Disclaimer: Postaci i miejsca pożyczone. Zostaną zwrócone właścicielom w stanie niezmienionym.
A/N: Marylebone to dzielnica, w której, wedle moich informacji, mieszka Sherlock.
Kiedy dojechali do hotelu, Booth zauważył, że nie on jeden był sceptycznie nastawiony do czekania na Sherlocka. Szczególnie dwóch śledczych z zespołu Lestrade'a – sierżanci Donovan i Anderson – patrzyli średnio przychylnie na swojego szefa w momencie ogłaszania rozkazu, od czasu do czasu rzucając badawcze spojrzenia w stronę Johna Watsona, trzymającego się na uboczu. Seeley ostatecznie nie rozmawiał z nim podczas drogi, choć planował to nadrobić w spokojniejszych okolicznościach. Lekarz był spokojny, cichy i właściwie wtapiający się w tło, choć było w nim coś, co budziło niepokój Bootha. Agent zrzucił to na swój instynkt, zdolny wyczuć tajemnice. Był przekonany, że prędzej czy później z Watsona wylezie coś, co ich wszystkich zaskoczy.
Sherlock przyszedł z obiecanym opóźnieniem. Dokładnie pięć minut po ich przybyciu do hotelu wysiadł z taksówki i lekkim truchtem dołączył do zgromadzonych pod hotelem policjantów.
- Ile mam czasu? – spytał, nieznacznie zasapany.
- Tyle, co zwykle – odparł Lestrade.
- W porządku. Numer pokoju? – spytał Bootha.
- Czterysta pięć – odrzekł niechętnie agent. Sherlock swoim truchtem ruszył do wejścia do hotelu, po drodze nonszalancko wyszarpując z dłoni Andersona parę lateksowych rękawiczek, które ten najwyraźniej miał zamiar założyć.
Booth cały czas bacznie obserwował Holmesa, szukając jakichkolwiek śladów wskazujących na czynny udział detektywa w zniknięciu jego partnerki.
Sherlock zwolnił przed wejściem do pokoju Brennan i dokładnie obejrzał drzwi.
- Ślady włamania są stare, drzwi otwarto kluczem – oświadczył. Nacisnął klamkę i otworzył drzwi na oścież. Oczom policjantów ukazał się obraz pobojowiska. Praktycznie wszystkie meble zostały przestawione lub przewrócone, rzeczy doktor Brennan rozrzucone po podłodze. Sherlock stał kilkanaście sekund w progu i uważnie się rozglądał, zanim powoli nie wszedł do pokoju, koncentrując się głównie na podłodze. Booth chciał wejść za nim, ale Lestrade go powstrzymał bez słowa.
- Trzech włamywaczy – zaczął Sherlock na tyle głośno, by ludzie przy drzwiach go słyszeli. – Mężczyźni. Jeden z nich nosił buty rozmiar 8,5, drugi 12. Trzeciego nie widzę, trzymał się blisko drzwi. Wysocy, dobrze zbudowani. Ale coś mi się nie zgadza... – ostatnie zdanie wypowiedział ciszej, jakby do siebie. Wyprostował się i obejrzał dookoła. – To dywersja – stwierdził, ściągnął rękawiczki i ruszył do drzwi, ruchem ręki dopuszczając Andersona do pokoju.
- To znaczy? – spytali jednocześnie Lestrade i Booth.
- Oni niczego nie szukali. Weszli, żeby narobić bałaganu – wyjaśnił Sherlock. – Przestawili wszystkie meble, zrzucili lampy na podłogę - mówił, wskazując na konkretne zniszczenia. - Rozcięli materac na łóżku i poduszki na kanapie, ale ich nie zdjęli. Nie zrobili tego, bo coś chcieli znaleźć. To miało tylko tak wyglądać.
- Więc o co tu chodzi? – odezwał się John.
- O doktor Brennan, nie o to, co do niej należy, to jasne.
- Co nam to daje? – spytał niecierpliwie Booth.
- Do czasu otrzymania jakiejś informacji o pani doktor, niewiele – rzekł Sherlock ze wzruszeniem ramion.
- Co tu się dzieje? – usłyszeli nagle charakterystyczny, damski głos. Policjanci odwrócili się w stronę źródła i zobaczyli dwie osoby: wysoką kobietę o azjatyckich rysach i nieco niższego od niej mężczyznę, blondyna z kilkudniowym zarostem na twarzy i niebieskimi oczami.
- Angela? Hodgins? Co tu robicie? – zawołał Booth.
- Brennan stwierdziła, że fajnie by było, gdybyśmy też przyjechali – wyjaśnił mężczyzna. – Rzeczywiście, nieźle się zapowiada.
- Ludzie, słuchajcie. Nie wiem, skąd wam przyszło do głowy, że będziecie mogli czynnie brać udział w śledztwie. Wystarczy, że dopuściłem agenta Bootha i naszego cywilnego konsultanta – mówił poirytowany Lestrade, prowadząc nieco powiększone stadko w stronę swojego biura w budynku Scotland Yardu.
- Chociażby dlatego, że wszyscy jesteśmy w stanie pomóc – odparł Hodgins, próbując dostać się jak najbliżej inspektora. – Angela jest świetna w komputerowej obróbce obrazu, ja się znam na owadach, minerałach i botanice. Dajcie nam cokolwiek, a wyciśniemy z tego solidne ślady! Nie mam pojęcia, ile razy pomogliśmy Boothowi, ale jesteśmy naprawdę dobrzy!
- Nie macie tu żadnej jurysdykcji, żadne z was – oświadczył twardo Lestrade, wprowadzając wszystkich do swojego królestwa. Często korzystał z zewnętrznych źródeł, ale to była przesada. – A Scotland Yard ma swoich, świetnie wyszkolonych ludzi.
- Polemizowałbym – wtrącił się Sherlock, który znowu był kilka kroków za nimi. Wszedł do biura Lestrade'a, w wyciągniętej w górę ręce miał trzy płyty CD w pudełkach. – Nie znam tych ludzi, ale mimo to bez mrugnięcia okiem to im oddałbym ślady do przetworzenia, byle trzymać z dala Andersona.
- Co to jest? – spytał Booth, wskazując płyty.
- Moje alibi i nagrania z kamer miejskich w Marylebone z okresu zniknięcia doktor Brennan.
Zapadła pełna napięcia cisza. Sherlock stał z płytami w uniesionej ręce i patrzył pytająco na Lestrade'a. Hodgins i Angela spoglądali to na inspektora, to na Sherlocka. Booth również był ciekaw decyzji Lestrade'a: w tym momencie ważyły się losy ich udziału w poszukiwaniach Bones. John jak zwykle trzymał się z tyłu, trawiąc fakt, iż Sherlockowi udało się w tym samym momencie zarówno skrytykować Andersona, jak i pochwalić zupełnie nieznanych mu ludzi. Istnienie nagrań z kamer nie było dla niego niespodzianką, chociaż Sherlock zapewne nie był zbyt szczęśliwy przez konieczność proszenia Mycrofta o pomoc.
Lestrade nienawidził takich momentów. W jego biurze znajdowało się troje przyjaciół zaginionej, jeden obiektywnie zainteresowany sprawą prywatny detektyw i jego wierny towarzysz oraz dwoje z jego własnego zespołu – Anderson i Donovan; wszyscy czekali na jego decyzję, która nie mogła zadowolić wszystkich. Przeszło mu przez myśl, że właściwie powinien być wdzięczny, że pozwalają mu decydować. Musiał jednak usunąć przynajmniej część czynników z równania.
- Wywalą mnie z roboty – mruknął, siadając ciężko za swoim biurkiem. Napięcie w biurze jeszcze wzrosło. – Pracuję w Yardzie od dwudziestu lat i mam to stracić przez jeden cholerny bałagan.
- Tylko, jeśli coś schrzanimy – zaoferował Hodgins głosem pełnym nadziei.
- Nie, doktorze Hodgins, wywalą mnie znacznie wcześniej – niemal warknął inspektor. Sherlock dalej stał z płytami w górze i nic nie mówił. – Od sześciu lat mi mówią, że przeciągam strunę, ciągnąc tego gościa na miejsca zbrodni. – Wskazał milczącego Sherlocka. – A teraz mam włączyć do sprawy dodatkowych dwóch cywilów i jednego agenta FBI, odsuwając od niej moich własnych ludzi, którzy właściwie jako jedyni mają prawo się tym zajmować.
Sierżanci Yardu postanowili milczeć. Przyjaciele Brennan również. Angela po cichu współczuła Lestrade'owi, choć jej nadzieja nie gasła. W końcu rozległ się cichy, spokojny głos niemal niewidzialnego świadka:
- Skoro FBI korzysta z usług Instytutu Jeffersona, dlaczego nie może Scotland Yard? To nie byłby pierwszy raz.
Wszyscy odwrócili się do wypowiadającego te słowa Johna Watsona.
- Instytut to cywile, oficjalnie niezwiązani z żadną formą wymiaru sprawiedliwości – dodał lekarz, wzruszając ramionami.
- Jak pan wyjaśni fakt, że obecni tutaj naukowcy są przyjaciółmi zaginionej? – spytał Lestrade.
- To może być tak samo nieoficjalny fakt, jak mój udział w twoich śledztwach – wtrącił się Sherlock z uśmiechem, wciąż trzymając w ręce płyty. – Wszyscy o tym wiedzą, ale udają, że to nie ma miejsca.
- Nie obchodzi nas to, czy jesteśmy oficjalnie dopuszczeni do sprawy. Chcemy znaleźć naszą przyjaciółkę – dodała Angela.
Lestrade potoczył spojrzeniem po obecnych w jego biurze ludziach. Widział cichą prośbę agenta Bootha o dopuszczenie do udziału w śledztwie. Jasne, jako przyjaciel zaginionej mógł służyć informacjami na temat jej prywatnego życia, poza tym jedyny, oprócz inspektora, był czynnym oficerem terenowym. Sherlock z jego płytami był jak zwykle obojętny, teraz tylko zaciekawiony, jak Lestrade wybrnie ze swojej trudnej sytuacji. Angela Montenegro błagała go wręcz bezpośrednio, całym swoim ciałem o pozwolenie na pomoc. Właściwie nie była potrzebna w tym zespole, ich graficy i informatycy mieli udowodnioną skuteczność w pracy. Niski naukowiec, Jack Hodgins, wykazywał coś więcej jak tylko chęć pomocy przyjaciółce. Było w nim coś z dziecka, czekającego na rozpakowanie prezentów, świadomego, że wśród paczek będzie jego wymarzony zestaw małego chemika.
Sally Donovan i sierżant Anderson wykazywali tylko poirytowanie. Lestrade nigdy nie przyznałby tego Sherlockowi, ale osobiście był przeciwko awansowi Andersona na głównego śledczego. Problem w tym, że w ekipach grup dochodzeniowych Anderson najbardziej zasługiwał na promocję.
Jak to powiedzieć, żeby jego ludzie nie domyślili się, o co chodzi?
Lestrade odchrząknął.
- Anderson, Donovan... Wróćcie do hotelu i upewnijcie się, że śledczy zbiorą wszelkie możliwe ślady. Chcę też mieć pełną dokumentację fotograficzną.
Sierżanci skinęli głowami, odwrócili się i wyszli. Sherlock uśmiechnął się.
- Panno Montenegro, potrzebuje pani do pracy czegoś konkretnego? – spytał Lestrade, kiedy już miał pewność, że jego ludzie tego nie usłyszą.
- Tylko rozsądnie wyposażonego komputera – odparła mechanicznie Angela, nie wiedząc dokładnie, o co chodzi.
- Da się zrobić.
Sherlock uśmiechnął się szerzej.
- Więc myślę, że to powinno znaleźć się w pani rękach – rzekł i wyciągnął w jej stronę rękę z płytami. Angela chwyciła pudełka, spojrzała na twarz detektywa i z uroczym uśmiechem rzekła:
- Dziękuję.
Sherlock obojętnie puścił pudełka i wrócił na swoje miejsce niedaleko drzwi.
- Doktorze Hodgins, pogadam z naszym laboratorium...
- Lepiej na tym wyjdziemy, jeśli badania będą wykonywane w Bart's – przerwał Lestrade'owi Sherlock. – Zazwyczaj sam to robię, ale dzięki temu dostaniemy wyniki wcześniej. Jeśli już koniecznie to ma tak wyglądać.
- Bart's? Co to? – spytał Booth, cicho licząc na to, że on też dostanie to, co chciał.
- Szpital kliniczny Świętego Bartłomieja – wyjaśnił John.
- Pozwalają mi przeprowadzać eksperymenty w ich laboratorium – dodał Sherlock. – Raczej nie będą mieli nic przeciwko doktorowi z Instytutu Jeffersona. Poza tym, jest blisko kostnicy.
- Co? – rzucił zaskoczony Booth.
- Może się przydać. – Sherlock wzruszył obojętnie ramionami.
- Oby nie – mruknął John w nieudanej próbie rozładowania napięcia.
- Agencie Booth – rzekł Lestrade, wstając zza swojego biurka. Seeley odwrócił się do niego i rozsądnie postanowił milczeć. – Wiem, że chce mnie pan poprosić o pistolet i bezpośredni udział w sprawie. Mam jednak warunek.
Spojrzenie inspektora na ułamek sekundy powędrowało w stronę bardzo zadowolonego z siebie Sherlocka.
- Jedyną osobą, która ma prawo utrudniać Sherlockowi życie i prowadzenie śledztwa oraz zastrzelić go, jeśli posunie się za daleko, jestem tylko i wyłącznie ja. I obecny tu John Watson. Jasne?
A/N: Ach, sama się nie mogę doczekać tych ukradkowych rozmów Angeli i Hodginsa na temat seksualności Sherlocka, jego pracy z Jackiem w jednym labie... To nic, że zrobił mi się taki tłum postaci, że nie wiem, jak to ogarnę...
W sumie to pierwszy raz, kiedy wrzucam kolejne rozdziały na bieżąco. Właściwie wszystkie poprzednie fiki były już zwietrzałe w momencie publikowania ich tutaj...
