Cześć, tu Blaine Anderson. Chwilowo nie mogę odebrać telefonu. Po usłyszeniu sygnału zostaw wiadomość, na pewno oddzwonię.
Piiiiiip.
Blaine…? Tu Kurt. Musimy porozmawiać. To bardzo ważne… Oddzwoń jak będziesz mógł.
***
Cześć, tu Blaine Anderson. Chwilowo nie mogę odebrać telefonu. Po usłyszeniu sygnału zostaw wiadomość, na pewno oddzwonię.
Piiiiiip.
Cześć, to znowu ja… Blaine, pozwól mi się wytłumaczyć… Błagam… Obiecałeś, że dzisiaj porozmawiamy.
***
Cześć, tu Blaine Anderson. Chwilowo nie mogę odebrać telefonu. Po usłyszeniu sygnału zostaw wiadomość, na pewno oddzwonię.
Piiiiiip.
Blaine, minęły już dwa dni. Nie ma cię w szkole. Proszę, nie unikaj mnie.
***
Cześć, tu Blaine Anderson. Chwilowo nie mogę odebrać telefonu. Po usłyszeniu sygnału zostaw wiadomość, na pewno oddzwonię.
Piiiiiip.
Martwię się o ciebie… Proszę, włącz telefon…
***
Cześć, tu Blaine Anderson. Chwilowo nie mogę odebrać telefonu. Po usłyszeniu sygnału zostaw wiadomość, na pewno oddzwonię.
Piiiiiip.
Blaine, nie zachowuj się jak dziecko… Daj mi szansę…
***
Cześć, tu Blaine Anderson. Chwilowo nie mogę odebrać telefonu. Po usłyszeniu sygnału zostaw wiadomość, na pewno oddzwonię.
Piiiiiip.
Blaine, błagam…
***
Cześć, tu Blaine Ander…
Rozłączyłem się z cichym westchnieniem.
Nie było sensu zostawiać Blaine'owi setnej wiadomości. Gdyby chciał odebrać, odebrałby. Zresztą, łapałem się na tym, że bardziej skupiałem się na słuchaniu głosu Blaine'a, za którym tak tęskniłem, niż faktycznym zostawianiu wiadomości.
Zamknąłem oczy.
Blaine zniknął.
W szkole krążyły plotki, że jego matka zadzwoniła do dyrektora, mówiąc, że Blaine może nie pojawić się na zajęciach.
Wszystko to nie miało dla mnie najmniejszego sensu.
Bowiem Blaine nie zniknąłby bez powodu. Bardzo ważnego powodu. Byłem pewien, że nie była to moja wina, ponieważ Blaine mógł być na mnie zły, mógł być zraniony, ale wiedząc, że jest jedyną szansą Warblersów na wygranie zawodów, nie marnowałby czasu na użalanie się nad sobą.
Nie on.
Westchnąłem ukrywając twarz w dłoniach. „Uspokój się, Kurt", powiedziałem sobie. „To tylko cztery dni. W szkole nie ma go dopiero dwa. Wróci prędzej czy później."
Chwyciłem leżącą na łóżku torbę i wiedząc, że nie dam rady ruszyć pracy domowej, poszedłem do szpitala.
***
Blaine's POV
- Nie obchodzi mnie to! – krzyknąłem odwracając się na pięcie, nie dbając o reakcję jaką wywołam.
- Najwyższy czas, Blaine… - usłyszałem zza pleców błagalny głos matki, ale nie zatrzymałem się. – Proszę, nie zachowuj się jak dziecko…
Zero odzewu. Wbiegłem na górę po schodach i zamknąłem się w pokoju. Nawet stąd słyszałem jeszcze rozmowę rodziców, więc chwyciłem leżącego na biurku laptopa i włączyłem muzykę. Zamknąłem oczy, kiedy z głośników popłynęła cicha melodia. Miałem dość.
What if the storm ends?
And I don't see you
As you are now
Ever again
The perfect halo
Of gold hair and lightning
Sets you off against
The planets last dance
Just for a minute
Muzyka. Coś czego potrzebowałem od tak długiego czasu.
Westchnąłem cicho.
Nigdy nie miałem spięć z rodzicami. Nigdy się tak nie zachowywali.
Nie bolałoby też, gdyby wyjaśnili mi, co tak naprawdę się działo.
Just for a minute the silver-forked sky
Lifts you up like a star that I will follow
But now it's found us like I have a found you
I don't wanna run, just overwhelm me
Otworzyłem oczy.
"Nie", pomyślałem. "Nie będę tu siedzieć, tylko dlatego, że oni mi każą. Muszę się stąd wydostać."
Nawet nie wyłączając muzyki, zbiegłem ze schodów i ignorując nawoływania rodziców, wybiegłem na dwór. Mój dom położony był w pobliżu szkoły, jednakże już za pierwszym zakrętem, poczułem ostre kłucie w boku. Nie zatrzymałem się jednak dopóki nie zobaczyłem znajomych, starych murów.
Nie. Musiałem znaleźć w sobie jeszcze odrobinę siły.
Słaniając się z wyczerpania, pobiegłem w stronę internatu. Pokonałem schody i nim się obejrzałem, stałem przed drzwiami do pokoju Kurta.
Tu zrozumiałem, że zachowałem się jak kretyn.
Co jeśli Kurt nie miał ochoty mnie widzieć? W końcu nie odbierałem jego telefonów przez ostatnie dni, nie pojawiałem się nawet w szkole. Na pewno uważał, że to jego wina.
Co jednak, jeżeli był na mnie zły?
Zawahałem się jeszcze, jednakże w końcu zapukałem do drzwi.
Cisza.
Zmarszczyłem brwi i zapukałem jeszcze raz.
Wciąż nic.
Zamknąłem oczy i oparłem się czołem o drzwi.
„Świetnie", pomyślałem kwaśno.
Musiałem wybrać moment, kiedy Kurta nie było w pokoju.
Ale może to i lepiej…?
Nagle gdzieś w końcu korytarza rozległy się kroki, wyraźnie zbliżające się w moją stronę. Wolno otworzyłem oczy i obróciłem się, mając gdzieś nadzieję, że mój wzrok padnie na Kurta.
Zamiast niego zobaczyłem jednak Iana.
Obydwaj zamarliśmy, mierząc się przez chwilę wzrokiem. Nigdy przedtem nie patrzyliśmy na siebie w ten sposób. Byliśmy przyjaciółmi już tak długi czas. Teraz jednak napięcie zdawało się rozsadzać powietrze, którym oddychaliśmy.
Ian odchrząknął.
- Chciałem zobaczyć się z Kurtem – powiedział niezręcznie. – Czy ty…
- Nie ma go w pokoju – mruknąłem, o wiele chłodniej niż zamierzałem. – Też go szukam.
Chłopak przygryzł wargę.
- Och. To… Ja już chyba pójdę.
Skinąłem głową i sam miałem odejść, kiedy nagle…
- Czekaj.
To ostatnie słowo wymknęło się z moich ust nim w pełni uświadomiłem sobie, że chcę je wypowiedzieć. Ian spojrzał na mnie wyczekująco… i jakby z lekką rezygnacją. Być może spodziewał się, że zamierzam go uderzyć.
- Tak, Blaine?
Na moment opuściłem wzrok szukając słów. Kiedy jednak ponownie go uniosłem, wiedziałem już dokładnie, co chcę powiedzieć.
- Chciałbym ci podziękować.
Oczy Iana rozszerzyły się w szoku.
***
Kurt's POV
-…i wiesz, teraz w zasadzie nie mamy najmniejszej szansy na zawodach – powiedziałem, bawiąc się brzegiem kołdry Roberta. – Straciliśmy trzech…
Robert zmarszczył brwi.
- Trzech? – powtórzył.
- No… - poczerwieniałem lekko. – Ty, Ian i Blaine.
- Blaine?
Widząc moją minę, natychmiast powiedział:
- W porządku, nie muszę wiedzieć.
- Nie, to nie tak, po prostu… - zamilkłem na moment. – Po prostu nikt do końca nie wie, co się z nim dzieje.
Robert posłał mi jedno ze swoich badawczych spojrzeń, ale nie skomentował tego.
- Rozumiem – powiedział tylko.
- W każdym razie, nie mamy naszego solisty. I tak jakby… Nikt nie ma siły zajmować jego miejsca. Zostało parę dni. Niczego już nie zrobimy.
Cisza. Robert wpatrywał się w okno, jakby nagle zobaczył tam coś niezwykle zajmującego.
- Może Blaine wróci – powiedział nieobecnym głosem.
- Chrzanić Blaine'a – westchnąłem i uśmiechnąłem się blado. – Nawet nie zapytałem jak się dzisiaj czujesz.
Chłopak wzruszył ramionami.
- Znudzony. Poirytowany. Zrezygnowany.
- Pytałem o zdrowie – mrugnąłem do niego. – Ale to też dobrze wiedzieć.
Robert westchnął.
- Nie mam pojęcia dlaczego wciąż mnie tu trzymają – burknął. – Ciągle dają mi takie, a takie leki, zabierają na badania, ale niczego mi nie mówią… Tylko cały czas przysyłają tego durnego terapeutę. Ale od dwóch dni nie przychodzi… Chyba się wkurzył jak zapytałem go czy wybrał taki zawód, bo sam ma problemy, których kolebką jest pochrzanione dzieciństwo.
Parsknąłem śmiechem. Robert również lekko się uśmiechnął.
- Myślałem, że rozumie, że to żart… - mruknął. - Tym bardziej, że raczej wygląda mi na takiego, który ma problemy z żoną… Pantoflarz, ta jego baba wydzwania do niego, co dziesięć minut.
Na moment zapadła cisza. Miałem wrażenie, że chłopak coś przede mną ukrywa, ale postanowiłem na nic nie naciskać, wiedząc, że po prostu muszę to uszanować. Patrzyłem na niego przez chwilę, zanim odchrząknąłem i odważyłem się zadać pytanie, które chodziło mi po głowie już od początku wizyty.
- Robert? – zacząłem.
Chłopak zwrócił swoją twarz w moją stronę, jakby trochę powracając do rzeczywistości.
- Hm?
Opuściłem wzrok. Nie wiedząc, co ze sobą zrobić, wstałem i podszedłem do okna. Przez moment zbierałem myśli, zanim w końcu zapytałem:
- Czy Ian mówił ci… co ostatnio się wydarzyło?
Usłyszałem ciche westchnienie.
- Tak, mówił mi.
Przygryzłem wargę.
- I nie jesteś…
- Czekałem aż sam zaczniesz ten temat. Gdybyś nie chciał o tym rozmawiać, nie naciskałbym.
Ukryłem twarz w dłoniach.
- Co ja mam robić, Robert?
- Pieprznąć się w łeb – warknął. - I potem powiedzieć Blaine'owi, żeby zrobić to samo.
Zamrugałem.
- Co proszę?
- Stwarzacie sobie problemy! – nie wytrzymał chłopak, niemal zrywając się z łóżka. – Jeden gorszy od drugiego! Niedługo będziecie jak Sid i Nancy, odejmując ćpanie!
- Robert, ty…
- Nie, ja DOKŁADNIE rozumiem! – krzyknął. – Zdajecie sobie sprawę, ile mieliście szczęścia, że się znaleźliście? Że takie rzeczy nie zdarzają się ot tak, każdego dnia? I robicie wszystko, żeby to spieprzyć!
Na moment zamknął oczy, zanim podjął, już nieco spokojniejszym tonem:
- Jedna rzecz w sprawie związków, z której ludzie nie zdają sobie sprawy: wszystko można wybaczyć. I nie ma takiej rzeczy, która nie mogłaby być naprawiona. Wszystko zależy od pokładu sił i chęci, jakie w to włożymy. Czasami jednak nasze własne ego, nasze frustracje, lęki są silniejsze. Ale czy wtedy możemy mówić o miłości?
Znów przerwał.
- Mogę cię o coś prosić? – zapytał.
- Tak – odpowiedziałem cicho, wciąż zszokowany po tym nagłym wybuchu.
Robert złapał mnie mocno za nadgarstek.
- Pomóż Ianowi. I nie bądź na niego zły. Choć… Nie wydaje mi się, żebyś był.
Była to prawda. Oczywiście, wina była po obydwu stronach. Oczywiście, byłem zły na siebie. I oczywiście, oddałbym wszystko, żeby cofnąć czas.
Ale nie byłem zły na Iana.
Bo cały czas, w mojej głowie kołatało się jedno pytanie.
Dlaczego w ogóle oddałem pocałunek?
Głos Roberta wyrwał mnie z zamyślenia.
- Nie pochwalam tego, co zrobił. Ale jest moim bratem. I zawsze będę po jego stronie.
Pokiwałem głową.
- Rozumiem. Ale… Wspomniałeś o pomocy. W czym mam mu pomóc? Dlaczego ja?
Robert westchnął. Przypominał teraz bardziej tego dawnego siebie, ubolewającego nad głupotą ludzi i ich brakiem zdolności obserwacji. Niemal się uśmiechnąłem.
- Jeżeli jesteś skołowany i nie wiesz jak rozumieć to, co się stało, pomyśl przez chwilę jak on się czuje – odrzekł w końcu. – Zdradza go dziewczyna. On sam całuje chłopaka swojego najlepszego przyjaciela, choć zawsze uważał, że jest hetero. Alkohol alkoholem, ale coś w tym musi być, prawda?
Jego głos załamał się na chwilę.
- Ze mną nie porozmawia. Nie chce mnie stresować. Powiedział mi tylko, co się stało, a kiedy zacząłem dociekać, nagle przypomniał sobie, że miał się uczyć i praktycznie wybiegł z sali.
Zamknął oczy.
- Przepraszam, że tak na ciebie naskoczyłem. Jestem zmęczony.
Uśmiechnąłem się blado i złapałem go za rękę, delikatnie gładząc go po palcach.
- Nic nie szkodzi. Spróbuj się przespać.
Robert spojrzał na mnie. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłem łzy w jego oczach.
- Kurt, nie mogę.
Zamrugałem.
- Co?
- Nie mogę spać – powtórzył Robert. Łzy płynęły już teraz obficie z jego oczu. – Zamykam oczy i odpływam, ale nie mam snów. W ogóle nie odpoczywam. Dlatego wciąż mnie tu trzymają.
- Dlaczego…
- Nie chciałem, żebyście się nade mną użalali. Tylko Ian wie.
- Och, Robert…
Przytuliłem go mocno. Leżeliśmy tak przez minuty, może godziny. Chłopak wciąż szlochał w moje ramię, kiedy ja szeptałem nic nie znaczące słowa pocieszenia. Aż w końcu pielęgniarka przegoniła mnie z pomieszczenia, mówiąc, że Robert musi mieć zrobione kolejne badania.
Kiedy wychodziłem, na jego twarzy nie było już śladu łez.
***
Blaine's POV
- Nie uważam, żeby to był dobry pomysł, Blaine – Ian zmrużył oczy.
- Błagam – powiedziałem zamykając oczy. – Zostaw to wszystko mnie. Jedyne o co cię proszę to…
Ian westchnął z irytacją.
- Zrobię to – przerwał mi. – Jestem ci coś winien. Ale powtarzam… To nie jest dobry pomysł.
- Kurt musi…
- Kurt byłby wściekły, gdyby wiedział, co się święci – Ian zacisnął zęby. – Czasami myślę, że zasługuje na kogoś lepszego niż ty.
Po tych słowach Ian ruszył korytarzem, nie oglądając się za siebie.
***
Kurt's POV
Korytarz był pusty i cichy, jak zawsze.
Zacząłem macać się po kieszeniach szukając klucza do pokoju, kiedy zdałem sobie sprawę, że była to nie do końca właściwa obserwacja.
Pod moimi drzwiami siedział Blaine.
Zamarłem.
- Co tu robisz? – zapytałem.
Chłopak zamrugał, dopiero zauważając moją obecność.
- Chciałem z tobą porozmawiać.
Przez moment patrzyłem na niego, czując jak wiele emocji prześlizguje się przez moje ciało. Przeważały złość i irytacja.
Jak śmiał?
Zniknął na parę dni, nie odbierał moich telefonów, a teraz chciał porozmawiać?
Postanowiłem zostawić to na później.
- W porządku – powiedziałem chłodno i wpuściłem go do pokoju. Blaine powlókł się za mną jak kukła bez życia i usiadł na moim łóżku, podczas gdy ja oparłem się o biurko. Wziąłem głęboki oddech, robiąc, co w mojej mocy, żeby się uspokoić.
- Możemy rozmawiać – powiedziałem, widząc, że Blaine nie ma zamiaru się odezwać.
Chłopak wciąż milczał.
- Więc… Wracasz do szkoły? – spróbowałem znowu.
Blaine skinął głową i w końcu się odezwał:
- Tak. I będę w sobotę na zawodach.
Niezręczna chwila milczenia.
- Wyjaśnisz mi, co się z tobą działo? – zapytałem cicho.
Blaine nie odpowiedział.
- Albo chociaż… Chociaż cokolwiek?
Wciąż cisza.
- Nie wiem czy wiesz, ale rozmowa polega zazwyczaj na….
- Dlaczego Kurt? – przerwał mi nagle.
Zamrugałem. Cała złość uleciała jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
- Dlaczego co, Blaine?
Blaine ukrył twarz w dłoniach.
- Dlaczego nie potrafimy być normalną parą? – wymamrotał ledwo słyszalnie. – Dlaczego nie potrafimy po prostu być razem?
- Blaine, przecież wiesz, że…
Zawahałem się. Nie w takich okolicznościach wypowiadałem w swojej wyobraźni te słowa.
- Przecież wiesz, że wciąż cię kocham – dokończyłem jednak.
Blaine w końcu się obrócił, zaciskając wargi.
- No nie wiem, Kurt. A czy kiedykolwiek mnie kochałeś?
Przez chwilę nie wiedziałem, co powiedzieć, po prostu patrząc na tego nagle wrogiego mi i obcego chłopaka.
- Nie… Nie mówisz poważnie – wydukałem w końcu. – Jak możesz w ogóle…?
- Nie, Kurt – przerwał mi. – Jak ty możesz? Jak ty mogłeś?
Poczułem jak złość i panika uderzają mnie w żyły jednocześnie.
- Blaine, przecież wiesz, że nad sobą nie panowałem! – wyrzuciłem z siebie, jakby w przekonaniu, że jeżeli powiem to wystarczająco szybko, świat nagle nie przestanie się walić. – Daj mi szansę… Powiedziałeś, że porozmawiamy!
- Rozmawiamy, Kurt.
- Nie – wyszeptałem zamykając oczy. – To przekomarzanie się dzieci. Nie będę tak z tobą rozmawiał.
Zapadła głucha cisza. Słychać było tylko oddech Blaine'a i mój, ocierający się już niemal o szloch. Nagle, choć wciąż miałem zaciśnięte powieki, poczułem, że Blaine się przybliża. Jego oddech przyspieszył.
- Kurt, otwórz oczy – usłyszałem.
Jak marionetka spełniłem jego polecenie. Nie patrzyłem jednak na niego. Wzrok utkwiłem w czubkach butów, jakbym szukał w nich tajemnicy wszechświata.
- Spójrz na mnie – powiedział wolno Blaine.
Z jakiegoś powodu bałem się go posłuchać. Nie uniosłem wzroku.
- Kurt – Blaine uniósł nieco głos, akcentując mocno kolejne słowa. – Spójrz. Na mnie.
W końcu, bardzo powoli spojrzałem na niego. Jego oczy pełne były rezygnacji, złości i czegoś jeszcze, czego dotąd nie znałem, a co bałem się nazwać.
- Kurt – raz jeszcze powtórzył moje imię. – Chcę, żebyś wciąż patrząc mi w oczy, powiedział mi, że tamten pocałunek nic dla ciebie nie znaczył.
- Blaine…
- Po prostu to zrób.
Zacisnąłem dłonie.
Nie wiem jak długo stałem tak patrząc w jego oczy, czując odpowiednie słowa na języku, ale nie mogąc ich wypowiedzieć. Nie wiem czy to ja pierwszy odwróciłem wzrok, czy może on. Pamiętam tylko jego gorzki głos i jeszcze bardziej rozgoryczone spojrzenie.
- Tak właśnie myślałem.
A potem wspomnienie kończyło się w mojej pamięci odgłosem zatrzaskiwanych gwałtownie drzwi i dziwną słabością w kolanach. Potem już tylko chłód podłogi.
Stwarzacie sobie problemy!
Jeden gorszy od drugiego.
***
Blaine's POV
To nie było fair.
Doskonale o tym wiedziałem.
I nigdy nie zrobiłbym tego, gdyby…
No właśnie.
Kurt nawet nie miał pojęcia.
***
Kurt's POV
-…w ten piątek.
Zamrugałem.
- Przepraszam… Zamyśliłem się. Co mówiłaś?
Cieszyłem się za każdym razem, kiedy dostawałem telefon z domu, ale dzisiaj wyjątkowo nie mogłem się skupić.
W zasadzie powinienem powiedzieć to inaczej.
Nic mnie nie obchodziło.
Słowa Carole wydawały się dobiegać z tak daleka…
- Że byłoby nam bardzo miło, gdybyś zaprosił Blaine'a na obiad w ten piątek – powtórzyła Carole, nieco zaniepokojonym głosem. – Akurat będzie to dzień przed zawodami, może uda wam się zapomnieć o tremie.
-…och.
- Coś nie tak, Kurt?
Opuściłem ołówek na leżący na biurku podręcznik.
- Nie wydaje mi się, żeby Blaine'owi pasowało w ten piątek – powiedziałem, pocierając oczy. – Może innym razem.
Po drugiej stronie słuchawki na moment zapadła cisza.
- Kurt, czy coś się stało? Pokłóciliście się?
- Nie! – zaprotestowałem, być może nieco zbyt gwałtownie. Mój głos podskoczył o kilka oktaw. – Po prostu… Blaine ma próbę w ten piątek, wiesz, trzeba poświęcać każdą minutę…
- W porządku, w porządku – powiedziała Carole, ale w jej głosie wciąż dało się wyczuć nutę podejrzliwości. – Pomyślałam tylko, że byłoby miło… Ale ty nie masz żadnej próby, prawda?
- Nie, nie… - uspokoiłem ją, myślami będąc nieco gdzie indziej. – Ja na pewno będę. Posłuchaj, Carole… Mogłabyś dać mi na chwilę tatę do telefonu? Jest coś, o czym muszę z nim porozmawiać…
***
- Co robisz?
Uniosłem głowę znad kartonu. W progu stał Ian, przyglądając mi się z mieszaniną ciekawości i niepokoju. Jego pozycja była nieco niepewna, ciało gotowe do ucieczki, jakby spodziewał się, że w każdej chwili mogę w niego rzucić czymś ciężkim, albo po prostu wyrzucić go za drzwi. Ramiona miał nieco przykurczone, a ręce, które trzymał w kieszeniach zdawały się nieco drżeć. Znałem tę pozę.
Przedstawiała poczucie winy.
Opuściłem wzrok.
- Pakuję się - powiedziałem spokojnie i wsadziłem do kartonu ramkę ze zdjęciem przedstawiającym Rachel i Mercedes, zrobionym już po moim odejściu z McKinley.
Na moment zapadła cisza. Wstałem i wolno zacząłem ściągać rzeczy z biurka, niemal zapominając, że Ian wciąż tu jest.
- Wyjeżdżasz? - usłyszałem po chwili.
Wzruszyłem ramionami.
- Nic tu po mnie - odwróciłem się i oparłem plecami o biurko, żeby móc spojrzeć na Iana. - Moi rodzice ucieszą się mając mnie znów w domu, zresztą chyba tęsknię nieco za przyjaciółmi.
Ian podszedł nieco bliżej. Zawahał się.
- A co z Blainem?
Poczułem jak coś w mojej klatce piersiowej zakuło boleśnie. Zamknąłem oczy.
- Dla Blaine'a najlepiej będzie, jeśli będę trzymał się od niego z daleka - powiedziałem w końcu.
- Od niego i ode mnie - sprostował Ian.
Uniosłem ciężko powieki. Ian tymczasem przysunął się nieco bliżej, tak, że widziałem każdą emocję wymalowaną w jego piwnych oczach. Nie chciał naciskać, ale wiedział również, że w ten sposób skutecznie powstrzyma mnie od kłamstwa.
Nie odwróciłem wzroku.
- Tak - przyznałem po chwili.
Ian westchnął. Moment pełen napięcia minął. Odsunął się nieco.
- Robert będzie za tobą tęsknić - powiedział rozglądając się po pokoju.
- Nie zamierzam zrywać z nim kontaktu - uśmiechnąłem się lekko. - Zresztą, z Robertem to chyba niemożliwe, prawda?
Ian odwzajemnił uśmiech. Patrzył na mnie przez chwilę i nagle pochylił się, i przytulił mnie lekko.
- Przepraszam, Kurt - wyszeptał w moje włosy. - Namieszałem.
Zamknąłem oczy.
- Wina jest obustronna, prawda? Nie wyrwałem ci się w końcu.
Przez moment staliśmy tak w milczeniu. W końcu Ian odsunął się, wciąż jednak trzymając mnie na odległość wyciągniętych ramion.
- Kurt? - zapytał. - Mogę zadać ci tylko jedno pytanie?
Z wahaniem skinąłem głową. Ian przygryzł wargę.
- Czy ten pocałunek… Znaczył coś?
Spojrzałem na niego ciężko. To pytanie zadawałem sobie już od paru dni, zasypiałem z nim i budziłem się każdego ranka. Czy zdążyłem jednak zastanowić się nad odpowiedzią? Czy w ogóle istniała takowa?
Delikatnie odciągnąłem od siebie jego ręce.
- Nie wiem, Ian - powiedziałem w końcu. - Naprawdę nie wiem.
***
- Cholera jasna!
Karton, który już wcześniej kołysał się niebezpiecznie na wierzchu drugiego, spadł na podłogę, a jego zawartość rozsypała się po całym korytarzu. Wciąż rzucając pod nosem przekleństwa, których nauczyłem się prawdopodobnie od Finna, postawiłem drugi karton na podłodze i zacząłem zbierać rozsypane rzeczy. Nagle w zasięgu mojego wzroku znalazły się czyjeś nogi.
- Chciałbym powiedzieć „Upadło ci coś", ale byłoby to chyba niedopowiedzenie – rozległ się znajomy głos.
Uniosłem wzrok.
Alan uśmiechnął się lekko i wsadził kilka rzeczy z powrotem do kartonu.
- Pomogę ci – mruknął i uklęknął tuż koło mnie.
- Dzięki.
Przez chwilę żaden z nas się nie odzywał, po prostu bez słowa pakowaliśmy rzeczy. Byłem mu wdzięczny, że nie komentuje, ani szczególnie nie przygląda się moim rupieciom.
Miałem wrażenie, że przygląda mi się uważnie, jednocześnie chcąc coś powiedzieć. Czekałem tylko na moment, kiedy się odezwie.
- Przenosisz się? – usłyszałem w końcu.
Skinąłem głową.
- Wracam do starej szkoły – przygryzłem wargę. – Chodziło mi to po głowie już od pewnego czasu, ale nie chciałem wycofywać się tuż przed zawodami. Teraz po prostu…
-…pewna kropla przeważyła czarę – dokończył. – Szczególna kropla, nie mylę się?
Nie odpowiedziałem. Alan musiał zrozumieć, że przekroczył pewną granicę, bo zapytał:
- Kiedy się przenosisz?
- W przyszłym tygodniu – westchnąłem cicho. – Jest z tym trochę zachodu. No i nie łatwo mi było przekonać rodziców.
Alan pokiwał głową.
- Czyli jedziesz z Warblersami na zawody?
Roześmiałem się gorzko.
- Nie. Chyba nie.
- Dlaczego?
Uniosłem wzrok. Jego chłodne, niebieskie oczy przypatrywały mi się tak badawczo, że o mały włos nie opowiedziałem temu praktycznie obcemu mi chłopakowi, o wszystkim, co się ostatnio wydarzyło.
Przez krótką chwilę.
- Nieważne – powiedziałem opuszczając wzrok. – Ale może pojadę jako publiczność. W końcu występują moi przyjaciele z obydwu szkół.
Wciąż czułem jego wzrok, ale nie uniosłem już głowy. Usłyszałem westchnienie.
- Potrzebujesz mojej pomocy? Mogę zanieść to do samochodu.
Uśmiechnąłem się lekko, wdzięczny za zmianę tematu.
- Jasne. Dzięki.
Po drodze Alan wypytywał mnie o różne drobiazgi, takie jak nauka, muzyka i dawna szkoła. Głównie jednak pytał o Roberta. Przez cały ten czas kompletnie wyleciało mi z głowy, że nawet do końca nigdy za sobą nie przepadaliśmy, zniknął cały dystans. Byłem w zasadzie rozczarowany, kiedy w końcu dotarliśmy na parking.
- Zawozisz rzeczy już teraz? – zapytał Alan.
Pokręciłem głową.
- Mój brat je zabiera. Poprosiłem go, żeby tu czekał o tej godzinie.
Alan uśmiechnął się pod nosem.
- Musicie mieć dobre relacje. Trasa Lima - Westerville to nie do końca pięciominutowy wypad.
Roześmiałem się cicho.
- Też byłem zdziwiony – odpowiedziałem. – Tym bardziej, że jutro i tak wyjeżdżam na weekend… Pewnie Carole, moja macocha, wysłała go na przeszpiegi. A Ty? Zostajesz w Dalton na weekendy?
Alan pokiwał głową.
- Moi rodzice mieszkają na drugim końcu kraju. Widuję ich tylko na święta i w czasie wakacji.
- Rozumiem.
Starałem się wypatrzyć samochód Finna, ale najwyraźniej jeszcze nie dojechał. Postawiłem karton na ziemi.
- Nie musisz ze mną czekać – odezwałem się.
Alan roześmiał się cicho.
- Nie chcesz, żeby brat zobaczył cię z obcym chłopakiem?
- W zasadzie, po prostu nie chciałem, żebyś tu stał jak palant, ale ta argumentacja też jest dobra – uśmiechnąłem się. – Finn bywa… Finnowi ciężko jest pewne rzeczy wytłumaczyć.
- Nie ma sprawy – chłopak odwzajemnił uśmiech. – Do zobaczenia, Kurt.
Zawahałem się. Chłopak praktycznie był już w połowie parkingu, kiedy w końcu zawołałem:
- Alan!
Obrócił się nieco zaskoczony. Odchrząknąłem.
- Chciałbym o czymś z tobą porozmawiać. Oczywiście… - wskazałem ruchem głowy na kartony. – Jak już się z tym uporam.
- Pewnie – kolejny blady uśmiech. – Wiesz, gdzie mnie szukać.
Odprowadziłem go spojrzeniem z lekkim uśmiechem na ustach. W końcu z cichym westchnieniem, usiadłem na kartonie czekając na Finna.
Po mniej więcej dziesięciu minutach, usłyszałem dźwięk nadjeżdżającego samochodu. Nie był to jednak samochód mojego przyszywanego brata.
Stare volvo zaparkowało niedaleko miejsca, w którym stałem. Po chwili wysiadł z niego nie wyróżniający się wzrostem chłopak o ciemnych włosach, rozglądając się dookoła z lekkim zagubieniem.
- Mogę w czymś pomóc? – zawołałem.
Chłopak podskoczył. Musiał dopiero mnie zauważyć.
- Szukam kogoś – ponownie rozejrzał się w koło, jakby bał się, że ktoś go zauważy i wsadził ręce do kieszeni. – Pewnego chłopaka.
Uniosłem brew. „Naprawdę? A myślałem, że szukasz swojej dziewczyny, w końcu tak wiele kręci się w Dalton", pomyślałem ironicznie, ale zostawiłem to dla siebie. Nie miałem siły się z nikim sprzeczać.
- A konkretnie? – zapytałem tylko.
Chłopak przygryzł wargę.
- Blaine'a Andersona.
Coś w moim żołądku się przewróciło. Nie mniej jednak, spojrzałem na zegarek i odpowiedziałem tak nonszalancko, jak tylko mogłem:
- Powinien być teraz w sali muzycznej. W środku ktoś cię poinformuje jak tam dojść.
Nerwowe skinięcie głowy. Chłopak już miał odejść, ale powstrzymałem go ruchem ręki.
- Czekaj. Mogę wiedzieć skąd znasz Blaine'a?
Ciemne oczy spojrzały na mnie, po raz pierwszy od momentu, kiedy zaczęliśmy rozmowę i wiedziałem, jak zabrzmi odpowiedź, zanim na dobre ona padła:
- Jestem jego bratem.
