Do zawodów regionalnych pozostał tydzień. Wbrew temu, co można by oczekiwać, Warblersi nie czekali na to z podekscytowaniem i świadomością, że zrobili wszystko, co mogli, żeby dobrze się przygotować, więc mogą być pewni zwycięstwa. Czasu było niewiele, a wciąż, jedyne czego mogliśmy być pewni, to strojów (Ku mojemu rozczarowaniu), w których będziemy występować.
Główny problem polegał na tym, że główny solista zrezygnował z udziału w zawodach. Ian chodził na zajęcia, ale wciąż odmawiał pojawiania się na próbach Warblersów. Czas ten wolał poświęcić na wizyty u Roberta. W końcu rada zadecydowała o oddaniu solówek w ręce Blaine'a. Spodziewano się, że wywoła to kolejne kłótnie i sprzeciwy, jednakże ku ogólnemu zaskoczeniu ani Charlie, ani Mark nie protestowali. Wszyscy byli zbyt spanikowani, tym bardziej, że nie ustalono jeszcze nawet listy piosenek. Nie pomogły też nagrania występów New Directions z zeszłego roku, które tylko utwierdziły większość chłopaków w przekonaniu o nadchodzącej porażce. Ja sam nie przejmowałem się tak bardzo. Mój umysł zaprzątały inne sprawy.
Jak na przykład wyraz twarzy mojego ojca, kiedy siedziałem naprzeciwko niego z Blainem trzymającym moją rękę.
- Chłopak – powtórzył chyba po raz trzeci, jakby chciał sprawdzić jak to słowo leży mu na języku. – Chłopak. Czegoś tu nie rozumiem. Przez tak długi czas byliście tylko przyjaciółmi, a teraz jesteście… razem?
- Tak się złożyło – poczułem jak uderza we mnie fala gorąca. Blaine wyglądał o wiele spokojniej, uśmiechał się lekko do mojego ojca i Carole, jak każdy dobrze wychowany i chcący zrobić dobre wrażenie młodzieniec. Widząc, że tata potrzebuje chwili, Carole zręcznie przejęła pałeczkę.
- Pamiętam cię z występów Warblersów, Blaine – uśmiechnęła się szeroko. – Kurt nam pokazywał. Cieszę się, że jesteście w jednej drużynie, niedługo zawody, więc możecie się wspierać.
- To prawda – Blaine odpowiedział jeszcze większym uśmiechem. – Ale myślę, że nawet gdyby Kurt był w New Directions, wspierałbym go równie mocno. Jestem wdzięczny losowi, że sprowadził Kurta do Dalton. Szkoda tylko, że w takich okolicznościach.
Prawie go nie słuchałem. Próbowałem przeniknąć twarz taty, ale wyjątkowo nie mogłem odkryć, co kryje się za tym zachmurzonym czołem.
- Używacie zabezpieczenia? – wypalił nagle.
Moje serce prawie stanęło.
- Tato!
- Burt!
- Muszę wiedzieć – wymamrotał jeszcze bardziej czerwony niż ja.
- My… My na razie… Nie rozmawialiśmy, nie myślimy o… - spojrzałem na Blaine'a, w którego oczach kryły się iskierki rozbawienia. Nie zamierzał mi pomóc. – Nie sądzę, żeby…
W końcu Blaine się nade mną ulitował.
- Nie zamierzam wywierać na Kurta żadnego nacisku… w tych sprawach. Jeżeli będzie gotowy, choć równie dobrze ten dzień może nigdy nie nadejść, co zaakceptuję, zamierzam zrobić wszystko, żeby zapewnić mu bezpieczeństwo. Nie sądzę jednak, żeby w najbliżej przyszłości miał się pan o co martwić.
Spojrzałem na niego z podziwem. Nie wiedziałem skąd bierze tyle spokoju i pewności siebie. Jego dłoń zacisnęła się nieco mocniej na mojej. Ojciec wydawał się być nieco uspokojony.
- Jeżeli nie macie nic przeciwko… - zacząłem.
- Och, idźcie, dzieci – Carole uśmiechnęła się przyjaźnie. – Miło było cię lepiej poznać, Blaine. Raz jeszcze dziękuję za kwiaty.
Wstaliśmy niemal równocześnie.
- Cała przyjemność po mojej stronie – powiedział Blaine. Zobaczyłem jeszcze, że rzucił nieco nerwowy uśmiech w stronę mojego ojca, który wydawał się tego nie zauważyć, pogrążony w zamyśleniu.
- Poczekasz na mnie? – zwróciłem się do Blaine'a. – Wiesz, gdzie mam pokój. Muszę chwilę porozmawiać z tatą.
Spojrzał na mnie lekko marszcząc brwi, ale skinął głową. Carole również szybko zrozumiała, o co chodzi, bo udała, że ma coś pilnego do zrobienia w kuchni. Posłałem jej pełen wdzięczności uśmiech. Zostaliśmy sami.
Nieśmiało usiadłem obok ojca na kanapie. Przez chwilę żaden z nas nic nie mówił, cisza nas nie krępowała. W końcu jednak zebrałem myśli i zacząłem nieśmiało.
- Chyba żaden z nas nie spodziewał się, że to się stanie tak szybko.
Cisza.
- Ja wciąż nie mogę uwierzyć – kontynuowałem uśmiechając się do siebie. – Zwłaszcza po tym, co się wydarzyło na początku roku. Nigdy ci tego nie mówiłem, ale nie sądziłem, że znajdę kogoś przed pójściem na studia. Czy… kiedykolwiek.
Zero reakcji.
- Wiem, że minie trochę czasu nim to faktycznie zaakceptujesz, ale…
- Kurt – przerwał mi gwałtownie. – Myślisz, że byłoby łatwiej, gdybyś przyprowadził dziewczynę? Po prostu… Wyglądasz tak szczęśliwie, tak… dorośle. Chciałem dla ciebie tego przez całe życie i jeżeli coś ciężko mi zaakceptować to to, że chyba przegapiłem moment, kiedy dorosłeś tak szybko.
Zobaczyłem, że w jego oczach kryje się z trudem ukrywane wzruszenie. Po kolejnym momencie niezręcznej ciszy, tata poklepał mnie lekko po plecach.
- Blaine wygląda na dobrego chłopaka. Nie zmarnujcie tego.
Posłałem mu uśmiech. Kiedy byłem już przy drzwiach, usłyszałem jeszcze jego nieco łamiący się głos.
- Żałuję, że twoja mama nie mogła go poznać. Zawsze wierzyła, że znajdziesz swojego księcia z bajki, nigdy w to nie wątpiła.
Przygryzłem wargę.
- Myślisz, że wiedziała, że ja…
Tata roześmiał się cicho.
- Kurt, była twoją mamą. Wiedziała, kim jesteś, zanim ty zdałeś sobie z tego sprawę. I… wierz mi, była z ciebie dumna.
Uśmiechnąłem się smutno.
- Chyba masz rację.
Kiedy wychodziłem, usłyszałem jeszcze jego cichy głos.
- W takich momentach jak ten tęsknię za nią najbardziej…
Na schodach minąłem Finna, który skinął mi głową. Miałem już wchodzić do pokoju, ale nagle poczułem jego rękę na ramieniu.
- Masz moment?
- Moment – zaznaczyłem.
- W porządku, to nie potrwa długo. Wiesz, za tydzień są zawody, wszyscy w chórze są nieco zestresowani, nie wiem jak u was… W każdym razie, Brittany i Santana urządzają imprezę w tę sobotę, żeby jakoś nas wszystkich wyluzować.
- I…?
- Chciałbyś przyjść?
Zmarszczyłem brwi i rzuciłem mu podejrzliwe spojrzenie. Coś mi się tu zdecydowanie nie zgadzało.
- Tak po prostu mnie zapraszacie?
Na moment zapadała cisza. Finn przygryzł wargę.
- Burt i Carole nie chcą się zgodzić, o ile nie pójdziesz tam ze mną – przyznał po chwili. – Możesz wziąć ze sobą Blaine'a, jeśli chcesz.
- W porządku – powiedziałem z wahaniem. – Zastanowię się nad tym. Do jutra dam ci odpowiedź.
Finnowi wyraźnie ulżyło i poklepał mnie po ramieniu.
- Dzięki stary.
Odprowadziłem go wzrokiem, pokręciłem głową i wszedłem do pokoju. Blaine oglądał ramki ze zdjęciami stojące na półkach regału. Nie mogłem powstrzymać myśli, że wspaniale wygląda w tych obcisłych jeansach i prostej granatowej koszuli, która była wyjściowa, a jednocześnie nie do końca elegancka. Ulgą było dla mnie, że mój chłopak miał jako takie pojęcie o modzie.
Kiedy usłyszał moje kroki, obrócił się w moją stronę i posłał mi jeden ze swoich pięknych uśmiechów. Moje serce zatrzepotało mocno. Zastanawiałem się czy kiedykolwiek mi się znudzą.
- Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko… - wskazał ruchem ręki na ramki. – Byłem ciekawy.
- W porządku – uśmiechnąłem się i stanąłem obok niego. Ściągnąłem z regału jedno ze zdjęć przedstawiające młodą kobietę uśmiechającą się radośnie w stronę obiektywu.
- To twoja mama – bardziej stwierdził niż zapytał. Skinąłem głową.
- Była piękna – starłem czubkami palców kurz z oprawy ramki. – Żałuję, że nie jestem do niej bardziej podobny.
- Faktycznie, nie jesteś – Blaine uśmiechnął się lekko i pocałował mnie w szyję. – Poza tym, że też jesteś piękny.
Roześmiałem się cicho.
- Mdły romantyzm? Dorośnij, Anderson.
- Jest różnica między mdłym romantycznym komplementem, a stwierdzeniem faktu – odgarnął mi włos z czoła, po czym znów wskazał ruchem głowy na zdjęcie. – Masz jej oczy. W razie, gdybyś wcześniej nie zauważył.
- Ciężko by było – westchnąłem cicho. – Kiedy umarła, przez godziny wpatrywałem się w lustro, żeby znaleźć na mojej twarzy cokolwiek, co by ją przypominało. Tata twierdził, że nic takiego nie znajdę, że wszystko, co odziedziczyłem po mamie to uśmiech i… cały jej charakter. Oczy też nie są podobne. Ale podobno mają ten sam błysk, kiedy się uśmiecham.
Blaine nic nie mówił. Po jego wyrazie twarzy poznałem, że jest zamyślony. Z westchnieniem odstawiłem ramkę na półkę.
- Żałuję, że nie miała okazji cię poznać. Jestem pewien, że pokochałaby cię, prawie równie mocno jak ja.
Po chwili zdałem sobie sprawę, co właściwie powiedziałem. Zaczerwieniłem się po cebulki włosów. Czułem na sobie palący wzrok Blaine'a, ale nie mogłem się zmusić, żeby na niego spojrzeć.
- Kurt, czy ty właśnie… - zaczął.
- Zapomnij – powiedziałem cicho.
Nim zdążyłem się obejrzeć, Blaine całował mnie z pasją, zupełnie tracąc gdzieś swoją zwykłą delikatność. Nie miałem nic przeciwko. Naparłem na niego całym ciałem przyciągając go bliżej za biodra. Kompletnie zapomnieliśmy się w chaotycznych pocałunkach i nieśmiałych ruchach dłoni. Po chwili doszło do mnie, że siedzę na biurku z nogami zaciśniętymi wokół tułowia Blaine'a, którego włosy znajdowały się w kompletnym nieładzie, o koszuli nawet nie wspominając. Kilka guzików było rozpiętych, a mój sweter jakimś cudem wylądował na podłodze i żaden z nas nie miał pojęcia jak doszliśmy do tego momentu.
- Powinniśmy… – zacząłem.
- Tak, za chwilę – wymamrotał. Nasze usta znów się spotkały. Pocałunki stawały się coraz bardziej chaotyczne, jednakże żadnemu z nas nie wydawało się to przeszkadzać. Cały pokój wypełniały ciche westchnienia i mokre odgłosy, jakie wydawały nasze usta po zetknięciu. Mimo, że całowanie Blaine'a było jedną z moich ulubionych i najczęściej wykonywanych ostatnio czynności, do tej pory nie przeżyłem czegoś takiego. Pocałunki były zupełnie inne niż zazwyczaj, szlag trafił delikatność i romantyzm. Język Blaine'a cudownie współgrał z moim, jednakże czułem, że zbliżamy się do czegoś, o czym nie byłem przekonany czy mi się spodoba. Nagle gwałtownie przerwał nam dźwięk otwieranych drzwi. Finn stanął w progu.
- Hej, Kurt, Burt pyta czy… Och.
Obrazek, który zastał musiał być co najmniej szokujący. Zorientowałem się, że jakimś sposobem nie siedzę już na biurku, a leżę na nim z Blainem również praktycznie w pozycji leżącej nad sobą. Dodatkowo, gdzieś przegapiłem moment, kiedy wszystkie guziki jego koszuli zostały rozpięte.
Finn poczerwieniał, wymamrotał coś niezrozumiałego pod nosem i zatrzasnął drzwi. Zarówno ja, jak i Blaine wciąż mieliśmy problem z uspokojeniem oddechów. Zapadła niezręczna cisza, którą po chwili zdecydowałem się przerwać.
- Czy my mieliśmy zamiar…? – zacząłem.
- Chyba nie – powiedział Blaine marszcząc brwi i pomagając mi wstać. – Nie, na pewno nie… prawda?
- Nie, zdecydowanie nie…
Doprowadziliśmy się do porządku czując się coraz bardziej niezręcznie. Wciąż trzęsły mi się ręce, kiedy pomagałem Blaine'owi zapiąć koszulę.
- Moje znajome z New Directions urządzają imprezę w tę sobotę – powiedziałem, żeby zabić ciszę. Przygryzłem wargę sam nie wiedząc, dlaczego jestem tak zestresowany. Przecież był moim chłopakiem. – Chciałbyś pójść ze mną?
Blaine delikatnie chwycił moje rozedrgane ręce i pocałował mnie w czoło.
- Jeżeli tego chcesz.

***
Choć do tej pory usilnie próbuję sobie przypomnieć, niewiele zapamiętałem z nocy imprezy. Nie pamiętam jej początku, mam jedynie blade przebłyski. Była jednak część wieczoru, której nie mogłem zapomnieć, choć usilnie bym chciał.
- Kurt, ostrożnie – Blaine pomógł mi wstać, kiedy przewróciłem się o czyjeś nogi (Prawdopodobnie o własne) i poprawił mi spadającą z ramion bluzkę. Wziął mnie trochę na bok, żebym przestał stwarzać zagrożenie dla reszty gości.
- Blainieee, jesteś takim cudownym chłopakiem – powiedziałem zarzucając mu ramiona na szyję (Trafiłem dopiero za drugim podejściem) i oparłem się policzkiem o czubek jego głowy. – Masz takie śliczne włosy. Jak nie ma nich żelu. Wtedy wyglądasz trochę jak pan Schuester.
Blaine stłumił śmiech.
- Dzięki. Chyba. Twoje włosy też są śliczne.
- Myślisz, że nasze dzieci będą miały takie ładne włosy jak twoje? – spytałem. – Nie chciałbym, żeby odziedziczyły coś po mnie. Choć chyba mam ładne oczy. Tak. Oczy mogą mieć po mnie.
Nie wiedzieć czemu, Blaine spojrzał na mnie dziwnie.
- Kurt, zdajesz sobie sprawę jak to działa, prawda? Nawet gdybym chciał, nie mogę zrobić ci dziecka.
Przysunąłem się nieco bliżej.
- Zawsze możemy próbować. Zacznijmy już teraz.
Blaine nie zareagował, poklepał jedynie energicznie po plecach stojącego obok Pucka, który zachłysnął się słysząc moje ostatnie słowa. Usłyszałem jeszcze jak mruknął na odchodne „A myślałem, że to ja robię się łatwy po pijaku."
- Więc jak? – starałem się, żeby mój głos zabrzmiał zmysłowo, ale chyba mi nie wyszło, bo Blaine wyraźnie tłumił śmiech. – Zabierz mnie na górę. Teraz. Zaraz. Albo jedźmy do ciebie.
Blaine wywrócił oczami i pocałował mnie w czoło.
- Nigdy więcej nie pozwolę ci pić.
Posmutniałem. Przysunąłem się jeszcze bliżej, delikatnie prześlizgując ręką po udzie Blaine'a.
- Nie podobam ci się? – spytałem.
Blaine delikatnie zabrał moją rękę ze swojego kolana i pocałował ją lekko.
- Kurt, nie ma słów, żeby wyrazić… - przerwał gwałtownie przełykając ślinę. – Nieważne. Możemy wrócić do tej rozmowy kiedy indziej?
- Kiedy?
- Kiedy będziesz wiedział, co mówisz.
Westchnąłem.
- Byłbyś o wiele zabawniejszy, gdybyś coś wypił.
- Ktoś musi cię odwieźć do domu. A na Finna bym nie liczył.
Przez moją głowę przeszła ciekawa myśl. Widać odbiło się to na moim wyrazie twarzy, bo Blaine natychmiast zareagował.
- Nie. Mowy nie ma. Nie pozwolę ci się zaciągnąć do pokoju.
Obrażony skrzyżowałem ręce na piersi.
- Sztywniak.
Blaine roześmiał się cicho i pocałował mnie w policzek
- Muszę coś załatwić, wrócę za chwilę. Bądź tak dobry i nie rozkładaj nóg przed pierwszym lepszym chłopakiem.
- Z nas dwóch, to ty bardziej troszczysz się o moje dziewictwo – mruknąłem.
- Nie bądź taki pewien.
Zanim zdążyłem coś powiedzieć, zniknął w tłumie tańczących.

***
Blaine długo nie wracał. Zaczynałem się coraz bardziej nudzić, kiedy nagle poczułem czyjąś dłoń na ramieniu.
- Hej, Kurt – Ian uśmiechnął się lekko.
Przez chwilę zastanawiałem się, co tu robi, w końcu jednak uświadomiłem sobie, że musiał przyjść z Rachel. Przecież byli parą.
- Nie spodziewałem się ciebie tutaj – powiedziałem. – Dobrze się bawisz?
- Och… jest w porządku. Wiesz, Robert zmusił mnie, żebym przyszedł. Powiedział, że jak nie pójdę z Rachel na tę imprezę i nie wyluzuję się przez moment, to powie pielęgniarkom, że nie wolno mnie wpuszczać do sali i… cytuję „Jak umrze, będę sobie do końca życia wyrzucał, że nie byłem wtedy przy nim."
Spojrzałem na niego mrużąc oczy.
- Kłamiesz. Nie bawisz się dobrze.
Westchnął.
- Cóż… Jest powód.
Zmarszczyłem brwi. Ian pokręcił tylko głową, po czym chwycił mnie za ramiona i obrócił trochę na prawo.
- Wciąż nie… - zacząłem. – Och.
Na jednej z kanap leżeli Finn i Rachel, choć byli tak spleceni, że ciężko było rozpoznać, które części ciała należą do kogo. Spojrzałem na Iana, ale nie wydawał się być mocno zraniony, a przynajmniej dobrze to ukrywał. Był bardziej… upokorzony, ale mimo wszystko, nie był zły, ani wściekły. Posłałem mu współczujące spojrzenie. Wzruszył tylko ramionami.
- Moja rola jako zabawki chyba spełniona.
- Przykro mi – powiedziałem cicho.
- Mnie nie – uśmiechnął się lekko. – Ale… chyba już pójdę. Nie ma sensu na to patrzeć.
Chciałem gwałtownie zaprotestować, ale do głowy przyszedł mi lepszy pomysł.
- Chyba wiem jak poprawić ci nastrój. Robert ma rację. Powinieneś nieco wyluzować.
Ian zmarszczył brwi nie rozumiejąc.
- Jesteś zdecydowanie zbyt trzeźwy jak na mój gust – powiedziałem uśmiechając się szeroko.

***
Ian parsknął śmiechem.
- Żartujesz!
- Przysięgam!
- Miałeś strój i… i pompony?
- Cóż, nie byłem taką tradycyjną cheerleaderką. Ale tak, strój miałem. Głównie śpiewałem, czasem jednak zdarzało mi się wykonywać jakieś akrobacje.
Ian pokręcił głową z niedowierzaniem nie przestając się śmiać.
- Blaine o tym wie? – wydusił w końcu.
- Nie powiedziałem mu tyle, ile tobie, ale tak, wie.
- Boję się pytać czy i jak wykorzystaliście twój stary strój…
Trzepnąłem go w głowę ledwo w nią trafiając.
- Bardzo śmieszne, Dashwood.
- Robię co mogę, Hummel.
Westchnąłem.
- Chyba powinienem iść poszukać Blaine'a.
Spróbowałem podnieść się z podłogi, na której siedzieliśmy, ale tylko straciłem równowagę i przewróciłem się na Iana. Przez chwilę żaden z nas się nie ruszał. W końcu obydwaj parsknęliśmy śmiechem, jednakże żaden z nas nie miał siły, żeby się podnieść. Leżeliśmy więc w tej co najmniej dziwnej pozycji, ja położony w poprzek jego tułowia z głową na podłodze, a on próbując przestać się histerycznie śmiać i ściągnąć mnie z siebie – oczywiście żadna z tych czynności mu się nie powiodła. W końcu jakimś nadludzkim wysiłkiem zwlokłem się z niego, jednak nie starczyło mi siły na tyle, żeby się podnieść. Położyłem się więc obok niego, tak, żeby twarzą być w jego stronę. Nagle przestaliśmy się śmiać.
- Nie idziesz po Blaine'a?
- Za chwilę.
Byliśmy blisko. Za blisko. Zdecydowanie za blisko. Byłem zbyt pijany, żeby zrozumieć, co mi w tym nie pasowało. Ta bliskość była co najmniej dziwna, a jednocześnie niekrępująca. Nie mniej jednak, coś mi się nie zgadzało. Kiedy Ian przesunął się nieco bliżej, do mojego mózgu zaczęły docierać jakieś przebłyski zdrowego rozsądku.
Ian chodzi z Rachel.
W porządku, prawdopodobnie czas przeszły. Ale chodził z nią. Nigdy nie miał chłopaka, miał za to sporo dziewczyn. A to znaczy, że jest hetero.
Ian jest hetero.
Prawda?
Ian jest hetero.
Jego wargi były dużo delikatniejsze niż wargi Blaine'a. Kiedy objął dłońmi moją twarz, wydawało mi się to tak niewłaściwe, tak złe, ale jednocześnie nie mogłem się powstrzymać i oddałem pocałunek. Poczułem jak jego dłonie prześlizgują się po moich ramionach delikatnie zsuwając z nich bluzkę. Powinienem go zatrzymać, wiedziałem, że powinienem. Ale och, jego język właśnie spotkał się z moim i wszystko wydawało się tak odległe.
Po chwili Ian znalazł się nade mną, ani na moment nie przestając mnie całować. Nieśmiało przesunąłem dłońmi po jego piersi, czując jak umięśniony jest pod koszulką. Prawie tak umięśniony jak…
Blaine.
Gwałtownie odepchnąłem od siebie Iana i zerwałem się na równe nogi. Cały alkohol jakby wyparował. Nie byłem do końca pewien, co robię, wiedziałem tylko jedno – muszę znaleźć Blaine'a.
Kiedy zorientowałem się, że nie ma go nigdzie w pomieszczeniu, zacząłem wypytywać wszystkich po kolei, czy nie mają pojęcia gdzie się podział. W końcu jakiś chłopak, którego nie znałem nawet z imienia, powiedział mi, że widział kogoś podobnego do Blaine'a wychodzącego na zewnątrz. Nawet nie dziękując pobiegłem schodami, mało z nich nie spadając. Nie zatrzymałem się, dopóki nie poczułem na twarzy rześkiego nocnego powietrza. Kiedy dosłownie wypadłem na zewnątrz, sam nie wiedziałem, czego się spodziewać.
Z pewnością nie Blaine'a siedzącego jak gdyby nigdy nic na ganku.
Wyraźnie nad czymś rozmyślał. Prawdopodobnie usłyszał moje kroki, bo obrócił się w moją stronę i uśmiechnął się słabo.
- Cześć – powiedział po prostu. – Dobrze się bawisz?
- Blaine, ja…
Usiadłem obok niego. Jego uśmiech zrobił się nieco bardziej gorzki, ale nie zniknął.
- Wiem. Widziałem.
Nie był zły. W jego oczach kryło się tylko trochę smutku i… bardzo dużo miłości. Poczułem rozpacz i nienawiść do siebie. Czy to się naprawdę działo? Czy naprawdę to zrobiłem?
- Blaine, wytłumaczę ci – zacząłem pleść bez sensu. – Przysięgam, że…
- Kurt, nie musisz nic mówić – przerwał mi delikatnie. – Nie chcę, żebyś się tłumaczył, ja naprawdę rozumiem.
Patrzyłem na niego bez słów. Po chwili wszystkie emocje uderzyły we mnie z większą gwałtownością niż moje ciało mogło znieść. Nim się obejrzałem, Blaine obejmował mnie lekko, ocierając łzy płynące z moich oczu.
- Przepraszam, przepraszam… - szeptałem, jakbym tymi słowami mógł coś zmienić.
Blaine pocałował mnie w czubek głowy. Przez chwilę żaden z nas nic nie mówił. Nagle usłyszałem jego głos, który sprawił, że moje serce zatrzymało się na moment.
- Może miałeś rację. Być może za bardzo się pospieszyliśmy.
Rozpadłem się na kawałki.
- Porozmawiamy o tym jutro. Chodź. Odwiozę cię do domu.
Nie pamiętam jak tam dotarłem. Nie pamiętam, co powiedział mój ojciec i czy był na mnie zły. Pamiętam tylko, że Blaine praktycznie niósł mnie przez całą drogę od samochodu, bo nie byłem zdolny do jakiegokolwiek ruchu. Pamiętam tylko jego dłoń, delikatnie wyślizgującą się z mojej, kiedy położył mnie do łóżka.