Dochodziła dwunasta. Przyspieszyłem kroku w obawie, że spóźnię się na lekcję francuskiego, a i tak miałem ostatnio dużo zaległości. Kiedy chodziłem do McKinley, francuski był tam na śmiesznym, żeby nie powiedzieć żałosnym poziomie, w Dalton jednak sprawy przedstawiały się zupełnie inaczej. Naprawdę musiałem uważać na lekcjach. Kolejny szybki rzut oka na zegarek. Musiałem jeszcze przypomnieć sobie, co ostatnio przerabialiśmy. Poprawiłem torbę i prawie biegnąc rzuciłem się do schodów. Coś jednak mi przeszkodziło. Z sali znajdującej się niedaleko mnie wyleciała znajoma mi postać. Ian poprawił mundurek i odwrócił się jeszcze w stronę drzwi.
- Trudno, ja już nie mam siły! Rób, co chcesz! Tylko mnie do tego nie mieszaj! Mam już dość wyciągania cię z bagna, w którym najwyraźniej lubisz tkwić! – krzyknął. Jego oczy spoczęły na mnie. Momentalnie ochłonął. – Och, cześć Kurt.
Speszyłem się.
- Wszystko w porządku?
- Tak. Nie. Nieważne – potrząsnął głową i uśmiechnął się lekko. – Chyba mamy teraz razem lekcje?
- Chyba tak.
Ruszyliśmy razem w stronę klasy. Kiedy się obróciłem, zobaczyłem jeszcze, że z sali, z której wyleciał Ian, wychodzi znajomy mi chłopak o blond włosach. Z jego postawy wywnioskowałem, że musiał być niesamowicie czymś wzburzony. Zmarszczyłem brwi.
- Nie pytaj – powiedział zimno Ian. Widząc zdziwienie na mojej twarzy roześmiał się krótko i dodał:
– Jestem bratem, Roberta, nie zapominaj o tym. W mojej rodzinie spostrzegawczość to forma samoobrony.
- Nie chciałem… - zacząłem.
- Wiem. Po prostu… To nie moja historia to opowiedzenia.
Gwałtownie się zatrzymałem. Ian obejrzał się za mną i również przystanął.
- Kurt? Wszystko w porządku?
- Tak – powiedziałem potrząsając głową. – Po prostu… Jesteś kolejną osobą, która unika tematu „Alan" i… zaczyna mnie to nieco męczyć.
Ian pokiwał głową i uśmiechnął się słabo.
- Pod tym względem strasznie przypominasz mi Roberta. Widzisz, jest jeden temat, którego uczniowie Dalton zawsze unikają. Jest to historia Alana. Kiedy Robert się tu przyniósł, od razu wywęszył, że coś jest na rzeczy. Znam go dość dobrze i wiem, że po prostu rozpaczliwie starał się zająć czymś umysł po stracie swojego przyjaciela… Nie wiem czy ci o tym opowiadał. W każdym razie, wiesz jaki on jest. Zadręczał nas, marudził, aż ktoś mu w końcu powiedział – westchnął. Jego jasne oczy, tak podobne do oczu Roberta błysnęły w delikatnym mroku korytarza. – Po prostu… Zastanów się, dlaczego nie chcemy ci o tym powiedzieć, a przede wszystkim czy na pewno chcesz wiedzieć. Kiedy zadecydujesz, daj znać. Obiecuję, że opowiem ci o wszystkim ze szczegółami. Blaine prawdopodobnie mnie zabije, ale…
Uniosłem brwi.
- Czy ta historia naprawdę jest taka… mroczna?
Roześmiał się cicho.
- Nie wiem. Jeżeli będziesz myślał o tym w ten sposób, możesz się nawet rozczarować. To nie jest aż tak… przejmujące. Jednakże nie zmienia to faktu, że w Dalton nie lubi się o tym rozmawiać. Sama historia w zasadzie niewiele ma wspólnego z samym Alanem. Chodzi bardziej o jego rodzinę. Stare dzieje.
Pokiwałem głową w zamyśleniu.
- Jeszcze jedno, trochę nie na temat. Jak to możliwe, że ty i Robert…
-…jesteśmy tak podobni, a jednocześnie tak niepodobni? – dokończył i roześmiał się widząc moją zdezorientowaną minę. – Nie jesteś pierwszą osobą, która to mówi. Robert ma w sobie… tyle dziecięcej radości z życia, prawda? Kiedy rozdawali te dobre cechy, musiałem przespać swoją kolej i została mi tylko nostalgia.
Wtedy zrozumiałem, co od początku nie pasowało mi w Ianie. Z wyglądu był bardzo podobny do Roberta, więc mój umysł próbował doszukać się w nim tych samych cech charakteru. Tymczasem w przeciwieństwie do swojego brata, z całej jego postawy bił smutek, doświadczenie i powaga. Tylko od czasu do czasu w jego oczach pojawiał się promyk radości, szczególnie wtedy gdy przebywał z Robertem. Pomyślałem, że muszą być ze sobą naprawdę zżyci.
- Wiesz, mimo tego, że zazdroszczę mu tej beztroski, czasami żałuję, że Robert nie ma w sobie trochę więcej powagi. Widzisz… Mimo tego, że jest bardzo spostrzegawczy i czyta z ludzi jak z książki, jest przy tym zaskakująco naiwny. Jakby nie wierzył, że ktoś może chcieć go oszukać, skrzywdzić. To zabawne, bo niejednokrotnie ostrzegał mnie przed pewnymi ludźmi z mojego środowiska, którzy wydali mu się podejrzani, zawsze mając przy tym rację. A jednocześnie nigdy nie potrafił zrobić najprostszej rzeczy – ochronić samego siebie.
Uśmiechnąłem się lekko.
- W tym cały jego urok, prawda?
- Urok i przekleństwo – Ian nieśmiało odwzajemnił uśmiech.
Naszą rozmowę przerwał dzwonek. Rzuciliśmy się biegiem do klasy.
***
Po skończonej lekcji chciałem jeszcze chwilę porozmawiać z Ianem, jednakże przeszkodził nam w tym Robert, który pojawił się dosłownie znikąd i mówiąc tylko „Warblersi, teraz!" zaciągnął nas za rękawy do sali prób podskakując przy tym, jakby właśnie wrócił z podróży do Krainy Czarów. Ian uśmiechnął się tylko pobłażliwie do brata, ja zaś roześmiałem się cicho widząc jego entuzjazm.
W pomieszczeniu znajdowali się prawie wszyscy uczniowie Dalton. Rozejrzałem się uważnie. Coś się zmieniło. Mój wzrok przykuły nieco tandetne miłosne dekoracje. Dopiero wtedy mnie olśniło. No tak. Za tydzień Walentynki. Kompletnie zapomniałem. Po chwili zauważyłem resztę Warblersów. Wes dyskutował o czymś jeszcze z chłopakami, wydawało się, że trochę potrwa zanim zaczniemy śpiewać. Po chwili jednak Blaine dał znak ręką Davidowi, który pokręcił tylko głową, wzruszył ramionami i ku mojemu zaskoczeniu, rozpoczął występ.
You broke my heart
'Cause I couldn't dance
You didn't even want me around
But now I'm back
To let you know
I can really shake 'em down
Po chwili wraz z pozostałymi Warblersami, dołączyliśmy do niego śpiewając:
Do you love me? (I can really move)
Do you love me? (I'm in the groove)
Do you love? (Do you love me)
Now that I can dance (dance)
Watch me now, oh (work, work)
Ah, work it all baby (work, work)
Well, you're drivin' me crazy (work, work)
With a little bit of soul now (work)
Salę wypełniły śmiechy. Rytm piosenki najwyraźniej trafił do wszystkich serc. Co niektórzy jednak mówili coś do siebie cicho, zerkając przy tym na Blaine'a, który ku mojemu zdziwieniu trzymał się wyłącznie chórków. Nasze spojrzenia skrzyżowały się na moment. Jego oczy zdawały się mówić „Później ci wytłumaczę."
I can mash-potatoe (I can mash-potatoe)
And I can do the twist (I can do the twist)
Well, now tell me baby (Tell me baby)
Do you like it like this? (Do you like it like this?)
Tell me (Tell me)
Tell me
Do you love me? (Do you love me?)
Now, do you love me? (Do you love me?)
Now, do you love me?
Do you love me?
Rozległy się brawa. Wszyscy poklepywali nas po plecach gratulując kolejnego udanego występu. Podziękowałem jakiemuś wysokiemu chłopakowi, którego nie znałem z imienia i uśmiechnąłem się lekko. Moje myśli były jednak zajęte zupełnie czymś innymi. Wyłowiłem z tłumu Blaine'a. Podszedłem do niego najszybciej jak mogłem. Najwyraźniej również miał mi coś do powiedzenia, bo od razu zaczął:
- Dawno nie było improwizowanych występów co? Wiesz, jak tak sobie myślę, ostatnie było chyba „Teenage dream", potem jakoś wciągnął nas wir przygotowań do zawodów – obaj uśmiechnęliśmy się do wspomnień. Otrząsnąłem się szybko.
- Dlaczego nie śpiewałeś? – zapytałem nie mogąc powstrzymać ciekawości.
Blaine uśmiechnął się lekko.
- Ustaliliśmy z chłopakami, że do czasu… konkursu lepiej będzie, jeśli ktoś inny przejmie rolę lidera. Potem się zobaczy.
- I tak wiadomo, że wygrasz.
Roześmiał się cicho.
- Nie bądź tego taki pewien. Stąd… Moja prośba – spojrzał mi w oczy. - Mógłbym przyjść do ciebie do internatu, tak koło osiemnastej? Potrzebuję pomocy z doborem repertuaru. A nie znam nikogo, kto znałby się na tym lepiej niż ty.
- Nie ma problemu – uśmiechnąłem się szeroko.
- W takim razie, do zobaczenia.
***
- Chyba żartujesz!
Siedzieliśmy w moim pokoju. Obydwaj zapomnieliśmy po co tak naprawdę się spotkaliśmy. Kiedy byliśmy razem, nie mogliśmy się skupić na tym, co faktycznie mieliśmy robić, zamiast tego zbaczaliśmy na zupełnie odległe tematy. Tym razem była to angielska literatura.
- Po prostu uważam, że Emily Bronte opisała miłość o wiele lepiej niż Jane Austen – powiedziałem ignorując oburzoną minę Blaine'a. – O ile „Dumę i uprzedzenie" jakoś da się przeżyć, „Rozważna i romantyczna" to po prostu mdła literacka porażka…
- Bzdura. Jak możesz sądzić, że którakolwiek książka Jane jest mdła? Przynajmniej są realistyczne. Emily pisała o miłości w sposób tak brutalny, mroczny…
- A niby jaka jest miłość? „Wichrowe wzgórza" odzierają ją z tych wszystkich pięknych pozorów, pokazują taką jaką jest naprawdę… Samolubną, nieidealną, zawistną …
- Byłeś kiedyś zakochany, Kurt? – Blaine wywrócił oczami. Był tak pochłonięty swoją argumentacją, że nawet nie zauważył jak bardzo się speszyłem. – Nazwij mnie naiwnym, ale wierzę, że jeżeli kochasz kogoś wystarczająco mocno, to uczucie popycha cię do działania, sprawia radość, a nie ból.
- Brzmisz jak trzynastolatka wyobrażająca sobie swój ślub z księciem z bajki… A myślałem, że tylko ja to robiłem w tym wieku. Brakuje ci tylko pamiętnika w kwiatki.
Roześmiał się.
- Osobiście doceniam w Jane Austen brak opisów fizycznej strony miłości. Jej powieści nabierają w ten sposób swoistej delikatności, czystości i…
- To się nazywa pruderyjność – wtrąciłem. – Właśnie tego nie lubię w Jane Austen. Jej postacie są tak święte, że w zasadzie nierealne. Nigdy nie uwierzę, że Elizabeth myśląc o panu Darcym…
- A ja nigdy nie powiedziałbym, że ty… - przerwał mi i gwałtownie zamilkł.
Posłałem mu pytające spojrzenie.
- Że ja…?
Odwrócił wzrok. Zdębiałem. Czy Blaine się… czerwienił?
- Że myślisz o rzeczach takich jak…
- Jak…? – próbowałem zwalczyć rosnące rozbawienie i zażenowanie. Nie byłem do końca pewien, co w tamtej chwili przeważało. Nagle domyśliłem się, dokąd zmierzają jego myśli. Również poczerwieniałem.
- Uważałeś mnie za bardziej niewinnego? – pomogłem mu.
Jego policzki gwałtownie pociemniały. Miałem niezwykle sprzeczne uczucia, gdyż z jednej strony niezwykle mnie to bawiło, a z drugiej sam byłem coraz bardziej speszony.
- Dziwisz mi się? W końcu wyglądasz niewinnie. Jak mały aniołek.
Atmosfera w pokoju nagle zrobiła się ciężka. Miałem wrażenie, że powietrze pali mi policzki. Postanowiłem jakoś rozładować napięcie i roześmiałem się cicho.
- Pozory mylą. Patrząc na nas dwoje, każdy powiedziałby, że to ty jesteś racjonalistą, a ja beznadziejnym romantykiem…
Podziałało. Blaine również wybuchnął śmiechem.
- Racja – spojrzał na zegarek. - Ale przypominam, że nazwałeś mnie swoim mentorem, więc uważaj! Głos rozsądku ma zamiar przemówić!
Uniosłem brwi, nie mogąc powstrzymać jednak szerokiego uśmiechu, który po chwili pojawił się na mojej twarzy.
- Oświeć mój umysł swą wiedzą, mistrzu!
Wziął głęboki oddech, przyjął odpowiednią postawę, po czym roześmiał się.
- Czekaj! Miałem to tak ładnie ujęte i przez ciebie zapomniałem… O, wiem! – wyprostował się i dumnie unosząc głowę powiedział. – Choć wysoce bawi mnie ta konwersacja, nie przyczynia się ona jednak do naszego obopólnego rozwoju. Spotkaliśmy się bowiem w zgoła innym celu.
Stłumiłem śmiech starając się naśladować jego powagę.
- Choć zgadzam się z twą myślą, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że spotkanie to dostarcza nam dużo radości i żaden z nas nie ma ochoty na skupienie umysłu. Obawiam się mistrzu, że zbyt wiele czasu spędzasz ze swoimi sztywnymi kolegami i zapominasz o zabawie.
Blaine nagle spoważniał. Po chwili jednak uśmiechnął się lekko.
- Nie przekonali cię, prawda?
Przygryzłem wargę.
- Po prostu…
-…musisz się do nich przyzwyczaić. Kurt, powtarzasz to od kiedy przeniosłeś się do tej szkoły. Jesteś pewien, że wszystko w porządku? Nie zrozum mnie źle - spojrzał na mnie uważnie. – Czasami jednak myślę, że… Że może jednak twój blask jest zbyt jasny dla Warblersów. Dusisz się w Dalton.
- To nieprawda – zaprotestowałem. – Ja tylko…
Nie wiedziałem jak skończyć to zdanie.
- Ty tylko…?
- Dziękuję – powiedziałem w końcu.
Zaskoczony uniósł głowę.
- Za co?
Przysunąłem się bliżej. Teraz albo nigdy. Podjąłem pewną decyzję i ignorując nagłe ciepło, które uderzyło w moje policzki, powiedziałem:
- Bo najwyraźniej zależy ci na mnie bardziej niż mnie samemu na sobie zależy. I za to… Nigdy nie przestanę ci za to dziękować.
Zacisnąłem oczy. Wiedziałem, że tego pożałuję, ale zbliżyłem się jeszcze bardziej i delikatnie pocałowałem Blaine'a w czubek głowy.
- Kurt…
- Cii. Pozwól mi.
Przesunąłem twarzą po tych cudownych ciemnych włosach i znów go pocałowałem, tym razem w czoło. Usłyszałem ciche westchnienie.
- Nie podoba ci się? – wymruczałem nie otwierając oczu.
- Tak. Nie. Nie wiem. Podoba mi się. Bardzo. Za bardzo.
- Więc…?
Znów westchnął.
- Co jeżeli to wszystko zepsuję? – zapytał zaciskając powieki. Zdecydowanie chciał uniknąć mojego wzroku. – Jeżeli przestaniemy być przyjaciółmi? Co jeżeli… stracimy szansę na bycie szczęśliwymi?
Położyłem mu dłonie na ramionach i zmusiłem, żeby spojrzał mi w oczy.
- Od takich pytań można oszaleć. A co jeżeli nie będziemy potrafili już wyjść z etapu przyjaźni? Co jeżeli poczekamy zbyt długo? Czy to nie będzie przegapienie szansy? Proszę, Blaine, nie uciekaj mi... Nie teraz.
Pokręcił głową i odsunął się ode mnie. Zacisnąłem usta. Zaczął nerwowo chodzić po pokoju zostawiając mnie sam na sam z palącym uczuciem odrzucenia. Moje policzki trawił ogień tak silny, że miałem ochotę krzyczeć. Chciałem zostać sam, żeby Blaine nie zobaczył mojej reakcji, żebym mógł zwinąć się w kłębek i pogodzić się z tym, że kolejny raz mi się nie udało. Jak zawsze. Zamknąłem oczy i poczułem jak ból falami nachodzi moje ciało. Przypływ. Odpływ. Przypływ. Odpływ.
- Kurt.
Przypływ. Nie otworzyłem oczu.
- Proszę, spójrz na mnie.
Zero reakcji.
- Błagam. Nie chowaj się teraz za powiekami. Nie chowaj się przede mną.
- Ty pierwszy uciekłeś – zauważyłem z wyrzutem.
Poczułem jak chwyta mnie za nadgarstki zmuszając do wstania. Mimowolnie zatrzepotałem powiekami i momentalnie zdrętwiałem. Był dużo bliżej niż przypuszczałem. W jednym momencie zrozumiałem wszystko. Poczułem radość nieśmiało zakradającą się do mojego serca.
- Jestem naprawdę beznadziejny w związkach – powiedział.
- Nie dbam o to.
Musiałem stanąć na czubkach palców, co sprawiło, że uśmiechnął się lekko, jakby to była najpiękniejsza rzecz, jaką w życiu widział. Poczułem taką radość, że nie mogłem się powstrzymać i…
Blaine roześmiał się cicho. Stykaliśmy się nosami, mogłem policzyć wszystkie jego rzęsy, każdą z osobna. Choć z pewnością zajęłoby mi to sporo czasu.
Dlaczego nigdy wcześniej nie zauważyłem, że ma delikatne piegi?
Przesunąłem rzęsami po jego powiekach. Chciałem przedłużyć ten moment, chciałem, żeby trwał już do końca świata…
Pomyślałem, że zaraz oszaleję. Nigdy w całym swoim życiu nie czułem tylu rzeczy naraz, nawet wtedy, gdy byłem z Danielem. Pragnąłem jak najszybciej poczuć to piękne ciało całym sobą i jednocześnie spowolnić to wszystko, żeby trwało jak najdłużej.
Nasze usta dzieliły milimetry. Spojrzałem mu w oczy. Tak bardzo chciałem…
…uciec, uciec jak najszybciej…
…bo to nie mogło być prawdziwe.
Takie rzeczy nie przytrafiają się ludziom takim jak ja.
Chciałem krzyczeć, krzyczeć tak głośno, żeby usłyszał mnie cały świat…
...i może wtedy ktoś powiedziałby mi, że…
… tym razem się nie obudzę…
…że to wszystko jest realne, te piękne włosy…
…rzęsy rzucające urocze cienie na policzki…
...wyraz zdezorientowania w oczach…
…bijąca z całej postawy niepewność…
…to perfekcyjne blade ciało…
…i może wtedy…
...wtedy…
...ta bliskość…
…niedomówienia…
…wszystko…
...nabrałoby sensu.
Poczułem jak nagle coś w nas pękło. Nasze wargi odnalazły się po raz pierwszy. W moich marzeniach chwila ta pełna była delikatności i nieśmiałości, w rzeczywistości zaś czułem jedynie zachłanność i rozpacz, bo miałem wrażenie, że moje ciało nie pomieści tak wielu emocji jednocześnie. Blaine wsunął palce w moje włosy i przygryzł moją dolną wargę. Westchnąłem. Nagle zdałem sobie sprawę, że moje pocałunki są bardzo nieśmiałe, pełne niezdarności. Myśl, że Blaine ma więcej doświadczenia ode mnie, w każdej innej sytuacji sprawiłaby mi ból, teraz jednak jakby straciło to znaczenie. Naparł na mnie mocniej, tak, że uderzyłem plecami o ścianę. Moje dłonie nieśmiało przesunęły się po jego torsie, jego zaś wciąż rozpaczliwie ślizgały się po moich włosach, jakby ze wszystkich sił starał się uwierzyć, że nie zniknę, że to się dzieje naprawdę. Dotknąłem czubkami palców jego policzka i pocałowałem go nieco zachłanniej niż do tej pory. Jego skóra była niezwykle delikatna, bardzo podobna do mojej. Zupełnie jakbyśmy byli teraz jednym ciałem. Zdałem sobie sprawę, że drżę. Objął mnie mocno, jakby chciał zamknąć mnie w sobie, tak, żeby nigdy więcej nikt mnie skrzywdził. Jakby chciał mnie chronić przed sobą samym. Moje suche wargi odżyły pod wpływem łez pełnych wdzięczności płynących z oczu. Nagle pocałunki przestały być słodkie, nabrały zupełnie innego smutniejszego wymiaru. Jakby dojrzewały razem z nami.
I wtedy Blaine odsunął się ode mnie gwałtownie. W jego oczach zobaczyłem panikę i wyrzuty sumienia.
- Przepraszam, nie mogę – wyszeptał i wybiegł z pokoju.
