- Nudzę się!
Robert próbował wstać mając przy tym minę upartego trzy latka, jednakże szybko został powstrzymany przez Iana.
- Masz leżeć, zapomniałeś? – powiedział rzucając mu ostrzegawcze spojrzenie. Robert naburmuszony opadł na poduszki i zaplótł ręce na piersi.
- Nawet nie wiem, po co mnie tu trzymają. Czuję się świetnie!
- Tak? A jak czułeś się tego dnia, kiedy miałeś wypadek?
- Zaraz tobie przydarzy się wypadek – burknął.
Widząc, że Ian ma zamiar się odgryźć, przerwałem im szybko.
- Daj spokój. Jestem pewien, że długo nie będą cię tu trzymać. A ty – wskazałem palcem na Iana – przydaj się na coś i znajdź mi Blaine'a. Nie mam pojęcia, gdzie przepadł z tą kawą.
Posłał mi ciężkie spojrzenie mamrocząc coś o niewolnictwie i trzymaniu na smyczy, ale posłusznie wstał i wyszedł z sali. Robert odetchnął z ulgą.
- Dzięki. Doprowadza mnie do szału.
Westchnąłem.
- Martwi się o ciebie. Jak my wszyscy.
- Właśnie to mam na myśli – Robert zapadł się jakby odrobinę w pościeli. – Nie chcę, żebyście się o mnie martwili.
Spojrzał w kierunku ogromnego okna, przez które widać było piękne błękitne niebo, tak rzadkie w ostatnich miesiącach. Przyjrzałem mu się uważniej. Mimo tego, że zapewniał, iż czuje się świetnie, wciąż był bardzo blady. Nie mówił tego, ale widać było, że nie sypia wiele.
Był to jeden z nielicznych momentów, kiedy Robert tak po prostu leżał w swojej sali, ponieważ lekarze wciąż przypominali sobie o dodatkowych badaniach, jakie można by było mu zrobić. Potrafili całe dnie maglować go, żeby sprawdzić czy aby na pewno niczego przed nimi nie ukrywa, co przyjmował z mniejszą lub większą cierpliwością. Mimo tego, wciąż nic nie było wiadomo. Zaczynaliśmy mieć nadzieję, że wszystko skończy się dobrze, a wszystko to było po prostu wypadkiem.
Robert potarł swoje posiniałe powieki i spojrzał na mnie jasnymi oczami.
- Kurt… chciałbym o czymś z tobą porozmawiać. Nie wiem tylko czy…
Zawahał się. Posłałem mu za zachęcający uśmiech, który chyba pomógł, bo już po chwili znowu zaczął.
- Jeżeli coś mi się stanie…
Otworzyłem usta, ale przewidując moją reakcję natychmiast dodał:
- A obydwaj wiemy, że to więcej niż prawdopodobne… Chcę, żebyś coś dla mnie zrobił.
- Na litość boską, Robert. Nie uważasz, że trochę za wcześnie na testament? Za chwilę zaczniesz odgrywać ostatnie minuty „Titanica."
- „Boską"? Myślałem, że nie wierzysz w Boga – przez jego twarz przeszedł słaby uśmiech.
- Nie zmieniaj tematu.
Westchnął.
- W każdym razie… Nie będę cię prosił o żadne opiekowanie się Ianem czy przekazanie komuś tego i tego… Choć w zasadzie chcę coś przekazać. Ale tylko tobie.
Zamrugałem.
- Powiedz Ianowi, żeby opowiedział ci historię Alana. Proszę. To bardzo ważne. Kiedy to zrobi, przyjdź do mnie. Coś ci przekażę.
Zmarszczyłem brwi.
- Dlaczego do cholery ta historia jest tak ważna?
Robert pokręcił głową.
- Historia nie jest ważna. Ludzie przejmują się nią tylko dlatego, że… Cóż. Są ludźmi. Lubimy plotki. A myślenie o kimś źle leży w naszej naturze. Dlatego właśnie masz przyjść do mnie. To będzie… moja łabędzia pieśń. Widzisz, zrobiłem wiele złego, Kurt. Może kiedyś ci o tym opowiem. Chcę zrobić coś dobrego dla odmiany. Powiem tylko tyle, że… Mogę być człowiekiem, ale mimo wszystko wolę znajdować w ludziach te jasne strony. Jakkolwiek banalnie to zabrzmiało. Może po prostu jestem nieco inny niż wszyscy.
Uśmiechnąłem się lekko.
- To dlatego, że tak naprawdę jesteś aniołem.
Robert wywrócił oczami.
- Powiedział ateista.
- Mówię serio – zamyśliłem się. – Jeżeli mam coś wierzyć, to właśnie w to. Że istnieją ludzie-anioły.
Robert posłał mi najpiękniejszy ze swoich uśmiechów, a może po prostu tak mi się wydawało, bo z pewnością był najszerszy, jaki widziałem w ostatnich dniach. Bez słowa położyłem się obok niego na łóżku obejmując go ramionami. Starałem się zrobić to najostrożniej jak umiałem wiedząc, że wciąż jest obolały. Spodziewałem się jakiś protestów z jego strony, ale on roześmiał się tylko.
- Nie wiedziałem, że tak lubisz się przytulać.
- Bo nie lubię. Ale wszystko zależy od osoby.
Robert posłał mi podejrzliwe spojrzenie.
- Kurt, czy ty mnie podrywasz?
Zachichotałem.
- Może trochę.
Robert wydął usta.
- Powiem twojemu chłopakowi.
- Och, jestem pewien, że nie ma nic przeciwko. Zresztą odrobina zazdrości dobrze mu zrobi.
- Hej! – do pokoju wszedł Blaine niosąc kawę. Tuż za nim wlókł się Ian. – Ledwie zostaliśmy parą, a ty już planujesz zdradę?
Robert zrobił nieszczęśliwą minę.
- Blaine, twój chłopak mnie molestuje!
- Kurt, trzymaj ręce przy sobie!
- Nic nie poradzę – roześmiałem się. – Najwyraźniej w Dalton jest zbyt wielu… godnych zainteresowania chłopaków.
- Masz na myśli „Z fajnymi tyłkami"? – zapytał niewinnie Robert.
Zaczerwieniłem się lekko, co wywołało niekontrolowany atak wesołości u Roberta i lekki uśmiech u Blaine'a. Zbawienie przyniósł mi dzwoniący telefon. Zerknąłem na wyświetlacz. Rachel? Czego mogła chcieć?
- Przepraszam na chwilę – rzuciłem i wyszedłem z sali, żeby odebrać.
- Na pewno jeden z jego licznych kochanków – usłyszałem głos Roberta, a potem jeszcze cichy trzask, „Ał, jestem chory, pamiętasz?" i czyjś śmiech. Wzniosłem oczy ku niebu i pokręciłem głową wzdychając. Odebrałem telefon.
- Tak?
- Cześć, Kurt. Możesz rozmawiać? – nawet nie zdążyłem odpowiedzieć. - Nieważne, nie obchodzi mnie to. Potrzebuję twojej rady.
- Czyżby nadszedł ten cudowny moment, kiedy to Rachel Berry pozwoli mi spalić swoją szafę ówcześnie przeprowadziwszy na niej egzorcyzmy? Wiesz, nigdy nie wiadomo czy ich mściwe duszyczki nie przyjdą szukać zemsty.
Zignorowała moją uwagę.
- Chodzi o Iana. Próbuję się z nim skontaktować od jakiegoś czasu. Nie wiesz co się z nim dzieje?
Och, Rachel.
- Ma pewne… problemy – odezwałem się po chwili. - Jego brat miał wypadek, pewnie nie chciał ci mówić. Wiesz, na tę chwilę nie wie nawet, gdzie prawo, a gdzie lewo, nic dziwnego, że…
- Och – jej głos trochę przygasł. – Rozumiem. Cóż, powinnam się przyzwyczaić. Nie sądziłam wprawdzie, że tak mało cenisz naszą przyjaźń, ale…
- O czym ty do cholery mówisz? – tym razem to ja jej przerwałem.
- Nie udawaj. Kazał ci to powiedzieć, na wypadek gdybym dzwoniła. Widać jestem tak uciążliwa…
- Rachel, Ian nie jest taki! Nie rozmawiam z nim o tobie, zresztą, nigdy by mnie o coś takiego nie poprosił.
Po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza.
- Jego brat naprawdę jest w szpitalu?
- Mhm.
Znów cisza.
- O Boże. Te wszystkie wiadomości, które mu zostawiłam… Muszę kończyć.
- Hej, czekaj, czekaj. Skoro już dzwonisz… Chciałabyś się spotkać? Ostatnie dni były ciężkie dla nas wszystkich i chyba muszę odreagować.
Wiedziałem, że Rachel się uśmiecha.
- Pidżama party u mnie w domu. Ty, ja, Mercedes. Porozmawiamy.
***
Mimo mojego oporu („Może cię to zaskoczy, ale mam prawo jazdy"), Blaine uparł się, żeby podwieźć mnie pod dom Rachel. Jednakże rozstanie przyszło mu dużo trudniej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
- Blaine, muszę już iść – jęknąłem.
- Mhm – mruknął tylko nie przestając mnie całować. Kiedy przerwał na moment, mimowolnie przyciągnąłem go za krawat mało nie tracąc przy tym równowagi. Przytrzymał mnie kładąc ręce na moich biodrach, co sprawiło, że podskoczyłem lekko, jednakże się nie odsunąłem. Pocałowałem go nieco gwałtowniej niż do tej pory przesuwając dłońmi po jego szyi i ramionach.
Blaine zachichotał.
- Już jesteś spóźniony – wymruczał mi do ucha.
-…a twoje serce pęka z żalu – wywróciłem oczami. – Zepsułeś moment.
- Skoro tak uważasz…
W momencie, kiedy zastanawiałem się czy możliwe jest, że ktoś wyrzeźbił wargi Blaine'a w taki sposób, żeby dokładnie odpowiadały moim, brutalnie nam przerwano. Rachel otworzyła drzwi uśmiechając się szeroko.
- Zamierzasz wejść do środka czy… łoł – zamrugała kilkakrotnie.
Mercedes również wyjrzała z ciekawością zza drzwi i podobnie jak Rachel zaniemówiła. Niechętnie oderwałem się od Blaine'a, którego mina graniczyła gdzieś między zażenowaniem, a rozbawieniem. Zapadła niezręczna cisza.
- Cóż… - zaczęła Rachel. – Chyba naprawdę dużo nas ominęło.
- I chyba ktoś ma dużo do opowiadania – Mercedes posłała mi urażone spojrzenie kręcąc głową z dezaprobatą, choć na jej twarzy widniał cień uśmiechu.
Blaine roześmiał się tylko i pocałował mnie w czoło.
- W takim razie, baw się dobrze.
- I wtedy Blaine zostawił swojego chłopaka wściekłym przyjaciółkom na pożarcie – mruknąłem ponuro.
- Sam tego chciałeś – powiedziała jednocześnie cała trójka. Wymruczałem pod nosem coś o pięknie przyjaźni, ale był to jedyny komentarz z mojej strony. Blaine pomachał mi jeszcze na pożegnanie po czym odjechał. Dziewczyny patrzyły na mnie wzrokiem mówiącym „Łatwo się z tego nie wywiniesz." Po czym ku mojemu zaskoczeniu zaczęły piszczeć i przytulać mnie krzycząc jedna przed drugą.
- O mój Boże, Kurt, nawet nie wiesz jak się cieszę!
- Jak mogłeś nam nie powiedzieć, Jezu, nieistotne, ważne, że w końcu nabraliście rozumu!
- Nie wierzę, nie wierzę! Co, jak, gdzie, kiedy, opowiadaj!
Roześmiałem się.
- Czasem sam w to nie wierzę…
***
Opowiedzenie całej historii zajęło mi sporo czasu, głównie przez nieustannie przerywającą mi Rachel, która wtrącała, co chwila coś o niej i Finnie („Nie żebym jeszcze o niego dbała! Umawiam się teraz z kimś innym!") oraz co by zrobiła będąc na moim miejscu. W końcu przestała, dzięki Mercedes, która zagroziła, że przyniesie knebel i kawałek sznura i przywiąże ją do krzesła, jeżeli się nie zamknie.
Kiedy skończyłem opowiadać, Rachel uśmiechała się lekko, a Mercedes miała nieobecny wyraz twarzy.
- Kurt, nawet nie wiesz jak się cieszę – Rachel położyła rękę na mojej dłoni i posłała mi jeszcze szerszy uśmiech. – O ile weźmiesz do serca słowa egocentrycznej jedynaczki.
- Wiesz, całkiem lubię tę egocentryczną jedynaczkę – powiedziałem, ale mój wzrok pozostał skupiony na Mercedes. Przewróciłem łokciem szklakiem wylewając wodę na łóżko Rachel.
- Och! Przepraszam! Pójdę szybko po… - zacząłem.
- Daj spokój. Ja pójdę – Rachel wybiegła z pokoju. Po chwili usłyszałem jak szybko zbiega na dół. Nie miałem wiele czasu. Usiadłem bliżej Mercedes i objąłem ją ramieniem.
- Musimy porozmawiać w cztery oczy. Coś jest nie tak, prawda?
Przygryzła wargę.
- Źle to rozumiesz. Widzę po twoim wyrazie twarzy.
- Nie oceniam cię – uśmiechnąłem się lekko. – Chcę tylko wiedzieć, dlaczego jesteś przybita.
Mercedes wzięła głęboki oddech i spojrzała na mnie niepewnie:
- Widzisz, Kurt… To nie tak, że jestem zazdrosna, przecież wiesz jak kibicuję tobie i Blaine'owi. Dbam o twoje życie uczuciowe bardziej niż o własne. I wierz mi, nie ma osoby, która bardziej cieszyłaby się z twojego szczęścia niż ja. Ale choćbym chciała, nie umiem powstrzymać tej myśli, że… wasza dwójka, ty i Rachel macie kwitnące życie uczuciowe, a ja… Ja nie mam nic.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Jedną z tych rzeczy charakterystycznych dla naszej przyjaźni było to, że tak naprawdę nie musiałem. Jednakże Mercedes zawsze wiedziała, co powiedzieć. Nie chciałem jej zawieść.
- Kiedyś powiedziałeś mi, że próbuję sobie zastąpić tobą chłopaka – kontynuowała. - I może masz rację. Może. Ale co to zmienia? Cudownie jest mówić „Znajdziesz kogoś", kiedy samemu już się to zrobiło, ale… Pamiętasz Kurt jak to było, zanim poznałeś Blaine'a? Kiedy ciężko było ci uwierzyć, że gdzieś tam może czekać na ciebie szczęście? Widzisz, zawsze radziłam sobie z tym lepiej od ciebie, ale… Te opowieści Rachel o niej i Finnie, potem o Ianie, a teraz ty i Blaine… Nigdy nie byłam tak szczęśliwa. Ale jednocześnie… Też chciałabym mieć, co opowiadać.
Otworzyłem usta, ale ktoś mi przerwał.
- Przepraszam – usłyszałem dobiegający zza moich pleców głos. Obróciliśmy się. Rachel stała w progu z ręcznikiem w dłoni. Po chwili podeszła do Mercedes i przytuliła ją mocno.
- Nie miałam pojęcia, że tak się czujesz. Samo to czyni mnie najgorszą przyjaciółką, a jednocześnie największą egocentryczką na świecie. Powinnam bardziej zastanawiać się nad tym, co mówię, wiedząc, że mogę zranić innych. Ale przede wszystkim, powinnam być przy tobie, co zarówno ja, jak i Kurt ostatnio zaniedbaliśmy. Jesteśmy ci winni przeprosiny.
Miała rację, dlatego nie miałem nic przeciwko, że zwraca się zarówno w swoim, jak i w moim imieniu. Przez chwilę nasza trójka przytulała się trwając tak w milczeniu. Nagle Rachel podskoczyła i uśmiechnęła się szeroko.
- Mam cudowny pomysł! Co powiecie na mały koncert?
Obydwoje wywróciliśmy oczami.
- Naprawdę Rachel? W tym momencie? – jęknęła Mercedes. Rachel zignorowała nasz entuzjazm i pociągnęła za ręce na dół. W pomieszczeniu, do którego nas zabrała stało coś na kształt niewielkiej sceny. Wymieniłem z Mercedes spojrzenie i obydwoje stłumiliśmy śmiech. Rachel wydawała się tego nie zauważać.
- Nie mam wprawdzie trzech mikrofonów, ale… Jakoś damy sobie radę. Co powiecie na Broadway?
Uśmiechnąłem się.
- Brzmi świetnie.
Mercedes nie odpowiedziała, ale na jej twarzy również pojawił się lekki uśmiech.
Po chwili w całym pokoju rozbrzmiała muzyka. Uśmiechnąłem się do siebie. Nie zdziwiło mnie, że Rachel zdecydowała się na „West side story". Zaczęła śpiewać uśmiechając się szeroko do Mercedes.
I feel pretty
Oh so pretty
I feel pretty and witty and gay
Słysząc Rachel śpiewającą tę linijkę obydwoje parsknęliśmy śmiechem. Ona zaś chwyciła Mercedes za rękę i podsunęła jej drugi mikrofon. Ta jedna pokręciła głową wciąż się śmiejąc. Po chwili jednak zaśpiewała:
And I pity
Any girl who isn't me today
I feel charming
Oh so charming
It's alarming how charming I feel
And so pretty
That I hardly can believe I'm real
See the pretty girl in that mirror there?
Who can that attractive girl be?
Such a pretty face
Such a pretty dress
Such a pretty smile
Such a pretty me!
Mercedes podsunęła mi mikrofon. Szybko przypomniałem sobie tekst tak znanej mi piosenki i zaśpiewałem:
I feel stunning and entrancing
Feel like running
And dancing for joy
For I'm loved
By a pretty wonderful boy
Trzy głosy zbiegły się w jeden. Prawdopodobnie słyszała nas cała okolica, ale żadne z nas już o to nie dbało. Tańczyliśmy naokoło siebie śpiewając:
I feel pretty
Oh so pretty
That the city should give me its key
A committee should be organized
To honour me
I feel dizzy
I feel sunny
I feel fizzy and funny and fine
And so pretty
Miss America can just resign
See the pretty girl in that mirror there
Who can that attractive girl be?
***
Mercedes i Rachel już spały, ale ja wciąż nie mogłem zmrużyć oka. Myślałem o ostatnich dniach, jak wiele się zmieniło, ale przede wszystkim o dzisiejszych słowach Mercedes. Poczułem napływ wyrzutów sumienia. Blaine i Dalton sprawiali, że kompletnie zapominałem o dawnym życiu w McKinley.
- Kurt, śpisz? – usłyszałem głos Rachel.
- Nie – odpowiedziałem. – Mów trochę ciszej, obudzisz Mercedes.
Rachel posłusznie zniżyła swój głos do szeptu.
- Nie sądziłam, że tak kiepsko się trzyma – powiedziała.
- Ja też nie.
Zapadła cisza. Wsłuchiwałem się w oddech Mercedes i miałem zamiar również spróbować zasnąć, kiedy coś przyszło mi do głowy.
- Mogę cię o coś zapytać? Tylko się nie obraź.
Przez chwilę myślałem, że Rachel również zasnęła, ale po chwili usłyszałem jej szept.
- Pytaj.
- Więc… Ty i Ian.
- Oho – mruknęła.
Westchnąłem.
- Chciałbym wiedzieć…
-…w jaki sposób ze mną wytrzymuje?
Przygryzłem wargę.
- Cóż… Tak.
- Jego powinieneś spytać. Czasem sama tego nie rozumiem. To znaczy… Jestem jego kompletnym przeciwieństwem. Słuchamy innej muzyki, lubimy inne filmy. Ja non stop gadam o sobie, a on… A on jest sobą i… w zasadzie nie oczekuję, żeby był nikim więcej. Wiesz, chciałabym, żeby mnie zmienił. Choć trochę. Na tyle, żebyście nie musieli zastanawiać się, co taki chłopak jak on robi z dziewczyną taką jak ja. Bo to nie tak, że ja nie wiem o swoich wadach, Kurt. Po prostu… Nic nie mogę na nie poradzić, a może po prostu nie chcę.
- Nie chcę, żebyś się zmieniała.
Zapadła cisza. W ciemności nie mogłem widzieć twarzy Rachel, ale instynktownie wyczułem, że się uśmiecha. Przez chwilę rozmyślałem nad jej słowami.
- Nie wykorzystujesz go, żeby zapomnieć o Finnie, prawda? – zapytałem cicho.
Nie odpowiedziała. Może nie chciała, a może po prostu już spała. Patrzyłem na zarys księżyca za oknem i poczułem jak stopniowo moje powieki zaczynają opadać.
Byłem ciekaw czy Robertowi udało się tym razem zasnąć.
***
Następny wieczór spędziłem z Blainem, choć wbrew temu, co mogłoby się wydawać, nie miało to nic wspólnego z jakąkolwiek rozrywką. Była to niedziela i musiałem przygotować się na poniedziałkowe lekcje. Blaine wykazywał anielską cierpliwość tłumacząc mi jakieś skomplikowane matematyczne zadania, z których treści rozumiałem jedynie spójniki. Kiedy jakimś cudem udało nam się przebrnąć przez dwa pierwsze, Blaine wskazał mi następne.
- To wciąż jest po angielsku? – jęknąłem.
- Nie marudź, to naprawdę nie takie trudne. Po prostu musisz się skupić.
- Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, zważywszy, że siedzisz tuż obok – zatrzepotałem rzęsami. - Może by tak…
Blaine wywrócił oczami.
- Nawet nie próbuj.
Po jakiejś godzinie udało nam się zrobić wszystko. Zastanawiałem się kto był bardziej wykończony – ja wytężaniem umysłu, czy Blaine znoszeniem mojego narzekania. Prawdopodobnie to drugie, ale wiedziałem, że nigdy by tego nie przyznał, choć zapewne tak było.
Zrzuciłem z łóżka papiery i podręczniki i przeciągnąłem się leniwie. Blaine obserwował mnie uśmiechając się lekko. Było jeszcze dość wcześnie, ale widziałem jak bardzo kleją mu się powieki. Położył głowę na moim ramieniu i westchnął cicho.
- Jestem aż taki uciążliwy?
Roześmiał się cicho.
- To nie to. Po prostu, nie najlepiej dzisiaj spałem.
Nie ty jeden.
- Szkoda, że po prostu nie możesz tu zostać – wymruczałem również przymykając powieki.
- Nie widzę żadnych przeszkód, o ile nie wyrzucisz mnie za próg – Blaine uśmiechnął się lekko.
Zmarszczyłem brwi.
- Twoi rodzice nie mają nic przeciwko? Co im powiedziałeś?
- Prawdę – uśmiechnął się.
- Prawdę?
Blaine zawahał się. Jego ciemne oczy spotkały moje mówiąc dużo więcej niż słowa. Delikatnie wziął mnie za rękę.
- Wiem, że to wszystko jest dla ciebie nowe i dlatego nie chcę przyspieszać pewnych spraw, ale wczorajszy wieczór uświadomił mi, że nieświadomie ukrywamy nas przed światem. Albo inaczej. Wszyscy widzą jak trzymamy się za ręce, patrzymy sobie w oczy… Ale jednocześnie staramy się utrzymać to wszystko w tajemnicy przed bliskimi. Rozumiesz, co mam na myśli?
Pokiwałem głową w zamyśleniu. Blaine miał rację. Powinniśmy coś zmienić.
- Jeżeli jednak…
- Nie – przerwałem mu. – Nie chcę żadnego „Jeśli". Wahanie mamy za sobą.
Blaine uśmiechnął się lekko i oparł się o moją pierś powoli zasypiając. Usłyszałem jeszcze jego głos tak cichy, że oddychając zbyt głośno mógłbym tego nie usłyszeć.
- Nie obraź się, ale nawet twój głos nie umie zaśpiewać tak pięknej piosenki jak serce. Chciałbym tak po prostu nagrać to na iPoda i słuchać do końca życia. Przepraszam za ten mdły, romantyczny tekst, ale nie mogę się powstrzymać. Możesz mnie nazwać beznadziejnym romantykiem.
Stłumiłem śmiech.
- Po co ci iPod? Nigdzie się nie wybieram. Możesz słuchać mojego bicia serca do końca życia.
Blaine nie odpowiedział. Myślałem, że zasnął, ale po chwili znów usłyszałem jego niewyraźny głos.
- I kto tu jest beznadziejnym romantykiem – wymamrotał. Dłużej nie potrafił opierać się senności. Patrzyłem jeszcze na jego lekko rozchylone usta i zaciśnięte wokół mojej koszulki dłonie, gładząc go delikatnie po włosach. Pomyślałem, że mamy wiele szczęścia, że jego rodzice darzą go takim zaufaniem. Mogłem sobie wyobrazić reakcję mojego taty na wieść, że zamierzam spędzić noc z moim chłopakiem. Chłopakiem. Zastanawiałem się, co Blaine powiedział swoim rodzicom. A przede wszystkim, co ja zamierzałem powiedzieć moim.
