Hej! Hej, cześć, i tym podobne :) Nazywam się Meagan (mówcie mi Meg, albo Mea, albo właściwie jak Wam się podoba :3) i to właściwie jest mój pierwszy dłuższy fik w tym języku. Więc wyobrażacie sobie że jest to dla mnie dosyć ważna chwila ;) I przy okazji, no wiecie, pozaglądamy sobie w przeszłość naszego Felka! {3 (Tak, to był
UWAGA: Fik jest KANONICZNY, chociaż się momentami może tak nie wydawać!
Feliks Łukasiewicz nigdy nie był dzieckiem szczególnie lubianym wśród rówieśników. Był najczęściej nieufny i ostrożny z zawieraniem przyjaźni, ale jednocześnie bardziej niż trochę odstawał od X-wiecznej normy. Ba, nawet od XI-wiecznej, i… w sumie to każdej. Potrafił być osobą tak spontaniczną, radosną, zadziorną i ekscentryczną jak bardzo mógł też być chłopcem inteligentnym i poważnym daleko ponad swój wiek. Niestety, to nie czyniło go zbyt lubianym wsród towarzyszów zabaw, wzięte wraz z faktem iż najwyraźniej mu ta cała sytuacja zbytnio nie przeszkadzała.
Nie było to przecież jednak prawdą. Niewiele rzeczy było tak dotkliwie bolesnymi dla małego Felka jak fakt, że nie miał przyjaciół. Nierzadko bywało tak, że mówił opiekunom-dworzaninom że idzie na podwórko się bawić aby się o niego nie martwili, a w rzeczywistości zaszywał się w ulubionym miejscu do chowania: w rozłożystym dębie niedaleko kościoła, i obserwował "politykę zewnętrzną innych państw". Oczywiście bez ich uprzedniej o tym wiedzy.
Nie wspomniałam jeszcze o jednym, dość ważnym szczególe: Feliks był tożsamy z narodem polskim, a postacie, które obserwował, były innymi państwami lub narodami. To też nie przyczyniło się zbytnio do zapewnienia mu dużej ilości przyjaciół, szczególnie zza czasów panowania… no, ale nie będę zadręczać Was, Czytelników imionami czy faktami. Ważne tylko, że Król niewiele się z nim liczył, albowiem ani do szlachty nie należał, ani też szczególnie bogatym nie był, tylko takim sobie dzieciakiem, ot co. A za (często wątpliwe) decyzje Króla- z punktu widzenia większości nacji- odpowiadał Feliks.
Właśnie, wracając na temat, nasz Felek sobie narobił kilku wrogów a jednak przyjaciół niewiele. Dobra, bądźmy szczerzy, miał jedną przyjaciółkę i była nią jego fizycznie o dziesięć lat starsza kuzynka Kasia, czyli Ruś Kijowska- bo tak w tym czasie była znana dzisiejsza Ukraina. Bo jak tu liczyć kuzyna Czechy, który tak właściwie sam nigdy nie będzie pewien czy się z Feliksem kumplują, czy nienawidzą?
Z wrogów zaś to był taki jeden Gilbert, arogancki bufon mniej więcej w wieku Felka który reprezentował Zakon Krzyżacki. Od dziecka starał się mu dokuczać: tu uszczypnąć, tam za nowy płaszcz pociągnąć, aż pewnego dnia, nasz (jak dotąd wręcz nieludzko cierpliwy) mały nie wytrzymał i spuścił mu dawno zaległy łomot. Od czasu tego… wydarzenia Gilbert trzymał się od niego jak najdalej. Ech. Mimo wszystko jednak przynajmniej uznawał że Feliks istniał. Czego nie można było powiedzieć, na przykład, o Świętym Cesarstwie Rzymskim- który swoją drogą nie był wcale świętym, Rzymianinem, ani nawet cesarstwem- czy (nie daj Boże) Francji.
Poza Gilbertem było też kilka innych tym podobnych, ale oni nie za bardzo się liczyli bo zbyt szybko sobie odpuszczali jak tylko zrozumieli że Feliks nie zwróci uwagi na ich zaczepki. Był oczywiście też i Turcja, a właściwie to w tym czasie mówili na niego: Osmani. Był on jedyną osobą która Feliksa naprawdę, szczerze przerażała. Oczywiście, w życiu by się nikomu (nawet Kasi, choćby niewiem jak nalegała) tego nie przyznał, ale Turcja zapewnił mu niejedną bezsenną noc. Ale czy można nazwać taką osobę wrogiem, kiedy się na oczy widzieli może dwa razy a słów nigdy nie zamienili?
No, ale z takich Felka najbardziej natrętnych wrogów był Iwan- księstwo Moskiewskie, a później Rosja. Był on wyrośniętym starszakiem o (fałszywym) omdlewająco miłym usposobieniu i krótkim lontem wybuchowym… z którym niestety Feluś miał często do czynienia. Był on młodszym bratem Kasi. Oj, niedobrze, bo w dodatku Wania nawet ją trochę przerażał. A co do tego wszystkich dookoła. Nikt nie podskakiwał Iwanowi, bo zostawał w taki czy inny sposób "unieszkodliwiony". Gilbert wyszedł z tego ledwie żywy, ze złamaną ręką i zdrową dawką szacunku (czytaj: przerażenia).
Ale że nikt? Nikt, znaczy się, oprócz własnie naszego Felka. Feliks nie lubił Iwana i jako jedyny z całego ówczesnego świata nie bał się tego wyrażać. I przysporzyło mu w późniejszym życiu niemało kłopotów, ale jak na razie Polska była od Moskwy silniejszą więc Iwan mógł tylko się gotować ze złości. A Felkowi w to mi graj- nie raz i nie dwa wstawił się za Kasią w trakcie argumentu, i to właściwie bezkarnie. Dodajmy jeszcze delikatnie iż nie był w tym wszystkim szczególnie uprzejmy. No ale w sumie… w sumie… Iwanowi się po prostu należało, i już. I Feliks by się założył o ulubione trzy palce lewej ręki że niejedna osoba na jego pozycji by zrobiła to samo, gdyby tylko miała odwagę. Bo ani odwagi, ani dumy to Felkowi nie brakowało. Brakowało mu tylko trochę zdrowego rozsądku. Ale kiedyś musiał dojrzeć, prawda?
…Prawda?
Jednak ogólnie, od czasu kiedy się pobił z Gilbertem Feliks wolał unikać wszelkich kontaktów z innymi krajami (w tym też z jego rodziną), no chyba że było to baardzo konieczne. Więc siedział sobie w tym jego drzewie i obserwował resztę Europy. I to sam chyba tylko Bóg wie jak ruchliwy Feluś wytrzymywał tam, praktycznie w bezruchu, całymi dniami. Ale jakoś dawał radę, bo nikt go jeszcze nie nakrył odkąd zaczął się tam chować.
Ale to wszystko się zmieniło jednego upalnego dnia. Felek miał wtedy może z dziesięć lat, może jedenaście, jakoś tak, a właściwie to nikt nie wiedział bo miał tak naprawdę tych lat ze dwieście od samego chrztu, a przecież żył już na długo przed 996 rokiem. Ale ogólnie to był ten zakres wiekowy co się w filmach widuje, mniej więcej tyle co Ash z Pokémona, Bolek i Lolek, czy… no… na pewno wiecie o co mi chodzi. Taki wiek typowo podstawówkowy. Czwarta, piąta klasa, broń Boże szósta bo to już zbyt blisko gimnazjum.
Zmieniło się ponieważ zrobił coś, czego by się normalnie nigdy nie dopuścił: obronił osobę całkowicie mu obcą. A potem od razu zaproponował mu przyjaźń, co było jeszcze bardziej niespotykane. Dobrze, Iwan jak zwykle mu dokuczał ostatnio, i Feliks miał jego postawy po dziurki w nosie, ale żeby tak od razu wstawić się za nieznajomym…?! Hm, może jednak zacznę od początku całej sprawy.
Feliks siedział w swojej ulubionej liściastej kryjówce i od dłuższego czasu się nudził. Bo co, właściwie, miał takiego do robienia? Nic ciekawego się nie działo. Gilbert bił się z Danią, nie wiedział dokładnie o co ale pewnie znowu o Inflanty ("Niedoczekanie! I tak będą należeć do mnie," pomyślał, próbując udawać chociaż przed samym sobą zainteresowanie tymi terenami które wykazywali inni chłopcy. Chociaż, tak właściwie to nigdy nie widział tego Inflanty… tej Inflanty? Chyba jednak musiał on być chłopakiem, ponieważ Felkowy szowistyczny dziesięcioletni pogląd na życie nie zezwalał na inną alternatywę- no bo przecież Inflanty był Zakonem Kawalerów Mieczowych, kurka wodna! Nie rozumiał tylko dlaczego Inflanty nie mogły po prostu zostać inflanckie). Dania chyba akurat wygrywał, albo przynajmniej na to wyglądało. I jeden, i drugi nieźle oberwał. Właściwie to oboje za bardzo się angażowali w politykę, zdaniem Felka. Bo co im z tego? Narobią sobie guzów a ostatecznie to i tak będzie zależeć tylko o wyłącznie od Króla- czy jakiegoś tam ważniaka który się akurat mianował szefem w krajach niemonarchistycznych- kto wygra a kto nie. Sam Feliks teoretycznie toczył wojnę przeciwko Iwanowi, co samo w sobie mu tak bardzo nie przeszkadzało… ale mimo wszystko, tylko tak dla reguły, wolał (jak na razie) nie wdawać się z nim w żadne fizyczne bójki. Przynajmniej dopóki wreszcie trochę nie urośnie, bo z tego wszystkiego jednym z najważniejszych zmartwień Felka, nie licząc dotkliwej samotności, to był jego wzrost- a raczej, jego brak.
Ale tak czy inaczej, Felek w pewnym momencie zaczął nawet przysypiać. I nie wiadomo, co by się mogło stać (mógłby na przykład wypaść z tego drzewa jakby zasnął!) gdyby jakieś przeczucie nie kazało mu spojrzeć własnie w stronę kościoła. Jak się właściwie mógł już nauczyć spodziewać, zobaczył tam nikogo innego jak ulubionego kuzyna.
Iwan miał na ustach ten swój niebezpieczny uśmiech, ten uroczy co świadczył o tym że ma w tym momencie ochotę aby cię zesłać na Syberię ale nie powie ci tego wprost. "Rozmawiał" przy tym z chłopakiem którego Feliks nie poznawał, ale wyraźnie potrzebował pomocy. Powoli wycofywał się aż się nie natknął na ścianę kościoła i tam właśnie tkwił. Feliks wiele więcej nie zobaczył bo był raczej krótkowidzem- tak minimalnie, ale jednak- lecz chłopiec najwyraźniej wolałby w tym momencie nawet walczyć z Turcją. Wszyscy inni patrzyli na to obojętnie (mieli przecież swoje interesy, a z Iwanem to lepiej nie zaczynać).
Jakieś poczucie sprawiedliwości obudziło się w naszym bohaterze i wręcz mimowolnie wygramolił się ze swojej kryjówki. W połowie drogi do ziemi, nagle gałąź pod nim przeraźliwie zaskrzypiała. Kurka wodna, jeśli teraz by spadł…
Powoli, tracąc ciągle cenne sekundy, spuścił się aż wisiał na gałęzi za ręce, dwa metry nad ziemią.
…I stało się. Gałąź zaskrzypiała, zatrzęsła się, Feliks stracił przyczepność i spadł twardo na trawę. Całe szczęście, że nikt tego nie widział ani nie słyszał.
Szybko pozbierał się i przebiegł przez dziedziniec i po raz pierwszy zrobił coś, co wiele lat później by mu weszło w nawyk: wepchnął się między kuzyna a nieznajomego, wyciągając rękę w geście obronnym, i dziarsko oświadczył po Rosyjsku:
-Te! Kuzyn! Idź się poznęcaj nad kimś własnego rozmiaru.
Jeśli wspomniany kuzyn był zaskoczony tym rozwojem akcji, to nie dał tego po sobie poznać. Nigdy nie zszedł mu z ust niebezpieczny uśmiech kiedy zwrócił się do blondyna:
-Ach! Jakaż to miła niespodzianka cię tu zobaczyć, malutki kuzynku Feliksie! Czekaj, to skończę sprawę i zaraz do ciebie dołączę.
Czyli w wolnym tłumaczeniu: jeśli Feliks się nie usunie w trybie natychmiastowym to zaraz mu się dostanie wraz z drugim chłopakiem.
-Ani mi się śni! Idź sobie, Wania, bo powiem Carowi że…
Po raz pierwszy, uśmiech ma twarzy nastolatka zawahał się. Trzymanie się z Kasią dało już Felkowi niejeden taki as w rękawie…
-Nie śmiałbyś.
-Na pewno?- młodszy dla emfazy skrzyżował ramiona ze zwycięskim wyrazem twarzy.
Coś mu podpowiadało że Iwan wcale nie odpuścił kiedy odszedł, wściekły mimo tej swojej niebezpiecznie słodkiej maski, tylko poszedł czyhać na lepszą okazję. I to samo coś mówiło mu że będą w tym reperkusje i dla niego. Ale w tym momencie to nie miało znaczenia.
Zwrócił się do obcego chłopca. Był wyższy od niego ale w tym samym wieku, z dłuższymi jasnobrązowymi włosami spiętymi w kucyka i szerokimi ze strachu niebieskimi oczami.
-W porządku?- zapytał już w ojczystym języku. Chłopak popatrzył na niego bez zrozumienia więc Feliks powtórzył w każdym języku jaki mniej lub więcej znał. Bo przecież nieukiem to on nie był: oczywiście świetnie władał polskim, nieźle gaworzył po rosyjsku i rusińsku, niemieckiego znał dokładnie tyle żeby móc się z Gilbertem obrzucić przezwiskami i w nie najgorszym stanie były też jego łacina i francuski. Ale nic nie zdawało się przemawiać do zdziwionego chłopca. W końcu odpuścił, dotknął swojej piersi i oznajmił:
-Polska.
W końcu oczy chłopca zabłysły ze zrozumieniem. Uśmiechnął się nieśmiało.
-Lietuva. Mano vardas Toris.
-Feliks- odwzajemnił przyjazny uśmiech. A więc to był właśnie ten Litwa, o którym tyle mu opowiadali dworzanie! Nie raz i nie dwa zachęcali go do zawarcia z nim przyjaźni, i nawet poduczyli go podstaw języka. Zauważył mimo woli że ten patrzy na niego z pewną dawką strachu, wodząc oczami po drogich ubraniach w jakich Król wydał dekret, aby Feliks zawsze musiał chodzić. I dlatego nie ubierał się wygodnie, jak Toris, tylko miał na sobie jakieś śmieszne wyszywane biało-czerwone wdzianko.
-Żyjesz?- dodał- Jakby ten drań coś ci zrobił to mów, dobra? Chętnie bym znalazł jeszcze jakieś powody żeby Kasi na niego nagadać. Chociaż to ona mu już właściwie niewiele może zrobić. Wiesz co, chcesz, to ci pomogę. Nie musisz się martwić o mojego głupiego kuzyna tak długo jak ja tu jestem…
-Ty mnie rozumiesz?- nagle przerwał pełny niedowierzania Toris- I mówisz po litewsku?
-Tak, a co?
-Nic…- chłopak zarumienił się pod jego badawczym spojrzeniem.
-Ja tylko tak…
-Spoko- rozmyślił się na moment, pamiętając rozmowę, którą jakiś czas temu odbył z Doradcą Króla (i nakaz jaki wtedy otrzymał)- Wiesz co, fajny jesteś. Chcesz zawrzeć tą, no, unię pokoju? Bo raczej nie mam ochoty się z tobą bić, a mój Król ciągle mówi o tym że, wiesz, fajnie by było zawrzeć unię z Litwą. Tylko ten wasz książę nie do końca ma ochotę…
Toris znowu się zaczerwienił po czubki uszu.
-Mój pan nie szczególnie się z moją opinią liczy… Jestem za mały, i za słaby…
Po raz pierwszy od dłuższego czasu, Feliks szczerze się zaśmiał z radości, na co Toris spojrzał ze zdziwieniem. Szybko wypalił:
-To jest nas dwóch!
-Ale jednak… wolałbym… wiesz… nie zawierać przyjaźni… no bo wiesz… mój pan nie bardzo cię lubi… ale chciałbym, naprawdę… nie że nie…
Toris plątał się w słowach, starając się wysłowić bez zbytnio urażenia rozmówcy.
-Bzdura! Widzę cię pierwszy raz w życiu, jak więc mogłem się naprzykrzyć twojemu władcy?
Feliks zaczął się irytować. Nienawidził być oskarżanym o coś, czego nie mógł zrobić, a wyglądało najwyraźniej na to że Litwa całkiem nieświadomie starał się go wrobić.
Toris najwyraźniej nie miał pojęcia, co teraz.
-Przepraszam… nie chciałem cię urazić?
Feliks wzruszył ramionami. Spojrzał przez przypadek jeszcze raz na twarz rozmówcy i zobaczył wielkiego, fioletowego guza tuż nad prawym okiem.
-Co ci się stało?- wymknęło mu się, momentalnie zapominając o niedoszłym fochu.
-Co? To? To nic- Toris pomacał guza i aż się wzdrygnął- Wpadłem w wąwóz uciekając od Krzyżaków.
Jego ton głosu zaskoczył Feliksa. Powiedział to jakby nigdy nic, jakby ciągle mu się przydarzyły te rzeczy. Przynajmniej wiedział znowu, że nie tylko jemu jednemu się to kiedyś przytrafiło.
-Ej, chcesz żebym ci namoczył coś w zimnej wodzie? Rzeka jest tu, zaraz. Może nie wyjdzie opuchlizna.
-Nie… dziękuje- wymamrotał cicho- I tak zaraz dostanę burę o to że dałem mu wygrać, i o to że dałem się przestraszyć Moskwie, nie chcę jeszcze pogorszyć wspominając o rozmowie z tobą…
Było to stwierdzenie trochę non sequitur, ale Feliks aż oniemiał z oburzenia. Jak tak można? Przecież to nie była wina Torisa, że Krzyżacy po raz kolejny najechali Litwę, a Iwan jak zwykle coś kręcił. Albo z tymi najazdami to mogło i być odwrotnie, nie znał całej historii, ale coś mu się widziało że nieśmiałemu chłopcowi daleko było od wszczynania wojen. Ale co to było to ostatnie, to dotyczące rozmowy z nim…?!
-Na pewno? Bo wiesz, nikt się nie musi dowiedzieć o tym co się dzisiaj stało.
Wyciągnął rękę, jakby finalizując umowę.
-Mówisz poważnie?- ton młodego Litwina był niedowierzający, ale i błagalny.
-Ma się rozumieć. Jakby co, to puszczę plotkę że sam pogoniłeś Wanię. Tylko weź, nie mów nikomu że z drzewa spadłem, dobra? Gilbert by mi tego za tysiąc lat nie zapomniał…
Wreszcie dostrzegł jakiś cień śmiechu na ustach jak dotąd poważnego rówieśnika kiedy ten wziął i uścisnął oferowaną dłoń.
-Dzięki. Byłbyś naprawdę dobrym przyjacielem, naprawdę cię przepraszam że nie wolno mi z tobą zawierać bliższych kontaktów…
-Zapomnij, nie twoja wina- Felek bardzo starał się ukryć głębokie rozczarowanie, ale też i cichą dumę jaką odczuł kiedy usłyszał że "byłby dobrym przyjacielem"… cokolwiek by to nie znaczyło z ust chłopaka, którego właściwie nie znał.
Toris pokiwał głową cicho i powtórzył te słowa, jakby w jego ustach obce:
-Nie moja wina…
-Właśnie. A jak się komuś to nie podoba, to jego stolicą zostanie Kraków. I już!
Tą ostatnią część prawie wykrzyczał z animuszem, jakiego nie czuł.
-Chciałbym tak móc powiedzieć- nieśmiało rozmarzył się Toris- Jak się komuś nie podoba, to jego stolicą zostanie Wilno.
Feliks drgnął ze zdziwieniem.
-To czemu nie mówisz? To powiedzonko nie należy do mnie.
-Bo się boję- cicho wyznał ten drugi. Chociaż znali się może od piętnastu minut, a raczej jeszcze mniej, czuli do siebie pewną ilość zaufania. Felek nie odpowiedział, tylko pokiwał głową ze współczuciem.
W końcu, po dłuższej ciszy, wypalił bez taktu:
-A mnie się boisz?
Brunet się zawahał.
-Na początku tak, ale tak właściwie to mi uratowałeś życie i wcale nie jesteś takim zimnym draniem jak mi mówił pan, i nawet umiesz mój język, więc teraz już chyba nie. Ale… nie chcesz teraz mnie za to, co ci powiedziałem pchnąć mieczem…?
Jeszcze ani razu Felek nie słyszał żeby sklecił ze sobą taką ilość słów, zakończoną znajomym już pytaniem o intencje.
-Chcę- zażartował, choć z dosyć marnym skutkiem. Toris odskoczył jak opatrzony z czymś co przypominało uwięzły w gardle krzyk przerażenia.
-Ej, tak po prostu sobie żartowałem. Nie musiałeś tego wziąć na serio.
-Przepraszam…- Toris miętosił nerwowo rękaw- Ja tak po prostu nie umiem…
Feliks wzruszył ramionami.
-Stało się. Właściwie to to była moja wina. Głupi żart. Ale serio, nawet nie noszę przy sobie miecza… ten, o, jest z drewna. Ha!
"Dobył" swojej "broni" i "ugodził" Litwę w pierś. Ten na początku znowu spanikował, ale potem szybko chwycił jakiś patyk i ochoczo odparował atak. Okazało się że był dobrym szermierzem, dużo lepszym niż niewysoki Feliks. Ale nie, chociaż był wyższy to był chudy i trochę niedożywiony więc raczej przewagę miał jednak dobrze zbudowany- chociaż niski- Polska. Chyba że… nie… a jednak… uważaj! Walka była dosyć wyrównana.
Mecz zakończył się remisem: obaj chłopcy padli z wyczerpania w tym samym momencie. Feliks poczęstował Torisa wodą z bidonu, położyli się na trawniku i właściwie po raz pierwszy w życiu obydwoje rozmawiali jak starzy przyjaciele. O wszystkim i o niczym, tylko jak najdalej od spraw politycznych. Okazało się że Toris, który pozwolił sobie Feliksowi mówić per "Licia", jak przeważająca większość państw był jedynakiem. Nie miał też żadnej rodziny jak nie liczyć Inflantów- tak, tych Inflantów!- z którym tak jakby podejrzewał że był jakoś spokrewniony. Był on więc na swój sposób jeszcze samotniejszy od Felka, który przynajmniej miał rodzinę pod postacią całej reszty państw Słowiańskich. Nie żeby byli oni sobie szczególnie bliscy nawzajem (większości nigdy nie miał okazji poznać, a z tych, których znał, właściwie za rodzinę uważał jedną Kasię), ale taka rodzina to przecież jednak nadal lepiej niż jej brak. Od razu się zrobiło go Felkowi trochę szkoda, ale Toris rozwiał (lub przynajmniej próbował rozwiać) te myśli krótkim:
-Nie martw się o mnie. Przyzwyczaiłem się już.
Dowiedział się też za jedynego kompana że ma milusiego psa który jest zawsze grzeczny ale nienawidzi Iwana. Kiedy właśnie opowiadał o owym uroczym- i pod każdym względem sympatycznym- futrzaku, znienacka wyrósł z pod ziemi za nimi strażnik. Miał na piersi litewską Pogoń a na twarzy poirytowany grymas.
Nawrzeszczał coś na Litwę, zbyt szybko aby Polska cokolwiek zrozumiał ale tamten mu szepnął:
-Spóźniłem się.
Feliks nie mógł stać i patrzeć bezczynnie. Chociaż z reguły obok nieznajomych był aż nadto nieśmiałym (dobra, nazwijmy rzecz po imieniu: Felek był i jest antropofobem, czyli bał się przebywać samemu wśród obcych), dzisiaj coś aż się w nim zagotowało.
-Hej! Wyluzuj trochę! Kolega właśnie mi pomógł się wydostać z trudnej sytuacji. Pomógł mi się obronić przed Moskwą, a już myślałem że po mnie…
Licia posłał ku niemu bezgłośne podziękowania. Strażnik zaś przypatrzył się mu uważnie i… ryknął śmiechem.
-Wy… Polska- odezwał się, ku niespodziance Feliksa, łamaną polszczyzną- Nie wiem co tu robicie, ale trzymajcie się z daleka od wszystkiego, co Litewskie jeśli macie chociaż krztynę zdrowego rozsądku, dobrze wam radzę. To się tyczy też małego. Bo jakoś nie chce mi się wierzyć że to strachidło tak po prostu stawiło się Moskwie w waszej obronie, buntowniku. Lećcie lepiej, mały szlachcicu, do domu. Bo jak nie…
Już całkiem poważny, pomacał sugestywnie rękojeść miecza wiszącego mu u boku.
-Dobra, dobra- Chłopiec wsunął ręce w kieszenie i zaczął iść w stronę domu, najwolniej jak tylko umiał. Pózniej przełamał się i zaczął biec, bo zorientował się że sam się spóźnił na tak zwaną "Godzinę"- czyli że koniecznie musiał być w domu zanim zaszło słońce. Nie odwrócił się więcej, a myśli miał skupione na jednym (jakże dziecinnie naiwnym) celu: przegonić jakoś słońce. Było to z jego strony pomyłką. Od tego momentu już Licii więcej nie zobaczył. Dopiero długo, długo później… ale to już inna historia.
Są uroczy, prawda? :3 Dobra, w następnym rozdziale przejdziemy trochę to rzeczy i zobaczymy "coś" już bardziej kanonicznego.
Bardzo proszę, piszcie swoje opinię! Chociażby to było zwykłe "Ziomek tu był" to zawsze jednak coś :3
