Wszedłem do centrum handlowego uśmiechając się do towarzyszącej mi Carol, która zadzwoniła kilka godzin wcześniej nalegając na spotkanie. „Potrzebuję modowej porady." – powiedziała. Mimo nawału prac domowych, nie miałem serca jej odmówić.
Przez chwilę rozmawialiśmy o błahostkach. „Jak tam w domu? Jak zdrowie taty? Widziałaś najnowszy odcinek Chirurgów?". Tak naprawdę jednak obydwoje mieliśmy w głowach, co innego. Każde z nas pogrążone było we własnych ponurych myślach. Wciąż nie mogłem przestać myśleć o wieczorze, kiedy powiedziałem jej całą prawdę o sobie i Karofskym. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, że w tamtej chwili nie byłem jedyną osobą, którą owo wspomnienie prześladowało.
Weszliśmy do paru sklepów, w których spędziliśmy trochę czasu. Udało nam się kupić kilka naprawdę niezłych ciuchów. Usatysfakcjonowani postanowiliśmy pójść do kawiarni. Zdecydowanie potrzebowałem podniesienia cukru we krwi. Wbrew swojemu zwykłemu zwyczajowi, zamówiłem czarną mocną kawę. Nie uszło to uwadze Carol.
- Nie uważasz, że to lekka przesada? Przyznaj się. Która to dzisiaj?
Wymamrotałem pod nosem liczbę. Jej oczy się powiększyły.
- Kurt, to niezdrowo! Rozumiem, że masz wiele nauki, ale…
- Czy powiedziałaś ojcu Karofsky'ego o… sama wiesz czym? – wypaliłem.
Zapadła cisza. Przez twarz Carol przebiegło wiele emocji. Niektóre z nich udało mi się rozpoznać - zdezorientowanie, smutek, a w końcu… poczucie winy.
- Kurt ja… Nie miałam wyboru.
Zacisnąłem powieki.
- Nie wierzę, że to zrobiłaś.
- Zrozum…
- Jak mogłaś? Zaufałem ci, a ty, ty…
- Zrobiłam to dla twojego dobra…
- Dla mojego dobra? Wiesz jak mogło się to skończyć? On… On groził, że mnie zabije, jeśli komuś powiem. Co jeśli spełniłby obietnicę?
- Ja naprawdę…
- Jego ojciec wyrzucił go z domu! Wiesz jak ja się teraz czuję? To wszystko moja wina…
- Nie miałam pojęcia… Przepraszam…
Wziąłem głęboki oddech. Zdałem sobie sprawę, że robię z siebie widowisko. Carol miała łzy w oczach, co natychmiast wywołało u mnie wyrzuty sumienia. Nie powinienem na nią tak wrzeszczeć.
- Nie przepraszaj. To tylko moja wina. Gdybym o tym nikomu nie powiedział, nic by się nie stało.
Przetarła oczy rękawem. Było mi naprawdę głupio.
- Poniosło mnie. Wierzę, że chciałaś dobrze.
Wiedziałem, że moje przepraszające spojrzenie na niewiele się zda. Chwyciłem jej dłoń ściskając ją mocno.
- Zrobiłaś to, co każda matka uznałaby za słuszne. Chciałaś mnie chronić. I dziękuję ci za to. Jesteś cudowna.
Carol uśmiechnęła się lekko. Miałem zamiar powiedzieć coś jeszcze, ale przeszkodził mi znajomy głos.
- Kurt?
Uniosłem głowę. Pan Schuester uśmiechał się przyjaźnie. Spojrzał na Carol.
- Mogę się dosiąść?
- Tak, oczywiście – powiedziała również się uśmiechając. – Dobrze się składa, bo mam jeszcze jedną rzecz do załatwienia. Zostawię was samych.
- Jasne. Zdzwonimy się – powiedziałem. Carol skinęła głową i pomachała mi na pożegnanie. Odprowadziłem ją wzrokiem i zwróciłem się do nauczyciela.
- Święta już minęły, więc zakładam, że to nie poszukiwania prezentu tu pana sprowadzają. Nie wygląda pan na zakupoholika, więc pewnie zaopatruje pan New Directions?
Roześmiał się.
- Jak zwykle przenikliwy. Rzeczywiście, mam do kupienia kilka rzeczy na zawody. Powiedzmy, że nie damy wam wygrać tak łatwo.
- Mam taką nadzieję. Wszyscy liczymy na ostrą rywalizację.
Przez chwilę rozmawialiśmy jeszcze o tym jak mi się wiedzie w nowej szkole, co słychać w McKinley High i o innych tego typu rzeczach. Pan Schue wydawał się jednak być myślami zupełnie daleko. Wiele musiało się ostatnio wydarzyć w jego życiu, nie wypadało mi jednak tak po prostu zapytać.
- A jak twój kolega? – uśmiechnął się. – A może powinienem już użyć innego słowa?
Zaczerwieniłem się.
- Wciąż etap przyjaźni – wymamrotałem.
- Słyszałem, że bardzo pomagał ci… w całej tej sytuacji z Karofskym.
Skinąłem głową, ale nic nie powiedziałem. Pan Schuester spojrzał na mnie i położył mi rękę na ramieniu.
- Przepraszam, Kurt.
Moje brwi powędrowały w górę. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, pan Schue znów się odezwał.
- Przepraszam, że nie umiałem cię chronić. Jestem nauczycielem, powinienem coś zrobić… Ale cię zawiodłem. W jakiś sposób zawiodłem też siebie samego. Cieszę się, że dobrze ci w nowej szkole, ale samo to, że musiałeś uciec ze starej… - pokręcił głową i westchnął. – To moja porażka jako nauczyciela.
Zacisnąłem wargi. Spodziewałem się czegoś takiego.
- To nie pana wina, to… niczyja wina. Jest jak jest. Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło.
Pan Schue uśmiechnął się lekko, ale wyraźnie go nie przekonałem. Wstał.
- Muszę już iść, Kurt. Dziękuję, że znalazłeś dla mnie czas.
- Proszę zaczekać. Ja… też muszę przeprosić.
Pan Schuester odwrócił się patrząc na mnie z zaskoczeniem. Uśmiechnąłem się.
- Przepraszam za wszystkie te histerie z czasów, kiedy byłem jeszcze w New Directions.
Roześmiał się.
- Wiele bym dał, żeby jeszcze usłyszeć te twoje „histerie". Ale nawet gdybyś wrócił, chyba nie byłoby mi to dane. Mówił ci już ktoś jak bardzo się zmieniłeś?
Przytaknąłem uśmiechając się. Raz jeszcze się pożegnaliśmy. Odprowadziłem go wzrokiem i z westchnieniem dokończyłem kawę.
***
Wróciłem do internatu. Chciałem po prostu udać się prosto do pokoju i zabrać się za wypracowanie na lekcję angielskiego, kiedy nagle coś mnie powstrzymało. Usłyszałem muzykę. Przystanąłem i zacząłem nasłuchiwać. Tak, ktoś ewidentnie grał na gitarze. Skierowałem się w stronę pokoju, z którego dobiegał dźwięk. Drzwi były otwarte na oścież.
Chłopak siedzący na łóżku miał jasne włosy z grzywką, która ciągle wpadała mu do oczu. Odgarnął ją szybkim ruchem głowy, tak, że mogłem zobaczyć ich kolor. Były szaro-niebieskie, co było wyraźnie widoczne mimo dzielącej nas odległości. Chłopak zaczął śpiewać, a ciepło jego głosu jakby roztapiało lód w oczach.
You've got such a pretty smile.
It's a shame the things you hide behind it.
Let um go, give it up… For a while...
Let um free and we will both go find it.
Stanąłem bliżej, ale chłopak zbyt pochłonięty muzyką, wydawał się mnie zauważać.
I know there's no where you can hide it.
I know the feeling of alone.
I know that you do not feel invited,
But come back, come back in from the cold…
Dostrzegł mnie i gwałtownie przerwał.
- Mogę w czymś pomóc? – spytał unosząc brwi. W jego głosie nie było już śladu ciepła. Postanowiłem to jednak zignorować.
- Przepraszam, drzwi były otwarte i... – zmierzył mnie chłodnym spojrzeniem. Przełknąłem ślinę i ruchem głowy wskazałem na gitarę. – To było naprawdę ładne. Mieszkam tu już od jakiegoś czasu i nigdy cię nie słyszałem. Nie jesteś też jednym z Warblersów. Długo grasz?
Zignorował moje pytanie. Wciąż przyglądał mi się zimno. Zastanowiłem się jak to możliwe, że ktoś o tak pięknym głosie ma w sobie tyle chłodu i niechęci.
- Przepraszam, nie przedstawiłem się. Nazywam się Kurt Hummel i jestem…
- Szczerze mówiąc niewiele mnie obchodzi, kim jesteś. A teraz wynocha.
Zatkało mnie na moment.
- No już. Jazda.
Spełniłem jego rozkaz i powoli udałem się w stronę swojego pokoju czując na plecach odprowadzający mnie wzrok dziwnego chłopaka.
***
Przeciskałem się przez tłum uczniów na korytarzu. W powietrzu unosił się gwar głosów, który kogoś, kto nie jest przyzwyczajony do takiego natężenia dźwięków, z pewnością mógłby przyprawić o nagłą utratę słuchu. Niezależnie od pory dnia, Dalton zawsze tętniło życiem. Każda wolna przestrzeń była zajęta przez chłopców spieszących do klasy, tłumaczących coś sobie lub po prostu narzekających na nauczycieli.
Wyłowiłem z tłumu znajomą głowę. Blaine uśmiechnął się przyjaźnie i poczekał na mnie.
- Tłoczno, prawda? – powiedział rozglądając się naokoło. – Ta jedna rzecz nie zmienia się tu od lat.
Uśmiechnąłem się.
- Dasz się zaprosić na kawę? – spytał. – Chciałbym cię komuś przedstawić.
Skinąłem głową i ruszyliśmy korytarzem.
W drodze do kawiarni opowiedziałem mu, co mi się przydarzyło wczorajszego wieczoru. Kiedy skończyłem Blaine westchnął tylko i powiedział:
- Przykro mi, że musiałeś poznać Alana. Faktycznie… Nie należy do najbardziej uprzejmych ludzi w Dalton. Ale nie oceniaj go zbyt ostro. Wiele złego mu się w życiu przydarzyło. Na jego miejscu, też bym taki był.
Dochodziliśmy już do kawiarni. Blaine zauważył pytanie malujące się w moich oczach. Pokręcił tylko głową.
- Sam niewiele wiem. Po prostu… Plotki. Porozmawiamy o tym innym razem.
Weszliśmy do środka. Zobaczyłem, że przy jednym ze stolików siedzą David i Wes w towarzystwie dwóch nieznanych mi z imienia chłopaków. Kojarzyłem ich z prób Warblersów, wciąż jednak miałem problem z zapamiętaniem każdego z osobna. Kiedy skierowaliśmy się w ich stronę, wymienili spojrzenia i uśmiechnęli się do siebie. Usiedliśmy.
- Davida i Wesa już znasz – powiedział Blaine. Następnie wskazał na wysokiego chłopca o piwnych oczach i blond włosach. – Ian Dashwood, a ten drugi to jego młodszy brat, Robert.
Wymieniliśmy uściski dłoni. Zdziwiłem się, że wcześniej nie zauważyłem, że są rodzeństwem. Robert był wprawdzie dużo niższy od brata, miał jednak takie same oczy i jasną cerę. Dzielił ich również kolor włosów, który u Iana przechodził niemal w rudy, a u Roberta wpadał w ciemny blond.
- Miło cię w końcu poznać – powiedział Robert uśmiechając się przyjaźnie. W jego oczach tańczyły radosne ogniki. Nie sposób było nie odwzajemnić uśmiechu.
- Mnie was również – odpowiedziałem.
- Blaine bardzo długo trzymał cię przed nami w ukryciu – powiedział David puszczając oko. – Ciekawe dlaczego…
Wes odchrząknął znacząco widząc wyraz twarzy Blaine'a.
- To nie tak, że trzymał mnie w ukryciu – roześmiałem się. – Po prostu… Wszystko było takie nowe, nie wiedziałem czy jestem gotowy na bliższe zapoznanie się z innym uczniami. Poza tym…
- Wszyscy wydaliśmy ci się sztywni? – dokończył David unosząc jedną brew do góry.
- Nie, skąd… ale…
- Spokojnie, Kurt – przerwał mi Wes z uśmiechem. – Wcale nas to nie dziwi. Z pewnością nie wywarliśmy na tobie dobrego wrażenia, zwłaszcza po pierwszej próbie Warblersów. Przepraszam za to, swoją drogą.
- Wcale się nie gniewam – powiedziałem uśmiechając się. Blaine przyglądał mi się uważnie, co nie uszło uwadze Iana i Roberta. Znów wymienili spojrzenia, tym razem unosząc znacząco brwi do góry. Udawałem, że niczego nie zauważyłem.
Rozmowa szybko się rozkręciła. Chłopcy pytali mnie o to, jak mi się podoba w Dalton, czy tęsknię za starą szkołą, jaki był mój dawny chór. Cierpliwie odpowiadałem na wszystkie pytania. Już dawno przyzwyczaiłem się do tego typu rozmów. Pomyślałem również, że Blaine musiał wcześniej przeprowadzić z nimi odpowiednią rozmowę, bo nie pytali o powód, dla którego przeniosłem się do Dalton. Po pewnym czasie wstał.
- Muszę was opuścić. Mam kilka spraw do załatwienia – uśmiechnął się do mnie. – Nie bój się, nie zjedzą cię.
- Pewnie. Za bardzo balibyśmy się jego zemsty – mruknął David wskazując ruchem głowy na Blaine'a, który w odpowiedzi posłał mu mordercze spojrzenie, doprowadzając tym samym Iana do zakrztuszenia się kawą ze śmiechu. Robert poklepał go po plecach również chichocząc.
Kiedy tylko Blaine wyszedł, Wes zaczął zastanawiać na głos, jaką pilną do załatwienia sprawę może mieć nasz przyjaciel.
- Może chodzi o jego mamę? Podobno chorowała w ostatnim czasie – powiedział Ian próbując oczyścić się z plam kawy na koszuli.
- Nie, mówił, że już wszystko w porządku – pokręcił głową Robert i zamyślił się. Nagle jakby go olśniło. Uderzył się dłonią w czoło aż klasnęło. – No tak, zupełnie zapomniałem!
Posłaliśmy mu pytające spojrzenie.
- Blaine pomagał mi w zeszłym tygodniu w opanowaniu tej nowej piosenki – Wes uniósł brwi. – Och, wiecie, że niełatwo mi to wszystko zapamiętać. W każdym razie, nagle zadzwonił mu telefon. Przeprosił mnie i wyszedł na moment, ale… chcąc nie chcąc usłyszałem całą rozmowę.
- Zupełnie przez przypadek… - mruknął Ian.
- Nie zgadniecie, kto dzwonił – zignorował go Robert.
David wywrócił oczami.
- Nie buduj napięcia, tylko gadaj.
- Ellen.
Zamarłem. Przez chwilę myślałem, że się przesłyszałem.
- Ellen? Przecież nie rozmawiali ze sobą od wieków. Ciekawe, o co chodziło… - zamyślił się Wes.
Zbladłem nieudolnie starając się zapanować nad mięśniami twarzy, żeby nie zauważyli mojego szoku. Przez głowę przebiegło mi milion pytań. Nigdy w życiu nie byłem tak zdezorientowany i… rozczarowany. „Dlaczego Blaine skłamał? O co w tym wszystkim chodzi?"
- Kurt, dobrze się czujesz? – usłyszałem głos któregoś z chłopaków.
- Tak. Trochę tylko… Boli mnie głowa.
***
Blaine's POV
Z westchnieniem spojrzałem na gmach dobrze znanego mi budynku. Przybrałem swoją opanowaną maskę i wszedłem do środka. Kobieta w recepcji uśmiechnęła się do mnie, jak do każdego stałego gościa.
- Czeka na ciebie.
Podziękowałem jej skinieniem głowy i skierowałem się do pokoju, do którego drogę znałem już na pamięć.
