Biel raniła moje oczy, jak zawsze kiedy wychodziłem na dwór. „Cholerny śnieg", pomyślałem. „Nienawidzę wilgoci." Nagle poczułem jak coś uderza mnie w tył pleców. Obróciłem się. Śnieżka uderzyła po raz kolejny, tym razem w brzuch. Zgiąłem się w pół i rozejrzałem się za napastnikiem.
- Ał! Robert! – krzyknąłem w końcu.
- Strzała Amora dostosowana do pogody – zachichotał złośliwie podchodząc bliżej. – Miłość boli, Kurt! Wszystkiego najlepszego z okazji Walentynek!
- Tylko tyle? – uniosłem brwi. Postanowiłem się z nim trochę podroczyć.
- A czego się spodziewałeś?
- Nie wiem. Biorąc pod uwagę twoją osobowość, pomyślałem, że obsypiesz mnie od góry do dołu różowymi serduszkami, a następnie zapakujesz na prezent i wyślesz Blaine'owi. Coś poetyckiego.
- Och, przyszło mi to przez głowę, nie powiem. Ale chyba zachowam to dla Iana i jego tajemniczej randki – zachichotał.
- To on jednak idzie?
Robert zawahał się.
- Nie do końca.
Uniosłem brew.
- To znaczy?
Kolejny chichot.
- Idzie, ale o tym nie wie.
Jęknąłem.
- Robert, nie powinieneś mu tego robić. Nikt nie lubi być zmuszany do randek. To na pewno nie skończy się dobrze – spojrzałem na niego. Nagle coś zaczęło mi świtać. – Chwila, chwila. Moment. Coś mi tu nie gra. Ukrywasz coś!
Robert zrobił niewinną minę. Brakowało mu tylko aureoli.
- Nie wiem, o czym mówisz.
- Jasne, jasne. Już za dobrze cię znam. „Tajemnicza randka"? Ty doskonale wiesz, kim jest ta dziewczyna! Nie ma szans, żebyś jej wcześniej nie przetestował. Założę się, że znasz nawet jej rozmiar buta.
Robert nie zareagował.
- Powiesz mi?
Milczenie.
- O mój Boże, ja ją znam, prawda?
Przez twarz Roberta przemknął szatański uśmiech natychmiast zdmuchując aureolę.
- Czekałem aż o to zapytasz.
Posłałem mu pytające spojrzenie.
- Kolacja odbędzie się w tej waszej restauracji, Breadstix. Chciałbym, żebyś ze mną tam poszedł, będziemy obserwować sytuację. Powiedziałem Ianowi, że odwołałem randkę, ale rezerwacja została, więc szkoda by było zmarnować okazję…
- Nie nabierze się – wtrąciłem.
- Tu się mylisz. Już się nabrał.
Uniosłem brew. Spojrzałem na jego wyraz twarzy i poddałem się. Nie było sensu próbować go przekonać do zmiany planu.
- To nie skończy się dobrze – powtórzyłem.
Zachichotał.
- Zobaczymy.

***
Jak w każde Walentynki, Breadstix było zatłoczone. Zobaczyłem kilka znajomych twarzy, w tym członków New Directions. Pomachałem Mike'owi i Tinie, ale chyba byli zbyt zajęci sobą, bo nie zwrócili na mnie uwagi. Rozejrzałem się ostrożnie. Od razu rzuciła mi się w oczy znajoma postać. Jęknąłem.
- Mercedes? To z nią umówiłeś Iana?
- Niezupełnie – zachichotał.
- To…
- Przekonasz się już za chwilę.
Ku mojemu zaskoczeniu podeszliśmy do niej.
- Hej, Robert. Cześć, Kurt – uśmiechnęła się. – Jednak go wtajemniczyłeś?
- Hm, właśnie mam zamiar to zrobić.
Zatkało mnie.
- Byliście w zmowie? – wykrztusiłem w końcu.
- „Zmowa" brzmi tak wrednie… - mruknął Robert. – Wolę określenie „Współpraca."
- Spokojnie, Kurt – uspokoiła mnie Mercedes. – Nie chodzi o ciebie i Blaine'a. Do tego nie zamierzamy się mieszać.
- Więc o co tu chodzi?
Robert i Mercedes wymienili spojrzenia.
- To skomplikowane – stwierdził mój przyjaciel. - Widzisz, początkowo faktycznie chciałem zeswatać Iana z Mercedes…
-…o tym nie wiedziałam – mruknęła.
-…ale koniec końców doszedłem do wniosku, że mogę zrobić coś innego. Kiedy coś mi się przypomniało z naszej rozmowy o McKinley, w mojej głowie zaczął się tworzyć inny plan. Zadzwoniłem do Mercedes…
Zmarszczyłem brwi.
- Skąd miałeś numer? Miałeś w rękach mój telefon?
- Ja mu nie dawałam.
-…i obgadaliśmy szczegóły – zignorował nas. – I oto jesteśmy. Trzymajmy kciuki.
Moja frustracja rosła.
- Wciąż nie rozumiem. Jaki plan?
- Och, cierpliwości. Nie bądź taki nerwowy, za chwilę wszystko zrozumiesz.
- Idzie – przerwała nam Mercedes. – Mnie nie zna, ale wam radziłabym się schować.
Faktycznie. Drzwi się otworzyły i do restauracji wszedł Ian. Robert pociągnął mnie za nadgarstek i wylądowaliśmy pod stołem.
- To jakaś dziecinada – powiedziałem poirytowany. – Nie ma szans, żeby nas nie zauważyli.
Robert zachichotał.
- Nie bądź taki sztywny. Poczuj ducha przygody!
- Tak, Indiana Jones byłby zachwycony…
- Nie śmieszne.
Zadzwonił mi telefon. Blaine. Odebrałem połączenie ignorując oburzenie Roberta.
- Tak?
- Cześć. Masz chwilkę?
- Powiedz grzecznie Blaine'owi, że nie możesz rozmawiać, o ile nie ma zamiaru zaciągnąć cię do…
- Nie bardzo – powiedziałem szybko gromiąc spojrzeniem Roberta. – Jestem teraz w Breadstix, to coś ważnego.
- Och. W takim razie nie przeszkadzam.
Rozłączył się zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć.
- Tobie też cześć – mruknąłem. Dopiero wtedy zauważyłem, że Robert śmieje się jak idiota.
- O co ci chodzi? – spytałem nieco urażony.
- Och, Kurt… Uwielbiam cię za twoją niedomyślność.
Zmarszczyłem brwi. Widząc to, Robert pospieszył mi z wyjaśnieniami.
- „Breadstix"?„To coś ważnego"? Zaczynasz kontaktować?
Och.
- Usiłujesz mi powiedzieć, że…
- Jesteście tak beznadziejni, że to niemal rozczulające - westchnął Robert. - Jak dzieci. Tak, to usiłuję…
Chciał powiedzieć coś więcej, ale przerwała mu Mercedes.
- Przyszła. Możecie wyjść.
Z ciekawością wynurzyłem się spod stołu. Mój wzrok padł na znajomą sylwetkę, która pojawiła się przy wejściu. Brązowe włosy, kolorowy płaszczyk.
- Powinienem był się domyślić.
Rachel raz jeszcze rozejrzała się niepewnie, po czym zauważyła Iana i podeszła do niego marszcząc brwi.
- Skąd wiedziała do kogo podejść? – spytałem.
- Powiedziałam jej, że przyjdę z przyjacielem, opisałam jego wygląd. Ostrzegłam, że mogę się spóźnić i żeby w razie co, na mnie nie czekali.
- A ja wcisnąłem ten sam kit Ianowi.
Byłem pod wrażaniem.
- Czasami się was boję.
Parsknęli śmiechem.
- Ale wciąż… To się nie uda. W ogóle, jakim cudem wciąż nas nie zauważyli? I… Oni zaraz to rozpracują, wiecie o tym, prawda?
Robert wywrócił oczami.
- Za dużo myślisz, Kurt. A tu nie trzeba myśleć, tu trzeba czuć. Poza tym… Oczywiście, że się domyślą. Pewnie nawet już wiedzą, że tu jesteśmy. Ale… Kogo obchodzi, że to wszystko było ustawione? Ważne, że ich ścieżki się przecięły, mój przyjacielu.
Mercedes uciszyła nas szybko. Obserwowaliśmy dalej. Ian i Rachel przez chwilę o czymś rozmawiali. Nagle obydwoje zamilkli. Rozejrzeli się naokoło. To musiał być moment, w którym zrozumieli, że zostali wrobieni. Ku mojemu zaskoczeniu, parsknęli śmiechem. Zamrugałem. Dziwnie było patrzeć na Iana tak roześmianego. Kontynuowali rozmowę, jak gdyby nigdy nic.
- Mieliście rację – powiedziałem coraz bardziej zszokowany. – Oni… Mają to gdzieś.
Olśniło mnie.
- Robert?
- Hm?
- Właśnie o czymś sobie pomyślałem. I chyba wiesz, o czym.
Tradycyjnie udawał, że nie ma pojęcia, o co mi chodzi.
- Jak zwykle przeceniasz moje zdolności, Kurt. Nie umiem czytać w myślach, musisz powiedzieć coś więcej.
Przygryzłem wargę.
- To, co powiem nie będzie odkrywcze, ale… Ian zna cię lepiej niż ktokolwiek inny na świecie. Nie ma mowy, żeby nie wyczuł podstępu. Nikt nie jest na tyle głupi. Od początku wiedział, co się święci, prawda? Rachel też na pewno wiedziała, co jest grane.
- Cały wieczór próbujemy ci to przekazać, Kurt – Robert uśmiechnął się szeroko. – Moglibyśmy im powiedzieć, żeby przyszli do Breadstix, bo różowy słoń będzie dawał pokaz latania, a i tak by uwierzyli. Tak naprawdę…
-…obydwoje chcieli tu przyjść – dokończyłem.
Mercedes uśmiechnęła się szeroko i uniosła swoją szklankę.
- Chłopaki… Myślę, że możemy ogłosić małe zwycięstwo!

***
- Można?
Odwróciłem głowę i uśmiechnąłem się.
- Za każdym razem coraz mniej mnie zaskakujesz. Wejdź.
Blaine niepewnie przestąpił próg i wsadził ręce w kieszenie mundurka.
- Dobrze się bawiłeś? – zapytał po chwili.
- Niby gdzie?
Wywrócił oczami.
- Doskonale wiesz. Jak twoja randka?
Jęknąłem.
- Blaine… Nie było żadnej randki.
- Daj spokój, możesz powiedzieć. Nie będę zły. Cieszę się, że znalazłeś sobie kogoś, kto może cię uszczęśliwić, to wszystko.
- Nie było. Żadnej. Randki – powtórzyłem spokojnie akcentując każde słowo.
Blaine przez chwilę przetrawiał tę informację.
- Więc… Jaka pilna sprawa kazała ci przyjechać do Breadstix w Walentynki?
Roześmiałem się.
- Wiń Roberta i strzały Amora.
- Co?
- To długa historia.
Blaine wciąż był nieco spięty. Niezręczna cisza wypełniła każdy milimetr sześcienny mojego małego pokoju.
- Przyszedłeś tylko po to, żeby o to zapytać? – zapytałem nieśmiało.
Otrząsnął się z zamyślenia.
- Nie… Niezupełnie.
Czekałem aż powie coś więcej, ale nadaremno.
- Blaine? Wszystko w porządku?
Zawahał się.
- Chciałem cię poprosić o pomoc w…
- Kłamiesz – przerwałem mu. - Co się dzieje?
Milczał przez chwilę.
- Tęskniłem za tobą.
Uniosłem brwi.
- Widzieliśmy się wczoraj – przypomniałem mu.
- Wiesz, co mam na myśli.
- Och.
Zapadła niezręczna cisza.
- Zaśpiewaj mi coś – powiedział ni z tego, ni z owego.
Zamrugałem.
- Co?
- Przecież słyszałeś.
Spojrzałem na niego uważnie.
- Blaine, nie zrozum mnie źle, ale… Jesteś trzeźwy?
Przygryzł wargę.
- Dobre pytanie…
Cisza.
- Nie mam podkładu – powiedziałem w końcu.
- Zaśpiewaj bez. Twój głos to cała muzyka, jakiej potrzebujesz.
Zacisnąłem wargi.
- Nie mogę.
- Nie możesz czy nie chcesz?
Westchnąłem.
- Jeżeli zaśpiewam, oznacza to, że się otworzę. Co z kolei pozbawi mnie resztek cierpliwości, jakie mi zostały i zepsuję wszystko to, co mamy. Obiecałem, że zaczekam.
Spojrzał na mnie. W jego oczach malowała się bezradność.
- Kurt, wiesz, że ja…
- Wiem – przerwałem mu gwałtownie i uśmiechnąłem się nerwowo. – Po prostu… Jeśli dasz mi raz otworzyć te drzwi, żadne z nas nie będzie w stanie ich zamknąć. Nie będzie odwrotu.
Westchnienie.
- Przestań – powiedziałem.
- Co przestać?
- Wszystko – zacisnąłem wargi. - Popadamy w schemat, Blaine, nie widzisz tego? Ja zaczynam mówić o uczuciach, ty każesz mi czekać, potem robisz coś, co sprawia, że znowu podejmuję temat i wracamy do punktu wyjścia.
Cisza.
- Nie chcę, żebyś… - zaczął.
- Nic już nie mów. Proszę.
Posłał mi zatroskane spojrzenie.
- Chyba, że… - przygryzłem wargę.
„Nie." Spuściłem głowę.
- Chyba, że…?
Potrząsnąłem głową.
- Będziemy tego żałować.
Wtedy przypomniało mi się to, co powiedział mi Robert w Breadstix. Nagle jego słowa nabrały zupełnie nowego znaczenia. „Za dużo myślisz, Kurt. A tu nie trzeba myśleć, tu trzeba czuć." Z zamyślenia wyrwał mnie głos Blaine'a.
- Powiedz mi o czymś myślisz.
Zamrugałem.
- Proszę?
Uśmiechnął się lekko.
- Nie w tej chwili. Co myślisz w ogóle. O tym wszystkim.
- Ja… Nie jestem dobry w…
- To tak jak ja. Więc jak? Zaśpiewasz? Tylko mi nie mów, że nie wiesz, jaką piosenkę. Ty zawsze wiesz.
Zawahałem się.
- Chociaż spróbuj – zachęcił mnie. – Ty powiedziałeś mi to samo.
Uniosłem wzrok i napotkałem jego oczy. Błąd. Widząc jego spojrzenie, przez chwilę myślałem, że ucieknę. Tak jak on uciekł wtedy. To właśnie wtedy podjąłem decyzję.
- Proszę, jeżeli nie spodoba ci się to, co śpiewam przerwij mi, żebym mógł błagać cię, żebyśmy o tym zapomnieli.
Kolejny uśmiech, tym razem nieco bledszy.
- Wiesz, że nigdy bym tego nie zrobił. Już nie.
Moje serce biło tak mocno, że zdziwiłem się, że wciąż stoję na nogach. Cisza nigdy nie wydawała mi się bardziej krępująca.
- Śpiewaj, Kurt.
Spełniłem jego polecenie. Nieśmiało zacząłem:

Turn down the lights, turn down the bed
Turn down these voices inside my head
Lay down with me, tell me no lies
Just hold me close, don't patronize
Don't patronize me

Przełknąłem ślinę i gwałtownie zacisnąłem powieki. Nie chciałem widzieć wyrazu jego twarzy. Nie teraz.

'Cause I can't make you love me If you don't
You can't make your heart feel something it won't
Here in the dark in these final hours
I will lay down my heart, and I'll feel the power
But you won't, no you won't
And I can't make you love me
If you don't

- Kurt…
Moje powieki zacisnęły się nieco mocniej. Poczułem, że lekko drżą mi ręce, ale głos pozostał silny. „Odwagi, Kurt."

I'll close my eyes and then I won't see
The love you do not feel, when you're holding me
Morning will come, and I'll do what's right
Just give me til then, to give up this fight
And I will give up this fight

And I can't make you love me if you don't
You can't make your heart feel something it won't
And here in the dark in these lonely hours
I will lay down my heart and I'll feel the power
But you won't, no, you won't
And I can't make you love me
If you don't

Cisza była tak ogłuszająca, że otworzyłem oczy. Blaine nie patrzył na mnie. Wzrok miał utkwiony w ścianie z takim zainteresowaniem, jakby zauważył na niej jakąś niespotykaną formę życia.
- Powinienem się teraz na ciebie rzucić obsypując pocałunkami i zapewniając o mojej wiecznej miłości, prawda? – tym razem utkwił wzrok w podłodze. - Tak robią na tandetnych filmach.
Mimowolnie się uśmiechnąłem. Nie sądziłem, że ktoś jeszcze myśli w ten sposób.
- Nie mogę cię zmusić do miłości – zacytowałem piosenkę.
Zapadło milczenie.
- Chciałbym to teraz zrobić – powiedział po chwili. - Przytulić. Upewnić. Sprawić, byś poczuł się bezpiecznie.
Zacisnąłem powieki.
- Proszę, nie rób mi tego, Blaine. Nie mam siły na kolejną rundę naszej „Zależy mi an tobie, ale musimy dać temu czas" zabawy. Bo niczego nie musimy, Blaine. Możemy popełniać błędy. Jak nie teraz, to kiedy?
Blaine spojrzał na mnie. W jego oczach zobaczyłem frustrację, którą sam teraz odczuwałem.
- Kurt, czego ode mnie oczekujesz? Co chcesz, żebym ci powiedział? Że nie chcę cię zranić? Że za bardzo mi na tobie zależy? To tylko wszystko pogorszy.
- A to mnie niby nie rani? Właśnie o to chodzi, Blaine! Udajemy, że chcemy czekać, że tak bardzo nam sobie zależy, ale wiesz co? To nieprawda. Obydwaj chcemy spróbować i dobrze o tym wiesz. Bo jak już ci kiedyś powiedziałem, uczucia są samolubne. Po co się męczyć? Po co udawać, że nic nie ma, rzekomo, żeby się wzajemnie nie ranić, choć tak naprawdę chcemy po prostu być szczęśliwi? Jestem zmęczony, Blaine, więc proszę, powiedz, że mnie nie chcesz i przestań robić mi nadzieję, żebym zdążył się jakoś pozbierać przed następnym ciosem, al…
Przyciągnął mnie do siebie tak mocno, że tylko cudem zachowaliśmy równowagę. Nigdy wcześniej, ani nigdy potem nikt nie obdarzył mnie takim pocałunkiem. Jego wargi wpiły się w moje z taką zachłannością, że przez chwilę byłem zbyt zszokowany, żeby jakkolwiek zareagować. Jednakże już po chwili moje ciało automatycznie odpowiadało na każdą pieszczotę. Każdy kolejny pocałunek wydawał się przy następnym zaledwie muśnięciem. Choć w zasadzie nie były to pocałunki. Tak naprawdę było to o wiele więcej. Przekazywałem Blaine'owi każdą frustrację, każdy najgłębiej skrywany lęk. Była to długa opowieść, którą on przyjmował z zupełnym zrozumieniem. Każdy ruch zdawał się mówić coś innego, jakbyśmy stworzyli nowy rodzaj języka migowego. Muśnięcie w okolicy żeber, „Nigdy nie czułem się tak dobrze." Przygryziona warga, „Dlaczego dopiero teraz?". Dłoń na szyi pieszczotliwie przesuwająca się aż do ramienia, „Proszę, nie zostawiaj mnie tym razem." Słowa zdawały się brzęczeć w powietrzu, jednakże tak naprawdę pomieszczenie wypełniały tylko i wyłącznie westchnienia i urwane oddechy.
Po chwili, która wydawała mi się wiecznością, Blaine oderwał się ode mnie. Poczułem się źle, jak niemowlę wyciągnięte z wody. Było mi zimno. Potrzebowałem więcej ciepła. Wydawał się to rozumieć, bo przyciągnął mnie do siebie po raz kolejny, ale tym razem nasze usta się nie spotkały. Oparłem głowę na jego piersi.
- Tak robią na tandetnych filmach, kiedy mówi się za dużo – podsumował.
Jego głos wywołał na mojej twarzy uśmiech. Nawet nie dbałem, że prawdopodobnie wyglądam jak ostatni idiota.
- Lubię tandetne filmy – powiedziałem wciąż próbując złapać oddech. Przez jego twarz przemknął uśmiech, który wywołał w moim sercu dziwne rozruchy.
- Ja też.
Tym razem żadne z nas nie uciekło.