Disclaimer: Postaci i miejsca pożyczone. Zostaną zwrócone właścicielom w stanie niezmienionym.
Od teraz ten fik funkcjonuje jako Crossover.
- Co? – spytał Booth, a w jego głosie pobrzmiewały groźne nutki.
- Doktor Brennan przyszła do naszego – Sherlock ruchem ręki wskazał siebie i Johna – mieszkania około ósmej wczoraj wieczorem, wyszła z niego po trzech godzinach i spożyciu dwóch kieliszków wina. Na własnych nogach, cała i zdrowa, przytomna, nieporwana. Widziałem przez okno, że złapała taksówkę kilka kroków od drzwi i odjechała.
- Doktorze, może pan to potwierdzić? – spytał Lestrade, z łatwością wyczuwając rosnące napięcie.
- Nie, noc spędziłem gdzie indziej – odrzekł John, z niepokojem obserwując coraz bardziej wzburzonego agenta FBI.
- Mogę wiedzieć, co robiliście? – szybko spytał Lestrade, bojąc się dopuścić Bootha do głosu.
- Rozmawialiśmy – odparł Sherlock z naciskiem, patrząc agentowi w oczy. – Nie zapraszałem jej. Między naszym spotkaniem po wykładzie a jej przyjściem do mieszkania nie mieliśmy ze sobą żadnego kontaktu. Mój adres można z łatwością znaleźć w internecie. Jak mówiłem, wyszła z własnej woli, o własnych siłach, około jedenastej wieczorem.
- Ale nie masz sposobu, by to udowodnić – niemal warknął Booth.
- Mam, choć wolałbym nie mieć, dzięki pewnemu niereformowalnemu urzędnikowi rządowemu niskiego szczebla – głos Sherlocka ociekał ironią przy wypowiadaniu dwóch ostatnich słów.
- Nie mów, że twój brat... – zaczął John, na jego twarzy odbijało się przerażenie.
- Co z jego bratem? – spytał Booth.
- Mój szanowny starszy brat bardzo się o mnie martwi i swoją troskę okazuje między innymi przez instalowanie kamer w moim mieszkaniu – wyjaśnił zniecierpliwiony Sherlock. – Wszelkie urządzenia w sypialniach i wspólnych pomieszczeniach udało mi się znaleźć i usunąć. Zostawiłem kamerę przy wejściu na schody, stwierdziłem, że może się przydać. Słusznie, jak zwykle. Myślę, że dobrze byłoby zebrać ekipę i pojechać do hotelu.
- W porządku – stwierdził Lestrade, wstając zza biurka. Wyszedł ze swojego biura, machnięciem ręki przywołując kogoś z pomieszczenia ogólnego.
- Zostawię panów w takim razie. Gdybym była wam do czegoś potrzebna, w co wątpię, wiecie, gdzie mnie znaleźć – rzekła Cate i również skierowała się do wyjścia. Mijając Bootha poklepała go lekko po ramieniu.
Sherlock zaczekał, aż John również wyjdzie, po czym nagle zamknął drzwi biura, odwrócił się do agenta i bardzo zdecydowanym tonem rzekł:
- Jeśli mam pomóc znaleźć twoją partnerkę, lepiej wyjaśnijmy sobie kilka spraw już teraz.
- Nie prosiłem cię o pomoc i nie ufam ci – stwierdził Booth, w głębi duszy doceniając bezpośrednie podejście detektywa.
- Pogadasz chwilę z Lestradem, potem spotkasz jego ludzi i zaraz sam poszukasz mojego adresu w internecie – zaczął Sherlock, nachylając się w stronę Bootha, mówił cicho, szybko, wyraźnie i z pewną groźbą w głosie. – To inspektor Pritchard po mnie zadzwoniła, wiedząc, że będziesz musiał pracować z Lestradem. Zastanów się, dlaczego. Nie mam nic wspólnego ze zniknięciem twojej partnerki, nikt mi nie płaci za udział w śledztwach Yardu, ale znam to miasto i półświatek jak własną kieszeń i prędzej czy później ta wiedza ci się przyda.
- Znasz półświatek z własnego doświadczenia? – przerwał mu Booth. Sherlock milczał. – Ćpuna potrafię wywęszyć z odległości pięciu mil. Nie podobasz mi się, gościu.
- Nie biorę regularnie od siedmiu lat – rzekł cicho Sherlock. – W zamian biorę czynny udział w co czwartej sprawie Lestrade'a. Pracuję z nim od sześciu lat. Dziewięć lat temu znalazł mnie w melinie zaćpanego niemal na śmierć, choć obaj udajemy, że nie kojarzymy się stamtąd. Doskonale zna moją historię, a mimo to dopuszcza mnie do śledztw. Myślisz, że pozwoliłby mi na to, gdyby sądził, że dowody dostarczone przeze mnie mogłyby przepaść w sądzie przez moją przeszłość?
- Dlaczego tak ci zależy na odnalezieniu Brennan, jeśli tylko rozmawialiście?
- Nie zależy mi na odnalezieniu Brennan, tylko na rozwiązaniu zagadki. Jej zniknięcie jest zagadką. Oboje jesteście Amerykanami na obcym terenie. W gruncie rzeczy nie masz tutaj żadnej władzy poza tą, której udzieli ci Lestrade. Nawet nie masz prawa nosić broni, jeśli on ci na to nie pozwoli. A ja się nudzę. Trudno w tej chwili o lepszą stymulację dla umysłu.
Booth wyglądał, jakby miał wybuchnąć. Sherlock odsunął się od niego i podszedł do drzwi.
- I nie obchodzi mnie to, czy mnie z tego powodu znienawidzisz. W tej pracy trzeba zachować obiektywizm. I pewnie w pokoju hotelowym twojej partnerki okaże się, że moje podejście jest zdrowsze od twojego. Właściwie w ogóle nie powinieneś brać udziału w śledztwie – mówił Sherlock, szybkim krokiem zbliżając się do czekającej na nich grupki policjantów. Booth szedł dwa kroki za nim.
- Tak, jakbyście byli w stanie mnie powstrzymać – burknął, zamienienie twarzy Holmesa w krwawą miazgę przekładając na później.
Sherlock nagle stanął w miejscu i odwrócił się do Bootha. Agent prawie na niego wszedł.
- Pogadaj z Johnem na temat mojego przejmowania się ofiarami. Najlepiej jeszcze w drodze do hotelu. Im szybciej będzie wszystko wyjaśnione, tym lepiej.
Następnie odwrócił się w stronę grupki.
- Lestrade! Jedźcie do hotelu. Będę pięć minut po was, coś muszę załatwić. Niech nikt do tego czasu nie wchodzi do pokoju.
Booth minął go bez słowa.
Brennan było zimno.
Może nie arktycznie zimno, ale temperatura nie była komfortowa.
Wiedziała, że coś jest nie tak i pierwsze, co przyszło jej do głowy, to bycie zakopaną żywcem.
Wcześniej myślała o powolnej analizie sytuacji bez otwierania oczu, ale przez wspomnienie o tamtych godzinach w zakopanym samochodzie zwyczajnie nie mogła się powstrzymać.
Nie była zakopana. Leżała na twardej podłodze, właściwie klepisku, pokrytym cienką warstwą kurzu i piasku. Pomieszczenie, w którym się znajdowała, było duże, o powierzchni kilkunastu metrów kwadratowych, nie było w nim absolutnie żadnych mebli czy sprzętów. Wyglądało na dość płytką piwnicę: zakratowane okna były stosunkowo niewielkie, osadzone wysoko pod sufitem, ale wystarczające, by w pomieszczeniu było jasno. Gdyby nie kraty, dałoby się przez nie wyjść. Drzwi były tylko jedne, otwierane do wewnątrz, bez klamki po tej stronie, trzy schodki nad poziomem podłogi. Brennan nie zauważyła żadnych lamp. Ściany na pierwszy rzut oka wyglądały na otynkowane za pomocą gliny, ale po dokładnym przyjrzeniu się stwierdziła, że ogólnie pomieszczenie było gliniane, z drewnianymi elementami konstrukcji. Stary budynek, choć w znośnym stanie. Nie wyczuwała wilgoci.
Brennan wstała ostrożnie, próbując ocenić, w jakim stanie się znajdowała. Nie czuła bólu, oprócz lekkiego ćmienia w głowie, ale to mogła zrzucić na środki, którymi pozbawiono ją przytomności... O ile tak się rzeczywiście stało. Nie pamiętała. Miała na sobie swoje wysokie kozaki, ciemne spodnie, dobraną kolorem marynarkę, pod tym bieliznę i podkoszulek. Zabrali jej rozpinaną bluzkę. Nie było też śladu po jej torebce, nie wspominając o telefonie komórkowym. Na nadgarstku nadal miała zegarek, w uszach kolczyki. Była zakurzona, owszem, co jest normalne przy leżeniu na piwnicznej podłodze, ale żadnych innych zanieczyszczeń (w szczególności krwi, swojej czy cudzej) nie stwierdziła.
Bardzo nie chciała wyciągać wniosków. To nie było w jej stylu. Ale stwierdzenia, że a) porywacze nie mają zbyt zabójczych zamiarów, przynajmniej na razie i b) motyw na 99% nie był rabunkowy, nasunęły się same. Dobrze byłoby wiedzieć, o co chodziło dokładnie, ale na to Brennan była w stanie zaczekać.
Podeszła do jednego z okien. Była za niska, by zobaczyć coś dokładnie nawet po stanięciu na palcach, ale zdołała się zorientować, że znajduje się w jakiejś dzielnicy przemysłowej niedaleko rzeki.
Dalszą obserwację przerwało jej otwarcie drzwi. Brennan odwróciła się od okna, stanęła sztywno, ręce trzymała blisko ciała, ale widoczne.
- Doktor Temperance Brennan, antropolog sądowy z Instytutu Jeffersona w Waszyngtonie – zaczął wysoki mężczyzna, który wszedł jako trzeci, po dwóch uzbrojonych w karabiny maszynowe osobnikach. – Robi wrażenie. – Skinął głową, unosząc identyfikator Bones. – Oczywiście w tej sytuacji pani doświadczenie zawodowe i tytuły niewiele pomogą.
Bones, nie wiadomo dlaczego, właśnie wyobraziła sobie, jak by wyglądała czaszka tego mężczyzny po trzech tygodniach wystawienia na warunki atmosferyczne.
Mówił z brytyjskim akcentem, wskazującym na klasę robotniczą.
- Kilka spraw, pani doktor. – Mężczyzna podszedł bliżej Brennan, ale zatrzymał się w potencjalnie bezpiecznej odległości. – Po pierwsze, nie ma sensu uciekać. Po drugie, w tym wszystkim nie chodzi o panią, więc nie musi się pani martwić o swoje bezpieczeństwo. Niedługo dostanie pani coś do jedzenia. Po trzecie, pani wolność zależy od poczynań człowieka, który zapewne pani szuka, więc jeżeli wierzy pani w siły wyższe, w co wątpię, może się pani modlić o pomyślny przebieg sprawy. Po czwarte, jeśli zrobi pani coś, co mi się nie spodoba, nie będę miał skrupułów. Wszystko jasne?
Brennan skinęła tylko głową.
- To dobrze. Wychodzimy – rozkazał mężczyzna swoim ludziom i ruszył do drzwi.
- Przepraszam – odważyła się zawołać. Przywódca spojrzał na nią chłodno. – Czy byłaby możliwość, bym otrzymała jakiś koc? Jest tutaj...
- Doktor Brennan, mam na celu utrzymać panią przy życiu, a nie dostarczać wygody – przerwał jej mężczyzna, po czym bez słowa wyszedł za swoimi ludźmi. Rozległ się odgłos zasuwy przesuwanej na swoje miejsce.
Brennan zadrżała.
c.d.n.
