Dodzwoniłeś się do domu Hummelów. Po usłyszeniu sygnału zostaw wiadomość.

„Witam serdecznie. Tu Jonathan Montgomery, dyrektor Akademii Dalton. Dzwonię, aby przekazać, że państwa syn nie pojawił się dzisiaj na zajęciach, nie wrócił także na noc do internatu. Proszę oddzwonić."
„Hej, Kurt, tu Mercedes. Dawno ze sobą nie rozmawialiśmy i… zaczynam się niepokoić. Dzwoniłam też na komórkę, ale chyba masz wyłączoną. Po prostu… Zadzwoń jak tylko to odsłuchasz, okej? Rachel przesyła pozdrowienia."
„Kurt, tu Robert. Martwimy się o ciebie! Nie mam pojęcia, o co chodzi, Blaine milczy jak zaklęty, ale… Nie możesz mi tego robić! Proszę, wróć!"
„Kurt, gdzie jesteś?"

Odłączyłem telefon od prądu i usiadłem na kanapie udając zainteresowanie telewizorem. Ostatnia wiadomość nie wywołała we mnie żadnych emocji. Może poza małym trzepoczącym „Martwi się o mnie", gdzieś w głębi mojego nastoletniego serca. Tata obserwował mnie w milczeniu, doskonale wiedząc, że nie ma sensu o cokolwiek pytać. Kiedy w czwartkowy wieczór przyszedłem do domu mówiąc „Wrócę do Dalton dopiero w poniedziałek", rozpaczliwie usiłował coś ze mnie wydobyć, nasłał nawet na mnie Finna. Ja jednak nie powiedziałem ani słowa.
W dzień po pocałunku próbowałem znaleźć Blaine'a, żeby wyjaśnić wszelkie niedopowiedzenia, zapytać go czy wszystko w porządku, albo po prostu błagać na kolanach, żebyśmy zapomnieli o tamtym wieczorze, choć tak bardzo łamało mi to serce. Jednak Blaine zniknął. Początkowo myślałem, że w ogóle nie ma go w szkole, jednakże kilku Warblersów się z nim widziało. Tak, był taki jak zawsze. Nie, nic nie wskazywało na to, że coś jest nie tak. Byłem coraz bardziej skołowany. Unikał mnie, to nie ulegało żadnej wątpliwości. Kiedy w końcu go dopadłem, przypomniał mi tylko o próbie Warblersów o szesnastej nie dając nawet dojść do słowa. Przywdział swoją uprzejmą maskę i zostawił mnie poklepując na odchodne po ramieniu. Tego było za wiele. Wolałbym, żeby powiedział, że tamten wieczór był pomyłką. Że nie wie, co mu strzeliło do głowy. Że nigdy mnie nie chciał. Że jeżeli sądziłem inaczej, byłem w błędzie. Wszystko było lepsze od udawania, że nic się nie wydarzyło. Nie wiedziałem jak bardzo się myliłem. Pobiegłem za nim i chwyciłem go za ramię obracając ku sobie.
- Proszę, Blaine, porozmawiajmy. Nie możesz teraz… Nie rób mi tego, błagam – powiedziałem nie dbając o to jak żałośnie to zabrzmiało. Jakimś cudem udało mi się powstrzymać od wpadnięcia w tak charakterystyczną dla mnie histerię, choć czułem, że długo nie wytrzymam.
Widzicie, kiedy zostawił mnie samego, nie płakałem. Nie tupałem nogami, nie wyrywałem sobie włosów z głowy. Nie raniłem się ostrymi przedmiotami, nie zagłuszałem bólu. Po prostu nic nie czułem. Wszystkie skrywane wtedy emocje rozpaczliwie chciały się wydostać teraz na powierzchnię. Patrzyłem w napięciu na przymknięte powieki Blaine'a starając się nie rozpaść na kawałki.
- To był błąd – powiedział w końcu. – Błąd, którego nigdy więcej nie chcę powtórzyć.
Bicie serca. Bum, bum. Poczułem się tak jakbym dostał w twarz. Zaczęło szumieć mi w uszach. Wszystkie dźwięki wydawały się przytłumione, zupełnie jakbym tonął. Przez chwilę czułem, że nie uda mi się wrócić na powierzchnię. „Nie. Nie mógł tego powiedzieć." Moje policzki paliły żywym ogniem, jakby faktycznie Blaine przed chwilą mnie uderzył. Równie dobrze mógł to zrobić.
Wiedziałem, że powinienem się odezwać, ale nagle poczułem się tak, jakby uciekły ze mnie wszystkie słowa, wszystkie emocje. Byłem jak owoc, z którego ktoś wydrążył cały miąższ. Jakby moja dusza uciekła z tego uszkodzonego ciała, w którym znajdowały się jedynie szczątki serca. Wtedy usta wyprzedziły rozum.
- W porządku – usłyszałem swój głos.
Blaine zamrugał.
- „W porządku"?
Uniosłem głowę i spojrzałem mu w oczy.
- A co mam powiedzieć? „Dlaczego to zrobiłeś"? „Dlaczego dałeś mi nadzieję, choć wiedziałeś, że odbierzesz mi ją parę minut później"? „Dlaczego po prostu nie powiedziałeś, że mnie nie chcesz"? Widzisz… Chciałbym wiedzieć, naprawdę. Ale… Jaki jest sens? Może… Może faktycznie to był błąd. Ale nie musisz się martwić, Blaine. Masz wybór. Wciąż możemy być przyjaciółmi, jeżeli tego chcesz. Mnie już naprawdę nie zostało nic innego. Chyba, że chcesz, żebym zniknął.
Żadnej reakcji. Odwróciłem się i zaciskając oczy udałem się w stronę klasy.
W każdym filmie wyglądałoby to zupełnie inaczej. Blaine powiedziałby chwyciwszy mnie za rękę „Kurt, zaczekaj." Potem wyznałby, że po prostu się przestraszył. Że bardzo chce być ze mną, ale nie chce tego zepsuć. Ja zapewniłbym go, że też się boję. I wtedy padlibyśmy sobie w ramiona zapewniając się o wzajemnej miłości.
Oczywiście nic takiego się nie wydarzyło. Pozwolił mi odejść nie wypowiedziawszy ani jednego słowa.
Zaraz po lekcjach spakowałem kilka najpotrzebniejszych rzeczy i wróciłem do domu. Potrzebowałem czasu. Choćbym miał przez to opuścić dzień nauki. Miałem wyrzuty sumienia, gdyż wiedziałem, ile tata i Carol płacą za czesne w Dalton, a także jak bardzo się o mnie martwią. Zazwyczaj nie wiedzieli nawet, co się stało. Byłem zły na siebie, bo nie potrafiłem już udawać, że wszystko w porządku, przynosząc wszystkim naokoło tylko zmartwienie. Chciałem im to wszystko powiedzieć, ale za każdym razem słowa grzęzły mi w gardle. Pomyślałem, że nie tak zrobiłby dawny Kurt. Dawny Kurt miałby gdzieś każdego, kto go zranił, nawet jeżeli tą osobą był Blaine. Dawny Kurt włączyłby magnetofon zaśpiewałby oszałamiającą piosenkę i upewnił się w tym, że jest wyjątkowy. Dawny Kurt zrobiłby wszystko, żeby Blaine zobaczył, co stracił. Żeby kuło go w piersi od samego patrzenia na jego piękno.
Nowy Kurt ucieka, kiedy tylko coś idzie nie po jego myśli.
Ucieczka. To było słowo-klucz. Czytałem gdzieś kiedyś, że jeżeli ktoś raz zdradzi, nie może już przestać, wpada w błędne koło. Co jeżeli tak samo było ze mną? Bo tym właśnie jest ucieczka, prawda? Zdradzaniem samego siebie. Wszystko zaczęło się od przenosin do Dalton. To był pierwszy raz. Potem wszystko się pogorszyło.
Moje ponure rozmyślania przerwał dzwonek do drzwi. Po chwili usłyszałem znajomy głos, na którego dźwięk ścisnęło mnie w gardle. Mercedes. Tak dawno jej nie widziałem. Zerwałem się z kanapy. Ona zaś podparła się pod boki i z charakterystyczną dla siebie energią powiedziała:
- Twoje szczęście, że jesteśmy przyjaciółmi, Kurt! W przeciwnym razie skopałabym ci tyłek w twoim własnym domu. Muszę ci przypominać? Żadna diva nie lubi być ignorowana, mój słodki!
Patrzyłem na nią bez słowa. Kusiło mnie, żeby rzucić się na nią dziękując za to, że jest tak idealna. Powstrzymałem się jednak wiedząc, że nie należy do osób, które lubią takie przypływy czułości.
- Chodźmy do mojego pokoju – powiedziałem. Uśmiech zszedł jej z twarzy. Mój głos widocznie nie brzmiał tak naturalnie jak mi się wydawało. Poszła za mną bez słowa, ale kiedy tylko trzasnąłem drzwiami, odezwała się:
- Zamierzasz wyjaśnić mi, co się wydarzyło?
Przygryzłem wargę.
- Usiądź.
Spełniła moje polecenie i spojrzała na mnie wyczekująco.
- Blaine? – bardziej stwierdziła niż zapytała. Chciałem coś powiedzieć, ale nie dała mi dojść do słowa. – Tak, to dość oczywiste. Może dawno się nie widzieliśmy, ale wciąż umiem rozróżnić „Wszystko w porządku" od „Mam roztrzaskane serce." Przerabialiśmy to już dwa razy, Kurt.
- Teraz jest trochę inaczej – powiedziałem cicho.
Westchnęła.
- Kurt, zanim cokolwiek powiesz… Chciałabym, żebyś pomyślał o pewnej rzeczy. Jeszcze kilka miesięcy temu nie uwierzyłbyś, że możesz mieć problem z chłopakiem. To znaczy… Z chłopakiem, który może odwzajemnić twoje uczucie. Nie uważasz, że… To mały postęp?
Zapadło milczenie.
- Powiesz mi? – zapytała w końcu.
- Nie wiem czy chcesz tego słuchać.
Wywróciła oczami.
- Och, nie wydurniaj się. Znasz mnie. Gdybym nie chciała, nie pytałabym. Więc?
Tym razem to ja westchnąłem.
- Zrób mi miejsce.
Mercedes przesunęła się, posłała mi pokrzepiający uśmiech i chciała coś powiedzieć, ale przerwał nam mój tata:
- Kurt, masz gościa. Ze szkoły.
Moje serce zabiło szybciej. Blaine? Szybko wymieniłem z Mercedes spojrzenia. Jednakże to nie Blaine wpadł do pokoju z prędkością błyskawicy i to nie Blaine rzucił się na mnie omal nie przewracając na podłogę.
- Ty kretynie, nienawidzę cię, nienawidzę, jak mogłeś mi to zrobić? – Robert mówił tak szybko, że ledwie mogłem go zrozumieć. – NIE. ZNIKAJ. TAK. NIGDY. WIĘCEJ. Boże, tak ciężko było podnieść ten cholerny telefon i powiedzieć „Wszystko w porządku, Robercie. Nie, nie zostałem zamordowany przez żadnego homofobicznego psychopatę." Samo „Żyję" też by w sumie wystarczyło. Ale ty oczywiście…
Ku swojemu własnemu zaskoczeniu, przytuliłem go lekko. Robert zaniemówił na moment.
- Po prostu… Pamiętaj, że sobą osoby, którym na tobie zależy i świrują, kiedy znikasz bez wieści - powiedział po chwili. Ścisnąłem go mocniej. Roześmiał się.
- Nie żebym nie był typem miśka, ale to zaczyna być…
-…niezręczne – dokończyłem i puściłem go, co powitał z lekką ulgą. Jego oczy spoczęły na Mercedes, która przyglądała nam się z wyrazem twarzy graniczącym między rozbawieniem, a zdezorientowaniem. Robert posłał mi pytające spojrzenie.
- Przepraszam, nie przedstawiłem was sobie. Robert, to jest Mercedes, moja najlepsza przyjaciółka, jeszcze z czasów kiedy chodziłem do McKinley, przyszła gwiazda Broadwayu. Mercedes, to Robert, jasnowidz, psycholog i jeden z Warblersów.
Robert wywrócił oczami, a Mercedes uniosła brwi, żadne z nich jednak tego nie skomentowało. Podali sobie ręce. Przez dosłownie ułamek sekundy zobaczyłem w oku mojego przyjaciela coś… Coś innego. Był jednak na tyle utalentowanym aktorem, że nie zdążyłem się przyjrzeć się temu dokładnie.
- Chciałbym powiedzieć, że Kurt wiele mi o tobie opowiadał, ale… - rzucił mi ganiące spojrzenie. – Musiałbym skłamać. Niezbyt chętnie opowiada o rzeczach związanych z McKinley.
- To do niego podobne – roześmiała się. Uniosłem brwi. Uroczy dziewczęcy śmiech w wykonaniu Mercedes? Spojrzałem na Roberta. Potem znów na nią. W mojej głowie coś zaskoczyło. Postanowiłem jednak nic nie mówić.
- Skąd w ogóle masz mój adres? – zapytałem zamiast tego.
- Arsene Lupin jest moim alter ego, zapomniałeś? Umiem załatwić wszystko. Fred i George Weasleyowie mogliby mi buty czyścić.
Roześmiałem się.
- Czyli „Nie pytaj." Dobrze, że jesteś.
Robert klasnął w ręce.
- Lepiej usiądę. Coś czuję, że masz nam sporo do opowiedzenia.

***
-...i… sam nie wiem, dlaczego uciekłem – dokończyłem.
Zapadło milczenie. Zauważyłem, że Mercedes i Robert wymieniają spojrzenia.
- Kurt, chciałbym coś powiedzieć, ale… Nie obrazisz się? – powiedział w końcu ten ostatni.
Pokręciłem głową, a następnie oparłem się czołem o kolana.
- Mów.
Robert odchrząknął, westchnął i z lekkim wahaniem powiedział:
- Nie uważasz, że… Trochę przesadzasz?
Zamrugałem.
- Co?
Rzucił mi przepraszające spojrzenie.
- Nie zrozum mnie źle, ale widzisz… Kiedy zniknąłeś… Naprawdę bałem się, że stało się coś złego. To znaczy… Wiedziałem, że jesteś bardzo emocjonalny i w ogóle… A tymczasem… Trochę dramatyzujesz.
- On ma rację – powiedziała Mercedes i przygryzła wargę. – I… Będę ci to powtarzać do znudzenia, ale… Dalton naprawdę cię zmieniło. To znaczy… Kompletnie zdusiło twoją indywidualność, pewność siebie, wszystko to, co w tobie najlepsze. Zapewniasz nas wszystkich, że doskonale wiesz, że się zmieniłeś… Ale szczerze? Chyba nie do końca. Nie walczysz też już o swoje, tak jak kiedyś. Poddajesz się, uciekasz. I… Czasami chciałabym wiedzieć, gdzie się podział mój najlepszy przyjaciel. Trochę się pogubiłeś, Kurt.
- Widzisz, ja nawet nie wiem, kim jest chłopak, o którym mówi Mercedes – powiedział cicho Robert. – Ale brzmi jak naprawdę niesamowita osoba.
- Nikt nie chce cię tu oceniać - dodała jeszcze moja przyjaciółka. – Po prostu… pomyśl nad tym.
Przygryzłem wargę.
- A co do Blaine'a… - Robert westchnął. – Nie wiem. Nie wiem, co ci powiedzieć. Daj mi chwilę.
Spojrzałem na twarze przyjaciół. Robert jak zwykle uśmiechał się lekko, Mercedes zaś wydawała się zamyślona. Po chwili się otrząsnęła.
- Chcesz znać moją opinię?
Skinąłem głową.
- Wiesz… Początkowo nie byłam pewna tego, że będziecie razem. To znaczy… To wydawało się takie oczywiste, ale z drugiej strony… Było między wami tyle dystansu. A teraz… Teraz wiemy przynajmniej, że mu na tobie zależy.
- Zależy? – powtórzyłem głucho.
- On się boi, Kurt – powiedział cicho Robert.
Roześmiałem się histerycznie.
- Myślisz, że ja się nie boję? Boję się. Boję się jak cholera! Ale to nie powód, żeby uciekać bez słowa wyjaśnienia!
- A ty nie zrobiłeś tego samego? – zapytała Mercedes.
Cisza.
- Widzisz… Jak już ci mówiłem, zawsze miałem problem ze zrozumieniem Blaine'a – powiedział Robert. - Zawsze skarżyłeś się na to samo. Ale tak sobie teraz myślę… Że ty jako jedyny wiesz tak naprawdę, dlaczego uciekł. Pomyśl, Kurt. Naprawdę pomyśl. Jesteście bardziej podobni niż wam obu się wydaje.
Nie miałem pojęcia, o czym mówił. Widocznie to zauważył, bo roześmiał się cicho.
- Naprawdę tego nie widzisz? Pomyśl. Pomyśl o wszystkim co nam dzisiaj powiedziałeś.
Zmarszczyłem brwi.
- Ja nie…
Nagle wszystko nabrało sensu. Cóż, może nie wszystko. Aż tak domyślny nie byłem. Wiedziałem jednak, co muszę zrobić.
- Chyba spędzę ten weekend w Dalton – powiedziałem bardziej do siebie niż do nich.

***
Porządkowałem rzeczy na biurku. Wiedziałem, co muszę zrobić, potrzebowałem jednak jeszcze chwili na zebranie myśli. Nagle przeszedł mnie dreszcz, jak zawsze kiedy czułem czyjś wzrok na plecach.
- Wróciłeś.
Obróciłem się. Alan opierał się nonszalancko o futrynę przyglądając mi się uważnie swoimi chłodnymi oczami. Zdziwienie odebrało mi mowę.
- Warblersi przepytywali każdego w internacie, chcieli wiedzieć gdzie jesteś. Część z nich, w każdym razie.
Uniosłem brwi.
- A ty kazałeś im się wynieść? – przyjrzałem mu się badawczo. - Może ja też nie jestem mile widziany we własnym pokoju?
Uśmiechnął się lekko.
- Powinieneś popracować nad ironią.
- Przyszedłeś tu tylko po to, żeby mi to powiedzieć?
- Nie. Przyszedłem, bo potrzebuję twojej porady.
Zaniemówiłem.
- Co proszę?
- Potrzebuję twojej porady – powtórzył spokojnie.
- Usłyszałem za pierwszym razem, tylko… Dlaczego ja? Najwyraźniej za mną nie przepadasz, choć… w zasadzie mnie nie znasz, naprawdę nie rozumiem…
- Skoro cię nie znam, nie mogę za tobą przepadać, bądź nie – zauważył. – Jest pewna piosenka, nad którą ostatnio pracuję. Przyszedłem do ciebie, bo jak przypuszczam znasz się na muzyce i co najważniejsze, jako jedyna osoba w Dalton będziesz mógł obiektywnie ocenić mój występ.
„Jedyna osoba w Dalton." Miałem ochotę o coś zapytać, ale czułem, że nie ma to większego sensu.
- W porządku – powiedziałem tylko.
- Zaczekaj chwilę.
Wybiegł z mojego pokoju. Kiedy po chwili wrócił, trzymał w ręku swoją gitarę. Ruchem głowy wskazał na łóżko.
- Mogę? Lepiej gra mi się na siedząco.
Skinąłem głową i oparłem się o biurko.
- Nie wiem czy znasz tę piosenkę… Ale jeżeli tak, możesz się przyłączyć.
Po chwili pokój wypełniły delikatne dźwięki znanej mi melodii.
- Jeff Buckley?
Uśmiechnął się lekko i skinął głową.

I see the rain fall upon the funeral mourners
Parading in a wake of sad relations
As their shoes fill up with water

Posłał mi zachęcające spojrzenie. Z wahaniem zaśpiewałem:

Maybe I'm too young
To keep good love from going wrong
But tonight, you're on my mind so
You never know

Znów się uśmiechnął po czym zaśpiewał:

Broken down and hungry for your love
With no way to feed it
Where are you tonight?
Child, you know how much I need it.
Too young to hold on
And too old to just break free and run

Przyjrzałem mu się uważniej. Oczy i głos stanowiły tak wielki kontrast, że wzdrygnąłem się bezwiednie. Zimno, ciepło. „Co ci się stało, chłopaku?", miałem ochotę zapytać. Zamiast tego jednak dołączyłem do niego w kolejnych zwrotkach:

So I'll wait for you... And I'll burn
Will I ever see your sweet return?
Oh, will I ever learn?
Oh, Lover, you should've come over
Cause it's not too late.

But maybe I'm just too young to keep good love
From going wrong
Oh... lover you should've come over...

Cisza była ogłuszająca. Alan bez słowa wstał i nie czekając na moją opinię, zostawił mnie samego.

***
Blaine's POV

Jeden dźwięk. Kolejny. Nie składały się w spójną całość.
Pianino błyszczało w mroku pomieszczenia drwiąc z mojej nieudolności. Nie wiedziałem, co mam robić. Żadna melodia nie wydawała się odpowiednia. A kiedy już taką znajdowałem, nie mogłem jej zagrać.
- Źle zacząłeś – usłyszałem znajomy głos.
Wyprostowana sylwetka, bijąca z niej pewność siebie, ręce zaplecione na piersi.
- Też tu przesiaduję, kiedy muszę pomyśleć – odezwał się znowu Kurt. – A wracając do pianina… Zepsułeś pierwsze dźwięki, nic dziwnego, że reszta ci nie idzie. Gdybyś inaczej zaczął, mogłoby być naprawdę pięknie.
- Wciąż mówimy o muzyce?
Uśmiechnął się do mnie. Biło z niego jednak coś zupełnie innego niż zwykle. A może właśnie wręcz przeciwnie. Błysk w oku. Coś, co dobrze już znałem. Przyjrzałem mu się dokładnie. Nie był to zagubiony Kurt, który nieśmiało powiedział „Przepraszam, jestem tu nowy." Nie był to też przestraszony Kurt, którego musiałem bronić przed całym światem.
Chłopaka, który stał przede mną znałem jedynie przez krótki czas. Był to Kurt, który nie chciał się ugiąć przed nikim i przed niczym, zakochany w swojej odmienności i talencie. Kurt, który zniknął zaraz po przeniesieniu do Dalton.
- Jeżeli chcesz porozmawiać o… - zacząłem.
- Nie. Nie chcę.
- Ale powinniśmy.
- Wiem.
Nie miałem pojęcia, co powiedzieć. Westchnąłem.
- Nie musisz nic mówić – powiedział Kurt jakby czytając mi w myślach. – Posiedźmy po prostu.
Spojrzałem na niego. Na jego ustach wciąż błąkał się delikatny uśmiech.
- Nie możemy uciekać, Kurt – powiedziałem cicho.
Westchnął. Uśmiech zniknął.
- To też wiem.
Milczenie.
- Może spróbuj mi to zagrać? Tak jak wtedy – odezwał się po chwili.
- To nie takie proste… - powiedziałem cicho.
- To właśnie jest takie proste. Chociaż spróbuj.
Zawahałem się. Po chwili jednak przyłożyłem palce do klawiszy i spod moich palców popłynęły delikatne dźwięki.
- Znasz to?
Pokręcił przecząco głową i znów uśmiechnął się lekko.
- Nie. Ale brzmi ładnie.
Usiadł koło mnie. Zacząłem śpiewać.

Hush now, don't you cry
Wipe away the teardrop from your eye
You're lying safe in bed
It was all a bad dream spinning in your head
Your mind tricked you to feel the pain
Of someone close to you leaving the game of life
So here it is another chance
Wide awake you face the day
Your dream is over
Or has it just begun?

Posłał mi lekki uśmiech, który dał mi siłę do zagrania kolejnych dźwięków.

There's a place I like to hide
A doorway that I run through in the night
Relax child, you were there
But only didn't realize and you were scared
It's a place where you will learn
To face your fears retrace the years
And ride the whims of your mind
Commanding in another world
Suddenly you hear and see
This magic new dimension
I-will be watching over you
I-I'm gonna help you see it though
I-will protect you in the night
I-I'm smiling next to you
In silent lucidity

Ostatnie dźwięki wciąż zdawały się wisieć w powietrzu. Spojrzałem na Kurta. Myślami był zupełnie w innym miejscu.
- Chcę wiedzieć co to oznacza? – zapytał po chwili.
- Prawdopodobnie nie.
Cisza. Po chwili poczułem dłoń Kurta nieśmiało chwytającą moją. Ścisnąłem ją mocno.
- Poczekasz na mnie? – zapytałem.
Westchnął. Spojrzał na mnie swoimi przenikliwymi oczami i posłał mi lekki uśmiech.
- Tak długo jak będę musiał.