A/N: Takie małe coś... Musiałam się odstresować podczas bardzo napiętego dnia związanego z pisaniem pracy licencjackiej i z brakiem snu z wczoraj na dzisiaj (z powodu już wymienionego). (Oraz JUTRO - ostatniego egzaminu w sesji;)
To tzw. One-Shoot, ale prawdopodobnie okaże się, że stanie się jednym z rozdziałów BDDBS.
ALE - wcale nie musi;)
Tak czy siak - napisałam go dla zabawy i poprawy humoru - sama sobie;)
No i nie mogłam się powstrzymać przed publikacją, przyznaję;)
Disclaimer: Nie posiadam praw autorskich do prac, które zainspirowały to opowiadanie.
Bohaterowie, etc. należą do L.J. Smith i do Producentów serialu "Vampire Diaries" - "Pamiętniki Wampirów"
Jestem jedynie autorką swoich własnych, oryginalnych bohaterów.
Intro: Marta jest już Drugą Pierwotną Hybrydą. Razem z Rebekah i Caroline miały jechać tego dnia do NY, ale los chciał inaczej.
Czas: początek IV sezonu TVD
(MOŻLIWE - że później rozdział BDDBS)
Pairingi: Marta/Elijah, Klaroline, Stebekah, Kol/OC
TYP: HUMOR
2 bomby jednego dnia (REUPLOAD)
– Bekah! Nie mamy całego dnia, jeśli mamy zdążyć do Nowego Jorku jeszcze dzisiaj przed zamknięciem sklepów! – krzyknęłam, przemierzając główny hol już chyba po raz piąty.
– Nie mogę znaleźć swoich kart kredytowych! – Rebekah nie pozostała mi dłużna i krzyknęła właściwie głośniej ode mnie. Mimo wszystko, chwilę później już była na dole.
Przewróciłam na to oczami.
– Serio, to DLATEGO tyle ci schodziło? A co, mojej użyć nie możesz? – wzięłam się pod boki i rzuciłam jej obrażone spojrzenie.
Jej reakcja na to była przekomiczna. Najpierw zrobiła wielkie oczy, a zaraz się otrząsnęła i parsknęła śmiechem.
– Rany, jakbym szukała u ciebie jakichś cech po Niku, to długo bym nie musiała szukać…
– Ej! – zaraz doskoczyłam do sofy w salonie i rzuciłam w nią poduszką. – Dobrze wiesz, że to dla mnie wciąż drażliwy temat!
W odpowiedzi na to uniosła brwi i posłała mi sceptyczne spojrzenie.
– Jaaaasne, Em. A kto groził Lockwoodowi, cytuję: pieprzoną kastracją i nakarmieniem go jego własnymi pierdolonymi jajami, jeśli jeszcze raz zbliży się do Caroline, co? Wtedy jakoś ci nie przeszkadzało to bycie kobiecą wersją Hybrydy, Samicą Alfa…
Założyłam ręce na piersi. Akurat teraz jej się zachciało to wyciągać?
– Powinien cieszyć się, że ja go dorwałam, a nie Klaus. Zostałyby z niego tylko wyprute flaki… – Wolałam nie drążyć bardziej tego tematu. Po tym, jak dowiedzieliśmy się, że Tyler naprawdę zdradził Caroline, nie tylko mnie korciło, żeby zastosować na nim wszystkie tortury, na jakie swego czasu wpadła Inkwizycja. Tak się kończy wgłębianie się w bibliotekę Mikaelsonów – nigdy nie wiadomo, na jak ciekawą lekturę się trafi…
Jednak komentarz Bex coś mi uświadomił.
– No właśnie, Caroline. Caroline i Klaus. Pamiętasz, miałyśmy przeczucie, że on się u niej zjawi, żeby jakoś ją pocieszyć. Potwierdziłaś to może?
Bekah potrząsnęła głową.
– Proponuję, żebyś ją o to spytała w drodze do Nowego Jorku. Co jak co, ale nie zamierzam się zniżać do tego, żeby ją pytać, czy już dogadała się z moim bratem…
Lekko się wzdrygnęła na tą myśl, ale doskonale wiedziałam, że tylko udaje. Przecież nie intrygowałyśmy wspólnie już od dłuższego czasu na nic, nie? Obie nie mogłyśmy się doczekać, aż ta para idiotów wreszcie pójdzie po rozum do głowy…
– No dobrze, spytam. Ale, żebym mogła to zrobić, musimy się zbierać, żeby jeszcze ją z domu zabrać… Pewnie już tam zaczyna świrować, bo się spóźniamy…
Bekah tylko wzruszyła na to ramionami.
– Świetnie, tylko najpierw musimy wstąpić do nas, do rezydencji. Muszę zabrać parę kard Nikowi. I w sumie mogłybyśmy pożyczyć od niego tego dużego, czarnego SUVa. Nie ma mowy, żebyśmy się później zmieściły z zakupami nas trzech do twojego mustanga…
Westchnęłam z rezygnacją.
– Dobrze, ale zapomnij o tym, że dam ci prowadzić.
Natychmiast się na to oburzyła.
– Ej! Ostatnim razem, jak ci przecież uratowałam tyłek, to całkiem nieźle mi poszło!
Nie mogłam się powstrzymać przed komentarzem.
– Tak, ale tylko dlatego, że zadzwoniłaś do Stefana, żeby krok po kroku powiedział ci, jak prowadzi się samochód nie z lat dwudziestych… Gdybyśmy obie nie mogły się zabić, to dobrze wiesz, jakby się to skończyło…
W odpowiedzi Rebekah tylko fuknęła i ruszyła w stronę drzwi frontowych. Obie wiedziałyśmy, że jej złość nie będzie trwać długo. Co najwyżej do momentu przyjazdu pod dom Mikaelsonów.
Trwała krócej.
Podjechałyśmy pod rezydencję i zdecydowałyśmy, że obie wejdziemy do środka. Bekah miała podebrać Klausowi najlepsze karty, a ja miałam przypomnieć sobie, gdzie zostawiał kluczyki do swojego wypieszczonego, ukochanego SUVa i przejść z nimi do garażu, żeby tam czekać na Bex.
Wszystko pewnie potoczyłoby się po naszej myśli, gdyby nie jedna rzecz…
Weszłyśmy cichaczem do domu i zaczęłyśmy nasłuchiwać, żeby wiedzieć, których pokoi unikać. Nie minęła chwila, kiedy zorientowałyśmy się, że coś się nam nie zgadza…
To znaczy, trudno byłoby powiedzieć, żeby się zgadzało. Kol wyjechał, więc nie dręczyła nas jego inicjacja w muzykę współczesną (która dla wszystkich była przecież najgorszą katorgą, kiedy włączał co popadnie, a potem wypytywał, jakim cudem to się znalazło na liście przebojów – nie przeszkadzało mu to potem w słuchaniu tego kawałka GODZINAMI). Cóż, chyba także tylko osobą Kola mogłybyśmy usprawiedliwiać dźwięki, które nas dobiegły…
Przynajmniej do momentu, kiedy nie rozpoznałyśmy bardzo charakterystycznego, znajomego, a jednocześnie - jakże odmiennego krzyku:
– Och, KLAUS! TAAAAAAK!
Nagle obie z Bex zatrzymałyśmy się w półkroku i popatrzyłyśmy na siebie, nie wierząc własnym uszom. Obie miałyśmy oczy wielkie jak spodki i założę się, że moja szczęka opadła jeszcze niżej, niż Bekah. Oniemiałe, jeszcze przez chwilę rejestrowałyśmy dobiegające nas odgłosy, po czym nie wytrzymałyśmy.
Wampirzą prędkością wybiegłyśmy z domu i zatrzymałyśmy się dopiero przy moim mustangu. Dopiero tam pozwoliłyśmy sobie na trzy rzeczy:
Po pierwsze, nie musiałyśmy już powstrzymywać wybuchu śmiechu.
Po drugie, zaraz potem zaczęłyśmy podskakiwać z radości, przybiłyśmy sobie piątkę i ściskając się mocno wykonałyśmy taniec zwycięzców.
Po trzecie… Cóż, dotarło do nas, że właściwie stałyśmy się tego… może nie "naocznymi", ale zdecydowanie świadkami.
Och, to już wiem, jak Caroline się musiała czuć, kiedy weszła, jak ja… z Damonem… O… KURWA.
Ale kogo to obchodzi?! TAK! Udało nam się! Nasze starania nie poszły na marne i wreszcie Care zeszła się z Klausem!
Tak, wiem, powinnam być z tego powodu przerażona. No bo KIM w tym momencie się dla mnie stała, oprócz, oczywiście, przyjaciółki? Już dawno odrzuciłam jednak próby rozstrzygania tego jakie relacje w rodzinie Pierwotnych miały miejsce bytu, a jakie nie. Nie mnie sądzić! Kiedyś przecież byłam z Damonem, bratem Stefana, który teraz był z Bekah, która była siostrą Klausa, który był moim praprzodkiem…
Nie wspominając o tych moim drobnym epizodzie z Kolem… Ech, lepiej już w to nie wnikać...
Tak czy siak, obie z Bex zgodnie uznałyśmy, że najlogiczniejszym wyjściem będzie przełożenie wyjazdu do Nowego Jorku na następny dzień. Lepiej nie zakłócać naszym gołąbkom popołudnia… Niech mają okazję nadrobić trochę stracony czas...
Zamiast tego ruszyłyśmy prosto do Mystic Grilla, żeby oblać zwycięstwo naszej intrygi!
xxx
Kiedy już sączyłyśmy swoje drinki, pomyślałam, że to dobra pora, żeby zadzwonić do Ani. W końcu też zależało jej na szczęściu Care i kibicowała z Warszawy powodzeniu naszej tajnej misji…
Wyliczyłam, że w Polsce powinna być gdzieś siódma rano, ale ona zazwyczaj już wtedy była na nogach, więc nie martwiłam się godziną.
– Dzwonisz do Ani? – spytała Rebekah, zaciekawiona. Kiedy przytaknęłam, szepnęła: – Pozdrów ją ode mnie…
W tym momencie, zamiast głosu mojej siostry, usłyszałam zaspanego… Kola?
– Słucham?
Zdziwiłam się.
– Kol? – Bekah zaraz spojrzała w moją stronę, również zdumiona. W słuchawce natomiast usłyszałam potwierdzenie. – Och, musiałam zadzwonić do ciebie przez pomyłkę. Nie martw się, bura za unikanie telefonów i wiadomości cię nie ominie, ale po prostu niedługo oddzwonię, ok?
Zamiast odpowiedzi usłyszałam jakiś pomruk, który najprawdopodobniej oznaczał, że Kol właśnie, niestety, godził się z tym, co go czekało. Rozłączyłam się, wciąż jeszcze zdziwiona z powodu pomyłki.
Zadzwoniłam jeszcze raz. tym razem nie było już mowy, żebym źle wybrała numer.
I w tym momencie znów w słuchawce, obie z Rebekah, usłyszałyśmy jęk który niewątpliwie należał do najmłodszego z Mikaelsonów.
W tym momencie już wiedziałam, że coś NAPRAWDĘ jest nie tak! Rozejrzałam się dookoła. Naprawdę, naprawdę, poczułam, że bardzo chętnie bym czymś rzuciła. Czymś ciężkim. Dałam tylko skinieniem głowy znać Bex, po czym czmychnęłam z Grilla, bo już wiedziałam, że źle się to skończy. Nie na darmo odziedziczyłam jednak tę odrobinę charakteru po Pierwotnym Hybrydzie – furiacie. Bekah, oczywiście, momentalnie była już obok mnie, z uchem przy słuchawce, żeby przypadkiem niczego jej nie ominęło.
– Kol? – w odpowiedzi jęknął, ale przynajmniej dał znać, że słucha. – Dlaczego odbierasz telefon MOJEJ MŁODSZEJ SIOSTRY?!
Kol, ze szkodą dla siebie, wciąż nie był do końca przytomny. Nigdy nie był rannym ptaszkiem. Ja też nie, ale przecież nie o to w tym chodziło!
W każdym razie, młody Mikaelson, jakby nigdy nic, wciąż nieświadomy tego, co miało nastąpić, odpowiedział:
– Bo Ania bierze prysznic.
W tym momencie byłam w absolutnym stanie zaprzeczenia. Nie, to się nie dzieje… Tylko mi się wydaje… Wszystko da się logicznie wyjaśnić…
Głosem tak pozornie spokojnym, jak tylko się dało, odpowiedziałam:
– To wciąż nie wyjaśnia, dlaczego akurat TY, KOL, odebrałeś jej telefon…
Jestem oazą spokoju…
W tym momencie usłyszałam w słuchawce gdzieś tam głos swojej siostry.
– Kol? – zwróciłam się do niego, wciąż ABSOLUTNIE spokojna. – PODAJ TELEFON ANI.
Jestem wyciszonym kwiatem lotosu na spokojnej tafli jeziora…
– Halo? – Usłyszałam wreszcie po drugiej stronie głos Ani.
Jestem wagonem medytujących tybetańskich mnichów…
– Hej… – zaczęłam, prawie że naturalnym tonem. Zastanawiałam się, co powiedzieć, ale w końcu nie wytrzymałam. – Skąd znasz Kola?
W odpowiedzi najpierw usłyszałam z jej strony parsknięcie śmiechem.
– Cóż, na szczęście nie musisz mi mówić, skąd TY go znasz. Zjawił się tu jakiś czas temu… Powiedział, że dla mojej "ochrony"…
Najwyraźniej obie nie bardzo w to wierzyłyśmy.
Wciąż jednak zamierzałam okłamywać sama siebie. Dlatego, absolutnie zwyczajnie, spytałam:
– A gdzie się zatrzymał?
Proszę, nie u nas w mieszkaniu, proszę, nie u nas w mieszkaniu…
Kiedy zerknęłam na twarz Bex widziałam u niej pomieszanie szoku, przerażenia i rozbawienia. U mnie osobiście na pewno brakowało tego ostatniego. Szczególnie od odpowiedzi Ani.
– No, jak to, gdzie? Jak jest tu dla mojej "ochrony", no to się uparł i mieszka u ciebie, ze mną.
Nie, ona wcale nie ma na myśli tego, co ma na myśli… Mów sobie tak dalej, to tak będzie...
– Aha… – odparłam, zastanawiając się, jak to dalej ciągnąć. Najchętniej zaraz wykrzyczałabym to, co aż mi się cisnęło na usta. Ale nie. Panowałam nad sobą. I kolejny oddech… – Ale pewnie zajął sypialnię Damona, co? – spytałam z nadzieją w głosie. W końcu nadzieja umiera ostatnia.
– Nie. – odpowiedziała, tak po prostu, moja młodsza siostra.
Drążyłam dalej. Zaczęłam w głowie odtwarzać sobie w kółko i w kółko slogan: "Keep Calm and Carry On."
– Nie mów mi, że zamieszkał w mojej sypialni. Jest zupełnie nie w jego guście.
Moja droga siostra musiała już dawno przejrzeć moją grę i wyraźnie zaczęła się świetnie bawić.
– Znowu nie.
To się nie dzieje… To się NIE DZIEJE! Z każdym innym, tylko nie KOLEM! Samej mi się zdarzyło z nim całować i, pamiętajmy, raz niewiele brakowało, żeby… ALE, właśnie dlatego znałam go jak zły szeląg…
– Och, ta kanapa w salonie jest strasznie niewygodna… – rzuciłam, mając wciąż nadzieję, że tym razem potwierdzi.
– Ostatnim razem nie zauważyłam… – Moja młodsza, dodajmy na to, od CAŁKIEM NIEDAWNA samodzielna siostra, powiedziała to tak zwyczajnym tonem, że naprawdę nie trzeba było się domyślać tego, czego NIE powiedziała.
Już miałam dosyć tych gierek.
– Nie mów mi, że śpi u ciebie. – mruknęłam, zrezygnowana.
– Owszem, śpi. – znów ton, jakby nigdy nic.
Kurwa, kurwa, KURWA!
– Na podłodze? – łapałam się jak tonący brzytwy. Już nawet Bekah popatrzyła na mnie z politowaniem.
I tym razem wyraźnie moja młodsza siostra zachichotała, zanim odpowiedziała.
– Nie. Ze mną…
Już miałam coś dopowiedzieć, zrobić COŚ – nie wiem, co, ale na pewno COŚ, co sprawiłoby, żeby ten koszmar w ogóle nie miał miejsca, ale w tym momencie KOL ewidentnie zabrał telefon Ani.
– Może już koniec tego przesłuchania, co?
Doskonale wiedziałam, czemu mu się tak śpieszyło. Tym razem nie wytrzymałam.
– KOL! JAK MOGŁEŚ! Z MOJĄ MŁODSZĄ SIOSTRĄ!
Był już wyraźnie przytomny, bo wrócił mu ten denerwujący dowcip.
– Mówiłem ci, zawsze miałem słabość do czarownic…
– Ale… – próbowałam coś na do rzucić.
– Pamiętaj, KTO ostatnio wykazał się zdrowym rozsądkiem. A teraz się żegnam, twoja siostra jest wielce absorbującą osóbką…
MIAŁ JESZCZE CZELNOŚĆ TAK MÓWIĆ!
A zaraz potem… rozłączył się.
A ja tam stałam, z telefonem w ręku, walcząc sama ze sobą.
Nie, nie mogłam pozwolić, żeby furia ogarnęła mnie na tyle, żebym się zapomniała.
Jestem oazą spokoju… wyciszonym kwiatem lotosu na spokojnej tafli jeziora… Jestem jak wagon pełen medytujących tybetańskich mnichów…
WCALE NIE DZIAŁAŁO!
Rebekah, która doszła do siebie szybciej ode mnie, postanowiła doprowadzić mnie do porządku.
– Nawet nie myśl, żeby się teraz przemieniać w wilkołaka. Pamiętaj, że to kozaki od Christiana Louboutina i kosztowały prawie półtora tysiąca dolarów! Ostatnio nie mogłaś przeboleć tamtych szpilek, a ja nie zamierzam tym razem sprzątać po tobie strzępków dobrych, drogich ciuchów!
To dopiero pomogło. To oraz mała modyfikacja moich inkantacji.
Jestem oazą spokoju… Pierdolonym, kurwa zajebiście wyciszonym kwiatem lotosu na zajebiście spokojnej tafli jebanego jeziora… Jestem wręcz jak jebany wagon pełen pierdolonych medytujących tybetańskich mnichów…*
Och, już wiedziałam, kogo winić za zaistniałą sytuację.
Na szczęście niedaleko ujrzałam radiowóz, a przy nim – szeryf Forbes! Doskoczyłam do niej i postanowiłam użyć całego swojego uroku – lub desperacji – żeby pożyczyć to, czego potrzebowałam.
Pół godziny później, uzbrojona w podręczną syrenę strażacką, wmaszerowałam na podjazd rezydencji Mikaelsonów. Rebekah podążała za mną, chyba bardziej z ciekawości, niż z chęci pomocy. No i pamiętajmy, postanowiła pilnować, żeby znowu mi nie odbiło.
Co to mi Klaus kiedyś powiedział? Ach tak, już wiem: "Rozkoszuj się czasem swoją ciemną stroną". Cóż, taki właśnie miałam zamiar.
Nie miałam zamiaru wchodzić ze sprzętem do środka, o nie. Nie zamierzałam natknąć się na nagą przyjaciółkę w objęciach mojego nagiego praprzodka. Postanowiłam zrobić to nieco… subtelniej.
Uruchomiłam ręczną syrenę i ryknęło tak głośno, że nie było absolutnie możliwości, żeby nie usłyszeli. Furia, która mnie ogarnęła, pozwoliła mi czerpać ogromną przyjemność z każdej sekundy trwania tego przeraźliwego hałasu, który przecież dla naszych, wampirzych uszu, był właściwie podwójnie przykry.
Nie minęła minuta, a w pełni ubrany Klaus wymaszerował z rezydencji prosto na podjazd. Był co najmniej wkurwiony. I bardzo dobrze, bo ja też. Najpierw pewnie chciał atakować, bo myślał, że to jacyś wrogowie, ale jak tylko mnie zobaczył, na jego twarzy wściekłość zaczęła się mieszać z dezorientacją. Prawdopodobnie porządnie rzucił mięsem, ale średnio go słyszałam. Nie przestawałam kręcić aż do momentu, kiedy nie podszedł do mnie i nie wyrwał mi jej z rąk. Widać było wyraźnie, jak się w środku gotował.
– Co to było, do cholery?
Och, mimo wszystko, trochę się pilnował. Pewnie Caroline podsłuchiwała ze środka. Fantastycznie…
– Care, możesz wyjść! Wiemy, że tam jesteś! – krzyknęłam, nie przerywając bitwy na spojrzenia z Klausem.
Chwilę później Care, owszem, wyszła przez drzwi frontowe, włosy mając co najmniej zmierzwione, ustrojona… tylko w męską białą koszulę.
– Nie martwcie się, nie zajmę wam długo. Cieszymy się z Bekah z waszego powodu i w ogóle, ale najpierw Klaus musi odpowiedzieć mi na kilka pytań. – Ponieważ miałam już czas poskromić trochę gniew, który ogarnął mnie całą, udało mi się powiedzieć to tonem prawie że kpiącym.
– Co w ciebie wstąpiło? – Mogłam się spodziewać, że Klaus zada to pytanie.
W odpowiedzi wyszczerzyłam zęby w nieszczerym uśmiechu.
– "Rozkoszuję się swoją ciemną stroną."
W tym momencie przynajmniej tę część zrozumiał. I już wiedział, że lepiej ze mną nie zadzierać.
Szybko wrócił do normalnego siebie. Założył ręce na piersi i posłał mi spojrzenie, które prawie że przypominało znudzenie. Może i dałabym się nabrać, gdybym sama często go nie stosowała.
– W takim razie mów, o co chodzi i daj ludziom trochę odetchnąć…
Posłałam mu w odpowiedzi mordercze spojrzenie.
– Świetnie. W takim razie wyjaśnij mi, dlaczego, do kurwy nędzy, ze wszystkich ludzi na świecie, posłałeś akurat KOLA, żeby chronił moją młodszą siostrę?!
Nie zrozumiał na początku.
– Jak to, dlaczego? Już nie musiał zajmować się młodym Gilbertem i mówił, że odkąd wróciłaś do siebie, brakuje mu rozrywki…
Ugh. Czasami zapominałam, że i Rebekah, i Klaus, byli świadomi tego, że między mną i Kolem do czegoś NAPRAWDĘ by doszło, jak mi na chwilę zupełnie odbiło. I, oczywiście, od tamtej pory Kol musiał mi zawsze wypominać, że to ON zachował się w porządku i się wycofał w ostatniej chwili!
– Nie mówię o tym! – Na to machnęłam ręką. – Pytam, dlaczego posłałeś tam akurat KOLA, który uwielbia dla żartu udawać Australijczyka i ma przy tym nadzwyczaj seksowny akcent?! DLACZEGO wysłałeś go do mojej młodszej siostry, o której musiałeś WIEDZIEĆ, że ona ma do nich słabość!
W odpowiedzi na moją tyradę… wszyscy troje dostali napadu śmiechu. Wszyscy, bo nawet Rebekah zauważyła absurdy w moich oskarżeniach.
Założyłam ręce na piersi i spojrzałam na Klausa spode łba, czekając, aż się uspokoi.
– Widzisz, moja droga, znów okazuje się, że jesteś do mnie bardziej podobna, niż ci się wydaje. Z nadopiekuńczości wsadziłem rodzeństwo do trumien, tak? – Przytaknęłam. Wszyscy wiedzieliśmy, że taka była prawdziwa przyczyna. Tym razem sama zauważyłam komizm sytuacji. – Cóż, od razu ci radzę, żebyś nie próbowała popełnić tego błędu z siostrą. Jako czarownica pewnie znalazłaby jakiś sposób, żeby zemścić się na tobie okrutnie… – W tym momencie zorientowałam się, że muszę się bardzo starać, żeby kąciki ust nie powędrowały mi do góry i żebym im wszystkim zaraz nie zawtórowała.
Już uspokojona – na szczęście! – westchnęłam ciężko, gdy Klaus skończył.
– Co racja, to racja. Nie uśmiecha mi się groźba okrutnej zemsty ze strony mojej młodszej siostry, u której wpływ Kola mógł wzbudzić chyba najgorsze instynkty. – Uff… wyładowałam się. Byłam już zdolna do tego, żeby wykonać półobrót i wziąć Bekah pod ramię. – Chodźmy, Bex. Nie zakłócajmy już spokoju gołąbeczkom… – Prawie że czułam, jak Klaus się odwraca i idzie w stronę Caroline. – Ach, i Care? – spojrzałam przez ramię w stronę przyjaciółki. Ona natomiast, z rękoma założonymi na piersi i z krzywym uśmiechem na twarzy, czekała. – Nie myśl, że jutro w drodze do Nowego Jorku ominie cię obowiązek podzielenia się z nami pikantnymi szczegółami! – Wyszczerzyłam do niej zęby w uśmiechu i zaraz obie z Rebekah śmignęłyśmy w wampirzej prędkości do Grilla. Jeszcze zanim odwróciłam głowę, usłyszałam chichot Klausa i zauważyłam coś niemożliwego – mocny rumieniec na twarzy Care. A mówią, że wampiry nie mogą się rumienić...
*Cytat. NIE MOJE!:) Nie wiem, kto był jego pomysłodawcą, ale naprawdę, taka inkantacja czasami ogromnie pomaga w dużym stresie;) DZIĘKUJĘ!:)
Od razu uprzedzam: Marta tu nie jest OOC.
Jeszcze nie wiemy, jakie huśtawki nastrojów ją czekają, kiedy stanie się Pierwotną Hybrydą.
Tutaj można po prostu zobaczyć jeden ze sposobów, by sobie z tym radzić;)
Och, i jest gotowy strój Marty do tego fragmentu - ze wspomnianymi kozakami od Louboutina;)
Dostępny jest na moim profilu na polyvore
Jego nazwa to: White, Silver, Black ;)
Możliwe, że - jeśli postanowię dodać jeszcze jakieś One-Shooty
(a mam parę pomysłów w zanadrzu)
