A nic, tak sobie piszę... Znowu trochę więcej tekstu, bo próbuję się starać, żeby w poszczególnych częściach COŚ się jednak działo.

Tak BTW, to opowiadanie nie ma bety. Nie, że szukam, tylko informuję, że przed wysyłką czytam nowe części jakieś 2 razy i publikuję.

Disclaimer: Postaci i miejsca pożyczone. Zostaną zwrócone właścicielom w stanie niezmienionym.


Brennan spędziła zimną noc skulona pod ścianą, obejmując kolana ramionami. Ciężko było przespać kilka godzin w tej pozycji, ale pocieszał ją fakt, że może nadrobi braki w odpoczynku w ciągu dnia, kiedy będzie cieplej.

Jej zegarek wskazywał ósmą rano, kiedy wszedł jeden z jej porywaczy z kanapkami i styropianowym kubkiem, nad którym unosiła się para. Brennan wyczuła słaby zapach kawy, ale nie wstała i nie podziękowała, kiedy mężczyzna położył śniadanie na podłodze nieopodal niej. Już poprzedniego wieczoru postanowiła, że nie będzie wchodziła z porywaczami w żadne interakcje, jeśli nie zostanie do tego zmuszona. Wiedziała, że jakiekolwiek formy wdzięczności były prostą drogą do syndromu sztokholmskiego i nie chciała się w to pakować. Booth jej szukał. Pewnie ktoś mu pomaga. Niedługo dowie się, dlaczego została porwana, wyjdzie stąd, otrząśnie się, wróci do Stanów i będzie dalej łapać morderców.

Odczekała kilka sekund po wyjściu mężczyzny, zanim podeszła do kanapek i kawy. Gorący napój był bez mleka i gorzki, ale za to mocny. Już po pierwszym, ostrożnym łyku czuła, jak ją rozgrzewa. Jej przeświadczenie, że na razie nie stanie jej się krzywda, przez ten jeden mały kubek kawy nieco się umocniło. Mogli ograniczyć się do wody.

Kiedy wróciła z łazienki, resztki jej śniadania były już uprzątnięte. Czekał ją kolejny, nudny dzień.

Jakiś czas później zauważyła ruch po drugiej stronie jednego z okien. Podeszła do niego powoli. Przez dziurę w brudnej szybie zobaczyła umorusaną twarz na oko trzynastoletniego dziecka. Chłopiec miał duże, brązowe oczy i rozczochrane, czarne włosy. Wyraźnie nie mył się od dłuższego czasu, miał na sobie podartą, granatową koszulkę i zabłocone spodnie od dresu. Butów nie widziała, o ile je miał. Wyglądał na bezdomnego.

Stała niedaleko okna i zwyczajnie wpatrywała się w twarz owego chłopca. Nie wiedziała, co powiedzieć. Dziecko odwzajemniało spojrzenie. Po kilku minutach patrzenia na nią w milczeniu, chłopiec odwrócił się i odszedł.

Brennan nie wiedziała, dlaczego zbierało się jej na płacz. To było irracjonalne...


Rozpoznanie Sherlocka w wysokim, obdartym, brudnym i śmierdzącym mężczyźnie, stojącym na środku sypialni, zajęło Angeli dobre kilka sekund. Na początku widziała tylko podarte sandały na brudnych stopach, zabłocone, luźne spodnie, bluzę od dresu, brudną twarz, kartoflany nos, brązowe oczy i czapkę z daszkiem na głowie.

- Jeszcze wczoraj to był mój pokój – stwierdził obojętnie włóczęga. Angela rozpoznała charakterystyczne rysy twarzy i westchnęła z ulgą.

- Co nie zmienia faktu, że mnie przeraziłeś. Dlaczego tak wyglądasz? – spytała, nie kryjąc obrzydzenia. Po wczorajszym dniu Sherlock kojarzył jej się ze zgoła innym wizerunkiem.

- Zbieranie informacji w dość niebezpiecznych dzielnicach miasta nie jest wskazane w garniturze i włoskich butach. Często się przebieram – wyjaśnił Sherlock, grzebiąc w komodzie. – Wziąłem te rzeczy w nocy. Wypad nad Tamizę i przebranie gotowe.

- Byłeś tu wczoraj w nocy? – upewniła się Angela. W duchu była wdzięczna, że nie spała nago.

Sherlock skinął głową. Zgarnął stosik czystych ubrań i pomaszerował w stronę łazienki.

- Przy okazji, chrapiesz – rzucił przez ramię.

- Nieprawda!

- Jesteś pewna? – odparł Sherlock, unosząc brwi. Zanim zamknął drzwi łazienki za sobą, obdarował ją swoim klasycznym półuśmiechem.

Kiedy dołączył do nich dwadzieścia minut później, był już umyty, miał na sobie fioletową koszulę i czarne dżinsy. Jego włosy były wilgotne, ale po staremu rozczochrane, mimo przedziałka. John bez słowa podał mu kubek z herbatą. Hodgins i Angela siedzieli w milczeniu przy kuchennym, posprzątanym stole i zajadali się jajecznicą i tostami, wymieniając ukradkowe spojrzenia.

- Jadę do pracy – poinformował Watson. – Daj mi znać, jak coś wyskoczy – rzekł do Sherlocka, chwycił swój plecak i wyszedł. Holmes pożegnał go machnięciem ręki, popijając swoją herbatę.

- Nie jesz? – spytał Jack. – Twój kumpel robi świetną jajecznicę.

- Zrobi mi świeżą, jak skończymy sprawę – odparł Sherlock. – Trawienie mnie spowalnia.

Hodgins zrobił wielkie oczy.

- Przy okazji, dzięki za przechowanie nas przez noc – odezwała się Angela po przełknięciu porcji jajek. – Poszukamy dziś czegoś innego.

Sherlock tylko wzruszył ramionami.

- To musi być chyba niebezpiecznie, prawda? – spytała Angela, nie rezygnując z nawiązania kontaktu. – Tak zbierać informacje po nocy.

Sherlock zerknął na Jacka, który zaczął nagle mieć problemy z przełknięciem tosta.

- Skoro byłeś przebrany, pewnie nikt by nie chciał cię okraść, ale z napadem z bronią w ręku nie mieliby problemu... – mówiła Angela. Oparła się łokciem o stół, podparła głowę dłonią. Sherlock stał, więc miała pewien problem z patrzeniem w jego beznamiętną twarz.

- Jakie plany na dziś? – wtrącił się Jack, ostatecznie przełknąwszy swoje śniadanie.

- Zobaczę, co ze spektrometrem, może już dostarczyli – odparł Sherlock. – Poza tym, mam pewne podejrzenia, dlaczego Brennan została porwana. Jak uda się je potwierdzić, może ruszymy dalej ze śledztwem.

- Jedziemy do Yardu, tak? – spytała Angela. – I tak nie miałabym ochoty siedzieć w jakimś hotelu albo zwiedzać, nie, kiedy moja przyjaciółka jest w takich tarapatach. Pójdę się zebrać.

Angela wstała i wyszła. Jack wziął głęboki wdech.

- Nie wyglądasz na kogoś, kto potrzebowałby współlokatora – rzekł. – Przynajmniej, jeśli chodzi o finansową kwestię takiego układu.

- A ty się bardzo starasz, żeby nie wyglądać na kogoś, kogo stać na wykupienie całej dzielnicy – odparł spokojnie Sherlock. – Poza tym, powiedz mi, jak bardzo przeszkadza ci, że twoja była, biseksualna dziewczyna uderza do gościa, który nie wysyła żadnych pozytywnych sygnałów w jej stronę?

- C-co? – wydusił z siebie Hodgins. – Brennan coś ci mówiła?

Sherlock prychnął.

- Znałem ją tylko kilka godzin i wiem, że rozmawianie z obcym o znajomych i przyjaciołach nie jest w jej stylu. Ty tym bardziej powinieneś to wiedzieć.

- Więc skąd...?

- Tajemnica handlowa – rzucił luźno detektyw, następnie krzyknął w stronę korytarza do swojej sypialni: – Zostawcie rzeczy tutaj, weźmiecie je, jak znajdziecie sobie miejsce w hotelu.

- Okej! – odkrzyknęła Angela. Po dwóch minutach byli już na zewnątrz. Sherlock złapał taksówkę.

- Jedźcie do Yardu – polecił. Sam odwrócił się i odszedł, nie udzielając już żadnych wyjaśnień. Angela, która usiadła tyłem do kierowcy, przez chwilę obserwowała jego wysoką, szczupłą postać, zmierzającą sprężystym, zdecydowanym krokiem w sobie tylko znanym kierunku.


W siedzibie Scotland Yardu spotkali już inspektora Lestrade'a i Bootha. Obaj wyglądali na niewyspanych, chociaż tylko Lestrade od czasu do czasu usiłował rozmasować sobie zesztywniałe ramiona, co sugerowało, że spędził noc w biurze. Poinformował przybyłych, że potwierdzono ucieczkę jednej z ważniejszych postaci w sprawie Bethersona, niejakiego Larry'ego Ellisa. Udało mu się uwolnić pięć dni temu, cztery przed porwaniem Brennan. Ponadto szukali właściciela spalonej taksówki i czekali na zgłoszenie zaginięcia kobiety po trzydziestce: nadal nie udało im się jej zidentyfikować. Rozesłano rezultat rekonstrukcji jej twarzy po redakcjach porannych i popołudniowych gazet.

Angela po odprawie postanowiła zaszyć się w tymczasowo swojej kanciapie i dać drugą szansę przeglądanym wczoraj nagraniom, Hodgins natomiast pojechał do laboratorium. Sherlocka nadal nie było. Lestrade, próbujący koordynować wszelkie działania związane ze śledztwem, udostępnił Boothowi akta Bethersona.

Przed jedenastą przekazano inspektorowi wiadomość, że zadzwonił ktoś podający się za męża zaginionej (przynajmniej dla niego – w gazetach nie podano przyczyny poszukiwań kobiety). Lestrade zaproponował Boothowi, by ten pojechał z nim na rozmowę z mężczyzną.

Niedługo po wyjściu Lestrade'a w pokoju Angeli pojawił się Sherlock. Artystka bardziej wyczuła jego obecność, niż usłyszała, jak wchodzi.

- Uch, zimno – mruknęła, odwracając się w stronę drzwi. Napotkała bardzo chłodne spojrzenie detektywa, jednoznacznie z gatunku „nie zadzieraj teraz ze mną". – Hej – dodała, starając się złagodzić atmosferę, choć wiedziała, że nie było powodu, by sądzić, że miała z takim humorem Sherlocka coś wspólnego.

- Co robisz? – spytał detektyw. W ręce trzymał kopertę.

- Filtruję filmy z kamer miejskich. Jestem bardzo blisko wyizolowania twarzy taksówkarza. Byłbyś w stanie zdobyć nagrania z tych rejonów we wskazanych godzinach? Jeśli uda mi się zobaczyć sam atak, może załatwię też zdjęcia przynajmniej jednego napastnika. – Podała mu kartkę z namiarami.

Sherlock skinął głową.

- W przerwie zajmij się tym – rzekł, podając jej kopertę. Angela zajrzała do środka i wyciągnęła malutką kartę pamięci, jak do telefonu. Szybko umieściła ją w adapterze, po czym otworzyła jedyny zawarty na karcie plik.

Zdjęcie całkiem niezłej jakości. Przedstawiające zwiniętą pod ścianą, wyraźnie śpiącą Brennan.

- O mój Boże – mruknęła Angela. Szybko sprawdziła właściwości pliku: zdjęcie zostało zrobione tego dnia o piątej rano. To był pierwszy dowód życia Brennan od początku całej afery.

- Koncentrowałbym się raczej na widoku za oknami – podpowiedział chłodno Sherlock, wskazując odpowiednie fragmenty zdjęcia. – I to dość intensywnie, ci ludzie mają przynajmniej dwa życia na sumieniu – dodał, kierując się do wyjścia.

Angela pomyślała szybko. Znaleźli tylko jedne zwłoki. Co oznaczało...

- Kto zginął? To dlatego jesteś tak wzburzony? – zawołała za nim. Sherlock stanął w miejscu. Angela widziała, jak wziął głęboki wdech i zacisnął blade dłonie w pięści. Byli sami w pokoju, Angela i tak wiedziała, że coś się stało: Sherlock przestał powstrzymywać emocje.

- Trzynastolatek – odparł cicho. – Często mi pomagał. Chyba znalazł Brennan, ale ci ludzie dopadli go, zanim zdołał komukolwiek powiedzieć coś konkretnego.

- Co się z nim stało?

- Zniknął – odparł Sherlock dziwnym, bardzo znaczącym i wymownym tonem. Zaraz potem wyszedł. Angela westchnęła i zabrała się za męczenie zdjęcia.


Jazda na Carter Street w Kennington minęła im bez większych problemów. Zarówno zesztywniały Lestrade, jak i zamyślony Booth siedzieli w milczeniu. Obaj wiedzieli, że nie mają co się spodziewać jakichś wielkich odkryć po tej wyprawie. Było to jednak coś, co musieli załatwić, chociaż obaj nie lubili przekazywać podejrzeń, że ukochana osoba rozmówcy zamieniła się w spalone zwłoki.

Drzwi do mieszkania w zadbanej kamienicy (jednej z wielu wyglądających tak samo w długim szeregowcu) otworzył im mężczyzna średniego wzrostu, przed czterdziestką. Miał krótko przycięte, brązowe włosy i zielone oczy. Był zadbany, pracował w City. Jego obecność w domu zamiast w pracy szybko się wyjaśniła, kiedy w drzwiach pokazała się trzyletnia dziewczynka i objęła nogę mężczyzny.

- Dzień dobry. Jestem detektyw inspektor Lestrade ze Scotland Yardu, to agent Seeley Booth – przedstawił ich Lestrade, omijając agencyjne pochodzenie towarzysza. Skrót „FBI" zrodziłby tylko masę niepotrzebnych im w tej chwili pytań. – Możemy wejść?

- Oczywiście – odrzekł mężczyzna. – Robert Summers, miło mi. Panowie w sprawie mojej żony?

Na krótkie skinięcie głową Lestrade'a Summers pochylił się i szepnął coś do ucha swojej córce. Dziewczynka natychmiast pobiegła w głąb mieszkania i schodami na górę. Mężczyzna zaprowadził ich do jasno oświetlonego salonu. Lestrade usiadł na kanapie naprzeciwko gospodarza, który zajął fotel. Booth stał, rozglądając się po pomieszczeniu.

Widać było tutaj kobiecą rękę. Ściany były pokryte jasną, wzorzystą tapetą, na szafkach stały wazony z kwiatami, na kominku ramki ze zdjęciami. Wszystko było schludne i wyraźnie na swoim miejscu.

- Znaleźliście Anne? – spytał Summers.

- Mamy takie podejrzenia – odrzekł powoli Lestrade, patrząc mężczyźnie w oczy. – Nie jesteśmy w stanie tego potwierdzić.

- Dlaczego, jeśli... Coś jej się stało? Ma amnezję?

- Nie, panie Summers. Obawiam się, że to nie o amnezję tu chodzi.

Mężczyzna, do tej pory zaniepokojony, pochylony do przodu, umilkł nagle. Wbił spojrzenie gdzieś w przestrzeń za Lestradem. Odchylił się do tyłu.

- Chce mi pan powiedzieć, że... – zaczął. W jego głosie słychać było, że miał trudności z wypowiedzeniem tych słów.

- Nie jesteśmy pewni – rzekł z naciskiem Lestrade. Booth tymczasem zbliżył się do kominka. – Przyjechaliśmy prosić pana o jakąś rzecz należącą do pana żony, żebyśmy mogli potwierdzić jej tożsamość przez badania DNA.

- A ja? Nie mógłbym jej zidentyfikować?

- Obawiam się, że nie. Bardzo mi przykro.

- To są zdjęcia pańskiej żony? – spytał Booth, wskazując na jedną z ramek.

- Tak, większość z nich – odparł Summers. Do oczu napływały mu łzy.

Booth gestem przywołał do siebie Lestrade'a. Inspektor podszedł do agenta. Booth wskazał szczególnie interesującą go fotografię. Lestrade wpatrywał się w nią przez kilka sekund, potem chwycił ją i drugą, wyraźnie świeżą.

- Chciałbym wziąć to zdjęcie, żeby porównać je dokładnie z naszą rekonstrukcją – rzekł, wskazując nowszą ramkę. Summers tylko skinął głową. – Mogę jeszcze zapytać, czy wie pan, kim jest ten chłopak? – spytał, wskazując na starsze zdjęcie.

- Przyjaciel z dzieciństwa mojej żony, nie wiem, jak się nazywa – odparł mężczyzna, pociągając nosem. – Anne mówiła, że ostatni raz widzieli się dziewiętnaście lat temu, mieli po szesnaście lat. Po tym, jak się o nim wypowiadała, domyślałem się, że był dla niej bardzo ważny, ale chłopak zginął w jakichś tragicznych okolicznościach. Anne unikała tego tematu, ale lubiła to zdjęcie – wyjaśnił mężczyzna. Przetarł dłonią wilgotną od łez twarz.

- Panie Summers, czy niedawno mieli państwo jakieś włamanie? – rzucił nagle Booth. Summers spojrzał na niego zaskoczony, nie wiedząc, co to ma do rzeczy.

- Tak, trzy dni temu – odpowiedział w końcu. – Zdążyliśmy posprzątać. Zniknęła głównie biżuteria i trochę gotówki. Wszystko było warte jakieś trzy tysiące funtów. Zresztą u sąsiadów było to samo.

Booth skinął głową.

Lestrade wciąż wpatrywał się w starą fotografię. Przedstawiała Anne Summers, jasne. Dziewiętnaście lat wcześniej. Siedziała na kocu rozłożonym na trawie w parku. Obok niej siedział na oko szesnastoletni, chudy chłopak z czarnymi, lekko kręconymi, dość krótko przyciętymi włosami, prostym nosem i szarozielonymi oczami o charakterystycznym, kocim kształcie. Oboje uśmiechali się lekko, siedzieli oparci o siebie ramionami. Przyjaciele.

Inspektor właśnie dowiedział się, jak wyglądał Sherlock Holmes w wieku szesnastu lat.


- Ellis ucieka z więzienia, znajduje kilku swoich starych ludzi i razem jadą dokonać kilku włamań, bo nie mają kasy – mówił Booth w drodze z mieszkania Summersów do samochodu Lestrade'a. Inspektor trzymał w jednej ręce torebkę na dowody, zawierającą szczoteczkę do zębów Anne, w drugiej telefon komórkowy. – W domu Summersów widzą zdjęcie pani Summers z Sherlockiem. Ponieważ wiedzą, jak on wygląda, stwierdzają, że Anne Summers i Sherlocka Holmesa coś łączy. Mordują Anne, żeby zwrócić na siebie jego uwagę, bo wiedzą, że on ją zidentyfikuje. Czy to oznacza, że Bones została porwana, bo widzieli, jak wchodziła i wychodziła z jego mieszkania?

- Możliwe – odparł Lestrade, przykładając telefon do ucha.

- Więc dlaczego jej też nie zabili?

- Bo może potrzebują żywego zakładnika, za którego mogą coś dostać – podpowiedział inspektor. – Inspektor Lestrade z tej strony – rzucił do telefonu. Podał Boothowi kluczyki do samochodu: nie był w stanie sam go otworzyć. – Prześlij do mnie wszelkie materiały z włamań na Carter Street w Kennington sprzed trzech dni – polecił komuś po drugiej stronie. Skinieniem głowy podziękował Boothowi za otwarcie mu drzwi kierowcy, położył torebkę na tylnym siedzeniu i przejął kluczyki. – … Co?

Seeley, który właśnie miał wsiąść na siedzenie pasażera, zatrzymał się. Na twarzy inspektora odbijało się skupienie i zaskoczenie.

- Kiedy będziecie mieli adres? Za pięć minut? OK, jedziemy od razu do portu, zaczekam tam na was – zakończył Lestrade i rozłączył się. – Porywacze przesłali dowód życia doktor Brennan w postaci zdjęcia – wyjaśnił, wsiadając. Booth poszedł w jego ślady. – Panna Montenegro zdołała wyostrzyć tło za oknami. W połączeniu z informacjami od doktora Hodginsa, zaraz będziemy mieli adres miejsca, w którym przebywa pana partnerka – rzekł, uruchomił silnik i ruszył z piskiem opon.