Disclaimer: Nie posiadam praw autorskich do prac, które zainspirowały to opowiadanie.
Bohaterowie, etc. należą do L.J. Smith i do Producentów serialu "Vampire Diaries" - "Pamiętniki Wampirów"
Jestem jedynie autorką swoich własnych, oryginalnych bohaterów.
Intro: Marta jest już Drugą Pierwotną Hybrydą. Spędza czas w NY przed powrotem do Warszawy. Ma nieoczekiwanego, nieproszonego, niemile widzianego gościa. A potem także nieoczekiwanego i nieproszonego, ale za to mile widzianego;)
Universum: TVD, ale z opowiadania BDDBS
Czas: pod odcinku 4x09
Pairingi: Marta/Damon (ANGST), Marta/Elijah, Klaroline, Kol/OC
TYP: HUMOR, trochę Wściekłości;)
Niech żyje karaoke! (REUPLOAD)
Wpatrywałam się tępo w szklankę, w której falował sobie spokojnie bursztynowy płyn. Przez tego skurwysyna nawet bourbon przestał mi smakować. Przez niego i przez tę przeklętą sucz, której jedynym celem w życiu jest sprawić, by świat kręcił się wokół niej…
Wszyscy zdążyli już zmądrzeć, WSZYSCY. Oprócz niego. I chyba to bolało najbardziej. Stefan już dawno wrócił do Rebeki, Caroline przestała się przejmować zdaniem Eleny i wreszcie była szczęśliwa z Klausem… Nawet Elijah przestał zauważać w pannie Gilbert to jej słynne "współczucie", kiedy mi pomógł podczas tamtej pełni, po balu...
Nie chciałam, żeby od teraz Nowy Jork kojarzył mi się negatywnie tylko dlatego, że przyjechałam tu po rozstaniu z pieprzonym zdrajcą. Między innymi dlatego zamiast apartamentu w Plazie skorzystałam z penthouse'a Mikaelsonów na Central Park West. Opierałam się i wcale nie chciałam go zajmować, ale Rebekah zagroziła, że śmiertelnie się na mnie obrazi, jeśli tego nie zrobię.
Jeszcze tylko tydzień. Jeszcze tydzień i wrócę do Warszawy, do domu. nie myślałam w tym momencie o tym, że będę musiała poradzić sobie z Kolem i Anią jako parą, albo, że prawda jest taka, że znacznie chętniej popodróżowałabym sobie jeszcze po świecie, nawet całkiem sama. Przynajmniej do momentu ukończenia szkoły przez Care. Razem z nią, Bekah i Anią już od jakiegoś czasu byłyśmy umówione na wakacyjny eurotrip po najpiękniejszych stolicach Starego Kontynentu. Tymczasem, nawet myśl o tym nie przynosiła jeszcze oczekiwanej radości.
Tymczasem, wieczór w wieczór przychodziłam do tego samego klubu, w którym byłyśmy, gdy odwiedziłam z Caroline Nowy Jork na pierwszym, babskim wypadzie. I tak, co wieczór było karaoke. I przez tydzień już nawet zdążyłam zakolegować się z didżejką, która to prowadziła. Codziennie śpiewałam inną piosenkę. Codziennie zaraz po tym wracałam do apartamentu i kładłam się spać do bardzo wygodnego, wielkiego, ale też… zimnego łóżka, w którym miałam zdecydowanie za dużo czau, by myśleć.
Prezenty dla rodziny miałam już kupione, a nad ''prezentem" urodzinowym od Klausa starałam się w ogóle nie zastanawiać. Tego dnia, spacerując po Central Parku, zdałam sobie sprawę z tego, że przez ostatni tydzień tłumiłam w sobie wszystkie negatywne emocje – wszystko ze strachu, żeby znów nie doprowadzić do przemiany.
Bo wiedziałam, że jeśli zacznę o tym myśleć, moje oczy zaraz zabłysną złotem, a obok wampirzych kłów zaraz pojawią się te wilkołacze. Że, chociaż podczas przemiany, jako hybryda byłam absolutnie świadoma tego, co robię, czasami pozwalałam, by to wściekłość mnie prowadziła.
To było do przewidzenia. Kiedy ich zobaczyłam, w tym uścisku, instynkt natychmiast mi mówił: "ZABIJ!" Już samo wspomnienie o tym powodowało, że moja dłoń ściskała szklankę tak mocno, że się bałam, że zaraz ją stłukę. NIE! NIE BĘDĘ O TYM MYŚLEĆ! Od teraz on dla mnie NIE ISTNIEJE!
W tym momencie usłyszałam za sobą głos:
– Kogo jak kogo, ale ciebie bym się nie spodziewał zastać w klubie przy barze, zamiast na parkiecie…
Nie musiałam się odwracać, by wiedzieć, że stoi tuż za mną. To tyle, jeśli chodzi o jego NIEISTNIENIE!
Każda myśl, jaka w tym momencie przelatywała przez moją głowę, przynosiła obraz jego i Eleny, zwartych w uścisku, tuż przed tym, jak w postaci wilkołaka odrzuciłam Gilbertównę na drugą ścianę i wgryzłam się w jej ramię tak mocno, że oderwało trochę skóry. I natychmiast czułam, że już mi na nim wcale nie zależy.
Wiedziałam, że jakakolwiek próba rozmowy z nim przyniesie mi ostateczną zgubę, ale i tak, pozornie spokojnie, odstawiłam szklankę na bar i bardzo powoli odwróciłam się w jego stronę.
– Czego chcesz? – warknęłam, natychmiast podnosząc się ze stołka. W moich superszpilkach byliśmy równego wzrostu.
– Chcę porozmawiać… – odpowiedział, tak po prostu. Akurat zamierzałam z nim rozmawiać… Tak, jak się spodziewałam, jego widok na żywo powodował u mnie mieszankę uczuć: pragnienia i obrzydzenia. Nie zamierzałam zakończyć tego wieczora zgagą, albo zwracając zawartość żołądka.
– Ach, chcesz rozmawiać… – Założyłam ręce na piersi, po czym, właściwie go ignorując, wyminęłam go i przeszłam na drugi koniec sali.
Ja nie chciałam rozmawiać. Nie w momencie, gdy wyglądał jak zbity pies i niewiele brakowało, a bym się złamała. Klaus miał rację. Moją słabością jest to, że nie potrafię zbyt długo chować urazy…
Byłam tak zajęta własnymi myślami, że na kogoś wpadłam.
– O, Marta, cześć… – Kiedy wreszcie wróciłam do rzeczywistości, zobaczyłam przed sobą Tracie, didżejkę. – Masz dzisiaj jakieś specjalne życzenia?
W tym momencie w mojej głowie pojawił się szatański pomysł. Salvatore chce rozmawiać. Już ja mu dam dowód na to, że nie chcę i nigdy nie zechcę z nim rozmawiać. Doprowadzę do tego, że na zawsze zostawi mnie w spokoju.
– Tak właściwie, to mam. – Posłałam jej szeroki uśmiech. – Widzisz tego faceta tam, w czarnej, skórzanej kurtce? – Wskazałam jej na Damona, a ona przytaknęła. – To pieprzony drań, który złamał mi serce, a teraz chce "rozmawiać"…
Natychmiast podchwyciła, o co mi chodzi.
– Już wszystko rozumiem. Zostaw to mnie. Jestem specjalistką w zemstach na byłych… – Zauważyłam w jej oczach empatię i już wiedziałam na pewno, że tego wieczoru będę mieć w niej sojuszniczkę.
XXX
Tym razem wyszłam na scenę jako pierwsza. Nie chciałam ryzykować, że Salvatore gdzieś mnie znajdzie w tłumie ludzi i rzeczywiście doprowadzi do tego, że będziemy musieli porozmawiać.
Och, popamięta mnie na długo…
– Cześć wszystkim… - Stanęłam przy mikrofonie i usłyszałam pozdrowienia, szczególnie od stałych bywalców, którzy mnie już kojarzyli. – Dzisiaj jest specjalny wieczór, ponieważ chciałabym swoją piosenkę komuś zadedykować. – Nagle na sali zrobiło się cicho. Tylko tego było mi trzeba. Tracie w tym momencie włączyła szperacz i zaczęła nim manewrować tak, by naprowadzić go na Damona. Kiedy znalazł się już w słupie światła, udałam, że jestem tym zachwycona. – O, właśnie. – Wymagało to ode mnie szczytu moich możliwości aktorskich, ale zachowałam spokój. – Damonie Salvatore, oto piosenka specjalnie dla ciebie… – Posłałam mu uśmiech, który bardzo niewielu odczytałoby jako fałszywy.
W tym momencie rozległy się pierwsze takty piosenki i poczułam, jak wstępuje we mnie energia. Mogłam zawojować świat. Miałam minę niewiniątka, ale wiedziałam, że już z pierwszymi wersami piosenki Salvatore zdoła zobaczyć w moich oczach każdą negatywną emocję, którą wysyłałam w tym momencie w jego stronę.
I remember when we broke up
The first time
Saying, "This is it" I've had enough
'cause like
We hadn't seen each other in a month
When you said you needed space, what?
Pomyślałam o tym dniu, w którym do odtrąciłam, jeszcze w Warszawie, a on na moich oczach zabił tamtą kobietę na parkingu… Już wtedy powinnam się domyślić, że tak to się skończy…
Tymczasem, tłum zgromadzony w klubie świetnie się bawił, chociaż zauważyłam, jak ludzie dookoła Damona posyłają mu znaczące spojrzenia. Salvatore natomiast stał tam, jak posąg, z twarzą pokerzysty.
Then you come around again and say
"Baby, I miss you and I swear I'm gonna change"
Trust me
Remember how that lasted for a day
I say "I hate you", we break up, you call me, I love you
Zaczynałam bawić się coraz lepiej. Rany, to był popis mojego życia! Już dawno nie czułam się tak świetnie na scenie! Co prawda, przypomniało mi się, jak po zakończeniu studiów pognałam do Mystic Falls, bo za nim tęskniłam, przez głowę przemknęły mi także wspomnienia tego, jak byliśmy razem, ale zaraz w nojej głowie zastąpiły je momenty kłótni.
Oooh we called it off again last night
But oooh, this time I'm telling you, I'm telling you
Najgorsze było, że mimo tego, że go przecież tym razem NAKRYŁAM, on zachowywał się jakby nigdy nic! Już miało być lepiej, już miałam, kurwa, odseparować się od niego, a on PUFF! I się zjawił! Całą sobą zaczęłam śpiewać refren, mając na myśli KAŻDE SŁOWO:
We are never ever ever getting back together
We are never ever ever getting back together
You go talk to your friends, talk to my friends, talk to me
But we are never ever ever ever getting back together
Like... ever
Przy kolejnej zwrotce byłam w stanie przyznać, że trochę, odrobinkę, będę za nim tęsknić. Ale tylko w sensie, który zgadzał się z piosenką… Poczułam nagle, że żadna do tej pory nie odpowiadała moim uczuciom, jak ta...
I'm really gonna miss you picking fights
And me, falling for it, screaming that I'm right
And you, would hide away and find your peace of mind
With some indie record that's much cooler than mine
Oooh, you called me up again tonight
But oooh, this time I'm telling you, I'm telling you
Najgorsze było, że Damon zachowywał się jak pieprzony bumerang. Wróciliśmy do siebie po wielkiej kłótni, kiedy uratował mnie od Klausa. Ale nie mógł przeżyć moich powiązań z Pierwotnymi, najpierw samej przyjaźni z nimi, a potem tego, że byłam wobec nich lojalna, że ich chciałam ratować…
Ale miarka się przebrała, kiedy zupełnie nie obeszło go, że Tyler wpadł na pomysł, żeby mnie zabić, żeby tym samym zabić Klausa…
Och, a on teraz chciał ROZMAWIAĆ! No to się, kurwa, zawiedzie!
We are never ever ever getting back together
We are never ever ever getting back together
You go talk to your friends, talk to my friends, talk to me (talk to me)
But we are never ever ever ever getting back together
Oooh yeah, oooh yeah, oooh yeah
Oh oh oh
I znowu w mojej głowie pojawiły się natrętne wspomnienia tego, że dobrze było nam razem… Przynajmniej wtedy, gdy byliśmy razem, bo jak się dobrze przyjrzeć, to częściej byliśmy osobno… I tak, zgodnie z piosenką, uznałam, że już mam tego dosyć, że to zbyt męczące...
I used to think that we were forever ever
And I used to say, "Never say never..."
Uggg, so he calls me up and he's like, "I still love you,"
And I'm like... "I just... I mean this is exhausting, you know, like,
We are never getting back together. Like ever"
No!
Nie spuszczałam wzroku z Damona. Wiedziałam, że tłumy ludzi świetnie się bawią, obserwując, jak przeprowadzam zemstę, ośmieszając tego zdradliwego skurwysyna. Szkoda, że mnie nie widzieli, jak po raz pierwszy z wściekłości błyskawicznie przybrałam postać wilkołaka i przez moment miałam zamiar rozerwać na strzępy tę pieprzoną dziwkę Elenę. Ugryzłam ją, ale smakowała jak szmata, którą przecież była, więc uznałam, że nie warto i natychmiast stamtąd wybiegłam… By trafić na próg Mikaelsonów.
Tyle czasu wyglądało na to, ze mnie wręcz nienawidzi… Tak długo traktował mnie na powietrze… A teraz chce ROZMAWIAĆ! Ciekawe, czego w ogóle ode mnie teraz chce! I bardzo ciekawe, co powie na to:
We are never ever ever getting back together
We are never ever ever getting back together
You go talk to your friends, talk to my friends, talk to me
But we are never ever ever ever getting back together
We, ohhh, getting back together,ohhh,
We, ohhh, getting back together
Brawurowo kończyłam, z pełną świadomością tego, że musiał poruszyć niebo i ziemię, żeby mnie znaleźć, bo na pewno rozmawiał z Caroline, ze Stefanem, z Bekah, ba, nawet z Klausem (byłam o tym informowana na bieżąco) – ale żadne z nich nie ujawniło, gdzie jestem.
You go talk to your friends, talk to my friends, talk to me (talk to me)
But we are never ever ever ever getting back together
Kiedy ostatnie takty piosenki upłynęły, przez dłuższą chwilę jeszcze stałam tam, oddychając głęboko. No! Wyżyłam się wreszcie! Wylałam z siebie tę falę emocji, która zbierała się we mnie od jakiegoś czasu. Ludzie na parkiecie dali mi głośne oklaski, zaczęli pogwizdywać i wołać o bis, ale w tym momencie zauważyłam, że wyraz twarzy Damona się zmienia. Czekał tylko, żebym zeszła ze sceny…
No to sobie, kurwa, poczeka.
Oddałam Tracie mikrofon, przy okazji bardzo cicho pytając o tylne wyjście z klubu. Nieznacznym ruchem ręki mi je wskazała, bo od razu zrozumiała, o co mi chodzi. Podziękowałam jej jeszcze za pomoc i pożegnałam się.
Kiedy wyszłam z klubu, zorientowałam się, że jestem w tej samej ciemnej uliczce, do której kiedyś trafiłyśmy z Care. Świetnie. Nie miałam jednak czasu, żeby przeżywać na nowo wspomnienia. Zaraz pobiegłam w stronę głównej ulicy, mając nadzieję, że tłumy w klubie skutecznie uniemożliwią Salvatore'owi natychmiastowe podążenie za mną. Znalazłam jakąś taksówkę wśród miliona jednakowych i wsiadłam do środka. Teraz, gdyby nawet Damon za mną podążył, to by mnie nie znalazł.
– A szukaj sobie, draniu, szukaj igły w stogu siana… – mruknęłam pod nosem, z zadowoleniem. Podałam kierowcy adres penthause'a i dopiero wtedy mogłam naprawdę odetchnąć.
Nie zastanawiałam się długo. Wyciągnęłam telefon i wybrałam właściwy numer.
– Halo? – Mogłam się tego spodziewać… Pewnie normalnie bym się nawet z tego ucieszyła, ale w tym momencie nie miałam na to czasu.
– Hej, Care. Podejrzewam, że skoro odbierasz telefon Klausa, to on gdzieś tam jest, co nie?
Natychmiast usłyszałam zmartwienie w głosie przyjaciółki.
– Coś się stało, Em? Jak rozmawiałyśmy wcześniej, mówiłaś, że idziesz do tego klubu karaoke…
– Tak, tak, byłam tam. Wszystko w porządku, tylko muszę szybko porozmawiać z Klausem…
On natomiast musiał już usłyszeć naszą rozmowę, bo prawdopodobnie wziął telefon od Care i to on odpowiedział.
– Co się stało, moja droga?
Nie było sensu owijać w bawełnę.
– Mówiłeś serio o tym rodzinnym odrzutowcu? – wypaliłam.
– Owszem. A co, zmieniłaś zdanie i nie chcesz już, jako jedna z dwóch najpotężniejszych istot na ziemi, zniżać się do poziomu plebsu i latać samolotami rejsowymi?
Normalnie bym się pewnie roześmiała. Klaus uwielbiał zaznaczać, że jestem „JEDNĄ Z DWÓCH najpotężniejszych istot na ziemi".
– Nie, po prostu muszę przyśpieszyć wylot do Warszawy…
– Coś się stało? – powtórzył pytanie, tym razem już wcale nie rozbawiony. Już od jakiegoś czasu miałam wrażenie, że martwił się o mnie podobnie jak o Care – czyli jeszcze bardziej, niż o swoje rodzeństwo.
– Cholerny dupek mnie znalazł. Nie wiem, czego ode mnie chce i nie chcę się z nim użerać…
Nie musiałam mówić nic więcej.
– Za godzinę samolot, gotowy do startu, będzie na ciebie czekał na lotnisku JFK. – odpowiedział natychmiast, nawet się nad tym nie zastanawiając.
Podejrzewałam, że już wcześniej posłał swojego pilota do Nowego Jorku – tak od wszelkiego złego. Proszę bardzo, znowu fakt, że Klaus myśli jakieś sto kroków przed nami, przyszedł mi z pomocą.
– Dzięki…
Już miałam się się rozłączyć, kiedy dodał:
– I Marta? – Mruknęłam, żeby dać znać, że wciąż słucham. – Trzymaj się…
Mimowolnie uśmiechnęłam się pod nosem. Kto by pomyślał – Wielki, Zły Hybryda, jak chciał, to potrafił być miękki.
– Dzięki. Wy też. Opiekuj się Care…
Rozłączyłam się, schowałam telefon do swojej mikroskopijnej, wieczorowej torebki i oparłam się o siedzenie, zamykając na chwilę oczy. Podkręcone emocje, które towarzyszyły mi od pojawienia się pieprzonego zdrajcy i potem przez całą piosenkę, stopniowo zaczęły ze mnie opadać. Teraz znów czułam się jak balonik, z którego spuszczono powietrze. Szykowała się długa noc.
XXX
Zasiadłam w nadzwyczaj wygodnym fotelu, sącząc doskonałego szampana, którego właśnie przyniosła mi stewardesa, Angela. Trzeba było to Pierwotnym przyznać – potrafili podróżować z klasą. Oparłam głowę na zagłówku i na chwilę zamknęłam oczy. Miałam nadzieję, że niedługo wystartujemy i będę mogła wtedy przejść do części sypialnej, by zapomnieć o tym koszmarnym wieczorze.
Kiedy uniosłam powieki, na fotelu naprzeciwko mnie siedział… Elijah. Na jego przystojnej twarzy pojawił się ten sam lekki uśmiech, który powodował, że w środku zaczynałam zawsze rozpuszczać się trochę jak masło. To był ten sam uśmiech, który pomagał mi dziesiątki razy przezwyciężyć nagłą potrzebę dorwania się komuś do gardła.
Ponieważ już i tak byłam nieco wstawiona, aż podskoczyłam na widok Pierwotnego. Dobrze, że kieliszek miałam już pusty, bo jego zawartość najprawdopodobniej wylałaby mi się na sukienkę.
– Co tu robisz? – spytałam, a on zanim się odezwał, zabrał mi z dłoni pusty kieliszek i oddał go Angeli. Nie spuszczał przy tym ze mnie wzroku.
– Wygląda na to, że oboje lecimy dziś na Stary Kontynent. Zawróciłem znad Atlantyku, kiedy dostałem wiadomość od Nicklausa.
Ach, więc to dlatego odrzutowiec mógł zjawić się tak szybko…
Nie mogłam nie odpowiedzieć na jego uśmiech.
– Wygląda na to, że tak. Dziękuję za to, że zechciałeś wydłużyć podróż ze względu na mnie…
Machnął tylko na to ręką.
– To żaden problem. O wiele lepiej podróżuje się w towarzystwie.
Trudno było się z tym nie zgodzić. Szczególnie, że jego obecność na pewno pomagała mi w wyrzuceniu z rozmyślań tematu Damona Salvatore'a...
Elijah podał mi kolejny kieliszek szampana i zabrał od Angeli swój. Oboje unieśliśmy je w niemym toaście. Od razu ten wieczór z potwornego stał się całkiem przyjemny…
Soundtrack: OCZYWIŚCIE - "We Are Never Ever Getting Back Together" Taylor Swift!:)
Strój Marty z tej sceny już na moim profilu na Polyvore.
Link do strony głównej na moim opisie na profilu Fanfiction!:)
Nazwa: Karaoke
Do następnej sceny!:)
