Blaine's POV
Jeżeli czegoś nauczyło mnie bycie Warblersem, to z pewnością było to „Im bardziej próbujesz być pewny siebie i odczuwasz presję grupy, tym gorzej radzisz sobie w chwilach stresu." Były to pierwsze słowa, które usłyszałem wstępując do chóru. Do tej pory pamiętam tamten moment, z dokładnością każdego szczegółu. Sądziłem wtedy, że tyczy się to tylko bycia liderem, przewodzenia kimś. Jednakże tak naprawdę dotyczyły one czegoś o wiele więcej niż muzyka. Chodziło również o bycie liderem we własnym życiu.
Obserwowaliśmy jak Ian rozmawia z lekarzem, nie całkiem pewni, co zrobić. Z każdym słowem chłopak wydawał się być coraz mniejszy, jakby stopniowo kurczył się pod wpływem złych wiadomości. Spojrzałem na Kurta. Odkąd przyjechaliśmy do szpitala, nie powiedział ani słowa. Był jeszcze bledszy niż zwykle, wargi miał delikatnie zaciśnięte, ale poza tym jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Ręce zaplótł na piersi, a wzrok utkwiony gdzieś daleko. Po chwili Ian podziękował lekarzowi szybkim skinieniem głowy i podszedł do nas. Kurt momentalnie się ożywił.
- Coś już wiadomo?
Ian usiadł bezwładnie na krześle i przejechał dłonią po twarzy próbując wziąć się w garść.
- Stracił dużo krwi, ma połamane kilka żeber. Generalnie nie wygląda to najlepiej, choć mogło być dużo gorzej… Najgorsze jest to, że nie mogą go wybudzić. Jest w śpiączce, tyle wiem. Nie chcą powiedzieć mi nic więcej, na ten moment nie są niczego pewni.
Zapadła cisza.
- Gdzie dokładnie się rozbił? – zapytał cicho Kurt.
- Niedaleko mostu. Jechał do naszego wujka, który mieszka w pobliżu Dalton… W zasadzie mógł nawet pójść pieszo. Wiedziałem, że tam jedzie, Boże, może gdybym go tam zawiózł…
Kurt westchnął.
- Ian, daj spokój. Jesteś zbyt inteligentny na takie gadki. Doskonale wiesz, że nic nie mogłeś zrobić.
- To niczego nie zmienia. Tak, wiem, że to nie moja wina. Ale czy czuję się przez to lepiej? Nie – przez chwilę zabrakło mu słów. - Powinienem go chronić. A teraz… Teraz czuję się jakbym go zawiódł. Nie tylko jego, zresztą.
Spojrzałem na niego uważnie.
- Dzwoniłeś do rodziców?
Ian roześmiał się gorzko.
- Znasz ich. Mogą minąć miesiące zanim odsłuchają pocztę głosową.
Przez twarzy Kurta przebiegło pytanie, ale najwyraźniej je w sobie zdusił, bo powiedział tylko:
- Zaraz wracam.
Pewnym krokiem podszedł do jednej z pielęgniarek i zaczął rozmowę. Z zaskoczeniem zauważyłem, że znają swoje imiona, zapewne z okresu, o którym Kurt wolał nie wspominać – kiedy to pacjentem tego szpitala był jego ojciec. Wydawał się być taki opanowany i rzeczowy, była to strona Kurta, której dotychczas nie znałem. Zadawał krótkie pytania, co chwila wskazując głową na Iana. Pielęgniarka odpowiadała równie szybko nie przestając uśmiechać się życzliwie. W końcu Kurt podziękował jej posyłając blady uśmiech. Wrócił do nas i przepraszając mnie na moment, zaczął coś tłumaczyć Ianowi. Zostawiłem ich samych. Kupiłem w automacie kawę dla siebie i dla Kurta, po czym usiadłem na jednym z pobliskich krzeseł obserwując z oddali tę dwójkę. Kurt rozmawiał o czymś z Ianem, najwyraźniej dla niego trudnym, bo co chwila przerywał i pocierał dłonią skroń. Ten kiwał tylko głową w zamyśleniu. Pogrążyłem się w rozmyślaniach. Wciąż do końca nie dotarło do mnie, gdzie się znajdujemy, ani co to oznacza. Czułem się tak, jakby ktoś właśnie powiedział mi, że od jutra do Ziemi przestanie docierać słońce. Bo tym był właśnie Robert, naszym małym słońcem. Nie do końca byłem pewien jak poradzimy sobie bez jego światła.
Po dość długim czasie, Kurt poklepał delikatnie Iana po ramieniu i opadł na krzesło obok mnie. Zawahałem się.
- Jak to możliwe… - zacząłem, ale nie pozwolił mi dokończyć.
- Proszę, nic nie mów. I weź mnie za rękę zanim rozpadnę się na kawałki.
Spełniłem jego polecenie przyglądając mu się uważnie. Jednakże nie mogłem pohamować cisnącego się na usta pytania.
- Myślałem, że trzymasz się całkiem dobrze. Wyglądasz tak…
Uśmiechnął się krzywo. Jego wzrok zatrzymał się na chwilkę na Ianie, który siedział przygarbiony ukrywając twarz w dłoniach.
- Ktoś musi.
Przygryzłem wargę. Nie wiedziałem, co powiedzieć.
- Często tu bywałem – powiedział po chwili. – Kiedy tata był chory.
Cały czas obserwował Iana.
- Wiem, jak to jest kogoś stracić. Wiem, jak to jest prawie kogoś stracić. Nie chcę, żeby przechodził przez to samo.
- O tym rozmawialiście?
Pokiwał wolno głową.
- O tym i o kilku innych rzeczach.
Kurt spojrzał na mnie z pustką w oczach szukając jakiejś otuchy w moich. Nie wiedziałem, co zrobić, więc pozwoliłem jego głowie opaść na moje ramię. Nikt nie zwrócił na nas uwagi. Byliśmy w szpitalu – takie rzeczy były najzupełniej normalne. Usłyszałem ciche westchnienie Kurta, kiedy wtulił się we mnie nieco bardziej. Był to jeden z tych momentów, których najbardziej się obawiałem i których obawia się każdy wchodząc w związek. Wiesz, że ktoś na ciebie liczy, ale nie możesz mu pomóc w żaden sposób, czujesz się rozpaczliwie bezradny. Pomyślałem, że Kurt szybko rozczaruje się swoim chłopakiem. On jednak, ku mojemu zaskoczeniu, po prostu chwycił moją dłoń i przymykając oczy powiedział:
- Nie dałbym rady bez ciebie.
***
Kurt's POV
Mijały dni, które jakimś cudem rozdzielałem pomiędzy szpital i naukę. Ian praktycznie nie opuszczał Roberta (Którego stan wciąż pozostawał bez zmian), co oznaczało, że opuszczał szkołę i próby Warblersów. Sam również się na nich nie pojawiałem, wolałem wspierać Iana. Z tego, co słyszałem Blaine wrócił na stanowisko lidera, sam jednak niewiele o tym wspominał. Każdą wolną chwilę spędzał ze mną w szpitalu i były to momenty, kiedy dość niewiele rozmawialiśmy. Jednak wbrew pozorom, nic nie zbliżało nas bardziej jak cisza, podczas której trzymaliśmy się za ręce wzrokiem zapewniając, że wszystko będzie dobrze, nawet jeżeli nie byliśmy tego do końca pewni.
Tamtego czwartkowego wieczoru nie byliśmy jednak w szpitalu. Państwo Dashwood wrócili wcześniej z podróży służbowej, żeby przyjechać do szpitala, jednakże - jak stwierdził Ian kwaśno przez telefon – „najpewniej wyjadą, kiedy tylko dowiedzą się, że sytuacja nie ulega poprawie". Zgodnie z jego przewidywaniami, opuścili synów jeszcze tego samego wieczora. Stwierdziliśmy jednak, że musimy dać Ianowi czas sam na sam z bratem, więc tamtego dnia nie odwiedziliśmy szpitala postanawiając spędzić trochę czasu razem. Blaine zawiadomił rodziców, że nie wróci dzisiaj do domu (Zapewne myśleli, że chodzi o Roberta, bo nie pytali o przyczynę), tak więc całą noc przegadaliśmy o rzeczach bardziej lub mniej ważnych. Potrzebowaliśmy czegoś, żeby zająć czymś myśli. Głównie to ja opowiadałem, Blaine zaś przypatrywał mi się tylko z lekkim uśmiechem na twarzy. Mówiłem mu o dawnych sprawach z McKinley - część z tych historii zresztą już znał, ale nie przerywał mi i słuchał uważnie, jakby słyszał je po raz pierwszy. Tak więc opowiadałem, mu o czasach, kiedy wstąpiłem do drużyny footballowej, kiedy całą grupą wzięliśmy witaminę D, kiedy tak bardzo chciałem zaśpiewać „Defying gravity", kiedy wstąpiłem do drużyny cheerleaderek (Tą częścią historii wydawał się być szczególnie zainteresowany), a w reszcie o tym, jak samotny, a jednocześnie kochany czułem się w New Directions. Niedługo przed wschodem słońca zabrakło nam tematów do rozmów, więc po prostu położyliśmy się na moim łóżku nic nie mówiąc. Wtuliłem się w ciało Blaine'a, pozwalając opaść powiekom. Moja głowa spoczywała na jego piersi unosząc się delikatnie wraz z oddechem. W całej tej sytuacji nie było jednak nic niestosownego, nie było między nami żadnego napięcia. Po prostu był to jeden z tych momentów mówiących „Jestem tu, nigdzie się nie wybieram. Jesteś bezpieczny." Czasem to samo życie reżyseruje te najbanalniejsze sceny. Poczułem jeszcze delikatny pocałunek w szyję i dłoń Blaine'a delikatnie gładzącą mnie po ramieniu i odpłynąłem w nicość.
Kiedy otworzyłem oczy, było już całkowicie jasno. Uśmiechnąłem się lekko widząc Blaine'a leżącego koło mnie z podwiniętą koszulką i włosami w nieładzie. Nie budząc się poprawił niesforny lok opadający niewinnie na jego czoło. Z rozbawieniem pomyślałem, że ta wersja podoba mi się dużo bardziej niż zestawienie „Żel do włosów i mundurek." Powinienem mu to kiedyś powiedzieć.
Po chwili zorientowałem się, co tak naprawdę mnie obudziło. Mój telefon wciąż wibrował na biurku. Wysunąłem się z łóżka ostrożnie, tak, żeby nie obudzić Blaine'a i zerknąłem na ekran. Była to wiadomość od Iana.
„Robert się obudził."
***
Robert wydawał się taki malutki leżąc w białej pościeli. Jego oczy błyszczały nienaturalnie strasząc sinymi kręgami, a zaciśnięte z wysiłku usta nasuwały wrażenie, jakby wiele kosztowało go, żeby utrzymać ich blask.
- Cześć – powiedział słabo. Przez jego twarz przewinął się grymas bólu, który prawdopodobnie miał być uśmiechem. Ian spojrzał na niego z troską.
- Nic nie mów. Leż – powiedział i delikatnie chwycił go za rękę, wcześniej jednak sprawdzając czy aby na pewno go to nie zaboli. Wszystko wydawało się w porządku, więc Ian jakby nieco się odprężył. Robert podjął kolejny wysiłek i postarał się uśmiechnąć, jednakże na marne. Wywrócił więc jedynie oczami. Z palców zaciskających się mocniej wokół kołdry wywnioskowałem, że nawet to musiało go zaboleć.
- Więcej radości widziałem na pogrzebie. Przecież nie umieram, prawda? – powiedział żartobliwym tonem.
Moje serce przyspieszyło. Przez twarz Iana przebiegło tyle emocji, że większości z nich nawet nie umiałem nazwać. Blaine ścisnął mocniej moją dłoń.
- Prawda? – powtórzył głucho Robert.
- Oczywiście, że nie – powiedziałem uśmiechając się najszerzej jak potrafiłem. Blaine również momentalnie zareagował.
- Daj spokój, Robert. Nazywasz nas wszystkich naokoło królami dramatów, a sam odstawiasz nam tu scenę z taniego filmidła.
Robert zacisnął swoje suche jak wiór wargi.
- To nie jest ten moment, w którym wiecie coś, czego ja nie wiem, ale nie chcecie mi o tym powiedzieć, więc odwracacie moją uwagę, prawda?
Tym razem zapadła cisza.
- Nic ci nie będzie – powiedział w końcu Ian.
Robert zacisnął tylko oczy.
- Możecie wyjść? – zwrócił się po chwili do Blaine'a i Iana. – Chcę zostać sam z Kurtem.
Blaine pogładził jeszcze moje palce, po czym nasze dłonie się rozstały. Wychodząc posłał mi zatroskane spojrzenie. Ian ociągał się nieco dłużej, ale w końcu również wyszedł. Kiedy zostaliśmy sami, Robert znów się odezwał.
- Jak źle jest?
Przysiadłem obok niego na łóżku i wziąłem głęboki oddech.
- Straciłeś dużo krwi. Na szczęście sporo osób ma twoją grupę, więc nie stanowiło to wielkiego problemu. Teoretycznie twojemu życiu już nic nie zagraża, ale lekarze zastanawiają się nad przyczyną wypadku.
Robert patrzył na mnie bezmyślnie. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji.
- Skoro nic mi nie będzie, to skąd wasze „Myślę, że dębowa trumna będzie najlepsza" twarze?
Zacisnąłem wargi.
- Jak już mówiłem, lekarze szukają przyczyny twojego wypadku. Istnieją w zasadzie dwie teorie. Pierwsza, straciłeś panowanie nad kierownicą, co może być objawem jakiejś choroby. Rozbiłeś się na tak prostym odcinku drogi, że ciężko uwierzyć w zwykły wypadek.
- A ta druga teoria?
Spojrzałem na niego z powagą i przełknąłem ślinę.
- Druga wersja jest taka, że próbowałeś się zabić.
Zapadła cisza. Nie patrzyłem już na niego, bawiłem się tylko skrawkiem pościeli.
- Kurt. Spójrz na mnie – usłyszałem jego stanowczy głos. Zrozumiałem, że wiele wysiłku kosztowało go nadanie mu mocy. Kiedy uniosłem głowę, zobaczyłem w jego wzroku determinację i dojrzałość, jakiej nie widziałem nigdy wcześniej.
- Posłuchaj mnie uważnie. Nigdy, przenigdy bym tego nie zrobił. Rozumiesz? Nigdy. Nie po tym, co zrobił Dean.
Zrozumiałem, że musiało mu chodzić o jego przyjaciela, tego, który popełnił samobójstwo. Nieśmiało chwyciłem dłoń Roberta. Zacisnął oczy starając się zatrzymać łzy, jednakże kilka bezsilnych kropli mu się wymknęło.
- Nie mógłbym wam tego zrobić… Nie mógłbym…
- Nie musisz się tłumaczyć – uśmiechnąłem się słabo. – Wierzę ci.
Robert obserwował przez chwilę nasze złączone dłonie. Przez chmury przebiły się promienie słońca oświetlając jego skórę niewiele ciemniejszą od śnieżnobiałej pościeli. Uśmiechnął się blado widząc to.
- Zaśpiewałbyś mi coś?
Zamrugałem.
- Tutaj? Teraz?
Wywrócił oczami.
- Nie. Na estradzie.
- Da się załatwić.
Robert roześmiał się cicho zapominając o połamanych żebrach. Krzyknął z bólu. Był to jeden z najbardziej przerażających dźwięków, jakie słyszałem w życiu. Zapytałem szybko czy zawołać pielęgniarkę, ale Robert pokręcił tylko głową zaciskając zęby.
- Dam radę. Jak zacznę umierać, mrugnę dwa razy.
- To nie jest śmieszne – powiedziałem cicho.
- Szkoda. Bo miało być – westchnął. Jego oddech wciąż był nieco urywany – To jak? Zaśpiewasz?
Uśmiechnąłem się mimowolnie. Ostatnio wiele osób mnie o to prosiło.
- Jakieś specjalne życzenie?
- Nie wiem. Coś ładnego – powiedział sennym tonem. Pomyślałem, że w końcu leki musiały zacząć działać. Wybrałem więc coś, co nie pomoże mu w oparciu się Morfeuszowi. Zaśpiewałem cicho:
What would you do if I sang out of tune
Would you stand up and walk out on me
Lend me your ears and I'll sing you a song
and I'll try not to sing out of key
Robert uśmiechnął się zamykając powieki.
I get by with a little help from my friends
I get high with a little help from my friends
Gonna try with a little help from my friends
Poczułem jak uścisk Roberta słabnie z każdym słowem. Uśmiechnąłem się do siebie lekko. Potrzebował wypoczynku. Nie przestałem jednak śpiewać.
What do I do when my love is away
Does it worry you to be alone
How do you feel by the end of the day
Are you sad because you're on your own
Robert oddychał spokojnie. Przerwałem piosenkę. Misja spełniona. Zacisnąłem oczy i wziąłem głęboki oddech. Delektowałem się ciszą starając się nie myśleć o tym, gdzie i dlaczego się znajduję. Po chwili usłyszałem przy uchu znajomy głos cicho nucący porzuconą przeze mnie melodię.
- Would you believe in a love at first sight? – Blaine pocałował mnie delikatnie w czubek głowy.
- Yes, I'm certain that it happens all the time – odpowiedziałem ściszając głos jeszcze bardziej niż on. Wiedziałem, że się uśmiecha. Poczułem jak jego ramiona oplatają się wokół mojej talii zmuszając do wstania.
- Chodź – powiedział. – Jutro też jest dzień.
