uśmiechnął się swoim stałym uprzejmym uśmiechem i zostawił mnie samego.
W ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin doświadczyłem tak wielu emocji, że zastanawiałem się, jakim cudem moje serce jeszcze bije. Spojrzałem na zegarek. Musiałem zbierać się na zajęcia. Wstałem ostrożnie, nie będąc pewnym czy jestem w stanie utrzymać się na nogach. Nie kręciło mi się w głowie, co uznałem za dobry znak. Wyciągnąłem z szafy mundurek i poszedłem wziąć prysznic starając się nie myśleć o wszystkim, co się wydarzyło.
