Zbliżał się wieczór i Shikamaru zastanawiał się, czy to nie dobry moment, żeby wyjąć kołdrę i pójść spać na kanapie, a raczej leżeć i myśleć, co jakiś czas zerkając w stronę stołu. Położył się na próbę w ubraniu, ale nic z tego. W końcu podszedł do półki z książkami i zdjął z niej „Języki ognia", zbiór opowieści o walkach założycielskich klanów Konohy poparty materiałami z epoki. Próżno tu było szukać jego klanu, co mu akurat bardzo odpowiadało. Otworzył ją, stojąc przy oknie, które zaraz uchylił, zerknął szybko na Hidana, przerzucił parę stron i zaczął czytać na głos:
– Uchiha Madara pysznił się pośród trupów na wzór szarpanego na wietrze maku. Tobirama, młodszy brat Hashiramy Senju, powiedział razu pewnego, że zetnie mu łeb jak makówkę i jeszcze wraży pozbawi krwi, z której zrobi następnie syrop nasenny. Zdaniem sokolego oka młodego Tobiramy poruszał się on jak mucha w syropie. Usłyszawszy niechybnie o tych przechwałkach Madara, który wtedy raczył się ponoć białą rybą, zgrzytnął zębami i powiedział. – Tu Shikamaru wyraźnie zniżył głos. – „Udowodnię temu staremu od dziecięctwa człowiekowi, że za czym nadąży jego oko, niekoniecznie nadąży i ręka, a potem pokroję jego mdłe, rybie ciało i oddam krukom, larwom oraz mrówkom na pożarcie, dopiero dnia trzeciego zwracając je zgodnie z prawem jego bratu. Taką jest cena za drwiny ze słusznego mojego przydomku, Roztańczonego Maku".
Shikamaru zerknął szybko na Hidana, ale tamten dalej leżał twarzą do ognia. Co jakiś czas dało się słyszeć trzask. Zastanawiał się czy włączyć światło, ale czuł, że nie byłoby to komfortowe, po prostu oświetlałby pokryte resztkami mięsa kości. Wolał, by Hidan nie patrzył w dół. Półmrok chłodnego popołudnia powoli rozgościł się w pokoju.
Shikamaru podjął czytanie, po tym jak dyskretnie zapalił papierosa. Jeśli Hidan miał na ten temat coś do powiedzenia, nie uległ tej pokusie.
W końcu zapadła noc i nadszedł moment, w którym należało rozważyć zapadnięcie w duszny, niespokojny sen. Shikamaru wyjątkowo nie cieszył się, wiedząc dobrze, czego po swoim mózgu mógł się spodziewać. Nawet w jego świecie sen kontrolowany nie zawsze przebiegał idealnie.
– Zaraz wrócę – powiedział niepotrzebnie i zamknął się w łazience. Chwilę prywatności wykorzystał na rzeczy konieczne i mniej niezbędny gorący prysznic.
Z nutą żalu pomyślał, że coraz mniej pamięta Temari, a za to, gdy tylko zamykał oczy, prześladowała go odrąbana wybuchem głowa o twarzy wykrzywionej w nienawistnych konwulsjach, śmierdząca, co było nową pożywką dla jego wyobraźni, tragicznie zepsutymi zębami. Jeśli chodzi o zapachy, prześladowały go jeszcze różne stadia mięsa od świeżego, do nadjadanego przez robactwo.
Był, wziąwszy to wszystko pod uwagę, zadowolony, że udało mu się jak dotąd nie zwymiotować. Wyjął zieloną koszulę i szary dres z szafy w łazience i wpełzł w nie, lekko ospały, ze skórą zaróżowioną od gorąca i pocierania.
Gdy wyszedł, uciekły za nim do korytarza kłęby pary. Poszedł na górę po pościel. Wrócił do Hidana i przy nim oblekał kołdrę. Najpierw wywrócił poszewkę na lewą stronę i zwinął ją z kołdrą w rulon. A potem przeciągnął na całość paszczę poszewki i sama rozwinęła się w jego rękach, gotowa.
Pochylił się nad Hidanem.
– Muszę zgasić ogień, ale jutro rano napalę – powiedział cicho.
Shikamaru zasnął jak kamień i pierwszy raz od dawna, gdy się obudził, za nic nie pamiętał nawet skrawka swojego snu.
PpppķnffggghgghhhPpppppppppppppp
Następnego dnia, gdy akurat Shikamaru robił sobie grzanki z rybą wydłubaną z puszki, ktoś pojawił się przy drzwiach. Po stylu pukania z miejsca wiedział, że to nie Sakura, która swoim pukaniem mogłaby dziurę w drzwiach zostawić ani Sai, który ledwo dotykał drewna. Jednak osoba ta przestrzegała konoszańskiego zwyczaju, by pukać tylko dwa razy i czuła się z tym pewnie.
Shikamaru otworzył drzwi ze ścierką na ramieniu.
– Cześć, Shikamaru – powiedziała uśmiechnięta Tenten.
A więc to był ich specjalista od zszywania czakrą. I dobrze, zdecydował Shikamaru. Nie znał dokładnego zasięgu jej umiejętności w tej dziedzinie, ale interesowała się nią na poważnie już będąc geninem i miała w zwyczaju, gdy ktoś lub coś zagrało jej na ambicji, dopiąć swego.
Kiedyś wyzwała Temari i doprowadziła do remisu, po czym nawet się ze sobą zaprzyjaźniły. Kto wie, może zdobędzie też sympatię swojego najnowszego projektu? Miał ochotę głupio się zaśmiać.
Z drugiej strony miała tendencję do niezauważania wielu możliwości, jakby mnogość broni, którą się posługiwała, zbytnio podzielała jej uwagę. Ta preferencja pewnej prostoty sprawiła, że w pierwszej kolejności przegrała. To i może pewna serdeczność, niezbyt ceniona w zawodzie shinobi, połączona ze skłonnością do podziwiania, sprawiało, że ona i Lee byli uczniami Gaia na absolutnie równych prawach.
Mądrości dawnego senseia, które jemu wydawały się cokolwiek łopatologiczne, daleko nie zabrały ani żadnego z jego uczniów, ani samego mistrza.
Dlatego, choć był pewien ostatecznego sukcesu, wiedział, że to, jak długo będą czekać, zależy od wzbudzenia w niej determinacji i usunięcia wszelkich skrupułów.
Wyszedł do niej na werandę i zamknął za sobą drzwi. Dalej mówili przyciszonymi głosami.
– Ile chcesz wiedzieć o sprawie? – spytał szybko, korzystając z okazji i zapalając papierosa.
– A ile możesz mi powiedzieć? – zapytała, wkładając ręce do kieszeni.
Milczał przez chwilę.
– Pamiętasz Asumę? Mojego senseia?
– Słynnego Asumę Sarutobiego, oczywiście, że pamiętam. Przykro mi z powodu twojej straty.
– Dziękuję – powiedział zdawkowo, bo ostatnimi czasy na te kondolencje nie zasługiwał. – Tak, więc nie wiem, czy pamiętasz, ale zginął z ręki Akatsuki. – Pokiwała głową. – Dość brutalnie potraktowaliśmy ludzi, którzy to zrobili.
– Takich szczegółów chyba nie znam – powiedziała niepewnie, odwracając wzrok.
– Jeden z nich pozyskał coś w rodzaju nieśmiertelności. Żeby go pokonać, wysadziłem go w powietrze i zakopałem w dole. To było pięć lat temu.
– Rozumiem – powiedziała wolno. – Czytałam raport Sakury. Chciałabym go zobaczyć. – zmarszczyła brwi.
Shikamaru obejrzał krytycznie połowę papierosa, która mu została i już gdy widział, jak Tenten szykuje się do powiedzenia, żeby dokończył, wrzucił go szybko na odległość, by zanurkował z innymi petami w słoiku. Uchylił drzwi. Wtedy złapała go szybko za rękę i zatrzasnęła je z powrotem łokciem.
– Poczekaj, jak on ma na imię? – zapytała szybko. – Znam go tylko jako numer pacjenta.
Jego wargi wydłużyły się w wąskim, szczerym uśmiechu.
– Hidan. Hidan z Yugakure.
– Yugakure? Przecież ta wioska nie ma nawet shinobich.
– On dla odmiany jest raczej w wodzie kąpany.
Tenten prychnęła, rozbawiona, ale zaraz spoważniała.
– To zobaczmy, co mogę zrobić.
Jeszcze nie „co mogę zrobić dla niego", ale Shikamaru był dobrej myśli.
Gdy weszła do pomieszczenia, wciągnęła prawie bezgłośnie nieruchome powietrze. Tylko jedno okno było uchylone, a w kominku płonęły drwa. Zerknęła szybko na Shikamaru. Miał lekko zmarszczone czoło. W pokoju śmierdziało polem bitwy i czymś jeszcze, jakby zepsutym. Gdy podeszła do stołu, szybko opanowała pierwszy szok na widok czegoś, co żyło i dawno umarło jednocześnie. Miała nadzieję, że ból czuła jedynie głowa i żeby, na przekór wszystkiemu, nie wiedział, w jakim stanie znajduje się obecnie reszta jego ciała. Zerknęła szybko na Shikamaru, ale jego mina była nie do rozszyfrowania.
Z determinacją człowieka, który od dziecka aspirował do bycia lekarzem, ale nie miał dość predyspozycji, by to osiągnąć, pochyliła się nad swoim nieoczekiwanym pacjentem, opierając ręce o wysoką krawędź stołu i powiedziała:
– Dzień dobry, nazywam się Tenten. Proszę, jeśli chcesz mi coś powiedzieć, zamrugaj trzy razy. – Wesołym tonem, zastanawiając się jednocześnie, dlaczego Sakura nie wymordowała do końca lgnącego się na nim robactwa.
Shikamaru pochylił się lekko, gdy głowa, ciągle zwrócona w stronę kominka, powoli zamrugała trzy razy.
– Doskonale! – odparła entuzjastycznie. – Od teraz, gdy chcesz powiedzieć „tak", mrugaj raz. Gdy chcesz powiedzieć „nie", mrugaj dwa razy. Będę teraz mówić litery. Zamrugaj, gdy powiem pierwszą. I tak ze wszystkimi literami słowa, które chcesz mi powiedzieć. To zaczynamy. – Najpierw, gdy doszła do „p", zamrugał trzy razy, mocno zaciskając powieki. Potem zaczął mrugać przy „i". I już lżej zatrzepotał rzęsami przy „e". – Pie? Pierwszy? Coś pierwszego. – Hidan mrugnął, powoli zaciskając powieki, dwa razy, czyli „nie". Shikamaru milczał jak grób.
– No, dobrze. To mamy p-i-e, „r", „d", „o", „l". Się. No, tak. Mogłam zgadnąć wcześniej. – Hidan wyglądał na zadowolonego z siebie. Założyła szybko gumowe rękawiczki. – Czy mogę zobaczyć drugą stronę twojej twarzy?
Hidan posłał w jej stronę powłóczyste spojrzenie, którym chciał chyba przekazać pytanie „czy mam się powtórzyć?", ale ona tylko milczała wyczekująco, aż w końcu, w końcu, przymknął oczy i szarpnął się do góry, odbijając w prawo resztkami swojego karku. Shikamaru był w całej jej obrzydliwości zafascynowany mechaniką tego ruchu. Tenten była na pewno. Jej dłoń natychmiast znalazła pod jego policzkiem, gotowa do tego, by się nią podeprzeć. Żaden z mięśni jego twarzy nie drgnął nawet z bólu, choć jej palce stykały się z jego chorymi zębami, wyglądającymi z otwartych ust i z wczoraj przez Sakurę zasklepioną raną na policzku. Wsunęła je delikatnie w te usta, zupełnie pomijając zabezpieczenia.
– Proszę cię, nie ruszaj przez chwilę językiem – powiedziała w pełnym skupieniu. – Ach! – złapała w dwa palce gołe mięso języka, niejako rozpołowione na końcu i wypuściła z nich cienkie niteczki czakralne w kolorze błękitnozielonym. Zaczęła powoli przeszywać go na wylot, łącząc razem dwie części, a głównie zabezpieczając na samych brzegach. Zajęło jej to kilkanaście minut, podczas których Hidan cierpliwie znosił grzebanie w swoich ustach i tylko od czasu do czasu przełykał ślinę, której część wyciekała z jego szyi.
To na niej w drugiej kolejności skupiła się Tenten. Nawet największy laik zauważyłby natychmiast, że kręgosłup jest przerwany między kręgiem C-5 i C-6. Przy czym kręgi szyjne C-3 do C-5 właściwie gołe wystawały z szyi. Nietrudno było zgadnąć, co było tego przyczyną.
– Widzisz, Shikamaru? – Wskazała ręką jego kręgi. – Czakra gardła na pewno działa.
– Czakra komunikacji… – mruknął, bardziej do siebie niż na użytek Tenten.
– Dokładnie. – Była bardzo podekscytowana. – To znaczy, że można odbudować stracone połączenia w oparciu o układ czakralny!
Pytanie, dlaczego Sakura mu o tym nie powiedziała, nie traciło czasu na to, by wychynąć na świadomą stronę jego mózgu. Zaczął tylko podejrzewać, że być może Tenten nie była najwybitniejszym specjalistą jaki przyszedł do głowy jej i Kakashiemu. Jeśli tak, to grubo jej nie doceniali.
Z wielkim zapałem zabrała się za kręgosłup. Robota wyglądała na żmudną. Należało przeszyć kręgi, sięgając pomiędzy nie. Gdy ostrożnie połączyła C-5 i 6, przysuwając niższy fragment powolutku i przyszywając nićmi od środka ku brzegom, musiała bowiem mierzyć się z głupim problemem. Sakurze udało się połączyć resztę kręgów szyjnych, ale od strony rdzenia. Teraz, gdy Tenten doszyła kikut trzymający się na zdrowaśkę, musiała się z tym połączeniem liczyć. Jeśli zetknąwszy się ze sobą, fragmenty zaczynają się od razu leczyć, jak sugerował raport, przerwanie może być bolesne.
Czego jak czego, ale bólu Hidan miał już pod dostatkiem.
Shikamaru bez słowa poszedł do kuchni i zaczął przygotowywać spaghetti zwycięstwa. Poradzi sobie bez Saia i jego listy. Jeśli kogoś należało smacznym posiłkiem nagrodzić, a nie tylko napchać samego siebie, Shikamaru potrafił objawić nawet niejaki talent kulinarny.
Zjedli szybko i w ciszy szczerząc do siebie zęby.
Bycie Hidanem było chyba zaraźliwe.
Po obiedzie, już z powrotem nad stołem, zdjęła opaskę Konohy, co jakiś czas wycierała czoło przedramieniem i wyrzucała kolejne rękawiczki. Przysuwała do siebie kręgi z coraz bardziej zmarszczonym czołem, aż w końcu mruknęła coś pod nosem i zabrała się za to, czego nie mogła dłużej znieść, czyli pleniące się wszędzie robactwo. No, może nie wszędzie. Ale i tak doprowadzało ją ono do zaciekłej, milczącej furii, podszytej oczywiście obrzydzeniem, rozmaitymi lękami z gatunku memento mori i refleksją nad ars bene moriendi.
– Wczoraj nie mieliśmy większości tego, co mamy dzisiaj – odpowiedział na jej niezadane pytanie, krzywiąc się.
Jednym z powodów, dla których przynosili kości wprost przy Hidanie, było to, że jeśli składaliby go w oddzieleniu od głowy, to, jak teoretyzował, słabsze byłoby samoleczące się oddziaływanie głowy na resztę ciała.
Gdyby zszyli go mechanicznie gdzieś indziej, to organizm musiałby leczyć się w całości, a nie etapami, a jeśli popełniliby błąd, trzeba by było go pruć. Poza tym Sai był równie zobojętniały na emocje cudze, co na własne, a Shikamaru się spieszył.
Od momentu wykopania resztek miał wątpliwości czy nie wykopali go na krawędzi śmierci, a teraz czeka go tylko powolny rozkład głowy, na który on, Shikamaru, będzie musiał patrzyć. Jeśli tak wygląda odkupienie, to bogowie, w których jedynie jeden z nich prawdopodobnie wierzył, trudno powiedzieć, skoro Hidan się nie odzywał, mieli dość szorstkie poczucie humoru. Czy siła Hidana leży w jego wierze, czy też i ona osłabła? Shikamaru pomyślał o czakrze komunikacji, która wciąż trzymała głowę w całości. Ciało raz od niej odcięte musiało się zepsuć. Gdyby został rozsadzony wyżej, nie byłoby mowy o ocaleniu. Chyba, że bóg Hidana ma tu coś do powiedzenia. Shikamaru odegnał te dziwaczne myśli jak natrętne muchy i podszedł do szafki z książkami. Z półki drugiej od dołu, spod stosika starych czasopism, wyjął shogi. Gotowy na to, że w każdej chwili Tenten może potrzebować jego pomocy, rozłożył je powoli i zaczął grać sam ze sobą, żeby nie gapić się jej na ręce, jak sroka w, cóż, gnat.
Ona tymczasem z robakami ogniem i mieczem wojowała. Zaczęła od tego, że rozgrzała ostrze w kominku.
– Zamrugaj, jeśli będzie bolało – poprosiła Hidana.
– Nie zamruga – wymruczał Shikamaru znad rozkładanych pionków.
Tenten zmarszczyła brwi i przyłożyła tylko ostrze, nie dotykając nim nawet kości, tuż tuż blisko. Z wnętrza zaczęło uciekać robactwo. Przebijała je następnie liniami czakry, jednak zaraz zobaczyła, że to nie wystarczy. Trzeba było mieć pewność, że się je co do jednego wypędzi. W końcu zirytowała się i wygrzebała z torby gaz trujący. Shikamaru bez słowa otworzył szeroko okno. Nie miała wcale ochoty na psikanie czegoś podobnego na resztki nerwów i szpiku, ale brakowało jej lepszych pomysłów.
Wyciągnęła też trzy zielone maski. Jedną podała Shikamaru, drugą założyła sobie a trzecią zaczepiła najpierw o jedno, potem o drugie ucho Hidana, które zaraz zaczęły odstawać.
– Przepraszam, nie jest idealna – poprawiła mu ją, żeby zakrywała dokładniej nos. Obejrzała się na Shikamaru. Podłoga była krzywa, wywożąc go na dwór naraziliby się na to, że kości by podskakiwały.
– Poczekaj – powiedział i wykonał pieczęć jelenia. Szeroki cień wydłużył się spod jego sandałów, objął kółka u nóg stołu, pomknął szeroko na korytarz i na werandę.
Tenten prześlizgnęła się po nim ze stołem jak po gładkiej tafli.
Na dworze czekał ich piękny, słoneczny dzień, na szczęście niemal bezwietrzny, z powolnymi, małymi, rozczochranymi chmurkami na niebie. Hidan zacisnął na moment powieki, a potem siłą je otworzył i zapatrzył się prosto w słońce. Jego rzęsy drgały, gdy walczył z odruchem zamknięcia oczu przed nieznośnym, oślepiającym blaskiem, a w kącikach oczy zbierały się łzy. Tenten taktownie zaczęła pryskać od kości niekompletnej lewej stopy.
Robactwo zaczęło się rozbiegać we wszystkie strony. Shikamaru z chłodną dokładnością łapał wszystko w cień, miażdżył, a tak, by było jak najmniej słychać ciche chrupnięcia, czyli nie na raz i ściągał je natychmiast na dół.
Kolejnym beznadziejnym problemem były jajeczka. Naprawdę przydałaby się tu Sakura z jej zdolnościami w wydobywaniu z człowieka trucizny. Ale Sakury nie było i raczej nie pojawi się tak prędko, jakby Shikamaru sobie życzył, czyli natychmiast. Uboczną techniką pieczętujących technik Saia było znikanie robactwa, jak tylko wyszło poza dozwolony krąg. Nitki czakry wyciągały się tylko jak wydłużone, czarne krople i wciągały je do środka. To miało znaczenie, bo nie musiał się bać, że obudzi się z czymś na twarzy, no, chyba że ze zwykłym pająkiem z sufitu. Ale sama idea bycia pożeranym za życia była dla niego wyjątkowo niewygodna, choćby nie wiadomo jak długo tłumaczył sobie, że jest to sentyment irracjonalny.
Widząc, że Tenten trafiła na sytuację, z którą nie poradzi sobie szybko, bo nie widząc jajek, byłaby skazana na działanie na ślepo i w dodatku nigdy nie miałaby pewności, że zebrała je wszystkie i że żadnego nie rozgniotła, postanowił zaryzykować i wsunąć cień pomiędzy kości.
Dla większości ludzi cień jest jedynie nieodczuwalną konsekwencją stania w oświetlonym miejscu, doświadczeniem poza ciałem, rzeczą osobną, czasem tylko przeszkadzającą w pracy i kosztującą cię twoje życie. Dla kogoś z rodu Nara taki stan rzeczy utrzymywał się do momentu uruchomienia ich techniki. Mieszając się z czakrą, zmieniał gęstość, ciemniał i stawał się współbytem z użytkownikiem jutsu. Shikamaru, wypuszczając swój cień, poszerzał doświadczenia swojego ciała. Odczuwał źdźbła trawy, jakby przesuwał nią gołą ręką po trawie. Więcej nawet, odczucie to było wrażliwsze, świeży cień zachowywał się jak część ciała, dla której dotyk nie jest rzeczą codzienną i odczuwa go bardziej, zbierając subtelne szczegóły.
Shikamaru poczuł chłodną stal, która na płycie zaczęła się już rozgrzewać, czuł delikatne niteczki robaczych nóżek, ale pomimo wielu już swoich doświadczeń nie był gotowy na wniknęcie w kość i mięso. Większość kręgosłupa była posprzątana przez Sakurę i to od niego zaczął. Poczuł ból w żołądku, gdy prześlizgiwał się po suchej kości do wilgotnego mięsa. Przymknął oczy i stał się jedynie fizycznym doznaniem. Badał każdy kształt, każdy strzęp mięsa, w końcu zadrżał, stykając się z galaretowatym szpikiem. Robił tak z kolejnymi kręgami, aż dotarł do tych, które Tenten już przyczepiła. Od leczenia Sakury nic nie powinno się było tam zalęgnąć, a wszystko, co biegało, Tenten już wypłoszyła. Ale należało to sprawdzić.
Uchylił powieki i, patrząc na wystające kręgi Hidana, pchnął cień, by ponownie zagłębić się w jego ciało. Słyszał kątem ucha, jak leżący na stole mężczyzna wciągnął szybko powietrze i ledwo zanotował, że ten spojrzał na niego czujnie.
Był skupiony na badaniu kręgów szyjnych. Robił to powolnie, być może bardziej niż musiał. Delikatnie prześlizgiwał się po kości. Gdy natrafiał na żywą tkankę, muskał ją delikatnie, a potem badał dokładniej i bardziej pewnie. Wertował w głowie podręcznik do anatomii. Nagle, gdy przesunął się po fałdzie, ona delikatnie drgnęła, przytulając się do jego cienia na moment jak język do dziąseł podczas mowy. Cień w odpowiedzi lekko ją ścisnął, całkowicie bez woli samego Shikamaru.
Nagle musiał powstrzymywać się przed pokusą spojrzenia w oczy Hidana, by sprawdzić, że zauważył. Kątem oka dostrzegał i analizował z nerwową szybkością, pilnując, by nie popatrzeć wprost.
Hidan bez jakiegokolwiek skrępowania patrzył na niego powłóczystym, ciemnym spojrzeniem spod przymkniętych powiek. Shikamaru wycofał swój cień, nie dbając dłużej o zachowanie twarzy i czując lekki, rozpływający się pod oczami rumieniec.
– Zaraz wrócę – powiedział lekko zachrypniętym głosem i nie czekając na reakcję Tenten, która uniosła zaskoczoną głowę, pomknął do domu, zdzierając maseczkę z twarzy i tłumacząc. – Skończył mi się limit techniki.
Wpadł do łazienki i pochylił się nad muszlą klozetową, czekając, aż zwymiotuje i w ten sposób jakoś wyrzuci z siebie to, co poczuł, zapomni o tym i na zawsze wmówi sobie, że było to najbardziej odrażające uczucie jego życia. Jednak nie udało mu się skoligacić tego, co poczuł, z jakimkolwiek wstrętem i obrzydzeniem, jakie chciał czuć.
Zastanowił się nad szybkim prysznicem, ale to byłoby trochę zbyt jawne i oczywiste, a on miał dość niską tolerancję na poczucie wstydu. Dlatego też przyłożył czoło, do zimnych kafelków i starał się rozgrywać kolejne partie shogi.
Jeśli coś tu zasługiwało na obrzydzenie, to Shikamaru i jego żałosne działania.
