Kiedy sprawy między ludźmi zaczynają przybierać poważny obrót, nie ma nic bardziej niezręcznego niż pierwszy dzień.
Zaczyna się od prostych rzeczy. Zastanawiasz się, co zrobisz, kiedy zobaczysz tę osobę. Co powiedzieć, jaki gest wykonać? Na co jest zbyt wcześnie, na co zbyt późno? Zaczyna się coraz bardziej panikować i zadawać sobie coraz głupsze pytania. Tak też było ze mną.
Gdy wyłowiłem z tłumu znajomą sylwetkę, poczułem jak pocą mi się dłonie. Uśmiechnąć się? Pocałować w policzek? Położyć na podłodze i umrzeć? W końcu Blaine również mnie zauważył i ruszył w moją stronę uśmiechając się z lekkim skrępowaniem.
- Cześć – powiedział nieśmiało.
- Cześć.
Skończyły nam się pomysły. Spojrzeliśmy na siebie szybko, momentalnie odwracając wzrok, jakbyśmy bali się spojrzeć prosto w oczy wczorajszej bliskości.
- Zastanawiam się co powiedzieć – Blaine jakby czytał w moich myślach. Uśmiech na jego twarzy nieco się poszerzył. – Może ty masz jakiś pomysł?
- Po „cześć" wyczerpałem swoją inwencję twórczą.
Roześmiał się cicho.
- Podobnie jak ja. Ostrzegałem - jestem beznadziejny w związkach. Jaka jest twoja wymówka?
Uśmiechnąłem się nic nie mówiąc. Poczułem jak delikatnie chwyta moją dłoń. Spojrzał na mnie niepewnie.
- Mogę?
Parsknąłem śmiechem.
- Zamierzasz za każdym razem pytać mnie o zgodę?
- A denerwowałoby cię to?
Zamyśliłem się.
- Po pewnym czasie. Teraz to tylko nieco zabawne.
Nie był to pierwszy raz, kiedy trzymaliśmy się za ręce, jednakże wydarzenia ostatnich dni nadały temu gestowi specjalnego znaczenia. Ruszyliśmy korytarzem. Pięknem Dalton było to, że nikt nie zwrócił na nas uwagi – poza kilkoma Warblersami wymieniającymi spojrzenia. Jednakże żaden z nich nie uważał tego za coś nienormalnego.
- Jesteś dzisiaj zajęty? – spytał Blaine. Delikatnie wodził kciukiem po moich palcach doprowadzając mnie do szaleństwa.
- Boże, mam nadzieję, że za wcześnie na moment „Poznaj moich rodziców"?
Parsknął śmiechem.
- Zdecydowanie. Choć fakt, że jeszcze nie byłeś w moim domu, mimo, że ja znam każdy kąt twojego, daje nieco do myślenia. Więc jak? Jesteś zajęty?
Przygryzłem wargę.
- I tak, i nie.
Miałem do złożenia wizytę, wizytę, którą odkładałem od dłuższego czasu.
***
Zapukałem do drzwi, a kiedy usłyszałem cichy głos zapraszający mnie do środka, nieśmiało je otworzyłem.
- Masz chwilkę?
Alan uniósł głowę znad książki.
- A to niespodzianka… - powiedział jakby do siebie. – Zanim zapomnę. Widziałem cię dzisiaj z Blainem. Gratuluję.
Zmarszczyłem brwi.
- Dzięki – powiedziałem z wahaniem. – Chyba. W każdym razie, chciałem…
- Ach, tamto. Przepraszam. Czasem jestem nieco dziwny i… Nie wiem, dlaczego tak wyszedłem. Kiedy lepiej mnie poznasz, może będę w stanie ci to wyjaśnić.
Pokiwałem głową w zamyśleniu. Alan rozejrzał się naokoło, jakby szukając natchnienia. Był wyraźnie skrępowany. W końcu zaczął niezręcznie:
- Skoro tu już jesteś… Zdaję sobie sprawę, że jestem ostatnią osobą, którą byś o to podejrzewał, ale… Mam dla ciebie radę. Co do Blaine'a.
Coś mi tu nie grało.
- Macie jakąś… wspólną przeszłość czy coś? – zapytałem, błagając w duchu, żeby nie domyślił się, o co mi chodzi. Niestety, nie miałem tyle szczęścia. Alan roześmiał się.
- Hej, zwolnij, mały. Nie o to mi chodziło. Nie ta drużyna.
Zaczerwieniłem się.
- Ja wcale…
- Oczywiście – uśmiechnął się lekko. – Jednakże to, że nie mamy… jak to nazwałeś… „wspólnej przeszłości", nie znaczy wcale, że go nie znam.
- To znaczy?
- Lubię plotki – zamyślił się. – Kiedy tylko nie dotyczą mnie, oczywiście. Ale do tego zdążyłem się przyzwyczaić. Jednakże to, co wiem o Blainie, wiąże się głównie z tym, co sam mi powiedział. W każdym razie… Był zawsze jedną z nielicznych osób, którym naprawdę nie przeszkadzałem. Teraz… Teraz trochę kontakt nam się urwał, co jest głównie moją winą. Ale po co ja ci to mówię? Nieważne. Po prostu… Jest coś, co chciałbym, żebyś o nim wiedział.
Uniosłem brwi.
- Czyli…?
Alan znów się zamyślił.
- Jest kilka rzeczy, które wiem o Blainie. Pierwsza rzecz: jest perfekcjonistą. Oznacza to również, że ma ogromną presję, żeby… Inni go za takiego uważali. Chce być idealny, więc przybiera różne… maski. Trochę czasu zajmie ci przekopanie się przez nie.
Chciałem coś powiedzieć, ale uciszył mnie jednym gestem.
- Druga rzecz: kiedy boi się, że kogoś zawiedzie lub też, coś nie idzie po jego myśli – ucieka.
Poczułem jak nieco cierpnie mi skóra, ale Alan zdawał się niczego nie zauważać. Spokojnie kontynuował:
- Trzecia rzecz: nie umie odmawiać. Oznacza to, że często robi coś wbrew sobie, byle tylko uszczęśliwić drugą osobę.
Przygryzłem wargę.
- Jak dla mnie, znasz go całkiem dobrze.
Alan spojrzał na mnie i uśmiechnął się lekko. Z zaskoczeniem zauważyłem, że jego oczy pozbawione są stałego chłodu.
- Widzisz, ciężko wyjaśnić naszą relację. Jednocześnie znam go na wylot i jednocześnie nie znam go wcale. Blaine ma w sobie coś dziwnego, co każe człowiekowi wywlekać przy nim swoje problemy. Kiedy pierwszy raz go spotkałem… Sam nie wiem. Po prostu zaczął ze mnie wypływać potok słów, a on słuchał mnie i… po raz pierwszy w życiu, poczułem, że nikt mnie nie ocenia. Często się potem spotykaliśmy. Głównie to on słuchał, ale sam też sporo mówił. Dziwiło mnie to, bo jak dla mnie, sprawiał wrażenie osoby, która robi wiele rzeczy na pokaz i ukrywając się pod maską otwartości, naprawdę jest dość zamknięta w sobie. Zapytałem go o to, a on roześmiał się mówiąc, że po prostu w jakiś sposób mi ufa, tym bardziej, że wie, że nie mam komu powiedzieć. To wtedy staliśmy się… kimś w rodzaju przyjaciół.
- Nigdy mi o tym nie mówił – powiedziałem cicho. – O tobie. O tym wszystkim.
- Na pewno nie zrobił tego umyślnie – posłał mi pokrzepiający uśmiech. - Po prostu… To nic wartego wspominania.
Zapadła cisza. Głupio było mi ją przerywać, jednakże było coś, o co po prostu musiałem zapytać.
- Dlaczego to robisz, Alan? Dlaczego ze mną rozmawiasz? Dlaczego… Dajesz mi rady?
Zmarszczył brwi.
- Nie rozumiem.
- Wiesz, dbanie o kompletnie obcą osobę jest dość rzadko spotykane – uśmiechnąłem się lekko. – Dodatkowo miesza mi w głowie fakt, że wszyscy wmawiają mi, że nie jesteś typem chłopaka wysyłającego kartki na święta.
Uśmiech na jego twarzy nieco przygasł.
- Och. Więc wciąż ci nie powiedzieli. To dobrze.
Zaplotłem ręce na piersi.
- Daj mi zgadnąć. Jesteś seryjnym mordercą? Wampirem? Potworem ze spaghetti? - zapytałem ze śmiechem. Alan również się roześmiał.
- Gdyby to było takie proste…
***
Szedłem korytarzem internatu przyglądając się uważnie numerom na mijanych drzwiach. Kiedy mignęła mi piętnastka, przystanąłem i po raz kolejny spojrzałem na zegarek. „Robert powinien być u siebie", pomyślałem i zapukałem cicho.
- Otwarte! – usłyszałem znajomy głos Iana.
Wszedłem nieśmiało, szukając wzrokiem Roberta, jednakże wcale go tam nie było. Nigdy nie byłem w jego pokoju, więc rozglądałem się z ciekawością. Pomieszczenie było przedzielone na pół z niemal geometryczną dokładnością. Z łatwością mogłem zgadnąć, że część wyglądająca jak po trzęsieniu ziemi, należy do Roberta. Druga zaś była jej kompletnym przeciwieństwem. Nawet pani Pillsbury nie miałaby się do czego przyczepić. Ian widząc mój wzrok, uśmiechnął się do mnie lekko.
- Też go szukam. Cześć, tak w ogóle.
Przygryzłem wargę.
- Czyli nie masz pojęcia…
Pokręcił głową.
- Tak już z nim jest. Czasami po prostu zapada się pod powierzchnię ziemi i nikt nie wie, gdzie był. Znając go, pewnie odwiedza wtedy Hogwart, albo Krainę Czarów.
Roześmiałem się.
- To by było do niego podobne.
Naprawdę miałem zamiar grzecznie podziękować i wyjść, nie wtrącając się w nie swoje sprawy. Naprawdę. Ale ciekawość zwyciężyła.
- Słyszałem o tobie i… - zacząłem.
- O nie – jęknął i przejechał dłońmi po twarzy. – Następny.
Roześmiałem się.
- Nie wiń mnie! Za dużo czasu spędzam z twoim bratem.
Usiadłem na brzegu jego łóżka i wyszczerzyłem zęby.
- A więc… Rachel. Przemyślenia? Wady, zalety?
Znów jęknął.
- Przysięgam, jakbyście razem z Robertem zawarli przymierze…
- Dziwisz się nam? Poza tym… Trochę mnie to wszystko ciekawi. Rachel jest twoim kompletnym przeciwieństwem i… Czasem ciężko ją lubić, nawet jej przyjaciołom. Zastanawia mnie, jakim cudem…
Ian zamyślił się.
- Wiesz, może właśnie to był mój problem. Umawiałem się z dziewczynami, które były tak miłe, że za każdym razem dziwiłem się, że nie przyjeżdżają do mnie na różowych jednorożcach. Póki co… Ciężko mi cokolwiek powiedzieć o Rachel, ale… Czuję, że jest inna. Nie udaje. Chyba potrzebuję kogoś takiego.
Uśmiechnąłem się.
- Cóż… To mi wystarczy. Nie jestem twoim bratem, nie będę cię męczyć.
- W zasadzie… - również się uśmiechnął. – W jakiś sposób mnie nie męczysz. Lubię z tobą rozmawiać.
- Ja też – westchnąłem wstając. – Co nie zmienia faktu, że muszę znaleźć twojego brata i zamierzam w tym celu przeszukać każdy zakamarek piekła, Nibylandii czy czego tam jeszcze będę musiał.
Roześmiał się.
- Powodzenia.
***
Kiedy już straciłem nadzieję na znalezienie Roberta, niespodziewanie znalazłem go w sali, w której odbywały się próby Warblersów. Siedział przy pianinie wypełniając całe pomieszczenie delikatnymi dźwiękami. Stałem z boku starając się pozostać niezauważonym. Piosenka była bardzo smutna i bardzo nie w stylu Roberta. Zasłuchałem się w jego głos z zaskoczeniem zdając sobie sprawę, że pobrzmiewa w nim nostalgiczna nuta przypominająca barwę głosu Iana. Brzmiał jednak o wiele bardziej delikatnie, co tylko dodawało temu wykonaniu uroku.
As the bell tower blocks the summer light
All the seeds in our garden fight
To break and blossom, all to be adored
And look, your skirt is torn
And there's blood on our sheets
As comes the long arm of the law
Fist tight, banging on the door
And knocking me down on its way in
As I pass out into a dream
Of whooping cranes and wooden beams
Great white wings beating
In an attic, in a house, in the dead of night
Singing
Oh, my Augustine, Augustine
Oh, is this forever, ever?
Oh, oh
Sweet Augustine, Augustine
What does this mean for us?
Does it mean that I can never change my ways?
And that's why, love, you shouldn't stay
Still you will and love me
- Więc jest jakaś Augustine? – zapytałem wychodząc z ukrycia.
Robert obrócił się szybko i spojrzał na mnie ze zdezorientowaniem, jakby kompletnie nie przypominając sobie, kim jestem. Po chwili jednak jakby się otrząsnął - na jego twarzy zawitał uśmiech, jednakże nie sięgnął on oczu.
- Och, Kurt. Nie wiedziałem, że tu jesteś. Jak leci?
Postanowiłem nie komentować faktu, że kompletnie zignorował moje pytanie. Zamiast tego westchnąłem i uśmiechnąłem się lekko.
- Okej, zaczynaj.
- Co mam zacząć?
Uniosłem brwi.
- Żadnych żartów? Żadnego „Jesteście beznadziejni"? „Co wam zabrało tyle czasu"?
Robert patrzył na mnie bezmyślnie.
- Chyba nie nadążam, Kurt.
Spojrzałem na niego z lekkim zakłopotaniem.
- Blaine i ja… - zacząłem.
- Och – w jego oku błysnął znajomy promyk. – Łał. W końcu.
- Jakbyś nie wiedział – roześmiałem się. – Gdzie twój entuzjazm?
- Kurt, po raz setny: nie jestem jasnowidzem. Nie mam też kamer rozstawionych po całym Dalton – powiedział, ale jakby kompletnie mnie nie słuchał. Zrozumiałem, że w zasadzie od początku naszej rozmowy jest kompletnie nieobecny. Przyjrzałem mu się uważniej. Wydawał się bardzo czymś przygnębiony, albo inaczej… zmęczony. Jakby ze wszystkich sił chciał osunąć się na podłogę i zasnąć, ale coś mu w tym przeszkadzało.
- Robert, wszystko w porządku? – zapytałem coraz bardziej zmartwiony.
- Możemy pominąć tę część? – spojrzał na mnie i mimo, że jego wzrok nie spotkał moich oczu, poczułem jak przeszywa moją duszę na wylot. – Nie jestem w nastroju.
Posłałem mu zatroskane spojrzenie.
- Och. W takim razie… Może zostawię cię samego.
Nie zatrzymywał mnie. Kiedy jednak byłem już przy drzwiach, znów się odezwał. Odwróciłem się, on jednak nie patrzył na mnie. Wzrok utkwiony miał w ścianie kompletnie jej jednak nie widząc.
- Czasem mam takie momenty. Czasem. Powiedzmy, że to tak jakby wyczerpywały mi się moje „Zróbmy to!" baterie. Muszę to przeczekać, a wy… Wy musicie to uszanować i nie obrażać się na mnie. Wiedz tylko Kurt, że to nie ma nic wspólnego z tobą czy kimkolwiek innym. Po prostu… czasem potrzebuję być sam, wiesz?
Pokiwałem głową w zamyśleniu. Miałem ochotę jeszcze go o coś zapytać, ale widząc jego przygarbioną sylwetkę, zrezygnowałem.
- W razie co… Wiesz, gdzie mnie szukać – powiedziałem tylko i zgodnie z jego życzeniem, zostawiłem go samego.
***
Blaine leżał na moim łóżku przeglądał piosenki na moim iPodzie opierając się plecami o moje kolana. Lubiłem te momenty, kiedy żadne z nas nic nie mówiło i po prostu mogłem obserwować tak prozaiczne rzeczy jak promienie słońca oświetlające jego idealną twarz, blask włosów i delikatne zmarszczki wokół oczu kiedy uśmiechał się do swoich myśli. Po chwili ciszę przewał jego chichot.
- „Single ladies". Serio?
Stłumiłem jęk.
- Długa historia.
- W takim razie musisz mi ją kiedyś opowiedzieć.
- „Kiedyś" to dobre określenie – powiedziałem uśmiechając się lekko. – Jest zbyt wiele rzeczy, których jeszcze o mnie nie wiesz.
Zapadła cisza.
- Kurt, co jest grane? – zapytał Blaine.
- Hm?
- Jesteś trochę nieobecny. Coś nie tak?
Przygryzłem wargę i wstałem, żeby wyjrzeć przez okno, choć tak naprawdę tego nie potrzebowałem.
- Tylko wszystko zepsuję – powiedziałem w końcu.
Blaine westchnął. Odwróciłem się w jego stronę.
- Jeżeli masz jakiekolwiek wątpliwości… Nie będzie już lepszego momentu.
Zacząłem szarpać rękaw mundurka starając się zapanować nad emocjami.
- Nie uważasz, że… - zacząłem. - To wszystko dzieje się trochę za szybko?
Blaine uniósł brwi.
- Za szybko? – powtórzył.
- Nie zrozum mnie źle – przygryzłem wargę. – Ale… Pomyśl nad tym. Jeszcze tak niedawno prosiłeś mnie, żebym dał temu czas, bo nie chcesz tego zepsuć, nie wspominając już o TAMTYM wieczorze, od którego minął zaledwie tydzień, a ty oczekujesz, że uwierzę, że od tamtej pory tak wiele się zmieniło?
Blaine przez chwilę nic nie mówił, jakby trawiąc wszystko, co powiedziałem. Po chwili przysunął się bliżej i wziął moją twarz w swoje dłonie, nosem przesuwając po moim policzku.
- Właśnie tak – powiedział głosem, który byłby w stanie przekonać mnie do wszystkiego. Nachylił się jeszcze bardziej i już po chwili czułem jedynie te idealną skórę, język, wargi, które rozpaczliwie próbowały zmusić mnie, żebym zapomniał o wszystkim, co przed chwilą powiedziałem. Poczułem na plecach dłoń Blaine'a przyciągającą mnie jeszcze bliżej i przez długi moment byłem przekonany, że wygra. Długi, ale najwyraźniej niewystarczająco. Z trudem się od niego oderwałem.
- Znowu to robisz! Uciekasz!
Próbował znów mnie pocałować, ale odsunąłem się stanowczo. Blaine zacisnął oczy.
- Dlaczego to robisz, Kurt? Nie możesz po prostu… Pozwolić nam być szczęśliwymi? Sam o tym mówiłeś.
Poczułem jak zalewa mnie frustracja.
- Bo nie chcę tego zepsuć przez cholerny pośpiech! – krzyknąłem. – I najwyraźniej jestem jedyną osobą w tym pokoju, którą to wszystko martwi! Oczywiście, że chcę, żebyśmy byli szczęśliwi, Blaine i właśnie dlatego…
- Przestań! – przerwał mi chwytając za nadgarstki. – Kurt, chcę tego! Chcę tego wszystkiego! Jasne, byłem nieco zdezorientowany…
- „Nieco zdezorientowany"? Blaine, UCIEKŁEŚ. Co oznacza, że czegoś się bałeś! I nie wmówisz mi, że tak po prostu, cały ten strach uciekł w ciągu kilku dni! Nie możemy być razem, dopóki nie zorientujemy się, co i jak!
- Chcę z tobą być, Kurt! Po prostu! Jak mam cię przekonać, że nie mam co do tego żadnych wątpliwości? Nie możesz po prostu zamknąć oczu i dać się ponieść?
- Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałbym po prostu dać ci się całować, nie masz pojęcia jak bardzo – żachnąłem się. – To byłoby takie proste! Wciąż robimy te aluzje do głupich filmów, ale wiesz co? Ja nie chcę, żeby moje życie zamieniło się w coś takiego! Nigdy nie byłem w związku, nigdy nie czułem czegoś takiego, co tylko wszystko pogarsza, mam kompletny mętlik w głowie i po prostu… I po prostu chcę, żebyśmy byli szczęśliwi. Chcę, żebyś ty był szczęśliwy.
Ukryłem twarz w dłoniach i siedziałem tak przez dłuższą chwilę. Po chwili poczułem jak oplatają mnie ramiona Blaine'a. Nie miałem siły protestować.
- Już? – wyczułem uśmiech w jego głosie. - Teraz porozmawiamy spokojnie?
Skinąłem głową, ale nic nie powiedziałem. Westchnął.
- Masz rację – odezwał się po chwili. – Obydwaj mieliśmy. Powinniśmy o tym porozmawiać, ale… Czy możesz mnie winić za to, że nie chcę? Próbuję o tym nie myśleć, masz rację mówiąc, że uciekam. Prawda jest taka, że… Nie wiem, co czuję. Wiem tylko tyle, że jestem szczęśliwy i… że ty się do tego przyczyniasz. I wiem, że się boję. A kiedy te dwa uczucia, radość i strach, nakładają się na siebie… Wtedy… Może się zdarzyć, że zrobię coś głupiego i nigdy sobie potem tego nie wybaczę. A nie chcę ci tego zrobić, Kurt.
Trwaliśmy tak przez chwilę w milczeniu.
- Mogę cię o coś spytać?
Skinąłem głową. Blaine się zawahał.
- Po prostu… Wydaje mi się, że nie jestem jedyną osobą, która nagle zmieniła śpiewkę. Powiedziałeś, że chcesz, żebyśmy spróbowali, byli szczęśliwi… A kiedy w końcu nam się to udało, masz wątpliwości i mam dziwne przeczucie, że nie wzięły się znikąd. Więc?
Tym razem ja się zawahałem. Zrobiłem więc jedyną rzecz, która wydała mi się słuszna w tym momencie. Pocałowałem Blaine'a zachłannie, podobnie jak on wcześniej unikając odpowiedzi. Przesunąłem palcem po idealnym zarysie jego szczęki, a następnie wsunąłem dłonie we włosy. Blaine jęknął i oderwał się ode mnie na moment.
- Kurt, uciekasz – powiedział oskarżycielsko.
Roześmiałem się tylko. On również. Nasze usta znów się spotkały, tym razem jednak pocałunek był nieco inny. Sam nie byłem pewien czy podoba mi się kierunek, w którym zmierzaliśmy. Wszystko wydawało się takie perfekcyjne – zapach skóry Blaine'a, jego dłonie, język tak cudownie współgrający z moim. Nagle obydwaj się odsunęliśmy.
- Za szybko – powiedzieliśmy jednocześnie.
Był to dość dobry moment, bo usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Zanim jednak zdążyłem cokolwiek powiedzieć, drzwi uderzyły z hukiem o ścianę i do pokoju wpadł blady jak śmierć Ian. W ręku trzymał telefon. Wyglądał jakby zaraz miał się osunąć na podłogę.
- Robert jest w szpitalu - wydusił tylko.
