- Przejdź się ze mną.
Robert pojawił się dosłownie znikąd. Chwycił mnie pod ramię i posłał mi szeroki uśmiech.
- A więc? Jak poszło wczoraj? – potrząsnął głową. – To było niestosowne, wybacz. Ale umieram z ciekawości.
Roześmiałem się.
- Jakbyś nie wiedział. Sam nasłałeś na mnie Blaine'a.
- Cóż, faktycznie mam kilka teorii – wykonał znaczący ruch brwiami. – Ta, która mi się najbardziej podobała chyba jednak się nie sprawdziła, w przeciwnym razie, zobaczyłbym cię trzymającego rękę Blaine'a z miną, jakbyś właśnie wrócił z podróży na drugą stronę tęczy.
Zaczerwieniłem się.
- Aż tak widać?
Wywrócił oczami.
- Zapominasz, że ja widzę wszystko. Poza tym, tak. Jest to widoczne dla wszystkich, poza Blainem oczywiście. Zawsze brakowało mu domyślności – westchnął i spojrzał na mnie. – Uprzedzając twoje pytanie. Nie, nie wiem.
Przygryzłem wargę.
- A jakie pytanie chciałem zadać?
Posłał mi ciężkie spojrzenie zdające się mówić „Nie udawaj głupiego."
- Nie wiem, co Blaine do ciebie czuje. To znaczy… Wydaje się być to takie oczywiste, w każdym razie, wnioskując z tego, co zaobserwowałem. Ale z drugiej strony, żaden z was nigdy mi się nie zwierzył, a najwięcej mówią prywatne rozmowy… Nie na darmo mówi się „Pozory mylą."
Spojrzałem na niego z rozbawieniem.
- Czyżbym usłyszał w twoim głosie nutkę rozżalenia?
- Miałem nadzieję, że zauważysz. Proszę, Kurt – posłał mi błagalne spojrzenie, którego nie powstydziłby się najsłodszy nawet szczeniak. – Wiesz czym są dla mnie zwierzenia? Podejrzewam, że czujesz to samo, kiedy pomagasz komuś w modowych tarapatach. Proooszę.
Westchnąłem. Nie było sensu się opierać.
- W porządku.
Robert aż klasnął z radości.
- Chodźmy więc do twojego pokoju. Masz to szczęście, że mieszkasz sam, ja dzielę pokój z Ianem… A to musi zostać między nami.
***
Robert opierał się o moje biurko w zamyśleniu pocierając brodę. Patrzył przez okno, jakby mógł tam znaleźć odpowiedzi na cisnące mu się na usta pytania.
- Czyli tak jak myślałem – stwierdził po chwili milczenia.
- Werdykt już zapadł? – starałem się uśmiechnąć.
- Za wcześnie – powiedział bardziej do siebie niż do mnie. - Wnioskuję, że trochę nas wszystkich pomęczycie zanim Klaine wejdzie w życie?
Uniosłem jedną brew.
- Klaine?
- Och, daj spokój! Kurt i Blaine! Razem! Lubię tworzyć nazwy swoich ulubionych par.
- Brzmi idiotycznie.
- Nie bądź taki krytyczny. Klaine brzmi lepiej niż…
- Czym jest Klaine?
Obydwaj podskoczyliśmy na dźwięk znajomego głosu. Blaine opierał się o drzwi ze zdezorientowaną miną. Dotarło do mnie, że jak na osoby, które nie chcą być słyszane, zachowaliśmy się jak ostatni idioci nie zamykając ich. Robert nie miał najmniejszego problemu z zapanowaniem nad mięśniami twarzy, choć domyślałem się, że w środku pęka ze śmiechu. Ja zaś zastawiałem się, jakim cudem pokój nie zapalił się od ciepła bijącego z moich policzków. Z miny Roberta wywnioskowałem, że zadaje sobie to samo pytanie.
- Brytyjski projektant mody. Objawienie sezonu – powiedział gładko nie spuszczając ze mnie wzroku. – Właśnie mówiłem Kurtowi jak bardzo nie mogę się doczekać jego pokazu.
Udałem, że nie rozumiem aluzji modląc się w duchu, żeby Blaine nie nabrał żadnych podejrzeń. On jednak zdawał się niczego nie zauważać. Wyraźnie był myślami gdzieindziej.
- Mogę z tobą porozmawiać? – zwrócił się do mnie. – W cztery oczy. To dość ważne.
- Jasne – powiedziałem uparcie ignorując szeroki uśmiech Roberta. Podniosłem się z łóżka i wyszedłem z Blainem na korytarz.
- Dzwoniła Ellen – powiedział. – Chce się ze mną spotkać dzisiaj o siedemnastej.
- Ale przecież wtedy The Warblers mają próbę – powiedziałem unosząc brwi do góry. „To musi być naprawdę ważne, skoro odpuszcza sobie trening.", przeszło mi przez głowę.
- Tak, rozmawiałem już o tym z Wesem… Zrozumiał. Ustaliliśmy, że David mnie zastąpi.
Chciałem zapytać czy nie chce, żebym mu towarzyszył, szybko jednak zrezygnowałem. Wystarczająco ciężko było go namówić do zwierzeń, za bardzo się wtrącałem. To jego prywatna sprawa.
- W porządku – zmarszczyłem brwi. – Tylko… Mówiłeś, że to ważne, a o tym dowiedziałbym się tak czy siak. Wnioskuję więc, że nie o tym chciałeś porozmawiać.
- Za dużo czasu spędzasz z Robertem – roześmiał się. – No więc… Wiem jak ciężko jest ci się przyzwyczaić do… energii The Warblers. Zaproponowałem więc, żeby dzisiejsza próba była bardziej… w stylu New Directions, przynajmniej z tego, co mi opowiadałeś. Warto czasem spojrzeć na pewne sprawy z innej perspektywy, zwłaszcza jeśli to perspektywa konkurencji. Każdy dostanie szansę na wyśpiewanie, co mu w duszy gra.
Uniosłem brwi.
- Dlaczego?
Blaine westchnął.
- Bo czasami tak trzeba. Poza tym… Nie chcę, żebyście chowali się po kątach, to wygląda tak, jakbyśmy nie pozwalali wam śpiewać. Przyda wam się odrobina relaksu.
Uśmiechnąłem się lekko i już miałem wracać do pokoju, kiedy Blaine znów się odezwał.
- Kurt?
- Tak?
Przygryzł wargę.
- Żałuję, że nie będę mógł usłyszeć twojego solo.
***
David tłumaczył przez chwilę wszystkim na czym będzie polegać dzisiejsza próba. Jeżeli liczył na wybuch entuzjazmu i okrzyki radości, musiał być srodze zawiedziony. Członkowie The Warblers patrzyli na niego zdezorientowani, niektórzy stukali się palcami w głowę.
- Więc… Kto chce zacząć? – zapytał nieśmiało.
Cisza. W końcu siedzący obok mnie Robert wyciągnął z torby płytę, podniósł się z podłogi i wyszedł na środek. Puściłem do niego oko, co przyjął ze śmiechem. Rozległa się muzyka.
So let the people talk
It's Monday morning walk
Right past the fabulous mess we're in
It's gonna be a beautiful day
So do the bluebirds sing
As I take your hand
And you take my kiss
And I take the world
Głos Roberta idealnie odzwierciedlał jego osobowość. Czuć było w nim uśmiech i specyficzną dziecięcą radość. Zaczął tańczyć na około wszystkich Warblersów. Rozległy się śmiechy, po chwili jednak część osób przyłączyła się do niego śpiewając:
'Cause out of all the people I've known
The places I've been
The songs that I have sung
The wonders I've seen
Now that the dreams are all coming true
Who is the one that leads me on through?
It's you
Who puts me in the magic position, darling now
You put me in the magic position
To live, to learn, to love in the major key
Let me put you in the magic position, darling
'Cause I'm singing in the, the major key
Let me put you in the major key
Zdyszany Robert ukłonił się publiczności. Wszyscy bili brawo uśmiechając się szeroko. Jego występ jakby rozbudził wszystkich Warblersów, gdyż już po chwili rozległy się kolejne solówki. Praktycznie ich nie słuchałem, myślami będąc zupełnie gdzie indziej. Rozległy się kolejne brawa. Robert szturchnął mnie łokciem.
- Niczego nie zaśpiewasz?
- Jakoś… Nie mam nastroju.
Wywrócił oczami.
- Bzdura. Na środek, już!
Wręczył mi swoją płytę mówiąc „Na pewno znajdziesz coś dla siebie" i popchnął mnie w stronę magnetofonu. Poddałem się. Przez chwilę przerzucałem piosenki. Zgodnie z przeczuciem Roberta, po chwili znalazłem tę idealną. Zacząłem śpiewać.
Without you, the ground thaws, the rain falls, the grass grows.
Without you, the seeds root, the flowers bloom, the children play.
The stars gleam, the poets dream, the eagles fly, without you.
The earth turns, the sun burns, but I die, without you…
Tak bardzo chciałem, żeby Blaine nagle wpadł głównymi drzwiami i dokończył tę piosenkę ze mną, jak na każdym głupim filmie. Żeby chwycił mnie za rękę i spojrzał mi w oczy, tak jak wtedy kiedy śpiewaliśmy „Smile." Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Zamknąłem oczy i nie otwierałem ich już do końca występu.
Without you, the breeze warms, the girl smiles, the cloud moves.
Without you, the tides change, the boys run, the oceans crash.
The crowds roar, the days soar, the babies cry, without you.
The moon glows, the river flows, but I die, without you…
Muzyka ucichła. Otworzyłem oczy. Rozległy się oklaski. Uśmiechnąłem się szeroko do Roberta aż podskakującego z ekscytacji. Kiedy koło niego usiadłem, szepnął mi do ucha:
- Cieszę się, że w końcu zaśpiewałeś coś odpowiedniego.
Po raz kolejny na mojej twarzy zagościł uśmiech.
- Ja też.
***
Był to piątkowy wieczór, więc po skończonej próbie wziąłem kilka najpotrzebniejszych rzeczy z internatu i pojechałem do domu. Otworzyłem drzwi jak najciszej i chciałem przemknąć się do pokoju, kiedy usłyszałem dobiegającą z kuchni rozmowę. Zamarłem słysząc głos Finna. Najwyraźniej rozmawiał z kimś przez telefon.
- Tak. Dzięki za szansę, zastanowię się nad tym. Oczywiście. Tak, wiem. Tak. Tak. Rozumiem. Dziękuję. Muszę to przemyśleć. Tak, odezwę się. Dowidzenia.
Finn zauważył mnie i uśmiechnął się niewyraźnie.
- Hej, stary. Już jesteś?
Przygryzłem wargę.
- Może nie powinienem pytać, ale… O co chodziło?
Finn pokręcił głową.
- Nie teraz. Nie chcę mówić póki to nic pewnego.
- W porządku – powiedziałem z wahaniem. Zdałem sobie sprawę z panującej w domu ciszy. – Gdzie są wszyscy?
- Mama pojechała do jakiejś przyjaciółki, wróci dopiero rano. Ale Burt jest w domu. Ja zresztą też już wychodzę.
- O, dokąd?
Zawahał się.
- Mam… spotkanie z Puckiem. Wiesz, będziemy grać w strzelanki, pogadamy o footballu. Takie tam.
Chwycił kurtkę i wybiegł z domu, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć.
***
Odebrałem telefon.
- Dom Hummelów, mówi Kurt.
- Hej, tu Puck. Jest Finn?
Zmarszczyłem brwi.
- Przecież miał być u ciebie.
- U mnie?
- Tak powiedział – zamyśliłem się stukając palcami po blacie. - Jesteś… pewien, że go u ciebie nie było?
- Chyba bym wiedział – odpowiedział lekko poirytowany.
- No tak… Cóż, dam ci znak jak wróci. To coś ważnego? Może mam mu coś przekazać?
- Bez urazy, to męska sprawa. Sam muszę mu to powiedzieć.
Ał.
- Rozumiem. Powiem Finnowi, że dzwoniłeś, kiedy wróci.
- Dzięki, koleś. Cześć.
Przez chwilę wsłuchiwałem się jeszcze w martwy sygnał w słuchawce. „Dlaczego Finn skłamał? Czemu ostatnio wszyscy coś przede mną ukrywają?".
- Kto dzwonił?
Tata opierał się o kuchenną szafkę.
- Kolega Finna. Nic ważnego – uśmiechnąłem się lekko.
Pokiwał głową w zamyśleniu.
- A… Jak w szkole? Wszystko w porządku? Wiesz, dawno nie rozmawialiśmy.
- Tato, naprawdę możesz przestać mnie pytać czy wszystko w porządku. Nic mi nie jest. Koszmar się skończył, pamiętasz? Nic się nie dzieje.
- Wtedy też mi się tak wydawało, a jednak ukrywałeś przede mną, że… - potrząsnął głową. – W zasadzie, miałem cię o to zapytać już jakiś czas temu. Dlaczego mi nie powiedziałeś? Dlaczego ukrywałeś tego bydlaka?
Przygryzłem wargę.
- Chyba… Bałem się.
Uniósł brwi.
- Bałeś się? Kurt, jesteś jedną z najdzielniejszych osób, jakie znam. Owszem, mogłeś czuć strach, ale… Jest coś więcej. Czegoś mi nie mówisz i wyczułem to jak tylko powiedziałeś mi, że ten gnój, Karofsky cię prześladuje. Znamy się nie od dziś. Więc?
- Tato…
Zapadło milczenie. Usiadł przy stole i zaczął mówić wpatrując się w obrus, jakby była w nim ukryta cała wiedza wszechświata.
- To… O mnie się boisz, prawda? Boisz się, że nie zniosę więcej. Musisz coś jednak zrozumieć. Jestem twoim ojcem i wierz mi, bardziej zabija mnie ta świadomość, że ukrywasz przede mną coś ważnego niż najgorsza nawet wiadomość. Cokolwiek by to nie było, dam sobie radę. Tylko… Przestań zamykać się w sobie. Nigdy taki nie byłeś. Zmieniłeś się… i bardzo mnie to martwi, Kurt.
Zacisnąłem oczy.
- Możemy o tym porozmawiać innym razem?
- Kurt…
- Proszę.
Westchnął i spojrzał na mnie ciężko.
- W porządku. Ale wiesz, że ci nie odpuszczę, prawda? Nie jestem fanem nacisku, ale tego… Tego nie mogę ci odpuścić.
Pokiwałem głową. Miałem zamiar się udać do pokoju, ale tata mnie powstrzymał.
- Jeszcze jedno. Ten chłopak… Blaine? Finn nam nieco o nim opowiadał. Czy to…
Poczerwieniałem.
- Nie.
Tata westchnął z ulgą.
- To dobrze. Bo nie byłem gotów na tę rozmowę.
Uśmiechnąłem się lekko i delikatnie pocałowałem go w czubek głowy.
- Dobranoc.
- Dobranoc, Kurt.
***
Spojrzałem w lustro. Zdążyłem już się umyć i nałożyć wszystkie kremy, nie mogłem jednak oprzeć się wrażeniu, że czegoś brakuje. Że… coś się zmieniło.
Rozejrzałem się po łazience. Nie, nie chodziło o wystrój. Wszystko wyglądało tak samo, jak przed moim przeniesieniem się do Dalton. Zamyśliłem się. Wreszcie mój wzrok padł na otwarte drzwiczki szafki nad umywalką. Zalała mnie wściekłość.
Wpadłem do salonu, gdzie tata wciąż oglądał telewizję.
- Gdzie ona jest? – zapytałem. Mój głos drżał od furii.
- Co takiego?
- Nie udawaj głupiego. Gdzie szczoteczka mamy?
- Kurt…
- Wyrzuciłeś ją? Naprawdę? Cudownie! Widzę, że całkowicie zapomniałeś o starej rodzinie! Z pewnością cieszysz się, że spędzam teraz większość czasu w Dalton! Możesz oddzielić swoje dawne życie grubą kreską. Mnie też wyrzucisz na śmietnik? Finn i Carol najwyraźniej ci wystarczają, nie potrzebujesz syna, który tylko przysparza ci problemów i zmartwień! W końcu masz rodzinę, jakiej chciałeś, dziecko, z którego możesz być dumny! Może…
Tata nie wytrzymał i uderzył ręką w stół.
- Kurt, uspokój się, do jasnej cholery! Gdybyś dał mi dojść do słowa, dowiedziałbyś się, że szczoteczka jest w piwnicy, tam gdzie wszystkie rzeczy mamy!
Zaniemówiłem starając się na niego nie patrzeć. Usłyszałem westchnienie.
- Nie mogłem wciąż jej trzymać w szafce. Po prostu… nie mogłem.
Wciąż milczałem. Tata spojrzał na mnie i uśmiechnął się lekko. W jego głosie nie było już śladu zdenerwowania. Czułem tylko troskę.
- Chodź tutaj.
Usiadłem sztywno obok taty i udałem zainteresowanie telewizorem. Poczułem jego rękę na ramieniu.
- W porządku?
Pokręciłem głową czując jak drżą mi wargi. Po chwili mięśnie twarzy odmówiły mi posłuszeństwa. Rozpłakałem się jak dziecko, wtulając się w tatę. A on nieśmiało poklepał mnie po ramieniu, tak jak zawsze, kiedy wpadałem w histerię. Łapczywie łapałem oddech mamrocząc coś niezrozumiałego. Po dłuższej chwili zasnąłem zmęczony własnymi łzami.
***
Obudziłem się w swoim łóżku. Zrozumiałem, że tata przeniósł mnie wieczorem, poczułem więc wyrzuty sumienia. Po pierwsze, bo nie powinien jeszcze dźwigać. Po drugie, bo zachowałem się jak rozhisteryzowana nastolatka.
Zerknąłem na wyświetlacz telefonu, żeby sprawdzić, która godzina. Moją uwagę jednak zwrócił napis „1 nowa wiadomość." Zmarszczyłem brwi. SMS miał wczorajszą datę, został wysłany koło północy. Musiałem spać strasznie głęboko, skoro nie obudził mnie dźwięk dzwonka. Odczytałem wiadomość.
„Wiem, że jest weekend i spędzasz czas w domu, ale chciałbym, żebyś przyjechał na chwilę do Dalton. To nie potrwa długo. Będę o szesnastej w sali, gdzie odbywają się próby Warblersów. Pasuje ci?".
Uniosłem brwi.
„Jasne", odpisałem zaintrygowany.
Poczułem ulgę uświadamiając sobie, że będę mógł wyrwać się z domu. Po wczorajszym wieczorze, wolałem uniknąć kolejnej rozmowy z tatą. Wyślizgnąłem się z łóżka. Wziąłem prysznic i po przeprowadzeniu wszystkich standardowych porannych czynności, otworzyłem drzwi szafy.
- Tęsknię za wami, skarby – powiedziałem wzdychając.
Z radością wybrałem prostą koszulę od Marca Jacobsa poświęcając stanowczo zbyt dużo czasu na dobranie do niej odpowiednich spodni i dodatków. W końcu usatysfakcjonowany wyszedłem z pokoju. Po chwili jednak zatrzymałem się w przedpokoju słysząc dobiegające z salonu odgłosy kłótni.
- …chwilę? Nie było cię całą noc! Posłuchaj Finn czy ci się to podoba, czy nie, jestem teraz twoim rodzicem. I nie możesz znikać kiedy chcesz, licząc, że nikt nie zauważy!
Zdziwiony oparłem się o ścianę. „Całą noc"?
- Posłuchaj… Nie mam nic przeciwko, żebyś wychodził, ale miło by było, gdybyś mnie uprzedził.
Zapadła cisza.
- Okej, masz rację. Nie powinienem był tak znikać. Uwierzysz mi, jeżeli powiem, że to się więcej nie powtórzy?
Tata westchnął ciężko.
- Uwierzę. Jesteś dobrym dzieciakiem, Finn. Mam nadzieję, że tak zostanie.
Nieśmiało wszedłem do salonu.
- Hej, Kurt – Finn uśmiechnął się lekko, uśmiech ten jednak nie sięgnął jego podkrążonych oczu.
Po raz kolejny zapadła niezręczna cisza.
- Co powiecie na śniadanie? – zapytałem w końcu.
***
Raźno przekroczyłem próg Dalton i udałem się w stronę tak dobrze znanej mi już sali. Kiedy doszedłem do drzwi, zawahałem się jednak. Pukać, nie pukać? Uspokoiłem serce i nieśmiało wszedłem do środka. Blaine już na mnie czekał.
- Hej – uśmiechnął się. - Cieszę się, że znalazłeś dla mnie czas.
- Nie ma sprawy – zawahałem się. – Jak… z Ellen?
- Porozmawiamy o tym następnym razem – powiedział po chwili. Zrozumiałem jednak, że poszło całkiem nieźle, gdyż wydawał się być szczęśliwy i odprężony. Nawet on nie umiał tak dobrze ukrywać uczuć.
– Raz jeszcze przepraszam za zawracanie ci głowy. Na pewno wolałbyś teraz być z rodziną.
Przygryzłem wargę.
- Niezupełnie. Trochę… pokłóciłem się wczoraj z tatą.
Blaine posłał mi pytające spojrzenie. Sam nie wiedząc dlaczego, opowiedziałem mu o wszystkim, co wydarzyło się wczorajszego wieczora.
-…i niby wszystko jest już w porządku, ale wciąż mi niezręcznie przebywać z nim w jednym pomieszczeniu – dokończyłem.
Zapadło milczenie.
- Nigdy nie mówiłeś o swojej mamie – powiedział w końcu.
Zacisnąłem wargi.
- Nie ma o czym. Była. Już jej nie ma.
Blaine spojrzał na mnie z troską.
- Przepraszam, nie powinienem…
- Nie – przerwałem mu. – Nic się nie stało. Po prostu… Boję się, że jeżeli zacznę o niej mówić, za bardzo się rozkleję. A już wystarczająco nadwyrężam twoją cierpliwość.
Blaine tylko wywrócił oczami.
- Nadwyrężaj ją sobie, ile chcesz. Do niczego cię jednak nie zmuszam. Tylko… Gdybyś chciał o tym pogadać, wiesz, gdzie mnie szukać.
Pokiwałem głową. Zapadła cisza, którą po chwili zdecydowałem się przerwać.
- Więc…? Dlaczego chciałeś się spotkać?
Blaine uśmiechnął się lekko i usiadł przy pianinie. Wyciągnął z torby jakieś nuty.
- Cóż, jak już ci mówiłem, niezwykle żałuję, że nie słyszałem twojej solówki – zaczął niepewnie. – Pomyślałem jednak, że może chciałbyś usłyszeć moją.
- W każdej chwili – powiedziałem i stanąłem obok niego przy pianinie. – Długo grasz?
Znów się uśmiechnął.
- Myślę, że wystarczająco.
Rozprostował palce, spod których po chwili popłynęły delikatne dźwięki cudownie współbrzmiące z ciepłym głosem Blaine'a.
You give your hand to me
Then you say hello
I can hardly speak
My heart is beating so
And anyone can tell
You think you know me well
But you don't know me
Uśmiechnąłem się do siebie. Znałem tę piosenkę.
No, you don't know the one
Who dreams of you at night
And longs to kiss your lips
And longs to hold you tight
Oh I'm just a friend
That's all I've ever been
'Cause you don't know me
Moje serce przyspieszyło.
I never knew
The art of making love
Though my heart aches
With love for you
Afraid and shy
I've let my chance to go by
The chance that you might
Love me, too
You give your hand to me, baby
Then you say good-bye
I watch you walk away
Beside the lucky guy
No, no, you'll never ever know
The one who loves you so
Well, you don't know me
Po chwili muzyka ucichła. Nic nie mówiliśmy. Cisza była najlepszym komentarzem.
