A/N: Ok... Tej sceny jeszcze długo miałam nie dodawać...
Tyle że dzisiaj poprawiłam wszystkie poprzednie sceny, aby zgadzały się z finalnym pairingiem dla Marty;)
Czyli - TAK!
Marta będzie ostatecznie z Elijah! ;)
Więc, skoro już to wiemy, możemy teraz skoczyć kawałek w przyszłość, zobaczyć, jak im się powodzi...
A później wrócimy do scen, które poprzedzają ten rozdział;)
(Dzisiaj po konsultacjach z moją kochaną Krucyfiks
wreszcie zdecydowałam i nie mogłam się po prostu powstrzymać!)
Dlatego, zdecydowanie, ten rozdział jest dedykowany WŁAŚNIE JEJ!:)
Disclaimer: Nie posiadam praw autorskich do prac, które zainspirowały to opowiadanie.
Bohaterowie, etc. należą do L.J. Smith i do Producentów serialu "Vampire Diaries" - "Pamiętniki Wampirów"
Jestem jedynie autorką swoich własnych, oryginalnych bohaterów.
Intro: Klaus jest znowu królem Nowego Orleanu. Marta, jako jedyna oprócz niego Pierwotna Hybryda, poszła w ślady swego przodka i zawojowała inne miasto – Nowy Jork. Ma to swoje dobre, ale także i złe strony...
Czas: rok 2063
Pairingi: Marta & Elijah, Caroline & Klaus, Rebekah & Stefan, Kol/OC
Typ: tajemnica, romans, humor
New York State od Mind
Nowy Jork, rok 2063
Obudziła się z przerażeniem, jak z koszmarnego snu. Otaczała ją ciemność i przez moment wydawało jej się, że rzeczywiście wszystko jej się tylko przyśniło. Tak było do momentu, kiedy przetarła oczy i zauważyła, że wciąż znajduje się w ciemnym zaułku, na twardym, mokrym asfalcie.
Uniosła się lekko na łokciu i zorientowała się, że czuje silny ból w klatce piersiowej. Przecież to nie tam powinno ją boleć – rano „tylko" złamała rękę… W głowie wciąż jej się kręciło i gdyby nie znała siebie, powiedziałaby, że mocno zabalowała tego wieczora.
Wtedy ujrzała przed sobą dwie ciemne postaci, powoli zbliżające się w jej stronę. Natychmiast sięgnęła po swoją torebkę, żeby wyjąć z niej gaz pieprzowy, ale powstrzymał ją kobiecy, melodyjny głos.
– Nie traciłabym na to czasu.
Dopiero wtedy dwie postaci znalazły się w zasięgu światła pochodzącego z jakiejś starej lampy. Zobaczyła mężczyznę i kobietę, oboje elegancko ubranych, przypominających trochę pracowników z Wall Street. Raczej rzadko spotykało się takich po tej stronie miasta. To od razu powinno jej się wydać podejrzane.
Kobieta, która odezwała się już wcześniej, miała ledwie widoczny makijaż i długie, rude loki otaczające drobną twarz. Mimo wszystko, wzbudzała w niej natychmiastowe zaufanie, czego nie była w stanie wyjaśnić sama sobie.
To ona podeszła do niej pierwsza, poświeciła latarką na jej bluzkę, przyjrzała się jej uważnie, po czym odwróciła głowę w stronę towarzysza, by lekko nią skinąć na znak potwierdzenia. Pomogła jej wstać, po czym odezwała się ponownie.
– Teraz musisz iść z nami.
Natychmiast próbowała wyrwać rękę z uścisku, bezskutecznie.
– Niby dlaczego? Śpieszę się do domu.
Ruda posłała jej sceptyczne spojrzenie.
– Śpieszysz się do domu? To co w takim razie robisz tutaj?
Przewróciła oczami.
– To najkrótsza droga.
Zauważyła w oczach rudej coś na kształt… smutku? Tamta przygryzła wargę, jakby musiała się w ten sposób powstrzymać przed powiedzeniem czegoś.
Wtedy odezwał się jej towarzysz i dziewczyna przyjrzała mu się uważniej.
– Pamiętasz, jak to się stało, że upadłaś?
W tym momencie przez jej głowę błyskawicznie przepłynęła seria obrazów, jakby wspomnień, ale było to zbyt szybkie, żeby wychwycić coś konkretnego. Dlatego pokręciła głową.
– Właśnie dlatego musimy cię zabrać, żeby sprawdzić, czy nic ci się nie stało.
Poprowadzili ją do wyjścia z zaułka i tam stał… policyjny radiowóz.
– Jesteście z policji? – spytała natychmiast, bez zastanowienia.
Tamci wymienili spojrzenia, po czym przytaknęli jej. Od razu poczuła się lepiej. Nie zadając już więcej pytań, wsiadła do środka, a oni zaraz za nią. Ruda jeszcze przed tym odezwała się do pary policjantów, która jako pierwsza znalazła dziewczynę. Jej głos był tak cichy, żeby ludzkie ucho nie zdołałoby go wychwycić.
– Dobra robota. Szefowa będzie jednak chciała czegoś, co naprowadzi nas na jej zabójcę…
Tamci kiwnęli głową na znak, że przyjęli to do wiadomości. Moment później radiowóz ruszył w stronę śródmieścia.
XXX
Tymczasem, w głównej sypialni rezydencji Mikaelsonów na Central Park West spała Marta, zmęczona po sześciogodzinnej podróży prywatnym odrzutowcem z Londynu. Wtedy zadzwonił dzwonek jej komunikatora.
– To zdecydowanie przesada, o tej porze… – Marta usłyszała obok siebie męski głos i tylko uśmiechnęła się pod nosem. Od razu czuła się odrobinę lepiej, chociaż właśnie wybudzono ją przecież z wyczekiwanego snu.
– Sam dźwięk, bez obrazu. – mruknęła i odebrała połączenie. Jeszcze tylko brakowało, żeby sobie ją oglądali przykrytą jedynie prześcieradłem z egipskiej bawełny.
– Ogromnie mi przykro, że zakłócam spokój, Szefowo. Mamy jednak sytuację awaryjną. Kod niebieski. – Z głośnika wydobył się głos jej prawej ręki, Sophie.
To spowodowało, że Marta natychmiast całkiem oprzytomniała.
– Natychmiast prześlij mi wszystkie dane, Sophie. – Em trudno było opanować odruch i zacisnęła dłonie na prześcieradle. Poczuła wtedy kojący dotyk męskiej dłoni i natychmiast udało jej się odrobinę rozluźnić. – Widzimy się za pięć minut w biurze.
– Tak jest, Szefowo. – Moment później połączenie zostało zakończone.
Nie zastanawiając się już ani chwili, Marta porzuciła prześcieradło, w które była owinięta i całkiem nago podeszła do swojej ogromnej garderoby, by błyskawicznie dobrać strój godny Królowej Nowego Jorku, którą przecież była. Kiedy przesuwała wieszaki, odezwała się:
– Komputer, dane na temat najnowszej sprawy, kod niebieski. Dźwięk na dziesięć procent.
Mimo wszystko nie chciała dłużej przeszkadzać swojemu ukochanemu w odpoczynku, więc wolała ściszyć głos, który pozwalał jej na wykonywanie kilku zadań na raz – przygotowania stroju i zakładania go, szybkiego drinka z torebki z krwią A Rh+ oraz zapoznania się z danymi dotyczącymi najnowszego incydentu.
Absolutnie zdążyłaby ze wszystkim i jeszcze miałaby spory zapas czasu, gdyby nie poczuła nagle umięśnionych ramion obejmujących ją w pasie i ust przesuwających się z jej karku na zagłębienie szyi.
– Komputer, przerwij transmisję. Dane przesłać na tablet.
Dopiero po tej komendzie Marta odwróciła się, by ich usta mogły się wreszcie spotkać. Trwało to jednak stosunkowo krótko, ponieważ Em nie dawało spokoju zadanie, jakie miała do wykonania.
– Muszę tylko z nią porozmawiać i wydać parę dyspozycji. To musi troszeczkę poczekać… – mruknęła, ale bez przekonania, bo zaraz uciszył ją kolejny pocałunek.
– Ty robisz swoje, ja swoje. Sophie, jak zwykle, prześle mi dane na temat napastnika. Dam znać, jak go dorwiemy. – Wydawałoby się, że na tym skończy, ale w tym momencie wyraz jego zamglonych jeszcze snem ciemnobrązowych oczu zmienił się ze zwyczajowej powagi i spokoju w coś na kształt rozbawienia. – Tymczasem jednak... Twoja asystentka już dobrze wie, że w takich sytuacjach zawsze do pięciu minut musi doliczyć jeszcze kwadrans…
To spowodowało, że Em odsunęła się na moment i w walce z pokusą, by po raz kolejny go pocałować, zakryła mu usta dłonią. Uniosła natomiast wysoko brwi, nie bardzo dowierzając. Kto jak kto, ale Elijah zazwyczaj nie lubił się w takich sytuacjach śpieszyć. Jednak wiedziała z doświadczenia, że słowo „zazwyczaj" było tu kluczem.
– Kwadrans? Serio?
W odpowiedzi poczuła jego dłonie, które prawie niezauważalnie przesunęły się z jej talii i jego zręczne palce zaczęły wytyczać szlak na jej plecach wzdłuż kręgosłupa, przyprawiając całe jej ciało o drżenie.
– Obiecuję… – Nawet nie zorientowała się, kiedy przesunął głowę tak, że teraz jego ciepły oddech owiewał jej ucho, a uroczy akcent seksownego, niskiego głosu był, jak zawsze, muzyką dla jej uszu.
Nie potrafiła już z tym walczyć. Posłała mu uwodzicielski uśmieszek, ponownie przesuwając głowę tak, żeby mogli spojrzeć sobie w oczy. Tylko że zamiast patrzeć mu w oczy, nie mogła odwrócić wzroku od jego warg, delikatnie przesuwając po nich opuszkiem palca.
– Ale tylko kwadrans. – Zaraz odsunęła palec i wskazała nim na niego, udając, że to jakaś groźba.
Próbował ją pociągnąć z powrotem do łóżka, ale ona wpadła na zupełnie inny pomysł. Zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała go, wkładając w to całą siebie. Jednocześnie automatycznie zaplotła swe nogi na wysokości jego pasa, wiedząc, że może liczyć na to, że bez trudu ją utrzyma.
Tym razem spokojnie wystarczyła im ściana przy drzwiach do garderoby.
XXX
Wciąż nie mogła uwierzyć, gdzie się znajduje. Najpierw radiowóz, którym ją wieźli, zatrzymał się wcale nie pod szpitalem albo posterunkiem policji, tylko przy głównym wejściu do eleganckiej rezydencji na Central Park West. Nie miała nawet bardzo możliwości, żeby przyjrzeć jej się dokładniej, ponieważ jej towarzysze przeprowadzili ją przez ochronę przy bramie i wejściu i wprowadzili ją do głównego holu. Chociaż, w tym przypadku to się powinno nazywać jakoś tak staroświecko, foyer... Zdążyła tylko zauważyć, że przeszklony sufit w holu znajduje się na wysokości trzeciego piętra, kiedy skierowano ją do pierwszych drzwi po prawo i zamknięto je za nią zaraz po tym, jak przeszła przez ich próg.
Pierwszą rzeczą, która zwróciła jej uwagę, była przestrzeń. Pokój wcale nie musiał być duży, ale dokładnie takie sprawiał wrażenie. Na ścianach pomalowanych na perłowy kolor wisiały prawdziwe dzieła sztuki, a właściwie przeszklona ściana na prawo od wejścia musiała w ciągu dnia dawać dużo światła. Oczywiście, o ile wyłączony zostałby hologram, przedstawiający plażę na jakiejś tropikalnej wyspie.
Najciekawsza jednak wydała jej się kobieta siedząca za biurkiem naprzeciwko od głównych drzwi. Na jej widok machnięciem ręki wyłączyła holograficzny ekran, który łukiem otaczał biurko i podniosła się z fotela, obserwując ją uważnie. Zaraz jednak uśmiechnęła się przyjaźnie.
Pracowała dla projektantki mody i miała aspiracje, by sama kiedyś nią zostać, więc potrafiła docenić, że nieznajoma naprawdę miała styl. Była dosyć wysoka, a wzrostu dodawały jej jeszcze klasyczne czarne, piętnastocentymetrowe szpilki z odkrytym palcem. Zamiast podążyć za aktualną modą i wybrać strój w jakimś fluorescencyjnym kolorze, na przykład jej ulubionej limonki, nieznajoma miała na sobie elegancką sukienkę w kolorze królewskiego błękitu, o nieśmiertelnym, minimalistycznym kroju.
Ciemnobrązowe, długie włosy jej gospodyni miała związane w koński ogon, trochę tak, jakby jej się śpieszyło. Na pozbawionej makijażu twarzy przede wszystkim zwracały uwagę orzechowe oczy, które zdawały się przeszywać ją na wskroś. Miała wrażenie, że nic nie umknęłoby jej uwadze.
Tak bardzo była skupiona na postaci nieznajomej, że nie zauważyła, jak tamta podeszła do niej, wciąż z tym przyjaznym uśmiechem na twarzy, gestem prowadząc ją jednocześnie do wygodnej kanapy ustawionej w rogu pokoju. Kiedy już obie usiadły, podała jej rękę na powitanie.
– Marta Mikaelson, miło mi cię poznać.
Wtedy w jej głowie przeskoczyła właściwa zapadka.
Wiedziała już, skąd zna to nazwisko. Jej szefowej zdarzało się projektować suknie na specjalne zamówienie Mikaelsonów. Niewiele było o nich wiadomo, ale już od lat byli uznawani za najbardziej tajemniczą, jak i najbardziej wpływową rodzinę pośród elity Upper East Side. Poza tym, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że to obecna właśnie kobieta wraz ze swym mężem byli właścicielami budynku, w którym znajdowało się jej mieszkanie. Podobnie zresztą chyba było z połowy innych budynków w Nowym Jorku.
Kiedy wyobrażała sobie Martę Mikaelson wcześniej, to najczęściej widziała oczyma wyobraźni staruszkę, lub przynajmniej kobietę w średnim wieku, z modnym turbanem na głowie albo czymś w tym rodzaju. Zamiast tego siedziała obok dziewczyny może dwudziestoparoletniej, wyglądającej na niewiele starszą od niej samej. Może to była jej córka?
Dopiero po dłuższej chwili zorientowała się, że nie odpowiedziała jeszcze na powitanie. Uścisnęła rękę Marty.
– Sarah Crawford.
Uśmiech siedzącej obok niej kobiety zrobił się jeszcze szerszy.
– Wiem dobrze, kim jesteś. – Wskazała na przeszkloną ścianę, z której nagle zniknął hologram plaży w tropikach i zastąpiły ją… jej dane osobiste.
Sarah nie mogła uwierzyć w to, co ma przed sobą.
– Skąd… skąd to wszystko masz? To poufne dane!
W tym momencie Marta wyraźnie posmutniała i prawie niezauważalnie opadły jej ramiona.
– Z przykrością muszę cię poinformować, że od dzisiaj, podobnie jak wszyscy tobie podobni w Nowym Jorku, podlegasz mojej jurysdykcji, jak również mojej ochronie. Szczególnie w przypadku takim jak twój.
Nie bardzo rozumiejąc, co tamta do niej mówi, Sarah podniosła się gwałtownie z sofy, przez co natychmiast zakręciło jej się w głowie. Marta także błyskawicznie stanęła tuż obok, żeby ją podtrzymać.
– O czym ty w ogóle mówisz? Jakiej jurysdykcji?
Marta przygryzła wargę, jakby zastanawiała się, co może jej powiedzieć. Odeszła kilka kroków i dopiero po dłuższej chwili odwróciła głowę, by spojrzeć jej prosto w oczy.
– Dzisiaj rano trafiłaś do szpitala ze złamaną ręką. – Nie czekała na potwierdzenie. Po prostu to wiedziała i Sarah uznała, że powinno być to raczej niepokojące. – Pewnie wydało ci się trochę dziwne, kiedy lekarz podał ci jakieś lekarstwa i kilka godzin później opuściłaś szpital na własnych nogach, bez chociażby temblaka… – Założyła ręce na piersi, czekając na jej odpowiedź.
Dopiero wtedy w głowie Sarah coś kliknęło. Wzruszyła jednak ramionami, jakby nigdy nic.
– Lekarz powiedział, że ręka jest tylko skręcona. Podał mi leki i nastawił ją. Przy dzisiejszych postępach w medycynie nie uznałam tego za dziwne, że tak szybko wyszłam ze szpitala i wszystko było w porządku…
Smutek na twarzy Marty był w tym momencie wyraźnie widoczny.
– Niestety, nie był to efekt lekarstw, tylko… wampirzej krwi. – Wyraźnie niechętnie dokończyła zdanie.
Sarah w odpowiedzi uniosła wysoko brwi ze zdumienia.
– Wa… wampirzej krwi? Że niby co? Krwi WAMPIRA? Ale to przecież tylko bajki, w dodatku modne jakieś pół wieku temu…
Marta założyła ręce na piersi i przewróciła oczyma w odpowiedzi, mrucząc coś pod nosem.
– Możesz wierzyć lub nie, ale rękę wyleczyła ci wampirza krew i z przykrością muszę cię poinformować, że z nią w organizmie dzisiaj wieczorem… zginęłaś.
Sarah już miała wykrzyczeć, ze to jakieś bujdy, ale w tym momencie przez jej głowę znów przeleciały obrazy, tym razem zdecydowanie wyraźniejsze. Przypomniała sobie: ciemna uliczka, która stanowiła najkrótszą drogę do jej małego mieszkania… Jakiś zbir, którego twarzy nie udało jej się dojrzeć, celujący do niej z pistoletu… Chciał odebrać jej tablet, na którym miała wszystkie dane potrzebne do stworzenia prototypów najnowszej kolekcji… Szarpali się, bo nie chciała mu ich oddać, wiedząc, że od nich zależy, czy utrzyma posadę, a potem… Odgłos wystrzału i ciemność.
Nie, to nie było możliwe! Po prostu nie!
Odszukała wzrokiem twarz kobiety i w jej oczach widziała potwierdzenie swoich najgorszych obaw.
– Ale to przecież niemożliwe! Przecież tu jestem, cała i zdrowa!
Zauważyła, że wzrok tamtej przesunął się na przód jej bluzki. Wtedy, w jasnym świetle pokoju, zerknęła na dół i zauważyła, że cała jest w zaschniętej krwi. I ten dziwny ucisk w piersi…
Wciąż nie mogła w to uwierzyć. Kucnęła, objęła się ramionami i wydała z siebie głośny szloch.
– To się nie dzieje! To się po prostu nie dzieje!
Mimo wszystko, jej umysł zarejestrował kolejne słowa Marty, która zaraz przykucnęła obok niej.
– Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Moi ludzie już pracują nad tym, żeby dorwać tego drania… Wszystko będzie dobrze…
Sarah jednak długo nie mogła się uspokoić.
Jakiś czas później pozwoliła się poprowadzić z powrotem na sofę. Sama sobie wydawała się jakaś otępiała, jakby jej ciało i umysł wciąż nie mogły pogodzić się z tragiczną rzeczywistością.
– W jaki sposób jednak przeżyłam?
Marta posłała jej słaby uśmiech w odpowiedzi.
– Jak już powiedziałam… w tamtej chwili miałaś wampirzą krew w organizmie. To spowodowało, że teraz jesteś w trakcie przemiany.
– Przemiany?
Kobieta skinęła na potwierdzenie.
– Przemiany w wampira.
XXX
Kilka godzin później, kiedy już Sophie zabrała Sarah, żeby ta mogła spróbować ludzkiej krwi i aby otrzymała pomoc w nauce kontroli, Marta została jeszcze w swoim gabinecie, żeby uzupełnić bazę danych. Czuła, jakby ogromny ciężar po raz kolejny spoczął jej na barkach. Natychmiast zmieniła hologram ze ściany z powrotem na widok z okna willi, która znajdowała się na Avalon, ich prywatnej wyspie na Oceanie Spokojnym.
Wtedy poczuła znajome męskie dłonie spoczywające na jej ramionach i zaraz poczuła się odrobinę lepiej.
– Nie cierpię kodu niebieskiego. Zawsze mam wtedy ochotę dopaść tego drania i gołymi rękami rozerwać go na strzępy. Powiedz proszę, że już po wszystkim… – Znów, mimowolnie zacisnęła dłonie w pięści i odrobinę ulgi przyniosły jej dopiero jego dłonie, przesuwające się z jej ramion aż do dłoni, by spleść palce z jej palcami.
Dopiero wtedy jej wzrok spoczął na pierścionku zaręczynowym i obrączkach u nich obojga. Widok tego przepięknego, prawie kwadratowego diamentu otoczonego drobnymi diamencikami, w eleganckiej oprawie stylizowanej na lata 20-te XX w., zawsze polepszał jej humor i przypominał, że to nie ona ginęła po raz kolejny, by stać się wampirem, tylko dlatego, że pewien wkurzający dupek, jej pierwszy chłopak, był znudzony i wtedy jeszcze jej nie znał. A jednak, każda sytuacja tego typu powodowała, że przeżywała tamte straszne chwile po raz kolejny. Między innymi dlatego już dawno opracowały z Sophie system, który miał doprowadzić do jak najspokojniejszego i delikatnego wprowadzenia ofiar napadów w „nowe" życie.
– Ta sprawa jest już załatwiona.
Jak zwykle, w sposób charakterystyczny dla siebie, Elijah zawarł w tych kilku słowach wszystko, czego potrzebowała, by się uspokoić. Nie musiał mówić nic więcej. Od dawna mieli między sobą milczące porozumienie, że w sprawach Kodu Niebieskiego to on osobiście dopadał drani, którzy krzywdzili kobiety. Zawsze uważał ich za kanalie najgorszego sortu, niegodne, by nazywać siebie w ogóle ludźmi. To wrażenie pogłębiło się tylko po tym, jak dowiedział się o sposobie, w jakim przebiegła przemiana Marty w wampira.
Już przecież dawno wyrwałby serce z piersi starszego Salvatore'a, gdyby nie prośby jego szwagra oraz żony. Był w stanie znieść fakt, ze ten drań wciąż chodził po ziemi tylko dlatego, że Marta przekonała go, że nie tylko nic już do niego nie czuje, ale także nie ma mu za złe tego, co jej zrobił.
Jego oświadczenie pozwoliło Marcie odetchnąć wreszcie z ulgą. Podniosła się z fotela i przytuliła do jego piersi, zaplatając dłonie na jego plecach i wtulając twarz w materiał jego jedwabnej, jasnobłękitnej koszuli – jednej z jej ulubionych. On natomiast ujął tę piękną, ukochaną twarz w dłonie i uniósł ją do swojej, żeby mogli połączyć się w długim, pocałunku, który zastępował wszystkie słowa, jakie mogli w tym momencie wypowiedzieć. Kilka godzin z daleka od siebie to w takich sytuacjach było zdecydowanie za dużo.
Właśnie ten moment ktoś wybrał sobie, żeby bez zaproszenia wtargnąć do jej biura. Na palcach jednej ręki mogła policzyć osoby, którym na to pozwalała…
– Ugh, serio? Znajdźcie sobie jakiś pokój...
– Właśnie dlatego nocujemy ze Stefanem w naszym własnym apartamencie...
Kiedy otworzyli oczy, Marta zaraz zwróciła głowę w stronę drzwi, w których stały jej dwie, bardzo rozbawione, najlepsze przyjaciółki – obie blond i obie od jakiegoś czasu będące jej "szwagierkami". Tak chyba było najłatwiej określić ich nadzwyczaj skomplikowane powiązania rodzinne.
Od razu odrobinę odsunęła się od męża, ale nie za bardzo, bo zaraz przyciągnął ją ponownie do swego boku i posłał lekki uśmiech swojej siostrze i szwagierce. Od czasu, kiedy związał się z Martą, pojawiał się on na jego twarzy zdecydowanie częściej niż przez ostatnie tysiąc lat.
– Care, Bex, co wy tu robicie o tej porze? Miałyśmy się spotkać o dziewiątej…
Em pamiętała o ich wspólnym wypadzie na miasto, ale to przecież niemożliwe, żeby była na nogach przez całą noc… Wtedy jednak zerknęła na staroświecki zegarek na biurku. Dziewiąta zero dwa. To i tak powinna się cieszyć, że Bex dała jej aż dwie minuty wytchnienia, zanim wtargnęły z Care do jej biura.
– A myślisz, że która jest? – Rebekah wzięła się pod boki. Zaraz potem zerknęła w stronę swego najstarszego brata i posłała mu wręcz błagalne spojrzenie. – Elijah, miałeś ją dla siebie przez trzy ostatnie tygodnie. Teraz przyszła kolej na nas.
– Em, nie pamiętasz? Ania ma nam dzisiaj opowiedzieć o miesiącu miodowym z Kolem w Australii! – Caroline założyła ręce na piersi, przybierając pozę godną Królowej Nowego Orleanu. Przecież stała się nią z chwilą, gdy po ukończeniu liceum przeniosła się tam, by wspierać Nika na jego drodze do odzyskania władzy nad miastem.
Akurat na te opowieści Marta nie czekała zbyt chętnie. Może i Kol był od lat jej bliskim przyjacielem, może i jej młodsza siostra przeszła przemianę ponad cztery dekady temu, ale opiekuńcze instynkty starszej siostry zawsze przypominały Em o wszelkich dawnych podbojach miłosnych szwagra, o których słyszała od jego rodzeństwa. Albo na przykład o tym, jak kiedyś prosił ją o pomoc w wyborze piosenek, które najlepiej nadadzą się na uwodzenie dziewczyn na początku XXI wieku.
– No właśnie, a skoro tu jesteście, to gdzie moja młodsza siostra? – spytała Marta, zakładając ręce na piersi.
– Tu jestem! – Ciemnoblond fryzura Ani wychynęła zza Caroline. – Jestem po prostu lepiej wychowana niż te dwie i nie wpadam bez pukania do pokoju…
W tym momencie obie blondynki odwróciły głowę w jej stronę i wszyscy czworo posłali jej spojrzenia pełne sceptycyzmu.
– A niby od kiedy? – mruknęła Marta. Przypomniała sobie w tym momencie ostatni raz, kiedy Ania nakryła ją z Elijah w kuchni, przy lodówce, po tym, jak wreszcie namówiła go, żeby obejrzał z nią „Dziewięć i pół tygodnia"… To wcale, ale to wcale nie było zabawne.
Jej siostrzyczka natomiast popatrzyła na nią wilkiem, bo najwyraźniej też przypomniała sobie tamto zdarzenie.
– Od niedawna. Ale przynajmniej się tego pilnuję!
Żadne z nich nie za bardzo w to wierzyło, a kiedy Em zerknęła ukradkiem na twarz Elijah, to chociaż zachował swą standardową twarz pokerzysty, jej uwadze nie umknęło leciutkie uniesienie jednego z kącików jego ust. Między innymi dlatego postanowiła się znów odezwać:
– To jest akurat najmniej ważne… – Zaraz zerknęła przez ramię też na pozostałe dziewczyny. – Dajcie mi pięć minut, zaraz będę gotowa do wyjścia. – Zauważyła ich rozbawione miny i bezbłędnie je odczytała. – Powiedziałam, tylko PIĘĆ MINUT!
Wyszły wreszcie, a wtedy Em zdawała się być nadzwyczaj zainteresowana poprawieniem kołnierzyka jego koszuli. Wiedziała, że jeśli spojrzy mu znowu w oczy, to na pewno przekroczy wyznaczony sobie limit czasowy.
– Wiesz, że twoja siostra nie odpuści i dokładnie pięć minut po wyjściu wtargnie tu znowu, prawda? – Marta odsunęła się odrobinę, ale i tak nie mogła się powstrzymać, by nie zerknąć do góry. Miała rację, był rozbawiony, bo tym razem oba kąciki ust uniosły się lekko. Zdawała sobie doskonale sprawę z tego, że tylko przy niej pozwalał sobie trochę częściej na wyrażanie swych emocji.
Tym razem pocałował ją lekko w czubek nosa i posłał jej uwodzicielskie spojrzenie, wypuszczając ją z objęć.
– Bawcie się dobrze. Jeśli podczas twojej nieobecności cokolwiek się stanie, zajmę się tym. – mruknął, owiewając ciepłym oddechem płatek jej ucha. Wyraźnie usłyszał, jak bicie jej serca przyśpieszyło i jej oddech stał się bardziej urywany. Ona jednak wyraźnie postanowiła teoretycznie nie dawać tego po sobie poznać. Przecież nie miała na to czasu! Co nie zmieniało faktu, że uwielbiała, kiedy przejmował kontrolę. Wiedziała, że może mu zaufać bardziej nawet, niż samej sobie.
Pocałowała go jeszcze szybko prosto w usta, po czym ruszyła w stronę drzwi prowadzących do głównego holu. Jak najbardziej celowo, przy każdym kroku kręciła biodrami nieco bardziej, niż zazwyczaj, wiedząc, że Elijah nie będzie w stanie oderwać wzroku od jej postaci.
Kiedy położyła rękę na klamce, usłyszała jeszcze jego cichy szept.
– Kocham cię…
Uśmiechnęła się pod nosem i odczekała z odpowiedzią, aż przeszła przez drzwi i zaczęła zamykać je za sobą, patrząc mu prosto w oczy po raz ostatni przed wyjściem.
– Ja ciebie też…
Zauważyła jeszcze, jak jego twarz nareszcie rozpromieniła się w pełnym uśmiechu. Wtedy Em odwróciła w stronę siostry i szwagierek.
– Wciąż mam jeszcze dwie ze swoich trzech minut. Skoczę się przebrać i zabrać torebkę i zaraz wracam…
Po czym, absolutnie świadomie, użyła wampirzej prędkości, by dotrzeć do swojej garderoby i wskoczyć w nieśmiertelne wąskie jeansy, czarną tunikę na szerokich ramiączkach oraz, także czarne, szpilki z paseczkami zapinanymi na kostce. Nie zdjęła bransoletki od Tiffany'ego, którą otrzymała od Caroline i Nika na swoje pięćdziesiąte urodziny, stanowiące także początek jej panowania jako Królowej Nowego Jorku. Nie zdjęła jej w ciągu dwudziestu trzech lat, które upłynęły od tamtego czasu. Podobnie było z pierścionkiem zaręczynowym od Elijah oraz ślubną obrączką. Jeszcze dłużej nosiła medalion w kształcie serca, z wzorem stokrotki – prezent od męża na pamiątkę chwili, kiedy po raz pierwszy wyznała, że go kocha.
Czas minął, więc szybko zabrała torbę i w mgnieniu oka już była na dole. Królowa Nowego Jorku potrzebowała odpowiedniej oprawy, a cóż mogłoby być przyjemniejszego w zdobyciu jej niż towarzystwo najlepszych przyjaciółek? Poza tym, należało pokazać się na mieście, dać znać wampirom elity Upper East Side, że wróciła i żarty się skończyły.
Kiedy wsiadały do limuzyny najnowszej generacji, jej komunikator odebrał wiadomość od Elijah.
„Pamiętaj, Moja Królowa Nowego Jorku nie ma sobie równych.
Daj im popalić!
Kocham cię;)"
No tak, może niewiele mówił, ale wiadomości pisało mu się chyba po prostu łatwiej. Prawie parsknęła śmiechem, kiedy odczytała SMSa. Drzwi się już zamykały, kiedy zerknęła jeszcze i zauważyła męża w tym samym oknie, co zawsze. Posłała mu jeszcze buziaka i zaraz wystukała odpowiedź na ekranie.
„Ja ciebie też. Zawsze o tym pamiętaj, Skarbie.
Do zobaczenia za parę godzin.
I tak, zaczniemy pewnie od butiku La Perla na Piątej Alei…:*"
Kiedy po raz ostatni zerknęła w jego stronę, na twarzy pojawił jej się szeroki uśmiech na widok nadzwyczaj zadowolonej miny męża. Już się nie mogła doczekać tego, jak tego wieczoru urządzi mu mini pokaz mody, aby odreagować Kod Niebieski. Jeśli Elijah Mikaelson do czegoś miał słabość, to na pewno do swej ukochanej żony w seksownej bieliźnie.
Soundtrack:
New York State of Mind - Barbra Streisand
Empire State of Mind - Jay-Z & Alicia Keys
New York, New York - Frank Sinatra
Close Your Eyes - Michael Bublé
Give Me Love - Ed Sheeran
Stroje Marty z tej sceny już na moim profilu na Polyvore.
Link do strony głównej na moim opisie na profilu Fanfiction!:)
(RAZEM Z PIERŚCIONKIEM, obrączką oraz medalionem!:)
Nazwy: I 3 New York oraz I Am Fashion
Do następnej sceny!:)
