Disclaimer: Postaci i miejsca pożyczone. Zostaną zwrócone właścicielom w stanie niezmienionym.
To na razie ostatni rozdział, jaki mam do wklejenia. Oczywiście to nie koniec fika, po prostu muszę napisać kolejne części, żeby mieć co wkleić. Nie, żeby to kogoś obchodziło, tak tylko informuję.
Siedzieli w ciszy w policyjnym samochodzie. Prowadził Lestrade. Booth patrzył na miasto, ale tak naprawdę nie widział budynków, samochodów ani ludzi. Myślał o Bones. Nie mieli pojęcia, co się z nią stało, a teraz jechali sprawdzić informację o znalezionej, spalonej taksówce. Booth po minie Lestrade'a pod koniec rozmowy telefonicznej domyślił się, że inspektor wolałby nie przekazywać całej treści.
Udowodniony brak krwi w pokoju hotelowym o niczym nie świadczył, skoro domyślali się, że Brennan została porwana przez taksówkarza. Po co ktoś miałby to robić? To wyglądało niemal jak planowany atak, ale choć Bones potrafiła być irytująca, raczej nie naraziła się nikomu. Chociaż...
- Myśli pan, że to przez coś, co zrobiła Brennan? – rzucił Booth w przestrzeń.
- Zwalanie winy na ofiarę to nie najlepsza droga – odparł Lestrade.
- Nie zwalam na nią winy, tylko...
- Tylko próbuje znaleźć pan powód dla obecnych wydarzeń. I pewnie jakiś jest. Ale znam kilka osób szczerych do bólu i wszystkie mają się całkiem nieźle.
- Szczera do bólu... Tak, to dobrze ją opisuje. – Booth uśmiechnął się. Rozmawiali wcześniej o Brennan.
Tyle, że w przypadku Bones to nie była bezmyślna szczerość. Ona poświęciła swoje życie prawdzie i były jej obce wszelkie, panujące w społeczeństwie zwyczaje opierające się na uprzejmości. Brennan nie radziła sobie z ludźmi i bywała dziwna, ale Booth szczerze doceniał prawdziwość wszystkiego, co mówiła. Bones nienawidziła kłamać i to była jej ogromna zaleta. I nie tylko on powinien tak myśleć, ale też wszyscy jej znajomi i cały świat naukowy. Owszem, przez prawdę ginęło wielu. Ale Booth nie był w stanie sobie wyobrazić, żeby ktoś to zrobił Brennan. Ona nie umiała obrócić prawdy przeciwko komuś i nikt nie miał prawa wykorzystywać tego, by ją skrzywdzić.
- Wie pan, tak właściwie nie dostaliśmy żadnego porządnego zdjęcia doktor Brennan, a filmy od Sherlocka też nie wszystko pokazały – odezwał się Lestrade po chwili ciszy.
- Jest ładna – zaczął Booth, wdzięczny inspektorowi, że ten kierował jego myśli na bardziej pozytywne tory. – Szczupła, całkiem wysoka. Pięć stóp, dziewięć cali. Długie, brązowe włosy i zielone oczy.
- Dodać do tego intelekt i już jest o kogo dbać – mruknął Lestrade. – Musicie być ze sobą bardzo blisko.
- Taa... – westchnął Booth. – Nie wybaczę sobie, jeśli coś jej się stanie.
- Znajdziemy ją, agencie Booth – zapewnił Lestrade, na chwilę odrywając spojrzenie od przedniej szyby i kierując je na swojego pasażera. – Całą i zdrową. W końcu zajmują się tym teraz nasi najlepsi ludzie, prawda?
Booth zaśmiał się krótko. Przyznał w duszy, że coraz bardziej lubił tego spokojnego inspektora. Lestrade traktował go jak partnera, bez żadnych dziwnych uprzedzeń, niechęci czy ignorancji. W dodatku, jeśli wierzyć jego komentarzom, to narażał swoją pracę dla nich wszystkich.
- Jak poznał pan tego Holmesa? – spytał nagle Booth. Był ciekaw, jak tak dwie różne postaci potrafią ze sobą współpracować.
- Siedział w areszcie, podejrzany o popełnienie morderstwa, którego sprawę miałem rozwiązać – wyjaśnił Lestrade. – Zazwyczaj jak ktoś wpada na miejsce zbrodni i zaczyna rzucać informacjami, które na pierwszy rzut oka mógł posiadać wyłącznie sprawca, to się pakuje w tego typu tarapaty. Chłopak jednak traktował całą sprawę zbyt... swobodnie. Zresztą wie pan, jak to jest. Działa pan instynktownie. Dzieciak był wkurzający i miał niechlubną przeszłość, ale byłem na sto procent pewny, że to nie on dokonał tamtego morderstwa, choć nie miał alibi. Dzięki niemu rozwiązałem sprawę w dwa dni. I jakoś się to potoczyło...
- Gdyby był członkiem rodziny... Taki mały eksperyment. Ludzie z Instytutu są właściwie jak rodzeństwo, z Brennan jako jedną ze starszych sióstr. Kim w tej sytuacji byłby dla pana Holmes?
- Chrześniakiem. Siostrzeńcem albo bratankiem – odparł Lestrade bez zastanowienia.
- Ufa mu pan?
- Nie zawsze. Ale niech mi pan wierzy, w jego rękach sprawa pańskiej partnerki jest bezpieczna.
Nie rozmawiali dłużej. Kiedy dojechali na miejsce, zastali jeden z zespołów Scotland Yardu już badający sprawę. Lestrade powoli podszedł do spalonej skorupy taksówki.
- Dimmock – przywitał się uściśnięciem ręki z młodym inspektorem. – Co mamy?
- Taksówka z numerami, których szukacie. Znaleziona trzy godziny temu. Może lepiej niech pan na to spojrzy.
Lestrade podszedł do wraku. Na tylnej kanapie znajdowało się coś, co wyglądało na zwłoki długowłosej kobiety.
Spanikowany Booth i zapłakana Angela kolejne dwie godziny spędzili w biurze Lestrade'a, inspektor wisiał na telefonie przy biurku sierżant Donovan, a reszta siedziała w kostnicy szpitala Bart's. Sekcję zwłok na poważne, nie podparte żadnymi fałszywymi zalotami życzenie Sherlocka przeprowadzała Molly Hooper. Przy okazji wszelkie materiały i substancje obce przekazywała Hodginsowi, który, choć niezwykle milczący i pobladły, natychmiast zabierał je do laboratorium, do którego wybrał się też Sherlock po pobraniu pierwszych próbek tkanek. Molly wiedziała o sprawie, więc okazywała dużo delikatności w obchodzeniu się z ciałem. John również brał udział w identyfikacji zwłok, choć nie przyznał się, że swoje doświadczenie zbierał na polu walki.
W bagażniku taksówki znaleziono rozpinaną bluzkę, która jakoś przetrwała pożar i została jednoznacznie zidentyfikowana jako należąca do doktor Brennan. Materiał do przebadania dostał Hodgins, który zapewnił, że uda mu się rozpoznać wszelkie obecne ślady mimo braku spektrofotometru w laboratorium. Sherlock w tym wszystkim zachowywał się z niezwykłą wręcz delikatnością: najzwyczajniej w świecie milczał, wisiał nad mikroskopem i robił własne badania.
Na razie wszystko wskazywało na to, że ciało należało do Brennan. Kobieta w podobnym wieku i o podobnej budowie. W bagażniku oprócz bluzki znaleziono komórkę należącą do Bones. Telefon był zniszczony, ale technicy Yardu po podłączeniu do komputera zdołali odczytać ostatnie numery połączeń: cztery nieodebrane połączenia pochodziły z telefonu Bootha, który próbował namierzyć partnerkę po odkryciu bałaganu w jej pokoju.
Do laboratorium weszła Molly, trzymając cienką teczkę.
- Wstępny raport z autopsji – wyjaśniła, spoglądając pomiędzy Sherlockiem a Jackiem, zastanawiając się, komu oddać teczkę. Hodgins udawał, że nie słyszał, więc dokument odebrał Holmes.
- Dzięki, Molly.
- Przesłałam zdjęcia do Instytutu, na podany adres – rzekła w stronę Hodginsa, ale ten spojrzał na nią krótko znad okularów mikroskopu i wrócił do pracy. Kiedy spojrzała na Sherlocka, detektyw obdarował ją uśmiechem typu „wybacz mu". W końcu pokonana patolog wyszła, zostawiając ich samych.
Sherlock dodał odczynnik do kilku probówek, po czym, czekając na wynik, wykręcił numer komórki Lestrade'a.
- Wiesz może, jaką grupę krwi ma doktor Brennan? – spytał bez wstępów. Kiedy po drugiej stronie Lestrade szukał odpowiednich informacji, Hodgins przerwał pracę i wbił spojrzenie w probówki Sherlocka. Holmes patrzył zimno na naukowca. W końcu Lestrade odczytał mu odpowiednią informację. – Ach, tak – rzucił w odpowiedzi, spojrzawszy na probówki. – Powiedz inspektorowi Dimmockowi, że jednak nie zabierzemy mu sprawy zabójstwa. … Tak, dokładnie – rzekł i rozłączył się.
- Co jest? – spytał Hodgins, tracąc cierpliwość.
- Grupa krwi ofiary z taksówki nie zgadza się z tą podaną w aktach doktor Brennan – rzekł zwyczajnie Sherlock.
Hodgins niemal wylądował na podłodze, kiedy nie trafił na stołek.
- Ciało nie należy do Brennan – rzekł cicho, chowając twarz w dłoniach.
Poinformowana o wynikach badań grupy krwi Angela była znacznie bardziej chętna, by pojechać do Bart's i spróbować zrekonstruować twarz ofiary, jako że nie znaleźli przy niej żadnych dokumentów. Jack również zabrał się do roboty z większym zapałem. Booth otrzymał oficjalną zgodę na osobiste przeszukanie wraku taksówki. Poza ciałem i kilkoma drobiazgami w bagażniku wszelkie ślady potencjalnie przepadły.
Był już wieczór, kiedy pojawił się w laboratorium, dumnie dzierżąc w dłoni plastikową torebkę z kawałkiem papieru wewnątrz. Dowód został przejęty przez Sherlocka, który zabrał się do oględzin w typowy dla siebie, metodyczny sposób. Wyciągnął kartkę z torebki, położył na stole i rozłożył za pomocą plastikowej pęsety.
- Tani papier... Pismo nieczytelne, wykonane długopisem. Wygląda na męskie...
Booth i Jack spojrzeli po sobie. Sherlock przysunął sobie duże, oświetlone szkło powiększające.
- … I powiedziałbym, że pismo jako takie nie ma tu znaczenia. Możesz mi podać roztwór żelazocyjanku potasu? – spytał Hodginsa, machnięciem ręki wskazując miejsce, gdzie znajdował się odczynnik.
Jack spełnił prośbę, śledząc poczynania Sherlocka z klasycznym, dziecięcym zainteresowaniem.
Holmes zamoczył trzymany w pęsecie kłębek waty w podanym roztworze, po czym rozsmarował go po całej powierzchni kartki.
- Atrament sympatyczny z siarczanem żelaza! Robi wrażenie! – zawołał Jack.
- Nie mam doktoratu, ale nikt nie powiedział, że nie mogę znać się na chemii – odparł Sherlock, podziwiając swoje dzieło.
Ponad nieczytelnym pismem ukazał się niebieski napis: „Długopis ze sprawy Berthersona, 2008, zrzut na dworcu."
- Co to znaczy? – spytał Booth.
- Podejrzewam, że o to, iż doktor Brennan została wmieszana w tę sprawę zupełnym przypadkiem. Tu w ogóle nie chodzi o nią – wyjaśnił Sherlock, marszcząc brwi.
- Co to dla niej oznacza? – spytał Jack.
- Została porwana dla okupu, ale w jej wypadku okupem nie są pieniądze, tylko dowody i informacje. A to bardzo ważny sygnał – rzekł Sherlock, po czym bez słowa wyszedł z laboratorium.
A/N: Viva la Wikipedia! Oczywiście chodzi o atrament sympatyczny. Sok cytrynowy był w tym przypadku zbyt prosty ;)
