Disclaimer: Postaci i miejsca pożyczone. Zostaną zwrócone właścicielom w stanie niezmienionym.

A/N: Zaczęłam czytać „Pies Baskerville'ów" ACD i na początku wyszło, że antropolodzy zainteresowaliby się strukturą czaszki również oryginalnego Sherlocka, a nie tylko tego serialowego. ;)

Na osłodę długiej przerwy kawałek długi (jupi), wypełniony dialogami (buu) i bez Brennan (buuuu). Brak szczegółowego planu akcji reszty opowiadania źle mu wróży. Początek pisałam na zwolnieniu lekarskim, od tygodnia jestem w pracy, stąd ten przestój.


Jack Hodgins po wyjściu Sherlocka dwoił się i troił, żeby wycisnąć ze zdobytych tropów jak najwięcej informacji w jak najkrótszym czasie. Materiału do przetworzenia miał całkiem sporo: od bluzki Brennan, przez drobinki gleby z podłogi jej pokoju hotelowego oraz włókien ze zwłok z taksówki, do zawartości bagażnika. Ponadto odkrycie atramentu sympatycznego przez Sherlocka zagrało drażniąco na jego ego. Nie znosił nieprzyjaznej konkurencji. Holmes nie był wprawdzie nastawiony wrogo, raczej zupełnie neutralnie, ale nie była to żartobliwa walka o tytuł „Króla labu", która urozmaicała mu pracę w czasach, kiedy prześcigał się w odkryciach z Zackiem Addym. Zatem za pierwszym razem, kiedy uruchomił wideokonferencję z biurem Lestrade'a, miał ochotę zacząć swoją typową, pełną dumy wyliczankę wykrytych substancji, ale po sekundzie zastanowienia – i stwierdzeniu, że Lestrade, a już na pewno Booth mogą nie mieć ochoty i wiedzy wystarczającej do zabawy w zgadywanki, o co chodzi – ograniczył się do wniosku, iż cząstki zarówno na bluzce, jak i kół samochodu, i z hotelu wskazują na dzielnicę przemysłową niedaleko rzeki.

- Jakieś stare stocznie? – podpowiadał. – Nie jestem w stanie określić dokładnie, ale gdybym miał jakieś próbki do porównania...

- Dzięki, doktorze, świetna robota – pochwalił Lestrade. – Wiemy już bardzo dużo, choć sprzęt jest pewnie skromniejszy od tego w Instytucie.

- Kiedyś zidentyfikowałem skład gleby mając do dyspozycji własny zmysł smaku, fiolkę perfum, aparat fotograficzny i wskaźnik laserowy. Szpitalny lab to luksus w porównaniu z tamtym. – Hodgins wzruszył ramionami, choć Boothowi, który widział całą rozmowę, wydawało się, że było w tym coś ze wzdrygnięcia.

- Szukałbym okolic z dużą ilością gliny – dopowiedział Sherlock, wchodząc do biura. Akurat chował telefon w kieszeni spodni. – W sensie w budynkach, bo nic nie wskazuje na obszar wydobycia gliny. Coś jeszcze o ofierze z taksówki?

- Rekonstrukcja twarzy – rzuciła Angela od drzwi, wchodząc za nim. Odwróciła swój blok rysunkowy i pokazała mężczyznom twarz ofiary: ciemnowłosa kobieta po trzydziestce, która wcale nie wyglądała jak Brennan.

- Jak dokładna jest ta rekonstrukcja? – spytał Sherlock po chwili ciszy, dziwnym tonem.

- Pracuję z najlepszymi. Muszę być najlepsza – odparła Angela.

- Nieprawda. Ale uważasz, że tak mogła wyglądać ofiara? – upewnił się Sherlock.

- Robię to od kilku lat. Jestem pewna, że tak wyglądała – rzekła Angela, nieco poirytowana wątpliwościami detektywa. – A co? – spytała nagle.

Sherlock tylko pokiwał głową.

- W porządku, sprawdzimy z bazą osób zaginionych, choć jest ryzyko, że nikt jej jeszcze nie zgłosił – rzekł Lestrade, chwytając za telefon. – Przy okazji, Sherlock, poprosiłem o wydanie tego długopisu ze sprawy Bethersona. Pewnie będziesz chciał na niego spojrzeć, zanim zdecydujemy, co dalej.

- OK, wyślij go do Bart's, tam go dokładnie obejrzę – polecił Sherlock, wpatrzony w przestrzeń. Kiedy zadzwonił jego telefon, zarejestrowanie tego faktu zajęło mu dobre kilka sekund. Odebrał bez słowa, bez patrzenia na wyświetlacz. Po wysłuchaniu, co druga strona ma do powiedzenia, również bez słowa rozłączył się. – Mój brat nie jest w stanie wyśledzić tej taksówki. Nie mamy pojęcia, gdzie jeździła. Poza tym, to dziwne. Z tego, co pamiętam, długopis nie został nawet uznany za dowód. – Sherlock znów pokiwał głową. – Jadę z powrotem do szpitala. Dajcie znać, jak coś znowu wypłynie.

- Czy to było dziwne? – spytała Angela Lestrade'a, wskazując palcem miejsce, w którym stał Holmes. – Stał się dziwnie zamyślony.

- Nie. On często miewa wahania nastroju – odparł Lestrade, wciąż wisząc na telefonie.


- Molly, mogę ją obejrzeć na osobności? – spytał Sherlock, wsadziwszy głowę przez drzwi do prosektorium.

- Jasne, właśnie skończyłam – odrzekła Molly z uśmiechem, zapisując coś w aktach. – Przyczyną śmierci było uduszenie. Była martwa, zanim zaczął się pożar. Wszystko przekazałam doktorowi Hodginsowi. Nie wiem, co mógłbyś jeszcze znaleźć.

- Ja też nie, ale nie lubię polegać na cudzej pracy.

- Kawy? – zaproponowała cicho, podchodząc do niego.

- Owszem, dzięki.

Molly wyszła. Sherlock powoli podszedł do leżących na stole sekcyjnym, spalonych zwłok. Stanął przy stole, ręce trzymając w kieszeniach spodni. Molly zastała go w takiej pozycji, kiedy kilka minut później przyniosła mu kawę. Minęło kolejnych dwadzieścia minut, a on dalej stał i patrzył na ciało, zupełnie oderwany od rzeczywistości, zamyślony.

- Kim ona była? – spytał cicho John, podchodząc do przyjaciela.

Sherlock spojrzał na niego. Niebieskie oczy doktora były jak zwykle ciepłe i pełne sympatii. Były też uważne, łatwo odczytały w chłodnej szarości oczu detektywa, że coś jest bardzo nie w porządku.

- Nie mam pojęcia – odparł Sherlock ze wzruszeniem ramion. – Nie wiem, czym się zajmowała.

- Kim była dla ciebie? – sprecyzował doktor. Wiedział, że Sherlock nie szuka w ciele kolejnych wskazówek. Nie to spojrzenie, nie ta postawa. To było coś innego, głębszego.

Sherlock otworzył usta, jakby miał zaprotestować, ale ostatecznie tylko westchnął.

- Przyjaciółką z dzieciństwa – wyjaśnił w końcu. – Anne Hutchinson. Kiedy widzieliśmy się ostatni raz, mieliśmy po szesnaście lat. Nie miałem pojęcia, że była w Londynie.

- Byliście blisko?

- Bardzo. Bardzo blisko – przyznał Sherlock cicho, niemal niezręcznie.

- Masz na myśli...?

- Pierwszy raz.

John tylko skinął głową. Rozmawianie z Sherlockiem na temat seksu wybitnie podchodziło pod kategorię „nieodpowiednie". Z drugiej strony zawsze był ciekaw, co stworzyło dzisiejszego Sherlocka.

- I jakie wspomnienie po tym pozostało? – spytał dyplomatycznie. Sherlock znów na niego spojrzał, tym razem z lekkim uśmiechem na twarzy.

- Jedyne w swoim rodzaju. Dopiero później wszystko zaczęło się walić – stwierdził Holmes, odwrócił się od zwłok i ruszył do wyjścia, po drodze zabierając kubek z zimną już kawą. John ruszył za nim.

- Ktoś zawinił?

- Mój mózg, jak zawsze w kwestiach emocji – odparł Sherlock i swoim sprężystym krokiem podążył pustym wieczorową porą korytarzem w stronę laboratorium.


- Ktoś się wkurzył – rzekł Hodgins, jak tylko Sherlock wszedł do laboratorium. Holmes obrzucił naukowca nieprzyjaznym spojrzeniem.

- Mam skłonność do irytowania się, kiedy zamiast odpowiedzi dostaję coraz więcej pytań – odparł. – Coś nowego na temat twoich cząstek?

- Nie – odrzekł Jack, kiwając głową. – Gdybym lepiej znał miasto, może wycisnąłbym z tego coś więcej. Utknąłem.

- Cóż. Stary port byłby dość konkretną lokalizacją, gdyby nie to, że na jego terenie są dziesiątki budynków zbudowanych z gliny. Podejrzewam, że muszę ci zaufać co do tych wyników.

- Zawsze możesz spojrzeć. – Hodgins wyciągnął w jego stronę kartkę z wynikami. Sherlock tylko rzucił na nią okiem.

- Bardziej interesuje mnie bluzka – rzekł.

- Myślałem, że długopis – zdziwił się Jack, podając mu koszulkę Brennan.

- Długopis to informacja, gdzie mamy szukać dalszych wskazówek, o co chodzi. Zupełnie ich nie interesuje jako przedmiot.

- Ale w wiadomości...

- Czy z czegokolwiek w tym liście wywnioskowałeś, gdzie, kiedy i komu mielibyśmy przekazać kawałek nieznaczącego dowodu? – burknął Sherlock, podkładając koszulkę pod duże szkło powiększające.

- Po pierwsze, nie wiem, czy jest nieznaczący – odparł Jack, wyraźnie poirytowany. – Po drugie, nie znam sprawy. Może w przebiegu śledztwa zaszło coś, co mogłoby...

- Brałem w nim udział, nie kojarzę żadnego dworca, wierz mi – przerwał mu Sherlock. – Jedyne, na co wskazuje ten długopis, to to, że możemy spodziewać się dalszych informacji. W tej chwili te posiadane są zbyt ogólne.

Sherlock wyprostował się, zamknął na chwilę oczy i wziął głęboki wdech.

- OK, wracamy do Brennan – rzekł po chwili. – Ona jest pierwszą wskazówką. Mamy tutaj jej koszulkę. Przyjmijmy, że została zaatakowana w taksówce – mówił, znów pochylając się nad lupą.

- Nie tworzę teorii bez wystarczających dowodów. Zasada Brennan – odparł Hodgins, wzruszając ramionami.

- Nieważne. Powiedzmy, że porywacze nie chcieli jej skrzywdzić. W jaki sposób byś ją obezwładnił?

Naukowiec okrążył stół i podszedł bliżej detektywa.

- Zaatakowana w taksówce... – szepnął do siebie.

- Mało miejsca – mówił Sherlock. – Scenariusz: taksówka nagle się zatrzymuje, na tylne siedzenie wsiada ktoś jeszcze i obezwładnia Brennan. Szyby samochodu nie były popękane, bo pożar nie był zbyt intensywny. Stąd wniosek, że nie zostały uszkodzone również wcześniej.

- Chłopie, ja naprawdę nie chcę o tym dyskutować. – Hodgins domyślił się, o czym mówił Sherlock, uniósł dłonie i odsunął się.

- Co oznacza, że nie została popchnięta na szybę, więc nie uderzyła o nią głową, więc nie było walki – odezwał się John od wejścia. – Uderzenie, które pozbawiłoby doktor Brennan przytomności, musiałoby również pozostawić ślady na szybie.

- Dziękuję, John. Ty jeden próbujesz się starać – rzucił Sherlock, nie odrywając oczu od bluzki pod lupą. Watson uśmiechnął się tylko, podchodząc do niego.

- Brennan potrafi skopać tyłek i nie poddałaby się bez walki – zaprotestował Jack.

- Gdybyś miał strzykawkę z szybko działającym narkotykiem: wsiadłeś do taksówki i masz mało miejsca i czasu, gdzie byś wbił igłę? – spytał Sherlock, rozciągając materiał.

- Człowieku... – Jack skrzywił się z obrzydzeniem.

- Doktorze Hodgins, wyraźnie lubisz eksperymentować. Gdzie byś w przedstawionej sytuacji celował z igłą? – powtórzył z naciskiem Sherlock. – Przyjmując, czego nie lubisz, że zaskoczona doktor Brennan usiadła przodem do ciebie?

- Nad... nad obojczykiem? – odrzekł Jack z wahaniem.

- Mhm. – Sherlock skinął głową. – Widząc z nagrania, że usiadła po prawej stronie patrząc od przodu samochodu, czyli po przekątnej w stosunku do kierowcy, można przyjąć, że napastnik usiadł po lewej, czyli z dużym prawdopodobieństwem, o ile był praworęczny jak większość społeczeństwa, uderzył Brennan nad lewym obojczykiem... – mówił szybko, odcinając niewielki kawałek materiału i umieszczając go w oznakowanej butelce z przezroczystym płynem. Sięgnął po fiolkę z pipetą. – ... wstrzykując kilka mililitrów narkotyku wprost w jakieś duże naczynie krwionośne, osiągając swój cel w kilka sekund, o ile trafił w żyłę podobojczykową.

Sherlock spuścił kroplę zawartości fiolki do butelki z kawałkiem materiału, odpowiadającego okolicy lewego obojczyka noszącej. Jack i John pochylili się nad próbką. Po chwili całość zabarwiła się na intensywnie niebieski kolor.

- Wow – mruknął Jack. Wcześniej przyglądał się tej bluzce dość intensywnie i nie zauważył nic, co mogłoby wskazywać na miejsce wkłucia.

- Tak – rzekł Sherlock, wyraźnie zadowolony z siebie. – To nam udowadnia kilka rzeczy. Po pierwsze, doktor Brennan została obezwładniona narkotykiem z grupy opiatów. Jeśli bardzo chcesz, mogę spróbować załatwić na rano spektrofotometr, żebyś go sobie zidentyfikował, może dotrzemy do dostawcy, a od niego do kupców, chociaż nie miałbym wielkich nadziei. Po drugie, napastnik był praworęczny, co nam nic nie daje. Po trzecie, gdyby Instytut Jeffersona znajdował się w Londynie albo ja w Waszyngtonie, nadal znalazłbym pracę mimo nieskończonych studiów i...

- Czarującej osobowości? – wtrącił nagle John, przerywając mu.

- Po czwarte, nadal nie wiemy o co chodzi i gdzie jest Brennan, co skutecznie zabija nastrój do wywyższania się – zakończył Sherlock.


- Nic więcej nie wymyślimy – podsumował Hodgins kolejne spotkanie w biurze Lestrade'a, na którym Sherlock był obecny dzięki wideokonferencji z Bart's. Była trzecia w nocy i wszyscy czuli zmęczenie, choć inspektor i Booth trzymali się nieźle, a po Sherlocku w ogóle nic nie było widać.

- Nie tkną Brennan, dopóki nie dostaną tego, co chcą – odezwał się Holmes z ekranu, pochylony nad mikroskopem, pod którym badał atrament z długopisu. Postanowił owemu nieznaczącemu przedmiotowi dać szansę na udzielenie kilku odpowiedzi. – Jestem pewny, że żyje i ma się dobrze.

- Mówiłeś, że nic cię to nie obchodzi – burknął Booth. Sam w ciągu dnia zrobił niewiele i czuł coraz głębszą frustrację i niepokój.

- Próbuję być wyrozumiały i empatyczny – odparł Sherlock z irytacją, spoglądając w stronę kamerki. – Ciesz się, że nie mieliśmy tej sprawy rok temu. – Holmes spojrzał w przestrzeń i zmarszczył brwi. – Właściwie to ja powinienem się cieszyć – dodał, wracając do swojego mikroskopu.

- Dlaczego? – spytała Angela.

- Rok temu nawet by nie próbował – wyjaśnił cicho Lestrade. – Co pewnie kiepsko by się dla niego skończyło – dodał, skinieniem głowy wskazując na nerwowego agenta.

- Ta sprawa Bethersona. O co w niej chodzi? – spytał Booth.

- Alec Betherson należał do siatki handlarzy bronią i narkotykami – wyjaśnił Lestrade. – W międzyczasie wykryliśmy związane z nim morderstwo. Dość duża sprawa. On i kilku z jego najbliższego otoczenia dostali duże odsiadki.

- Czy komuś w międzyczasie przyszło do głowy, żeby sprawdzić, czy ktoś związany z tą sprawą nie wyszedł na warunkowe albo uciekł? – spytał Booth.

- Przyszło, jakieś pięć godzin temu – odparł Lestrade, zmęczenie potęgowało irytację z powodu wątpienia w jego zdolności śledcze. – Była dziesiąta wieczorem, myśli pan, że o tej porze łatwo uzyskać informacje? System szwankuje. To nie FBI.

- OK, skoro Holmes twierdzi, że nadmierny pośpiech nie jest wskazany, może zrobimy sobie przerwę do rana? – zaproponował Hodgins. – I mówię to niechętnie, ale naprawdę, bez spektrofotometru nie mam nic do roboty, Angela też. Nieprzytomni też nie pomożemy.

- Jack, nawet nie mamy gdzie nocować – westchnęła Angela.

- Zapraszamy na Baker Street – rzucił swobodnie Sherlock. John spojrzał zaskoczony na ekran komputera, na którym widniała twarz jego przyjaciela, skupionego na mikroskopie. – John, wiem, że chcesz zaprotestować, ale dzisiejszej nocy raczej tam nie wrócę, więc mój pokój jest wolny, po drugie, mamy wygodną kanapę, po trzecie, doktor Hodgins pewnie doceni naukowy, zaś panna Montenegro artystyczny nieporządek, więc sprzątanie możesz spokojnie odłożyć do rana.

- Nie mam nic przeciwko temu, ale to nie w twoim stylu – odparł John.

- Jestem miły! – zaprotestował Sherlock, choć bez większego przekonania.

- Nieprawda.

Sherlock rzucił tylko krótkie spojrzenie w stronę kamerki i wrócił do badań.


Angela po przebudzeniu kilka godzin później miała drobny problem z przypomnieniem sobie, gdzie się znajduje. Leżała przez chwilę nieruchomo na łóżku w sypialni Sherlocka i patrzyła w sufit. Łóżko było drewniane, podwójne, z wygodnym materacem i lekką, idealną na majowe temperatury pościelą. Żal jej było myśleć, że musi to zamienić na bezosobowe lokum w hotelu.

Obróciła się z pleców na bok i rozejrzała po pokoju. Przed pójściem spać nie miała na to siły, skorzystała z łazienki i padła bez życia na wskazane, już przygotowane łóżko. Teraz korzystała z chwili spokoju: słyszała wprawdzie, że ktoś chodzi po kuchni i stuka naczyniami, ale po skróconej nocy nie miała ochoty zrywać się od razu.

Sypialnia Sherlocka była dość dużym, jasnym pokojem na tyłach mieszkania, wykończonym w prostym, nieco surowym stylu: klasyczne, drewniane szafki bez ozdobników, niewielkie biurko z włączonym laptopem na blacie, zwyczajne krzesła i to drewniane łóżko. Jedną ścianę, oprócz drzwi, zajmował regał wypełniony książkami. Klasyczna literatura, dużo kryminałów, stare podręczniki z chemii i botaniki, przewodniki po różnych miastach świata. Angela zwróciła wcześniej uwagę na ilość książek w salonie: z całą pewnością dziwny Anglik lubił czytać. Zobaczyła też porzucony pod ścianą, zamknięty futerał na skrzypce i leżący nieopodal stosik z nutami.

Musiała przyznać, że Sherlock ją intrygował. Chociaż nieco arogancki i, wedle opowieści jego znajomych, z trudnym charakterem, wiedziała, że pod chłodną, bladą maską i czujnymi oczami krył się człowiek pełen pasji. Te książki. I skrzypce. I upór w śledztwie. W pokoju (i łazience, na co też zdołała zwrócić uwagę) nie było nic kobiecego ani wskazującego na sentymenty: żadnych zdjęć, listów pisanych kobiecą ręką. Pamiętała jednak zmianę w jego zachowaniu, kiedy pokazała twarz ofiary z taksówki. Może ze względu na to, że była artystką, łatwiej wyczuwała emocje, ale jeśli inspektor Lestrade i ten lekarz znali go wystarczająco dobrze, powinni wiedzieć, że coś jest nie tak.

„Doktor Watson chyba też to zauważył" – pomyślała, przypomniawszy sobie, że współlokator detektywa wyraźnie zamyślił się po wyjściu przyjaciela i opuścił ich chwilę później. W drodze z Yardu do mieszkania był milczący, ale jeśli dodało się do tego jego ziewanie, brak nastroju do rozmowy można było tłumaczyć zmęczeniem.

Angela westchnęła. Miała na razie dość przemyśleń. Poza tym, była głodna.

Wstała, narzuciła na siebie szlafrok i przeszła do łazienki.

Wychodząc z niej trzasnęła drzwiami. Nagle w mieszkaniu rozległ się jej paniczny krzyk.


A/N: Dajcie mi znać, jeśli mam dać sobie spokój z pisaniem.