- Kurt, zaczekaj!
Odwróciłem się. Robert biegł tak szybko, że mało brakowało, a by nie wyhamował. Oparł się o moje ramię starając się złapać oddech. Kiedy tylko mu się to udało, wyprostował się i spojrzał na mnie z niepokojem.
- Wszystko w porządku? Głupie pytanie, przecież wiem, że nie, widziałem twój wyraz twarzy… - trajkotał jak karabin maszynowy. Starałem się za wszystkim nadążyć. - Wybacz, za dużo gadam. Po prostu lubię obserwować innych i czasami nie umiem trzymać języka za zębami. Wiesz co, nie musisz odpowiadać, ja… Tak już mam, chyba lubię martwić się o innych. Nawet o tych, których ledwie znam.
Uśmiechnąłem się, ku swojemu zaskoczeniu, nie całkiem w sposób wymuszony. Patrząc na Roberta zwyczajnie nie można było powstrzymać się od uśmiechu.
- Nic mi nie jest. Naprawdę.
- Czy to jeden z tych momentów, w których mówisz coś na odczepnego, choć tak naprawdę chcesz się zamknąć w pokoju i płakać?
Uniosłem brwi.
- Niezły jesteś.
- A ty praktycznie wszystkie emocje wyrażasz przez ruch brwi. To dopiero niezłe!
Roześmiałem się, ale zaraz westchnąłem.
- Faktycznie, chyba chciałbym teraz pobyć sam i zawyć coś rzewnego.
- Słyszałem twoje „Don't cry for me Argentina." „Evita" jest cudowna, prawda? No i Madonna… W każdym razie, masz niesamowity głos, choć nie wiem czy dokładnie wczułeś się w tekst, jakby nie ciebie dotyczył. Może teraz zaśpiewałbyś coś bardziej odpowiedniego?
Przez głowę przemknęła mi pewna myśli, ale postanowiłem nic nie mówić. Zamiast tego przyjrzałem się uważnie Robertowi. Był nieco niższy ode mnie i jeśli to w ogóle możliwe, wyglądał jeszcze dziecinniej. Przez ramię miał przewieszoną niewielką czarną torbę z przeczepionymi do niej przypinkami i naszywkami, z których wywnioskowałem, że mamy bardzo podobny gust muzyczny. Lekko zmarszczyłem brwi mając nadzieję, że niczego nie zauważył. Jak się jednak okazało, nic nie potrafiło ujść jego uwadze.
- Nie, nie jestem gejem. To zabawne, bo sam przez długi czas myślałem, że jestem… - nerwowym ruchem poprawił torbę. – Dopóki nie skończyłem z siostrą Davida na kanapie w ich salonie, sam nie wiedząc, jak to się stało… Wciąż mam z nim na pieńku. Choć… Jego mina była bezcenna. Dlaczego ci to mówię? Nigdy nie wiem, kiedy przestać gadać... Jak zajdę za daleko, daj mi w twarz, przy odrobinie szczęścia się zamknę.
Słuchałem go coraz z szerszym uśmiechem.
- Spokojnie, brzydzę się przemocą.
- Dlatego przeniosłeś się do Dalton?
Przygryzłem wargę.
- Przepraszam – palnął się ręką w czoło. – Blaine mówił, żeby cię o to nie pytać, papla ze mnie…
„Czyli tak jak myślałem", podsumowałem w myślach.
- Nie… Nic nie szkodzi. Chyba. Po prostu…
-… potrzebujesz czasu.
Skąd on to wszystko wiedział?
- Potrafisz czytać w myślach? – zażartowałem.
Zamrugał kilkakrotnie i roześmiał się.
- Jestem przerażający, wiem. Mimo, że bardzo bym chciał, niestety aż tak dobry nie jestem. Wciąż pozostaje kilka osób, których nie umiem przeniknąć.
Chyba wiedziałem kogo ma na myśli.
- Blaine jest jedną z tych osób?
Skinął głową.
- Jest jeszcze Alan. Ale… Alan to Alan. Nie powinienem o tym mówić. Nawet nie pytaj, nic nie powiem.
Zamyśliłem się. Znów Alan. Dlaczego wszyscy unikali rozmów o nim?
- Ale mogę zrobić coś innego, coś, czego dużo bardziej teraz potrzebujesz.
Uśmiechnąłem się.
- A czego potrzebuję?
Spojrzał na mnie nagle poważniejąc i powiedział:
- Powiedziałeś, że chciałbyś zamknąć się w pokoju i płakać. Tylko po co płakać, skoro można zaśpiewać?
Westchnąłem.
- Szkoda tylko, że w moim pokoju jest słaba akustyka.
Robert jakby na to czekał. Wyciągnął coś z torby i zaciągnął mnie pod drzwi znanej mi sali. Gmerał chwilę w zamku. Kiedy ustąpił, uśmiechnął się do mnie szeroko i powiedział kłaniając mi się w pas:
- Arsene Lupin, dżentelmen włamywacz. Do usług!
Wszedłem do sali, gdzie odbywały się próby Warblersów. Robert opuścił mnie chwilę wcześniej, twierdząc, że powinienem być teraz sam, za co w gruncie rzeczy byłem mu wdzięczny. Nie miałem magnetofonu, ale tamtego dnia wyraźnie sprzyjało mi szczęście. Ktoś zapomniał go odłączyć od gniazdka. Oparłem się ręką o jeden z parapetów. Przez chwilę stałem bez ruchu patrząc na widok rozciągający się za oknem, tak naprawdę go nie widząc. Nie wiem jak długo tak stałem. Nie miałem ochoty na muzykę, nie chciałem, żeby cokolwiek przerywało tę idealną ciszę. Czas jakby przestał mieć znaczenie, ja zaś musiałem się zastanowić nad tym, co właściwie teraz odczuwam. W końcu jednak włączyłem płytę i pozwoliłem by dźwięki wypełniły moje ciało. Zacząłem śpiewać.
When I am down and, oh my soul, so weary
When troubles come and my heart burdened be
Then, I am still and wait here in the silence,
Until you come and sit a while with me.
Zamknąłem oczy. Mój głos przybrał na sile podobnie jak kłębiące się we mnie emocje.
You raise me up, so I can stand on mountains
You raise me up, to walk on stormy seas
I am strong, when I am on your shoulders
You raise me up to more than I can be.
Do oczu napłynęły mi łzy. Pozwoliłem, żeby muzyka dalej grała i usiadłem na podłodze opierając się głową o ścianę.
- Powinieneś śpiewać dalej.
Otworzyłem oczy. Po raz pierwszy poczułem niechęć do osoby, której wzrok napotkałem po uniesieniu powiek. Blaine patrzył na mnie z niepokojem. Kiedy zauważył ściekające mi po policzkach łzy, podszedł bliżej.
- Hej, co się stało? Dlaczego jesteś smutny?
Niemal się uśmiechnąłem.
- Powiedziałeś to samo tamtego dnia, kiedy przyjechałeś do Limy, żeby pomóc mi z Karofskym. Pamiętasz?
Roześmiał się cicho.
- Masz lepszą pamięć ode mnie. Nie pamiętam, co wtedy mówiłem. Chyba… Mój mózg był zajęty czymś innym.
Zapadła cisza. Blaine zacisnął wargi.
- Robert powiedział mi, że tu jesteś. Jeśli chciałeś być sam, nie mogłeś wybrać sobie gorszego powiernika. Nigdy nie potrafi dotrzymać tajemnicy. Nie wynika to z braku lojalności, po prostu… najpierw mówi, potem myśli. To cecha rodzinna Dashwoodów.
Usiadł koło mnie.
- Robert to dobry dzieciak. Jest jedną z tych osób, które troszczą się o wszystkich na około, zapominając o sobie. Jest bardzo… spostrzegawczy.
- Zdążyłem zauważyć – powiedziałem wciąż unikając jego wzroku.
- Opowiedział mi o waszej rozmowie i swoich… obserwacjach.
Widząc moją minę szybko dodał:
– Zrobił to tylko dlatego, że naprawdę się o ciebie martwił. Widzisz… Ian chodził do Dalton od początku, Robert przeniósł się tu stosunkowo niedawno. Ich rodzice są bardzo bogaci, jednak Robert… Zawsze chciał być normalny. Dlatego nalegał by zapisali go do publicznej szkoły. Wszyscy bali się, że nie będzie tam dobrze traktowany, ale… W zasadzie całkiem nieźle sobie radził.
- To dlaczego się przeniósł?
- Jego najlepszy przyjaciel popełnił samobójstwo. Powiesił się.
- Och.
- Robert nigdy sobie nie wybaczył, że niczego nie zauważył. Od tamtego czasu zaczytuje się w różnych książkach psychologicznych, uważniej obserwuje ludzi. Nie chce, żeby historia się powtórzyła. Stał się nadopiekuńczy, co jeszcze nieraz zdąży cię doprowadzić do szału - uśmiechnął się słabo i spojrzał na mnie. – W dodatku zazwyczaj ma rację. Tak jak teraz.
Zapadła cisza. Objąłem się ramionami i zapatrzyłem się w dal.
- To na mnie jesteś zły, prawda?
Odwróciłem głowę, żeby na mnie nie patrzył. Nie poddał się jednak i chwycił mnie pod brodę. Odtrąciłem jego rękę.
- Obraziłeś się?
Tego było za wiele. Poczułem jak cała złość, irytacja i bezsilność spowodowana niedopowiedzeniami składają się w jedno uczucie: furię.
- Bo ukrywasz coś przede mną i to nie jest w porządku! – krzyknąłem zrywając się z podłogi. W przeciwieństwie do mojej, twarz Blaine'a nie wyrażała żadnych emocji. Wiedziałem jak wyglądam, kiedy jestem wściekły, ale chciałem by mnie takiego zobaczył. Nie mogłem dłużej udawać. – Nie chodzi już nawet o to, że musisz mi wszystko mówić, nie jesteśmy parą, nie masz wobec mnie żadnych zobowiązań. Ale obiecaliśmy sobie przyjaźń i chyba zasłużyłem sobie na odrobinę zaufania!
Wciąż nic. Zalała mnie wściekłość.
- I przestań być tak cholernie spokojny! Przestań się ukrywać pod maską, do diabła! Potrafisz jeszcze zachowywać się naturalnie?
Wziąłem kilka głębokich wdechów czując jak moja twarz powoli wraca do normalnego koloru. Nie pamiętałem, kiedy ostatnio czułem taką furię. Spojrzałem na Blaine'a, ale on unikał mojego spojrzenia. Wzrok miał utkwiony w podłodze i zawzięcie milczał.
- Nie zamierzasz nic powiedzieć?
Cisza.
- Nie zrozumiesz – wymamrotał w końcu.
Moje brwi powędrowały w górę.
- „Nie zrozumiesz"? Naprawdę? Tylko na tyle cię stać? Co dalej? „Tak będzie lepiej"? „To nie tak jak myślisz"?„Chcę cię chronić"? Cudownie, Edwardzie Cullenie, ale wiesz co? NIE JESTEM TAKI DELIKATNY.
Wciąż zero reakcji. Zacisnąłem powieki licząc powoli od jednego do dziesięciu, potem wspak. Kiedy nieco się uspokoiłem, powiedziałem:
- Wypróbuj mnie.
Blaine podniósł wzrok.
- Co?
- Wypróbuj mnie. Cokolwiek byś nie powiedział… Postaram się to przyjąć spokojnie. Zamieńmy się rolami. Tym razem ty będziesz tym gadatliwym, a ja zrównoważonym.
Uniósł brwi.
- No. Nieźle ci idzie, ale ja unoszę je wyżej – posłałem mu nieco wymuszony uśmiech i usiadłem obok niego. – Więc…?
Blaine ukrył twarz w dłoniach. Kiedy uniósł głowę zobaczyłem w jego oczach więcej emocji, niż kiedykolwiek wcześniej. Smutek, rozżalenie, wstyd... i coś jeszcze. Poczucie winy? Tak, to było to. Blaine miał minę kogoś, kto… przeprasza.
- Okłamałem cię, Kurt i masz rację, to nie było w porządku. Sam nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Chyba… Bałem się, że cię stracę.
Spodziewałem się tego, ale mimo wszystko wziąłem głęboki oddech. Znów objąłem się ramionami, jakby mogły mnie uchronić przed zranieniem. Tymczasem Blaine westchnął i zaciskając oczy kontynuował:
- Kiedy zapytałeś mnie, dlaczego przeniosłem się do Dalton… Tylko część z tej historii była prawdą. To znaczy… To, co mówiłem ci o moim bracie, Ellen… Tak naprawdę było. Poza jedną rzeczą.
Spojrzał mi w oczy. Tym razem zobaczyłem w nich coś jakby prośbę. Tak. Blaine prosił o przebaczenie.
- Ellen nie umarła – powiedział w końcu.
Mimo tego, że przecież o tym wiedziałem, poczułem się trochę skołowany.
- Ale… Ale… Przecież to nie trzyma się kupy. Cały twój smutek, rozpacz… Dlaczego miałbyś to wszystko wymyślać?
Wtedy zrozumiałem. Blaine chyba to wyczuł, bo znów zacisnął oczy czekając na wybuch. Nie doczekał się go. Zamiast tego wziąłem kolejny głęboki oddech i zapytałem:
- Jak miał na imię?
Gwałtownie podniósł wzrok. Mimo wszystko, nie sądził, że tak szybko do tego dojdę. Milczał.
- Zadałem ci pytanie.
Blaine zamrugał kilkakrotnie odwracając się.
- Daniel. Ma na imię Daniel.
Zanotowałem w myślach brak czasu przeszłego. Czekałem.
- Nie chciałem, żebyś…
- Nie – przerwałem mu. – Nie teraz.
Chciałem być na niego zły. Chciałem go uderzyć, obrazić, cokolwiek, byle tylko w końcu zmusić go do jakiejś reakcji. Ale nie mogłem. Nie chodziło już nawet o to, że obiecałem. Po prostu… Nie miałem serca. Blaine wyglądał jakby się w sobie zapadł. Nawet kiedy opowiadał mi o swoim bracie i Ellen, tak nie wyglądał. Wtedy był bardziej smutny, ale teraz… Teraz widziałem tylko cierpienie. Niepewnie chwyciłem jego dłoń modląc się w duchu, żeby jej nie odtrącił. On jednak zacisnął swoje palce wokół moich i spojrzał na mnie z wdzięcznością. Wiedział, co mam zamiar powiedzieć.
- Opowiesz, kiedy będziesz mógł. Mimo, że mnie to rani… Nie mogę nalegać, byś dzielił się ze mną ze wszystkim. Ufam ci.
- Kurt, to nie tak…
Zacisnął wargi.
- Nie. Wystarczająco cię zawiodłem. Powinieneś wiedzieć.
Posłałem mu delikatny uśmiech mając nadzieję, że nie zauważył w nim goryczy.
- Skoro tak… Opowiedz mi coś o nim.
Blaine zamyślił się, jakby zastanawiał się od czego zacząć. Wciąż nie puszczał mojej dłoni.
- Daniel jest twoim zupełnym przeciwieństwem. Tak jak ja ma ciemne włosy i oczy, z tym, że jest ode mnie dużo wyższy, ma też ciemniejszą karnację. Jeśli chodzi o charakter… Zawsze miał w sobie dużo wrażliwości, wiele czasu zajęło mi jednak odkrycie tego. Nigdy nie spotkałem bardziej skrytej osoby. Chyba od niego to podłapałem – powiedział uśmiechając się do mnie niepewnie. - Przyjaźniliśmy się we trójkę, on, Ellen i ja. Jak już wspominałem, praktycznie wszystko, co ci opowiedziałem jest prawdą. Nie powiedziałem ci jednak, dlaczego byłem tak gnębiony. Bo widzisz, gdyby tylko chodziło o to, że cała szkoła wiedziała, że jestem gejem… - przeczesał dłonią włosy. Już wcześniej zauważyłem, że robi tak, kiedy się denerwuje. - Ale nie. To nie był jedyny powód. Widzisz… ja i Daniel byliśmy parą.
Zabolało, ale nie byłem zaskoczony. Odchrząknąłem i postarałem się zapanować nad emocjami.
- Mów dalej – poprosiłem.
Blaine po raz pierwszy roześmiał się. Nie był to jednak śmiech radosny, był raczej pełen goryczy i nostalgii.
- Kiedy nie ma za bardzo, co opowiadać. Resztę historii znasz.
- Ale… Skoro powiedziałeś, że Ellen nie umarła, to… skąd to cierpienie?
Uśmiechnął się do mnie gorzko.
- Niczego nie da się przed tobą ukryć, co?
Westchnąwszy ścisnął mocniej moją dłoń i powiedział:
- Tak, to prawda. Jest jeszcze coś. Widzisz, tamten piątek… - zacisnął wargi. – To nie Ellen żegnała się ze mną ze łzami w oczach. To był Daniel. Pierwszy raz widziałem go w takim stanie. Rzadko okazywał emocje, był zbyt zamknięty w sobie. Nie rozumiem jak mogłem być taki głupi i… i nic wtedy nie zrobić. Dlaczego nie wydało mi się to dziwne? Dlaczego nie odprowadziłem go wtedy do domu? Dlaczego po prostu niczego nie zrobiłem? Te pytania o mały włos nie zaprowadziły mnie do psychiatryka. Czasami jednak już tak jest… Nie chcemy wierzyć, że bliskiej nam osobie może stać się coś złego. W końcu nie mogłem przewidzieć, co się wydarzy.
Zmarszczyłem brwi.
- Mówisz o nim w czasie teraźniejszym, czyli… - moje oczy się rozszerzyły. Zrozumiałem. – Daniel wtedy nie umarł, prawda? Wplotłeś w swoją opowieść elementy z historii Roberta. Nikt nie zginął.
Blaine pokręcił głową.
- Nie. Stało się coś o wiele gorszego – przymknął powieki. Patrząc na niego skojarzył mi się posąg anioła, który stał niedaleko nagrobka mojej mamy. Niesamowicie smutny i… jednocześnie w tym smutku tak piękny, że czułem skrępowanie patrząc na niego. – Znaleźli go niedaleko głównej drogi. Był nieprzytomny, ale na szczęście żywy. Na tym jednak kończyły się dobre wiadomości.
Blaine dygotał. Ściskał moją dłoń tak mocno, że musiałem zacisnąć szczękę, żeby nie krzyknąć.
- Ci, którzy go pobili… Zrobili z niego warzywo. Niezdolne do samodzielnego życia – jego głos się załamał. Nie był zdolny powiedzieć nic więcej. Nie musiał. Przytuliłem go najdelikatniej jak mogłem. Mój dotyk sprawił, że Blaine zesztywniał. Po chwili jednak jakby się zrelaksował. Zrozumiałem, że nikt nie trzymał go w objęciach od bardzo dawna. Poklepałem go lekko po plecach.
- W końcu ty wypłakujesz się na czyimś ramieniu – powiedziałem częściowo cytując jego własne słowa. Blaine wysunął się z mojego uścisku i spojrzał na mnie. Jego wzrok mówił więcej niż słowa. Czułem jego oddech, wdychałem zapach. Nasze twarze były tak blisko. Bardzo blisko. Zbyt blisko.
Odsunąłem się delikatnie kręcąc głową. Jeszcze nie teraz.
- To on był tą pilną sprawą, prawda? – zapytałem, żeby zakryć zakłopotanie. Blaine wyczuł jednak w moim głosie nutę rozżalenia. Nie chciałem by to tak zabrzmiało, ale nie umiałem się powstrzymać.
- Kurt… To, co wydarzyło się między mną a Danielem to przeszłość. Kochałem go – znów zadrżał mu głos. – I nie mogę temu zaprzeczyć. Odwiedzam go przez wzgląd na to, co nas kiedyś łączyło. Ale on… On nie żyje. Owszem, jest tu ciałem, ale jego dusza, wszystko to, co tak kochałem… odeszło. Musiałem ruszyć dalej.
Pokiwałem głową na znak, że rozumiem, choć oczywiście tak nie było.
- Jeszcze jedno – powiedziałem. – Co się stało z Ellen?
- Nic. To znaczy… Po tym, co przytrafiło się Danielowi, nie potrafiliśmy już ze sobą rozmawiać. Nasze drogi się rozeszły i byłem przekonany, że nigdy więcej się nie przetną. Ku mojemu zaskoczeniu, tydzień temu zadzwoniła do mnie prosząc o spotkanie. Ale jeszcze niczego nie ustaliliśmy.
Zapadło milczenie, nie było w nim jednak nic niekomfortowego. Obydwaj musieliśmy przetrawić wszystko to, co zostało powiedziane.
- Wciąż jesteś na mnie zły? – zapytał Blaine po jakimś czasie.
Westchnąłem i z pełną szczerością odpowiedziałem:
- Chciałbym. Naprawdę chciałbym.
