Hej, hej! To historia, którą zaczęłam pisać parę lat temu. Mam kilka rozdziałów. Jest to pomysł, który długo, długo za mną chodzi. Postaram się wrócić do moich dawnym historii, ale nie obiecuję. Wrzucam z moim starym wstępem. Mam nadzieję, że się Wam spodoba.


Hej, hej! Obejrzałam na swoje nieszczęście walkę Drużyny Dziesiątej i Kakashiego z Hidanem i Kakuzu i przyznam, że pamiętałam ją inaczej. To znaczy w mojej wyobraźni Ino i Chōji pomagali, zamiast przeszkadzać. Uznajmy to za, powiedzmy, mój fanon.


Rozdział 1, Prośba nie do spełnienia

Jest rzeczą powszechnie wiadomą, że człowiek inteligentny potrafi być okazjonalnie bezdennie wprost głupi. Kakashi mógł o sobie powiedzieć, że popełnił w życiu kilka błędów, a każdy zakończył się katastrofą, miał więc o czym myśleć w środku nocy, a jego rozpacz nie uleciała kominem razem z zakończeniem czwartej wielkiej wojny shinobi. Bo teraz Kakashi miał komin. Znowu mieszkał w rezydencji rodziny Hatake, zrujnowanej i wyremontowanej w ferworze odbudowywania wszystkiego. Wynajemca jego kawalerki był niezadowolony, gdy Kakashi rozwalił kawał ściany, żeby włamujący się Gai miał dość miejsca dla swojego wózka. Cóż, czasem naprawdę nie myślał racjonalnie.

Teraz jednak patrzył uważnie na Shikamaru, który siedział naprzeciwko niego w postawie ostrożnej, wypracowanej neutralności. Od dawna mógł o sobie powiedzieć, że dobrze znał tego człowieka, który opowiadał o swoim tchórzostwie a poprowadził całą armię i powtarzał o swoim lenistwie, do trzeciej w nocy siedząc w gabinecie Hokage i zastanawiając się z Shino Aburame i kilkoma innymi nauczycielami z Akademii, jak podzielić tegorocznych geninów na drużyny. Do teraz. Bo teraz z jego ust wypadał czysty nonsens.

Kakashi nie wiedział nawet, jaką miał minę, gdy Shikamaru pojawił się nagle w drzwiach do jego gabinetu, dobre kilka lat po wojnie. Próbował sobie z miejsca przypomnieć, co dokładnie mu zlecił, bo młody Nara nigdy nie przychodził na pogawędki tak sam z siebie.

Kakashi oczywiście nie zaprosił go, żeby usiadł, bo nie było na czym i zapytał z własnego szacownego fotela przywódcy wioski, czego potrzebuje, z pełnym zamiarem spełnienia jakiejkolwiek prośby. Nara stanął na nogach rozstawionych na szerokość bioder i splótł z tyłu dłonie, a następnie powiedział, choć od lat mówili sobie po imieniu:

– Chciałbym prosić o zgodę na wykopanie Hidana z Akatsuki z terenów należących do Narów, gdzie od pięciu lat leży rozkawałkowany, Hokage-sama!

Kakashi oparł policzek na ręce i zapatrzył się w Shikamaru jak w obrazek. Powoli rozprostował się i powiedział:

– Słucham?

Shikamaru opadły ramiona, rozplótł ręce i przykleił je do boków swojego ciała, jakby próbował powstrzymać się od gestykulowania. Kakashi zauważył, że zaczął mówić głośniej, szybciej:

– Pamiętam, że Kabuto nigdy nie przywołał go ze świata zmarłych. Sprawdziłem to, żeby się upewnić. Powstał tylko klon. Myślę, choć trudno powiedzieć na pewno, że jego nieśmiertelność trwa dłużej niż kiedyś zakładaliśmy i może nie być uzależniona od zabijania ofiar tylko od jakiegoś innego, nieznanego nam czynnika.

– I chcesz zbadać ten czynnik? Po co?

– Nie do końca o tym myślałem…

– Skąd właściwie wiesz, że Kabuto nigdy go nie przywołał?

– Właściwie to… powiedzmy, że spytałem u źródła.

– Napisałeś do nich list, tak? Prosto do laboratorium Orochimaru. – Nie pierwszy raz żałował, że nie ma ludzi, których nie bałby się posłać do gniazda tego węża. Jako jeden z niewielu widział efekty odrażających eksperymentów i życzyłby sobie, żeby najlepiej zniknął pewnego dnia z powierzchni ziemi. Jedynym człowiekiem, którego mógłby posłać, był Sasuke, ale Kakashi upychał go na inne misje i nie ufał mu bardziej niż Pakkunowi zostawionemu sam na sam z kapciem. – Jestem bardzo ciekaw, skąd miałeś adres. I co, posłałeś wiadomość naszym ptakiem? Czy jest w rejestrze?

– Użyłem jednego z naszych jeleni.

Kakashi wypuścił oddech, o którym nie wiedział, że go wstrzymywał. Gdyby posłał coś takiej rangi oficjalną drogą, ktoś mógłby to łatwo zwietrzyć. Kontakt poza ustaleniami z przełożonymi, cóż, Kakashi mógłby to przykryć swoim rozkazem, ale nie na zawsze. Wiedział, że Shikamaru nie był tak głupi, by coś takiego zrobić, ale jednocześnie był na tyle głupi, by napisać do Orochimaru w pierwszej kolejności. I to z takim pytaniem! I już wiedział, co takiego Shikamaru wymyślił.

– Ty… Nie dałeś mi nawet wyboru!

– Kakashi?

– Oczywiście. To jasne. Teraz musimy go wykopać, nim oni to zrobią. Zaskakujesz mnie z każdą chwilą coraz bardziej – powiedział jadowicie.

Shikamaru przynajmniej miał dość przyzwoitości, by wyglądać na zażenowanego swoim działaniem.

– On leży tam pięć lat, Kakashi. Jeśli jest martwy, to to potwierdzimy, jeśli jest żywy, to skazujemy kogoś na wieczne katusze. Takie rzeczy jak męki piekielne dzieją się tylko w bajkach opowiadanych przez mnichów? Najwyraźniej nie, jeśli ktoś ma czuć do końca świata, jak to jest być rozdartym na strzępy.

– Masz rację, Shikamaru, jesteś tchórzem, który nie umie wziąć na siebie konsekwencji jednego z niewielu bohaterskich czynów, których dokonałeś. Ten facet zabił Asumę.

– Doskonale sobie zdaję sprawę z tego, co ten człowiek zrobił. Jeszcze nie zapomniałem. Straciłem na tej wojnie mistrza i ojca.

– Zgłoś się do mnie, jak przekonasz Kurenai.

– Czekaj…

– Myślisz, że co z nim zrobimy, jak już wykopiemy go z ziemi i się okaże, że żyje. Najpierw dostanie go w ręce nasze laboratorium, potem wsadzimy go do więzienia? Czy pozwolimy mu chodzić po naszych ulicach? On się zapisał do Akatsuki, bo chciał zabijać! To jest sens jego istnienia! Takiego człowieka chcesz puścić wolno? Może jeszcze dawać mu misje?

– To ostatni na świecie człowiek, który ma takie zdolności. Mógłby się przydać.

– Chyba do tego, żeby mu je wydrzeć. Shikamaru, uważam cię za bystrego. Więcej niż bystrego, geniusza. Ale ten pomysł to nonsens. Porwą go dokądś tylko, pokroją i wydrą tę tak zwaną nieśmiertelność i będziemy musieli rozkawałkowywać ludzi seriami. Nie mogę się doczekać – westchnął ciężko. – Odmaszerować. I ani jednego słowa więcej, bo jeszcze mnie przekonasz.

Co ciekawe, Shikamaru spełnił jego prośbę. A tydzień później, gdy ktoś dwa razy spokojnie i pewnie zapukał do drzwi jego gabinetu, Kakashi z zaskoczeniem odkrył, że po drugiej stronie jest Kurenai.

Zakrył ręką swoje oczy:

– Nie wierzę.

– Usłyszałam ostatnio ciekawą historię, Kakashi – powiedziała z małym uśmiechem. – Podobno Shikamaru posłał list do Orochimaru z pytaniem ile właściwie DNA mordercy mojego narzeczonego mają w składziku i ile potrafią zrobić z niego klonów. Słyszałeś o tym?

– Coś obiło mi się o uszy – stwierdził, wzdychając.

– Jak myślisz, dlaczego Shikamaru jest tak zdesperowany, żeby chcieć ratować tego człowieka, że aż nas okłamał w tak naiwny sposób?

– A okłamał nas? Jak dla mnie mógł to zrobić.

Kurenai patrzyła na niego nieruchomym wzrokiem.

– Daj spokój, Kakashi.

– Uczeń nam się zniżył do poziomu szantażu.

– To nigdy nie był nasz uczeń. – Zamyśliła się. – Ale myślę, że się z nim zgadzam.

– Przepraszam, ale nie bardzo wierzę w to, co słyszę – powiedział, odrywając rękę od czoła.

– Kakashi, nie będziesz mnie w tej kwestii pouczał. Do dzisiaj nie umiem pojąć, dlaczego nie pokonali go szybciej, przez długi czas nie umiałam wy… Nie wierzę w to, że jego umiejętności ktokolwiek może ukraść, jeśli go wypuścimy. Bo tego pewnie boisz się najbardziej. Orochimaru zrobiłby to lata temu, gdyby to było tak zwyczajnie możliwe. Jeśli będziemy go pilnować, można go zawsze spacyfikować, obcinając mu głowę.

– Wszystko sobie obmyśliłaś. Na pilnowanie, by nie uciekł i nikogo nie zabił, potrzebna będzie obserwacja ANBU. A kto będzie robił za opiekuna? Ktoś będzie musiał z nim siedzieć bez misji, przeżyć i dopilnować, żeby nikogo nie zabił.

– Cóż, łup wojenny należy oddać temu, kto wygrał go w uczciwym starciu – uśmiechnęła się.

Kakashi musiał zadać następne pytanie, nie jako Hokage, ale jako ktoś, kto mógł być kiedyś jej przyjacielem.

– Dlaczego do mnie przyszłaś, Kurenai?

– Zadałam sobie pytanie, ile jeszcze lat cierpienia tego człowieka odkupi mi śmierć Asumy. Żałuję, że nie poszłam na wojnę i nie zobaczyłam go ostatni raz, nawet jeśli nie był już sobą. Jesteśmy zawodowymi zabójcami, ale przecież robimy to szybko, Kakashi. Moje dziecko ma już pięć lat. Zemsta nie jest usprawiedliwieniem dla wieloletniego umierania.

– Jak dla mnie mogłoby w nim urosnąć drzewo – powiedział Kakashi z fałszywą wesołością. – Ale jeśli uważasz, że to w porządku, to zorganizuję odkopywanie ścierwa spod ziemi.


Słońce chyliło się już ku horyzontowi, różowiąc pękate brzuchy chmur, a Shikamaru leżał na kafelkach, korzystając z tego, że są jeszcze ciepłe, gdy ktoś mignął tuż obok niego i kopnął końcem buta w jego bok.

Shikamaru otworzył jedno oko. Pochylał się nad nim ANBU w masce.

– Cześć, Sai – westchnął.

– O, skąd wiedziałeś, że to ja? – powiedział Sai zza maski. Brzmiał na zdecydowanie zbyt podekscytowanego. Prawdopodobnie miał zamiar nadrobić za wszystkie wcześniejsze lata.

– Nie chcesz wiedzieć, stary – stwierdził spokojnie Shikamaru. – No, więc po co właściwie mnie kopiesz?

– Nie chciałem cię inaczej zaczepiać, bo mógłbyś wypuścić na mnie te swoje cienie.

– Chodzi mi o to, co masz mi powiedzieć.

– Aa, to. – Czuć było uśmiech, ukrywający się po jego maską. – Szykuj się, idziemy wykopywać trupa.

Shikamaru poderwał się z ziemi, jakby nie był sobą. Teraz on też był podekscytowany. Co nie zmienia faktu, że żołądek zjechał mu gdzieś w okolice pośladków na myśl o tym, co mogą znaleźć i jak to coś na nich zareaguje.

Szli ciemną ścieżką jeden obok drugiego, Sai ze szpadlem, którym machał zupełnie bez potrzeby, a który wyjął ze zwoju, choć mógł to zrobić już na miejscu. Cała eskapada wydawała się go bawić.

Shikamaru miał ochotę spytać go o Ino, żeby zetrzeć mu ten ukryty uśmieszek z twarzy, ale właściwie nie chciał widzieć reakcji Saia na dźwięk jej imienia. Prawdopodobnie zirytowałaby go bardziej niż jego dobry nastrój.

Shikamaru gwałtownie skręcił między gałęzie. Podejrzewał, że co najmniej dwaj inni ANBU ich obserwują, co dodawało mu otuchy, choć nie zamierzał się do tego przed nikim przyznawać.

Przedzierali się, chrzęszcząc i nie dbając o zachowanie ciszy. Niech się martwią ci w gałęziach. To były tereny należące do jego rodziny. Także dlatego że pragnął, by w jakiś sposób mężczyzna pod ziemią wyczuł ich obecność. Irracjonalne, niezgodne z tym, co o nim wiedział i niepotrzebne, ale o tym właśnie myślał, gdy pozwalał małym gałązkom łamać się pod sandałami.

Przystanął i rozejrzał się.

– To tutaj – powiedział, wskazując połać zarośniętej trawą ziemi. Nie urosło w tym miejscu żadne drzewo. Dobrze, nie będą musieli przedzierać się przez korzenie i wyszarpywać nadzianych, rozdartych, miękkich kawałków ciała.

Shikamaru zidentyfikował towarzyszące mu uczucie jako obrzydzenie graniczące z mdłościami. Zastanawiał się, czym to, co zaraz wykopią, będzie pachnieć.

– Plan jest taki, że ja kopię, a ty pilnujesz, żeby nic mnie nie zabiło. Chyba, że wolisz odwrotnie – stwierdził Sai, drapiąc się po karku z wystudiowaną niepewnością. O nie, Shikamaru nie zamierzał dać się wrabiać.

– Mi pasuje. – Bardziej ufał swoim cieniom niż namalowanym bestiom.

Sai tylko wzruszył ramionami, zdjął maskę i schował ją do zwoju, a potem zaczął kopać. Nad nimi zapadła noc i już wiedzieli, że będzie długa. Shikamaru myślał nad innymi możliwościami, których nie wykorzystano. Po pierwsze nie wezwano do tego nikogo, kto potrafiłby przywołać zwierzęta zdolne do szybkiego wydobycia szczątków, ponieważ to prawdopodobnie rozniosłoby i naruszyło ciało, mogące się znajdować w stanie zaawansowanego rozkładu. A poza tym z każdym kolejnym rokiem Szósty Hokage dziecinniał i miał coraz niższą tolerancję na dręczenie przywoływanych zwierząt. Podobno wieszał sobie w mieszkaniu portrety i zdjęcia psów wszystkich uwiecznionych generacji. Trzeba było kopać powoli i z uwagą, dlatego Sai robił to bez pomocy swoich malowanych bestii. Po drugie nie wezwano Chōjiego, bo on najpewniej by się nie zgodził, a potem zabrał Shikamaru na długie wakacje, podczas których skutecznie wybiłby mu ten pomysł z głowy. Poproszono Saia dlatego że był wytrzymały i był w stanie kopać nieskończenie długo, co było dziwnie skoligacone z jego mechaniczną naturą, a także dlatego że bardziej niż ktokolwiek inny potrafił trzymać język za zębami, przez lata tresowany i zaszczuty pieczęcią. Miał już od dziecka wyrobiony nawyk zachowywania informacji dla siebie, posunięty do takiego poziomu, że czasem trzeba mu było tłumaczyć, co może innym powiedzieć, bo jemu samemu nie przyszłoby to do głowy. I jakkolwiek wzdrygał się trochę wewnętrznie na myśl o wykorzystywaniu tego warunkowania, nie mógł zaprzeczyć, że w chwilach takich jak ta było ono przydatne.

Shikamaru podejrzewał też, że z użyciem swojej techniki Sai będzie w stanie zabezpieczyć ciało, łącząc je i pokrywając tuszem wymieszanym z czakrą.

Nie było sensu siedzieć w milczeniu, skoro i tak musiał z czujnością obserwować ziemię pod nogami kopiącego Saia, więc równie dobrze mógł zacząć wydobywać te wszystkie wiadomości, o których zdradzeniu mężczyzna nie pomyślał.

– I jak tam Sai, wiesz może, co zamierzają zrobić z tym tu, jak go wykopiesz? – Był ciekaw, ile wie.

– Wydawało mi się, że chcą go dać tobie – odpowiedział Sai. Ta wiadomość nie zaskoczyła Shikamaru. Choć on sam mógł tak nie uważać, Kakashi w zarządzaniu ludźmi był wiernym uczniem Piątej Hokage, która miała w zwyczaju dawać misje tym najbardziej zainteresowanym.

Czy Hidan już ich słyszał? Czy wiedział, że się zbliżają?

– Powiadasz? I gdzie mam go trzymać? – zaciekawił się niezobowiązująco.

– W jakimś swoim drewnianym domku. Ej, Shikamaru-san, kto to właściwie jest i co tu robi? I co może mi zrobić?

– Przyjaciel rodziny. Zakopaliśmy go, żeby trochę dojrzał.

– Mam niejasne wrażenie, że za mną nie przepadasz, Shikamaru-san, może się mylę?

– Hm – mruknął, zapalając papierosa. – Trzeba uważać tylko na jego głowę. Powinna być mniej więcej w całości. Może kąsać.

– Tylko głowa? To jestem spokojny.

„Ty zawsze jesteś spokojny", pomyślał Shikamaru, ale przełknął tę uwagę. W jego opinii złośliwości były w porządku, jak długo nie trafiały jak sól w rozdarte ciągle rany.

Sai kopał w równym, spokojnym rytmie, jakby zapomniał, co czeka na niego pod grubą warstwą ziemi. Shikamaru patrzył uważnie. Choć mijały godziny, on ledwo się poruszył. Potrafił trwać w pełnym skupieniu wiele godzin, coś, co niejednokrotnie zdarzało mu się podczas tak mylących „drzemek", które urządzał w każdym możliwym miejscu. Zasypiał dłużej i głębiej w porównaniu do swojej drużyny. Chōji zapadał w sen szybko, ale wbrew pozorom płytko, a akt ten opisywał często jako zapadnięcie się w bezosobową, mglistą szarość, bez wyraźnych, zapamiętywalnych snów. Wcale nie śnił cały czas o jedzeniu, jak lubił czasem twierdzić. Umysł Ino był zagadkowy, niejako pozbawiony granic i zdawało się, że podczas odpoczynku rozszerzał się poza jej ciało, polując na przejawy nieznanej świadomości. To połączone z jej naturalnym talentem do wyczuwania cudzej czakry sprawiało, że przez lata Shikamaru nie musiał się naprawdę martwić podstępnym atakiem. To ona pierwsza wiedziała, gdy ktoś się zbliżał i ostrzegała ich wszystkich, nierzadko zgadując poziom i rodzaj umiejętności przeciwnika, zanim ten się pojawił.

Jakże przydałaby się teraz! I jakże przydałaby się wtedy, podczas walki z Hidanem. Ich drużyna została do tamtej misji źle dobrana. Taka była smutna prawda. Rozdzielanie tria zaczęło się wcześnie, gdy tylko on jeden awansował. Chciano lepiej wykorzystać jego intelekt, ale czy to się Shikamaru podobało? Otóż nie. Hokage próbowała poszerzyć jego umiejętności wnioskowania, pewnie po cichu liczyła na niego jako na przyszłego doradcę na szerszej mapie zdarzeń, ale przesuwała granicę tak długo, aż w końcu znalazła mu zadanie, którego nie mógł wykonać. Paru ludzi wyżej ucieszyło się z jego porażki, a przede wszystkim ze śmierci Asumy, dziedzica Trzeciego i byłego ochroniarza Daimyo, z którym trzeba się było liczyć. W czasie szczególnie ciężkich poranków, które wciąż jeszcze go dopadały, Shikamaru był pewien, że specjalnie posłano ich w takim składzie, że kolejne misje, które w tamtym czasie dostawał, świadczyły o czyjejś złej woli, a Piąta Hokage, jeśli to zauważała, to za bardzo uwierzyła w mit jego geniuszu i może jeszcze chciała komuś zagrać na nosie. Była to jedna z niewielu wad jej dobrych rządów i dobrego serca, wynikająca ze słabości do hazardu.

Nie zmienia to faktu, że dwa razy srodze ją zawiódł. Sasuke do dzisiaj tak naprawdę nie wrócił do wioski, Mirai nigdy nie pogada ze swoim ojcem, a teraz Shikamaru zainicjował odkopywanie jej mordercy. Może dwadzieścia jeden lat to dobry moment, żeby pójść na emeryturę i zamieszkać w lesie z jeleniami. Czasami Shikamaru nie umiał pojąć, dlaczego ktokolwiek uważa go za inteligentnego.

O takich rzeczach myślał do akompaniamentu szpadla, którym Sai rozdrabniał grudy ziemi krótkimi, miarowymi ruchami, a potem wbijał i odrzucał, poszerzając co jakiś czas dół.

– W miejscu, w którym kopiesz, powinny być kawałki kręgosłupa – powiedział, bo razem z samobiczowaniem wizualizował sobie ostatnie chwile walki z Hidanem. – Jak się do nich dokopiesz, można będzie zacząć poszerzać bardziej na zachód. Tam powinna być głowa.

Chłodne powietrze owiewało mu twarz i ręce. Shikamaru spojrzał w gwiaździste niebo i westchnął.

– Może dasz mi drugi szpadel – zaproponował.

– Nie mam drugiego szpadla – odparł wesoło. Shikamaru posłał mu długie spojrzenie. – Powiedziano mi, że twoja twarz raczej nie powinna być pierwszą rzeczą, jaką ten rozkawałkowany zobaczy.

Shikamaru nie mógł się z tym nie zgodzić. Z drugiej strony co może im zrobić oderwana od ciała głowa? Sai wbił szpadel po raz kolejny, a potem zmarszczył brwi i już delikatnie stuknął coś parę razy, a potem pochylił się i odgarnął ziemię dłonią w czarnej rękawiczce. – Proszę państwa, chyba mamy odcinek lędźwiowy kręgosłupa – powiedział, podnosząc gołe, połączone ze sobą kręgi.

Shikamaru poczuł się tak, jakby żołądek przykleił mu się do kręgosłupa. To, co Sai trzymał, a co odbijało miejscami złowieszczo światło księżyca, wyglądało jak nadżarte przez robaki.

– Poczekaj – powiedział Shikamaru spokojnie. Sai spojrzał na niego z pytaniem wypisanym na twarzy. – Nie wiemy, czy to się nie rozpadnie.

Sai pomachał kawałkiem kręgosłupa, który rzeczywiście rozpadł mu się w garści. Shikamaru zakrył oczy lewą dłonią. Nagle dało się słyszeć taki dźwięk, jakby ktoś się krztusił.

Shikamaru i Sai błyskawicznie spojrzeli w miejsce, z którego zdawał się dochodzić, a potem równie szybko porozumieli się wzrokiem. Sai przysunął się do dolnej części kopca ziemi, którego powierzchnia znajdowała się na poziomie jego kolan. Wszedł na ten schodek w dole.

Cień Shikamaru bezszelestnie połączył się z podeszwami jego butów. Ta technika nie zmuszała ich do poruszania się w ten sam sposób. Zwykle używany do zaciskania się na ofierze, tu miał łapać cokolwiek, co mogłoby zaatakować spod ziemi.

Shikamaru zauważył, że w pewnym miejscu ziemia się zapada, ale nie wskazywał go nawet palcem, bo Sai już je widział.

Zerknął na Shikamaru. Cień pobliskiego drzewa przemknął powoli po jego ciele, a gdy się z niego wyłonił, zakrywające jego dłonie rękawiczki zyskały nieznaną im dotąd głębię czerni.

Wyjął duży, gruby pędzel i siedząc w kucki odsuwał delikatnie porcje ziemi małymi trzepnięciami; Nagle usłyszał dziwne, przytłumione warknięcie, ziemia wessała się i zobaczył coś, co wyglądało jak różowe gardło z kikutem języka. Wydawało dziwne dźwięki podobne do krztuszenia się i wymiotowania. Zęby zatrzasnęły się na pędzlu, łamiąc go z trzaskiem. Sai puścił rączkę, która po nim pozostała i odskoczył w bok. Przyjrzał się uważnie i zobaczył osypującą się ziemię, a potem powieki. Shikamaru, pochylający się z góry, był przerażony na myśl o pustce, która może się pod nimi ukrywać.

Zamilkł. Nagle jego powieki otworzyły się i nietknięte oczy o różowych tęczówkach wytrzeszczyły się dziko, szeroko i szybko padły na Saia, a potem dalej, na Shikamaru. Zawęziły się w dwie szpary. Bez jakiegokolwiek dźwięku odwrócił wzrok, spojrzał w gwieździste niebo i tak już został.

Mieli głowę Hidana.

Teraz, gdy najbardziej newralgiczna część jego ciała została odnaleziona, a wiedzieli, że reszta w dużym stopniu się rozłożyła, Sai mógł włączyć do pracy swoje bestie. Nie żałował sobie. Tworzył małe rysunki przedstawiające dżdżownice, jamniki, wilko i borsukopodobne twory, szczury, króliki. Wypuścił na niego całą tę sforę, a jemu nawet nie drgnęła powieka.

Sai wyskoczył z dołu, zostawiając tam ledwo odkrytą głowę Hidana.

– Szukanie dużych kości zajmie nam czas do rana – powiedział Sai. – Jeśli będziemy mieli szczęście. Mniejsze pewnie będę ci znosił w ciągu najbliższego tygodnia. Dopiero potem będziemy wzywać medyka do tych puzzli.

– Myślę, że najlepiej znaleźć kręgosłup. Wtedy będzie mógł zacząć się zrastać – zauważył Shikamaru. – Dobrze byłoby wiedzieć, ile kręgów zostało przy szyi.

– Dobra, to wyciągam tę głowę – powiedział Sai bez entuzjazmu. Rozsmarował tusz na swoich rękawiczkach. Wsunął dłonie, znów zabezpieczone przez Shikamaru, po obu stronach głowy przy uszach i wyciągnął z ziemi. Z szyi, jak z doniczki, wysypała się ziemia. – Zostałeś pan dżdżownicą. – Na dole wystawał koniuszek kręgu szyjnego

Shikamaru miał ochotę trzepnąć go w usta, ale Hidan dalej ignorował go i tylko patrzył w niebo.

Sai znowu wyskoczył z dołu, rozłożył na ziemi zwój, z którego wysunęły się cienkie, czarne macki i położył na nim głowę, którą szybko zabezpieczyły. Tak właśnie Shikamaru skończył, z głową wroga o metr od siebie, wpatrzoną bez słowa w gwiazdy.